piątek, 15 maja 2015

Zotter Tutti Frutti biało-mleczna z malinowym sutkiem, suszonymi porzeczkami, truskawkami, malinami i mango


Dziś opisywana czekolada została przeze mnie zakupiona jeszcze w Galerii Słodyczy i wraz z kilkoma innymi Mitzi Blue już trochę przeleżała w Magicznej Szufladzie. Na to leżakowanie wpłynął jedynie względnie długi termin ważności, bo Tutti Frutti sama się prosi o to, by jak najszybciej po nią sięgnąć. Chęć posiadania tego Zottera była dla mnie oczywista choćby dlatego, by zachować na pamiątkę to przepiękne opakowanie. Grafika na nim umieszczona jest chyba najśliczniejszą spośród wszystkich czekolad które dotąd próbowałam. Aż ma się wrażenie, że Andreas Gratze będący autorem tego projektu inspirował się filmem Kigsajz. Raz, że grafika jest urocza sama w sobie - to na dodatek przywodzi na myśl dwie z trzech największych przyjemności w moim życiu. Chodzi o seks i chodzenie po górach. Trzecia wielka przyjemność czeka na nas w środku - mowa oczywiście o czekoladzie.

Tutti Frutti jest naprawdę wymyślna. Uwodzi nas wieloma aspektami. Urzekający jest słodziutki malinowy suteczek umieszczony pośrodku - można być pod wrażeniem autentyczności, przecież on wygląda jak odlew! Ciekawi wyjątkowa czekolada, która jest miksem czekolady białej oraz mlecznej. Kto z Was miał wcześniej okazję spróbować takiego wynalazku? Ponadto, całość została posypana mieszanką suszonych owoców. Ta utrzymana w ciepłych tonacjach barw Mitzi Blue to wielka przyjemność dla oka. Tak jak nie mogę się napatrzeć na opakowanie, które właśnie dzierżę w ręku - tak po jego otwarciu rozkoszowałam się widokiem samej czekolady. A sięgnęliśmy po nią w Beskidzie Małym, tuż przed wyjściem na kolejny długi szlak... W naszym pokoju w Rzykach wczesnym rankiem oprócz zapachu mocnej kawy unosiła się szalona fuzja aromatów wyraziście kakaowych, otulonych mlekiem i soczystością owoców.


Z racji tego, że i tak dzieliłam się z Ukochanym czekoladą na pół - najpierw zajęliśmy się malinowym sutkiem, do którego mieliśmy łatwy dostęp po przekrojeniu produktu. Wspominając nieco zbyt mdłą Labooko Fruit Blueberry nie za bardzo wiedziałam, czego mam się spodziewać po malinowej czekoladzie. Przypomnę, że tego typu owocowe tabliczki w wykonaniu Zottera to białe czekolady, gdzie część mleka zastąpiono sproszkowanymi owocami. Z drugiej strony wiedziałam, że Zotter potrafi wykonać obłędne owocowe nadzienia w serii Handscooped (że wspomnę chociażby o boskich Himbeer und Kokos i Ribisel Chili Rock). Jak więc wypadło to malinowe cacuszko?

Suteczek rozpuszcza się w ustach pozostawiając po sobie lekką, nienachalną proszkowatość. Jest w wyraźny sposób malinowy z wszystkimi tego konsekwencjami: ma w sobie zarówno charakterystyczną dla tych owoców słodycz, jak i kwaskowatość. Owocowość jest tu zdecydowanie bardziej charakterna, niż w przytoczonej wyżej jagodowej koleżance. To tak, jak zrobić mleczny koktajl z naprawdę solidnym udziałem świeżych malin, nieznacznie go posłodzić cukrem trzcinowym i nadać mu formę stałą. Pychotka!

Po rozpracowaniu sutka przyszedł czas na pierwsze doświadczenie z biało-mleczną czekoladą. Proszę wyobraźcie sobie mleczną czekoladę o podwyższonej zawartości kakao wysokiej jakości, w której to słodycz płynie przede wszystkim z dobrego mleka w proszku oraz owocowo-karmelowych nut zawartych w samym kakao. Udział cukru trzcinowego i tak czy siak wpływa na bardziej subtelne odbierane słodyczy, niż gdybyśmy użyli rafinowanego cukru z buraków cukrowych (nie mówiąc już o dużych jego ilościach). Czujecie ten wyjątkowy smak? Ok, no to teraz idziemy dalej.

Następnie wyobraźcie sobie niebiańsko aksamitną białą czekoladę. Przyjemnie gładko-tłustą, również bardziej mleczną, niż cukrową. Niezwykle subtelną, w której wszystkie walory podkreślone są naturalną wanilią. Czujecie to? Teraz połączcie te dwie wyjątkowe czekolady w jedno, zespólcie je dokładnie mieszając. Ten arcydelikatny miks został dodatkowo przyprawiony szczyptą cynamonu. Nie nadaje on jednak kompozycji pikantności. Cynamon jest tutaj zawarty na takim poziomie, który wzbogaca go wyłącznie o złudną słodką nutę. Mieszanka dwóch rodzajów czekolad okazała się być obłędnie pysznym rozwiązaniem.

Tak naprawdę dodatku suszonych owoców w tej Mitzi Blue mogłoby już nie być - sam sutek i biało-mleczna czekolada robią w pełni robotę. Smakołyk jednak nie bez przyczyny nazywa się Tutti Frutti, więc owocowa posypka staje się istotnym, wieńczącym kompozycję elementem. Tutaj pojawia się uwaga - wolałabym, aby kawałki owoców były bardziej miękkie. Skład sugeruje, że owoce zostały wysuszone, a nie zliofilizowane - liofilizacja zachowałaby więcej ich naturalnych walorów (o czym mogłam się przekonać chociażby w bardzo smacznej czekoladzie Pelczar). Całe szczęście kawałki owoców nie zostały posłodzone i bez problemu można zidentyfikować po samym smaku, z jakimi gatunkami mamy do czynienia. Chyba najmniej wyraziste w tym owocowym kwartecie jest mango, a szkoda, bo nie jest częstym dodatkiem w słodkościach (choć u Zottera miałam z mango już do czynienia dwa razy: klik i klik).

Choć nie próbowałam jeszcze wielu Mitzi Blue, to z czystym sumieniem mogę okrzyknąć Tutti Frutti jedną z tych najbardziej wyjątkowych. Totalnie oszalałam na punkcie całej otoczki wizualnej, a walory smakowe również zawładnęły moim sercem. Wszystko w tej czekoladzie było piękne. Z łatwością potrafię przywołać w pamięci wspaniały smak tego biało-mlecznego nieba z owocowym zacięciem.

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku 20%, miazga kakaowa, syrop glukozowo-fruktozowy, słodka serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, suszone porzeczki 1%, suszone truskawki 1%, suszone mango 1%, suszone maliny 1%, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól, cytryna w proszku (cytryna, skrobia kukurydziana), cynamon.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 7,2/41/46

środa, 13 maja 2015

Momami mleczna z migdałami w cynamonie i biała z pomarańczą i orzechami laskowymi


Dziś ma moim blogu miał pojawić się pewien cudowny Zotter, ale postanowiłam zmienić nieco plan dodawania wpisów. O rzeczonym boskim Zotterze poczytacie pojutrze, natomiast dziś mam dla Was coś, co na pewno Was zaskoczy. No bo jak to tak? Bożonarodzeniowa czekolada w środku maja? Czasem i takie cuda się zdarzają.

Świąteczną Momami w wersji o nazwie "ciemna z piernikiem migdałowym i biała z pomarańczą i migdałami" opisywałam w styczniu - czyli jak Bóg przykazał. Ta czekolada oraz jej drugi wariant (o którym dzisiaj mowa), pokazały się w Biedronkach w zeszłym roku przed Gwiazdką. Mlecznej opcji dziwnym trafem w ogóle wtedy nie zauważyłam, ale tą z ciemną czekoladą jeszcze w grudniu szybko przygarnęłam do siebie. Mam sentyment do marki Momami, o czym zresztą możecie poczytać tu. Wprawdzie drażnią mnie przekombinowane kształty ich czekolad, ale smakowitości nie można im odmówić.

O bożonarodzeniowych Momami przypomniała mi moja Mama, gdy rankiem w dniu swoich urodzin znalazłam ów duet na blacie kuchennego stołu. Byłam zaskoczona, że te smakołyki są w ogóle jeszcze dostępne w Biedronkach - zwłaszcza, że chociażby Tai Tau i Jubileu względnie szybko zniknęły z większości dyskontów, w których byłam. Przy najbliższej wizycie w Biedronce postanowiłam baczniej przyjrzeć się koszom z produktami obecnymi tylko przez jakiś czas w ofercie. Doznałam szoku, gdy znalazłam tam cały duży stos świątecznych Momami... Przecenionych na 1,99 zł za sztukę, aż żal nie brać! Dlatego też postanowiłam dziś napisać dla Was tą recenzję - przypuszczam, że w innych Biedronkach te czekolady również zalegają. To nie może tak być, te słodkie gwiazdeczki na to nie zasługują! Świąteczne smakołyki mają termin ważności do końca listopada 2015. Szkoda, aby przeleżały na sklepowych półkach aż do tej daty...


Wcześniej degustowaną już wersję z ciemną czekoladę zjadłam wraz z Ukochanym gdy wracaliśmy autem z majówkowego wyjazdu w góry. Miałam więc świeże porównanie z tamtym wariantem smakowym, który od dziś opisywanej gwiazdeczki różni się tylko kilkoma szczegółami. Zamiast czekolady deserowej użyto mlecznej (o 34-procentowej zawartości kakao). Słupki migdałów umieszczone na niej nie są obtoczone miksem korzennych przypraw, lecz samym cynamonem. Ponadto, posypka na białej czekoladzie składa się ze skórki pomarańczy i kruszonych orzechów laskowych - w pierwszej wersji mieliśmy tutaj migdały.

Dziś opisywaną wersję z początku planowałam zabrać na czerwcowy wypad w góry, ale to nieporęczne opakowanie skutecznie odstraszało mnie od noszenia produktu w plecaku. Przyszedł dzień, że wróciłam o ludzkiej godzinie z pracy i akurat natrafiłam na listonosza, który przyniósł polecony w sprawie zdjęcia z fotoradaru. Cukier mi tak spadł z nerwów, że musiałam sobie pomóc czekoladą. Wybór Momami był dla mnie oczywisty. Szybko obfotografowałam tabliczkę i drżącymi rękoma sięgnęłam po dwa romby mleczne i jeden biały (więcej białej czekolady zostawiłam na później dla Ukochanego). A jak mi się potem miło biegało po lesie po takim czekoladowym doładowaniu :).

Biała czekolada nie różni się smakiem od tej, jaką znaleźć mogliśmy w duecie z deserową czekoladą. Jest słodziutka, ale przy tym aksamitna, z świeżymi śmietankowymi nutami przebijającymi się przez znaczną słodycz. Miękkie, lecz nie gumowate skórki pomarańczy przyjemnie się z nią komponują, a krokant z orzechów laskowych nadaje miłej chrupkości. Kawałki orzechów laskowych są na tyle drobne, że nie wyróżniają się mocno swoim smakiem na tle samej czekolady oraz pomarańczy - rzeczywiście ich przewodnim zadaniem staje się dostarczenie chrupiących wrażeń.

Mleczna czekolada również jest na nieco niższym poziomie słodyczy, ale również zaspokaja chcicę na cukier. Ma przy tym w sobie liczne kakaowe i mleczne nuty, przez co nie jest pierwszym lepszym przeciętniakiem z dyskontu. Grube i chrupiące słupki migdałów są rewelacyjnym dodatkiem. Obtoczenie ich w cynamonie daje łagodniejszy efekt, niż w przypadku zastosowania przyprawy do piernika w wersji z ciemną czekoladą. Połączenie niezłej mlecznej czekolady oraz przepysznych mocno cynamonowych migdałów to mój zdecydowany faworyt w tym zestawieniu.

Pamiętajcie, tylko 1,99 zł... Polujcie na obie gwiazdki w swoich Biedronkach. Dajcie znać, czy jeszcze są. Zapewniam Was, poczujecie magię świąt ;).

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, migdały 6%, miazga kakaowa, orzechy laskowe 2%, skórka pomarańczy 2%, syrop glukozowo-fruktozowy, cynamon 0,5%, lecytyna sojowa, guma arabska, kwas cytrynowy.
Masa kakaowa: w mlecznej czekoladzie min. 34%, w białej czekoladzie min. 28%.
Masa netto: 90 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 546 kcal.
BTW: 6,3/33,3/54,9

poniedziałek, 11 maja 2015

Ritter Sport Olympia mleczna nadziewana kremem jogurtowo-miodowym z orzechami laskowymi


Olympia jest jedną z trzech czekolad od Ritter Sport, jakie zakupiłam ostatnimi czasy celem dania szansy tej popularnej marce po bezwzględnej porażce, jaką była dla mnie zimowa limitka Kaffee + Nuss. Pierwszą szansą na odbudowanie reputacji była wiosenna edycja Haselnuss-Cookies, zjedzona podczas wielkanocnego wyjazdu w góry. Nie spełniła moich oczekiwań ani odrobinę. Ostatnie doświadczenia z Ritter Sport można by przyrównać do lizania zimnej kostki margaryny - wątpliwa przyjemność. Nic dziwnego, że otwierając Olympię byłam pełna obaw. 

Pierwszy dzień majówkowej wyprawy przez Beskid Mały. Już sporo kilometrów w nogach, ale ja nalegam na wydłużenie trasy. Mam taką manię, że nie mogę znieść, gdy zapowiadający się ciekawie fragment jakiegoś szlaku ma zostać przez nas opuszczony. Po krótkim postoju na zjedzenie tej czekolady i wypicie kawy, mój Ukochany dał się przekonać, niby przez przypadek tudzież mój podstęp ;). W każdym razie, jest to miły akcent dzięki któremu Olympia będzie nieco milej wspominana. Choć w sumie... dwa wyżej podlinkowane Rittery również były jedzone w górskich okolicznościach, a absolutnie nie podwyższało to ich oceny. Może po prostu Olympia wypadła lepiej?


Olympia to wariant smakowy Rittera, na który czaiłam się już od paru lat. W czasach, gdy jadłam tylko łatwo dostępne w pierwszym lepszym sklepie czekolady, gdy jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy prawdziwa jakość - ten smak bardzo mnie kusił. Tym bardziej, że miałam problem z dorwaniem tej tabliczki stacjonarnie. Gdy w końcu zobaczyłam ją na sklepowej półce, leżącą obok Haselnuss-Cookies - odezwały się we mnie dawne pragnienia. Postanowiłam sprawdzić Olympię.

Nadzienie w mlecznej Olympii ma nawiązywać do naturalnego słodzonego jogurtu, z dodatkiem miodu i orzechów laskowych. Ot, taki deserek. Po otwarciu typowego dla Ritter Sport opakowania, mogliśmy poczuć mało górnolotny aromat słabej mlecznej czekolady - spod którego jednak przedzierały się ciekawsze nuty palone, jogurtowe i orzechowe. Nie urzekały one wprawdzie żadną wykwintnością, ale stanowiły ulgę w porównaniu do tego, co serwowała nam w kwestii zapachowej sama przeciętna czekolada.


Niestety warstwa czekolady jest w Olympii tym elementem, o którym chciałam jak najszybciej zapomnieć. Plastikowa, słodka, mało aksamitna, wręcz nieco ordynarna. Ni to mleczna, ni to kakaowa - nijaka. Kiedyś o wiele lepiej kojarzyłam mleczną czekoladę od Ritter Sport, ale w między czasie zjadłam już tyle przepysznych mlecznych czekolad, że w tym momencie Ritter znajduje się dla mnie gdzieś daleko w tyle - praktycznie na równi z całym zestawem ogólnodostępnych tańszych tabliczek. 

Nadzienie za to dość pozytywnie mnie zaskoczyło. Jego konsystencja jest mniej zbita, niż w przypadku Kaffee+Nuss oraz Haselnuss-Cookies, nawet odrobinkę porowata - co zresztą można dostrzec na powyższym zdjęciu. Konsumpcji nadzienia nie towarzyszy denerwujące odczucie obcowania ze schłodzoną margaryną, co już samo w sobie stanowiło dla mnie dużą ulgę. Pomimo wysokiego udziału tłuszczu palmowego w składzie, jogurt w proszku robi swoje. Wnętrze tej czekolady ma bowiem bardziej jogurtowy, lżejszy charakter w swej strukturze.

W tej jogurtowej bieli zanurzone zostały cukrowe oraz miodowe drobinki, w beżowo-żółtawych odcieniach. To one, wraz z drobno pokruszonymi orzechami laskowymi sprawiają, że patrząc na warstwę nadzienia mamy wrażenie, że jest to jogurt w dodatkiem ziaren zbóż. Tak przedstawia się kwestia wizualna nadzienia, jak jest ze smakiem?

 Przede wszystkim, jest bardzo, ale to baaaaarrrdzo słodko. Po kilku kostkach tej czekolady cukier we krwi podskoczył mi hen hen wysoko. Chyba już dawno nie jadłam czegoś aż tak słodkiego. Gdybym jadła Olympię w innej sytuacji niż na górskim szlaku, pewnie odebrałabym to jako bezwzględną wadę. Tutaj jednak całkiem mi to pasowało, o dziwo. Odświeżająca jogurtowość nadzienia ostro przełamana całą inwazją cukrowo-miodowych cząstek, nienachalnie strzelających pod zębami - była doświadczeniem mimo wszystko niecodziennym i potwornie ładującym energią. Do tego orzechowe drobinki, pojawiające się raz po raz wraz ze swym miłym posmakiem - i oto mamy całkiem udane, choć naprawdę skrajnie słodkie nadzienie. Zresztą nie ma się do dziwić - w składzie stoją: cukier, dekstroza, laktoza, miód, maltodekstryna. Zacukrzenie na maksa.

Nie odważyłabym się sięgnąć po Olympię jeszcze raz, ale nie taki diabeł straszny, jak go malują. W porównaniu do tego, jak paskudnego wyrobu się spodziewałam - Ritter wypadł całkiem nieźle (wyłączając kiepską mleczną czekoladę). Zjedzony później tego samego dnia Almond Nougat od Zottera był również zaskoczeniem, ale tym w drugą stronę... Niezbadane są wyroki mojego gustu.

Skład: cukier, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku 8%, orzechy laskowe, dekstroza 7,7%, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, laktoza, miód 3%, odtłuszczone mleko w proszku, maltodekstryna, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, kwas alginowy, naturalny aromat.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 567 kcal.
BTW: 7,6/37/50

sobota, 9 maja 2015

Zotter Almond Nougat mleczny nugat z migdałów


Przeglądając sklep internetowy Zottera, na serię Nougsus zawsze spoglądałam z wielkim rozrzewnieniem. Maleńkie, 50-gramowe tabliczki o bardzo specyficznym podziale na kostki, z ciekawymi zdobieniami - są po prostu urocze. Największy ich urok tkwi jednak w surowcach. Moi drodzy, seria Nougsus brzmi jak obietnica raju dla każdego orzechowego maniaka. To wariacja na temat delikatnej czekolady i nugatu, zamknięta w jednej tabliczce. Spójrzcie tylko, jakie nugaty oferuje Zotter... Fistaszki, migdały, kokos, orzechy brazylijskie, laskowe, włoskie, nerkowce, makadamia, sezam... Wszystkie one zostały rozpracowane przez Zottera.

Składając ostatnie zamówienie zotterowskich czekolad zapytałam o dostępność tych magicznych Nougsus'ów. Na stanie była akurat jedna z najprostszych opcji, czyli nugat migdałowy. Nie wahałam się ani chwili - musiałam spróbować choćby tego klasyka. Na rozgrzewkę, przed eksplorowaniem bogatego świata orzechów. Poza tym, w mojej głowie wciąż intensywnie brzmiało wspomnienie wyjątkowego różano-migdałowego nugatu z duetu Bouquet Of Flowers. W tym zestawie czekolad, migdałowy nugat przykryty był niewyobrażalnie mocnymi różanymi akcentami. Migdałowy Nougsus niósł perspektywę odkrycia bogactwa takiego nugatu w wersji solo.


Po migdałowy Nougsus sięgnęliśmy pod koniec naszej pierwszej majówkowej górskiej wyprawy. Namówiłam mojego Ukochanego na dłuższy wariant trasy, choć akurat miał nieco gorszy kondycyjnie dzień ("ale to przecież ja prowadziłam pół nocy samochód, to ja powinnam być bardziej zmęczona!" ;)). Zaproponowanie Nougsusa w momencie, gdy już niemalże dobijaliśmy do celu - miało być ukojeniem, nagrodą za spełnianie kobiecych zachcianek dotyczących przemierzania długaśnych szlaków. Spodziewałam się, że przeniesiemy się do migdałowego raju. Po tak wielu wspaniałych doświadczeniach z Zotterem, jakże w ogóle mogłam myśleć inaczej?

Nad małą elegancką tabliczką unosił się bardzo subtelny migdałowy aromat, z mlecznym akcentem. Coś, co delikatnie przebijało się przez różaną feerię w Bouquet of Flowers - tutaj powinno być wyraźne, niczym nie zmącone. Jednak zapach tego nugatu wydawał mi się nadal podejrzanie przytłumiony. Winę początkowo zwaliłam na zmęczenie i zaburzenie percepcji. W końcu smak miał dać do wiwatu. Miał...


Biorąc do ust pierwszy kęs miękko-suchego nugatu, najpierw poczułam przyjemne migdałowe uderzenie. W zasadzie uderzenie jest zbyt mocnym słowem, ot, klepnięcie, trochę od niechcenia. Coś, co chciałabym utrzymać przy sobie na dłużej, zintensyfikować. Po chwili jednak ta migdałowa nuta gdzieś ucieka. Rozpuszczając kawałek czekolady w ustach niecierpliwie czekałam, kiedy jeszcze coś się wydarzy. Bezskutecznie.

Spojrzałam na mojego Mężczyznę siedzącego obok - i już wiedziałam, że on czuje dokładnie to samo. Migdałowy Nougsus ma konsystencję bardzo lekką, coś jak zagęszczona sucha pianka. Jest bardzo delikatnie słodki, wyraźnie tłusty (oczywiście Zotter dał nam tłuszcze o wysokiej jakości, nie można się przyczepić do jakichś zjełczałych posmaków, o nie). Zatopione w nim drobinki kruszonych migdałów nie są mocno chrupiące - tak naturalne, że aż nijakie. Mam wrażenie, że niewiele dokładają od siebie do całości. Tłustość i mleczność kompozycji gdzieś rozmywa moc migdałów, której się spodziewałam. Echo przypraw przebrzmiewa daleko w tle, w wyjątkowo słabym i nieco mdłym natężeniu.

Koniec końców, ta czekolada jest bardzo płaska w smaku. Nie rozwija przed nami bukietu migdałowo-mlecznego szaleństwa. Nie pozostawia gęstwiny smaków na podniebieniu, jej ewentualne dobrodziejstwa szybko umykają. Poczułam podobny zawód, jak w przypadku Labooko Fruit Blueberry. I tak jak w serii owocowej, muszę sięgnąć po inne smaki - aby zweryfikować, czy zafundują mi lepsze doznania - tak i tutaj moja ciekawość Nougsus'ów nie została ani troszkę zaspokojona. Almond Nougat w ogóle mnie nie usatysfakcjonował. Mam nadzieję, że w przypadku innych nugatów dostanę orzechowego kopa, na którego miałam taką ochotę. Tym czasem, po degustacji tej tabliczki - zamiast poczuć harmonię w sercu, ulgę po wysiłku, pojednanie z naturą i samymi sobą - prawie się pokłóciliśmy. Taki dysonans wywołał w nas ten blady w smaku Almond Nougat.

Skład: surowy cukier trzcinowy, migdały 29%, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, syrop fruktozowo-glukozowy, pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, sól, wanilia, imbir, cynamon.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 604 kcal.
BTW: 9,4/45/37