czwartek, 7 maja 2015

Lindt Excellence Lime Intense ciemna z limonką


Wiem, że większość z Was czeka raczej na recenzję lindtowskiej nowości Cherry Intense, jednakże ja w pierwszej kolejności miałam ochotę na limonkowe orzeźwienie. Lime Excellence jest obok Cherry Intense reklamowana jako nowa limitka Lindta na czas letni. Wersja z cytrusami pojawiła się jednak w naszych sklepach już rok temu. Wtedy jej nie próbowałam, ale znałam ją chociażby z recenzji Czoko. Ta pochlebna opinia tym bardziej zachęcała mnie do wypróbowania. 

Lime Excellence pojechała z nami na majówkowy wyjazd w góry i jej przeznaczeniem była konsumpcja do pierwszej kawy po przyjeździe do naszego oddalonego od zasięgu pensjonatu w Rzykach - jeszcze przed wyruszeniem na szlak. Cherry Intense prawdopodobnie również pojedzie z nami w góry, ale dopiero (już?) za miesiąc.



Wiosenny poranek i perspektywa długiej górskiej wyprawy - Lindt nie mógł nam zepsuć dobrego humoru w żaden sposób. Po otwarciu dobrze znanych klasyków w postaci kartonika i sreberka, przyjrzeliśmy się tabliczce niezbyt ciemnej czekolady z licznymi wybrzuszeniami w postaci zatopionych w kakaowej masie kawałków liofilizowanej limonki. Jedna rzecz zastanawia mnie w ich składzie - mają stanowić jedynie 1% całego wyrobu, a przy tym tylko 40% w tym jednym procencie to skórka limonki. Nie napisano, co stanowi resztę. Chciałam pochwalić Lindta za nieprzekombinowany, naturalny skład owocowego dodatku, ale brakuje mi tu pełnej informacji...

 Zaskoczył nas zapach, który tak jak w przypadku wersji Excellence Granatapfel wzbudził skojarzenia związane z owocowymi galaretkami. Tutaj jednak aromat okazał się być przyjemniejszy. Spod lekkich kakaowych nut przebija się cytrusowy zapach, który bardziej niż typowe galaretki w czekoladzie kojarzył mi się z kwaśnymi żelkami w cukrowej posypce. Prawdopodobnie Lindt troszkę za mocno zaszalał z aromatem cytrynowym, ale mimo wszystko ów zapach nie jest mocno przesadzony i nie odstręcza od degustacji.



Deserowa lindtowska czekolada była na moim blogu opisywana już wiele razy, toteż nie ma sensu długo się nad nią samą rozwodzić. Jest przyjemnie maślana, wyważona w swej słodyczy, z delikatną i nienachalną goryczką - bardzo subtelna i przystępna. Jest dobrą bazą dla wielu dodatków, ale jak na jej tle wypadła liofilizowana limonka?

Pierwsze wrażenie smakowe spójnie łączy się z tym, co wyczuliśmy w zapachu. Niestety, jest to akcent odrobinkę sztuczny, ale na całe szczęście im dalej w las - tym obcowanie z tą czekoladą przynosi coraz to bardziej naturalne doznania. Z kwaśnych, aromatyzowanych żelków przenosimy się w stronę lekko podkręconego cukrem soku z limonki. Limonkowe kawałki są drobne, bladocytrynowe w barwie, tylko odrobinę gumowate. Nie były również zbyt twarde i pomimo moich obaw nie wchodziły natrętnie pomiędzy zęby (mój Mężczyzna jest najlepszym testerem tego wrażenia, gdy coś choć odrobinę pakuje się między zęby on dostaje szału). 

Najbardziej zaskakujące, a zarazem najprzyjemniejsze dla mnie doznanie pojawia się na końcu. Gdy już nieco poobcujemy z limonkowymi cząstkami, dociera do nas naturalna cytrusowa goryczka. To uczucie może być dla niektórych rażące, mi jednak bardzo odpowiadało. Dało mi jednoznacznie do zrozumienia, że jem czekoladę z prawdziwą limonką, a nie z cukrowymi i aromatyzowanymi cząstkami. 

Konsumpcja tej czekolady była prostą przyjemnością. Nie było się tu nad czym zastanawiać - po prostu miło jadło się tą słodycz o odrobinkę wytrawnym zacięciu. Fani cytrusów w czekoladzie powinni być zadowoleni - na pewno jest to wyrób bardziej dopracowany niż Imperial Jubileu Lime & Hot Pepper.

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, liofilizowana limonka 1% (skórka limonki 40%), naturalny aromat cytrynowy, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 47%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 519 kcal.
BTW: 5/31/50

wtorek, 5 maja 2015

Zotter Namaste India biała karmelowa nadziewana nugatem kokosowym i kremem kakaowym z brandy z cukru trzcinowego, imbirem, kardamonem, kolendrą i chili


Odkrywając kolejny mały element świata czekolad Zottera, pozostajemy przy serii Handscooped i nadal obracamy się w klimatach korzennych - dziś opisywana czekolada jest tak jak ostatnio wypróbowana H2O Superfood bogata w imbir, kardamon i chili. 

W oryginalnym opisie Namaste India została nazwana czekoladą "białą karmelową wypełnioną kremem kakaowym i indyjskimi przyprawami". Wybierając akurat ten produkt poleciałam głównie na przyprawy indyjskie, na "białą karmelową" o dziwo nawet nie zwróciłam uwagi. Muszę przyznać, że ten oryginalny opis mocno mnie zmylił i nieźle się zdziwiłam, gdy przeczytałam skład. Na szczęście było to zdziwienie pozytywne. A stało się ono jeszcze większe, gdy przekroiłam tabliczkę i zobaczyłam, co znajduje się w środku... Opis Namaste India zawarty w tytule blogu stworzyłam więc sama, próbując jak najlepiej oddać to, że rzeczywiście pojawiło się w tej czekoladzie (choć na stronie Zottera zdjęcie jej przekroju pokazuje, że kremu kakaowego jest więcej niż w moim egzemplarzu - nie ubolewam nad tym :D).



Oglądając tabliczkę od spodu możemy odnieść wrażenie, że wnętrze rzeczywiście składa się jedynie z kakaowego kremu. Ciemny brąz prześwituje przez cieniutką spodnią warstwę czekolady o ciepłej, jasnokarmelowej barwie. 

Oglądając tabliczkę z wierzchu możemy napawać się widokiem naprawdę pięknej, grubej polewy z białej karmelowej czekolady. Spójrzcie na zdjęcie powyżej, czy nie pociekła Wam ślinka? Gdy do tego jeszcze dodamy obłędny zapach ciepłego i świeżego mleka wymieszany z intensywną palonością karmelu - ręce aż same się rwą po pierwszy kęs. Spod tej rozkosznej czekoladowej pierzyny przedostają się do nas wyraziste nuty korzenne, podkręcone odrobiną alkoholu. Spośród bogactwa aromatów wynurza się również kokos.


Przekrojenie tabliczki na pół wzbudza ogromny entuzjazm - to wygląda przepysznie! Zauważamy cieniutką warstwę kakaowego kremu, nad którym objętościowo znacznie dominuje jakieś białe mazidło. Ten biały twór okazał się być nugatem kokosowym. Ów nugat przykryty został grubą warstwą białej karmelowej czekolady, której kawałek czym prędzej oddzieliłam od reszty nożem, aby przekonać się, jak smakuje solo - zanim zagłębię się w każdą kolejną warstwę jakże urozmaiconej Namaste India - naraz i osobno.

Jeśli zasmakowała Wam Karmellove od Wedla klik i klik (a z tego co widzę, zasmakowała praktycznie każdemu - mniej lub więcej), to wyobraźcie sobie taką samą czekoladę, ale o kilka poziomów jakościowych wyżej. Jestem przekonana, że dla białej karmelowej od Zottera przepadlibyście z kretesem, pokochalibyście ją całym sercem.

Warstwa białej czekolady jest bardzo słodka, ale jest to słodycz kunsztowna, rozlewająca się niebiańską rozkoszą na podniebieniu. Sprawiająca, że aż nogi robią się miękkie jak z waty. Jej smak jest jeszcze bardziej obezwładniający niż zapach. Przyjemnie tłusta, lecz nie mazista - rozpływa się w ustach. Zawiera w sobie łagodną moc świeżego mleka idealnie wyważoną z charakternym, dość mocno palonym karmelem na bazie cukru trzcinowego. Biała karmelowa od Zottera to kompozycja tak anielsko słodziutka, tak pyszna - że na samo wspomnienie przebieram nóżkami z ekscytacji. Wprost nie umiem ubrać w słowa, jak bardzo smakowała mi ta błoga mleczno-palona słodycz.


W zasadzie to mogłabym poprzestać na jedzeniu samej warstwy tej białej czekolady - w końcu już zostałam uniesiona do nieba. Ale przecież to był dopiero początek! Namaste India to coś o wiele więcej, niż TYLKO boska biała karmelowa czekolada. Wgryzając się we wszystkie warstwy na raz, ta pyszna czekoladowa polewa staje się jedynie arcysmacznym czynnikiem łagodzącym wszystko inne, co dzieje się wewnątrz. A dzieje się bardzo dużo... i jest to naprawdę szalone!

Kęs Namaste India zapakowany do buzi to gwarantowany szok. Przez mleczną, karmelową i kokosową słodycz z wielkim impetem przedzierają się imbir, kardamon i chili. Potężne w swej mocy, bardzo pikantne i rozgrzewające, rozpalające ogień. Połączenie przypraw, które świetnie sprawdziło się w H2O Superfood, tutaj nabiera zupełnie nowego wymiaru - prawdopodobnie jeszcze smaczniejszego. To piecze i pali, ale w połączeniu z łagodnymi częściami tej kompozycji jest to pikantność wybitnie oryginalna i smakowita. Na dodatek, została ona podkreślona alkoholową nutą, która pojawia się dzięki udziałowi brandy z cukru trzcinowego w kakaowej warstwie nadzienia.


Nie byłabym sobą, gdybym nie rozebrała tej tabliczki na części pierwsze. Po oddzieleniu warstwy boskiej białej karmelowej czekolady, z łatwością docieramy do kokosowego nugatu. Właściwie, to przypomina on konsystencją gęsty krem na bazie mleka, z dużą zawartością głównego bohatera - czyli kokosa. Ów krem jest na tyle mięciutki, że można by go wyjadać łyżeczką. Bardzo mleczny, barrrrdzo naturalnie kokosowy w smaku, przyjemnie słodki z lekkim owocowym zacięciem. Zawiera on dość znaczną ilość miękkich i delikatnych wiórków kokosowych - nie są to jakieś wysuszone opiłki. Jednak nie tylko wiórki stanowią o kokosowości tej warstwy - w składzie jak byk stoi również sam kokos, jakąkolwiek częścią i formą by on nie był. Przypuszczam, że jest to po prosty bardzo drobno zmielony świeży miąższ kokosa, ewentualnie kokosowy proszek, być może podlane to zostało kokosowym mleczkiem. Ten kokosowo-mleczny krem byłby sam w sobie czymś niezwykle delikatnym, przerozkosznym dla każdego kokosowego maniaka - ale nie jest tak prosto. To właśnie kokosowy nugat jest warstwą, do której dosypano solidną garść przypraw.

Kompozycja imbiru, kardamonu i chili, dobrze znana mi z H2O Superfood - została tutaj wzbogacona o kolendrę, wanilię i cynamon. Tak czy siak, to te trzy pierwsze przyprawy grają tutaj główną rolę i są naprawdę potwornie wyraziste - pozostałe składniki podkręcają odrobinę wrażenia. Piecze, ale w połączeniu z genialną słodyczą kolejnych części tej czekolady, owa pikantność jest czymś intrygującym i przyjemnym, wcale nie w masochistyczny sposób.

Dolną i najcieńszą warstwę Namaste India stanowi kakaowy krem. Jest on lekko cierpki i goryczkowy (poprzez kakao), ale również nie brakuje w nim słodyczy. Bardzo ciekawym elementem jest zawarta w tym kremie brandy z cukru trzcinowego - swym rozgrzewającym alkoholowym posmakiem (wcale nie ordynarnym!) jeszcze bardziej podbija poziom pikantności kompozycji. Smakiem przypomina mi on o nadzieniu w Zotter Caipirinha. Cieszę się, że w mojej tabliczce ten kakaowo-alkoholowy krem stanowił najcieńszą warstwę - był ważnym elementem dopełniającym całości, ale w większej ilości by się tutaj nie sprawdził. Za bardzo zdominowałby pozostałe, przepyszne części tej tabliczki.

Rozkoszna słodycz i uwodząca pikantność - tak najprościej można by opisać Namaste India. Szokujące i zróżnicowane, lecz bardzo przyjemne doznania - skryte pod polewą z najpyszniejszej białej karmelowej czekolady. Mój Mężczyzna żałował, że kupiłam tylko jeden egzemplarz tej tabliczki... Namaste India dostarczyła nam takich emocji, że chciałoby się, aby nie kończyła się tak szybko...

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, mleko, syrop glukozowo-fruktozowy, wiórki kokosowe, kokos, odtłuszczone mleko w proszku, migdały, koncentrat z ananasa, imbir, koncentrat cytrynowy, brandy z cukru trzcinowego, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, sól, kardamon 0,1%, kolendra 0,1%, wanilia, cynamon, chili Bird's Eye, proszek cytrynowy, płatki róż.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 473 kcal.
BTW: 5,7/32/41


niedziela, 3 maja 2015

Morin Republique Dominicaine ciemna 63%


Po wzbudzającej Wasz wielki entuzjazm czekoladzie z Sao Tome, przyszedł czas na kolejną tabliczkę z francuskiej czekoladziarni Morin - tym razem stworzoną z ziaren kakao pochodzącej z zupełnie innego rejonu świata. Na Dominikanie produkcja kakao jest bardzo wysoka biorąc pod uwagę powierzchnię tego kraju. Zawsze taka informacja wiąże się z faktem, że większość kakao wywodzącego się z tego państwa trafia do masowej produkcji. Nie ma się jednak czego obawiać, czekolada od Morin to perełka dominikańskiego surowca ;). Nawet gdybym w to wątpiła, to bogactwo smaku mówi samo za siebie...

Według organizatorów poznańskiej degustacji czekolad Morin, która miała miejsce w styczniu tego roku w Pintej Klepce, ta tabliczka to: "Niesamowita mieszanka - w dominikańskiej czekoladzie przeplatają się aromaty starego, utlenionego drewna i przypalonego kakao z mleczną słodyczą i kwaśnymi, suszonymi czerwonymi owocami. W tle ściółka leśna i jadane kasztany. Finisz lekko pylisty i ściągający." Ja tej tabliczki nie zakupiłam od razu w dniu degustacji, lecz zamówiłam ją później - co świadczyło o tym, że w porównaniu do pozostałych próbowanych wtedy czekolad Dominikana nie zapadła mi najmocniej w pamięć. Co jednak zaprezentowała nam sobą, kiedy mieliśmy jej do dyspozycji całe 100 gramów i mogła pokazać nam swoje walory solo - bez konfrontacji z innymi czekoladowymi indywidualistkami od Morin?



Zaciągając się zapachem tej najzwyczajniej w świecie wyglądającej tabliczki, wyczuwamy zapowiedź szorstkości i suchości, tych z gatunku drewnianych, palonych i typowych dla suszonych owoców - nie popielnych. Ja wyraźnie wyczułam w aromacie płatki róż/esencję różaną, natomiast mój Ukochany miał skojarzenie zgoła odmiennie - on czuł tu rozgrzany asfalt. Siedząc dziś przed monitorem i próbując opisać tą tabliczkę stwierdzam, że paradoksalnie te dwa zapachy wcale siebie nie wykluczają i jest w nich... coś podobnego :D. Przynajmniej jesteśmy w stanie odnaleźć takie podobieństwo w tej czekoladzie. Nad wszystkim unosi się przyjemna kawowa goryczka.

Kostki odłamują się od siebie z specyficznym, bardzo ostrym trzaskiem - trochę tak, jakby poddać je gwałtownemu działaniu perfekcyjnie naostrzonego noża. Pomimo skojarzeń z szorstkością w kwestii zapachu, podczas konsumpcji czekolada okazuje się być bardzo smukła. Smukła, choć nie w 100% gładka - ma w sobie tą szorstkość, ale taką wilgotną.



Jak możecie sobie wyobrazić smukłą i wilgotną szorstkość? Pomyślcie o słodyczy rześkich pomarańczy, przeplatającej się z gęstym i mocnym kawowym syropem. Wyobraźcie sobie sterty suszonych wiśni - które są odrobinkę scukrzone, ale nie na tyle, by przyćmić ich naturalną kwaskowatość i cierpkość. A już najbardziej dobitnym skojarzeniem będzie pumpernikiel. Można to też kojarzyć z wilgotną kwaśną glebą i ściółką w zaciemnionym lesie. Ja jednak najprościej ujęła bym to tak: kwaskowatość wilgotnego razowego chleba, przeplata się ze słodyczą soczystych pomarańczy i suszonych wiśni, a do tego podlana jest kawową goryczką. 

Na dokładkę powiem Wam jeszcze, że w finiszu pojawia się nieco pikantności. To, co organizator degustacji nazwał pylistością i ściąganiem, ja w przypadku Dominikany 70% odczuwam jako drapanie w gardle, troszkę jak po zjedzeniu mocno pieprznej potrawy.

Ciekawym elementem w degustacji tej czekolady jest również fakt, że nuty smakowe są praktycznie takie same zarówno przy gryzieniu, jak przy ssaniu kostek. W Dominikanie 70% dzieje się dużo, ale poczujemy to niezależnie od tego, jaką formę spożywania czekolady preferujemy.

Jeszcze jednym istotnym doznaniem jest odczucie pojawiające się po kilku kostkach tej czekolady, gdy buzia już całkowicie zalepi się kakaową masą. Pojawia się wtedy świeży, przyjemny chłód - jak podczas rozpuszczania w ustach solidnej łychy bardzo dobrej jakości czekoladowych lodów. 

Wszystko to czyni Dominikanę 70% czekoladą bogatą, ciekawą, a przy tym przystępną. Nie ma tu nut ciężko przyswajalnych, bardzo trudnych. Można powiedzieć, że ich intensywność i specyfika balansuje na granicy. Trochę dalej w las i ogólne doznania byłyby już mniej delikatne i subtelne. Jednakże tak się nie stało i bez strachu można się w Dominikanę 70% zagłębić - gdyż zaprasza do siebie feerią przyjaznych, choć wyraźnych akcentów.

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa netto: 100 g.

piątek, 1 maja 2015

Bellarom Rich Chocolate ciemna śmietankowa


Nie przez przypadek publikuję dzisiejszą recenzję w Dzień Pracy, bo w takiej tematyce będzie utrzymany dzisiejszy wpis. Dobrze wiecie, że spożywane przeze mnie czekolady dzielą się na 3 kategorie: 1) degustowane w dni wolne z Ukochanym 2) jedzone na górskim szlaku 3) zabierane do pracy jako koło ratunkowe w sytuacji, gdy cukier spada (połowę tych tabliczek zawsze odkładam dla mojego Mężczyzny, a on zjada je w późniejszym terminie). 

Po tym, co wydarzyło się pod wpływem ciepła z deserową La Speciale, postanowiłam zaprzestać zabierania czekolad do służbowego auta na czarną godzinę, przynajmniej w okresie wiosenno-letnim. Jeśli rzeczywiście znajdę się w sytuacji awaryjnej, gdy czekolada będzie mi potrzebna tu i teraz - aby uratować mi życie - po prostu podjadę do najbliższego sklepu i kupię coś, co wpadnie mi w oko. Dzięki temu co jakiś czas pojawiać się będą na moim blogu czekolady w 100% ogólnodostępne. Mam nadzieję, że nie będę nigdy postawiona w awaryjnej sytuacji wtedy, gdy jedynym sklepem w promieniu najbliższych 50 km będzie wiejska buda z dwoma Milkami i Wedlami na krzyż. W tym wypadku prędzej sięgnę po drożdżówkę ;).

W zeszły piątek chciałam dokończyć swoją robotę w firmie, aby mieć czystą głowę w weekend - trzeba było dłużej przysiąść. Wałówka zabrana z domu już się skończyła, a w brzuszku zaczynało burczeć - ewidentnie potrzebowałam czekolady, ale takiej, która nieco mnie nasyci. Z siedziby firmy w której pracuję najbliżej mam do Lidla. Niezbyt długo dumałam przy półce z czekoladami, szkoda było czasu - mimo wszystko jak najszybciej chciałam już zrobić kawę, dokończyć swoją robotę i móc rozpocząć upragniony weekend. Wybór padł na Bellarom Rich Chocolate.

  

Dlaczego akurat ona? Urzekła mnie jej grubość - posiadanie 200-gramowej tabliczki za circa 5,50 zł było atrakcyjną wizją - tym bardziej, że jej skład był dobry i ciekawy. Rich Chocolate kojarzyłam jedynie z pochlebnej opinii na Love, Wining & Dinning. Choć drugą czekoladową markę własną Lidla - Fin Carre - mam już nieco rozpracowaną, to w kwestii Bellarom byłam zielona. Nigdy nie przyglądałam się uważniej tym tabliczkom - być może dlatego, że nie udało mi się trafić na ich promocję (kiedykolwiek była?).

 Będąc już w domu, weszłam na stronę producenta czekolad Bellarom - jest nim Alfred Weinrich. Gdy zapoznałam się z asortymentem tej niemieckiej firmy zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona! Okazuje się, że Weinrich jest producentem m.in. ekologicznych czekolad Vivani czy wegańskich iChoc, które możecie spotkać w sklepach ze zdrową żywnością. Spod jego skrzydeł wypuszczane są również czekolady GEPA, które jakiś czas temu urzekły mnie na blogu Mateusza Wesołowskiego. Moi drodzy, z tego wszystkiego wynika, że Bellarom dla Lidla nie robi byle kto! Pytanie brzmi - czy w ogóle czuć to w smaku?


Jak już wyżej wspomniałam, do sięgnięcia po Rich Chocolate przekonał mnie m.in. prosty i ciekawy skład. Po pełnej mlecznych akcentów Morin Sao Tome Uba Budo - w której to ani grama mleka wprawdzie nie było - nabrałam ochoty na coś prawdziwie śmietankowego z wyższą zawartością kakao niż standardowe 30%. Bellarom oferuje nam 45% masy kakaowej w fuzji z niemal 20% składników mlecznych. 

Zatopienie się w grubą i dużą kostkę tej czekolady samo w sobie sprawiło mi przyjemność. Z leciutkim chrupnięciem złamała się pod naporem zębów, by po chwili powoli rozpuszczać się w ustach, pozostawiając na podniebieniu aksamitny film. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się w tej tabliczce, że nie była przesłodzona - co otwierało drogę do wyczuwania wielu niuansów smakowych. Na dodatek samych bardzo przyjemnych niuansów...

Kakao nieprzysłonięte, lecz jedynie doprawione cukrem, rozpościera przed nami feerię klasycznych nut kawy, palonego karmelu i prażonych orzechów. Tylko tyle (lub aż tyle!) w zupełności wystarczy, by w połączeniu z mlekiem i śmietanką stworzyć coś bardzo smacznego. Tak, ta czekolada jest zdecydowanie bardziej śmietankowa niż mleczna - wysoki udział śmietanki odznacza się charakterystycznym posmakiem, spójnie zgrywającym się z temperamentnym kakao. Odrobinka wanilii nadaje tej miksturze dodatkowego uroku. Każdy kolejny kęs zaprasza po jeszcze więcej, choć muszę przyznać, że czekolada należy do tych sycących i w przyjemny sposób zalepiających buzię - dokładnie to, na co w tamtej chwili miałam ochotę!

Bellarom Rich Chocolate to dostępna dla każdego, przystępna cenowo i dobra jakościowo harmonia pomiędzy kakao a mlekiem. Gratka dla każdego, kto lubi mleczne czekolady, a jednocześnie ma ochotę na coś więcej - bojąc się sięgać po typowe ciemne tabliczki. Tą czekoladą marka własna Lidla bardzo zachęciła mnie do siebie - już wiem, że w tym roku na pewno nabędę kolejne tabliczki z asortymentu. Zacieram ręce szczególnie ma myśl o wariantach z orzechami - takie grube i duże tabliczki z orzechowym dodatkiem genialnie sprawdzą się na górskim szlaku. 

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku 14%, pełne mleko w proszku 5%, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat waniliowy.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 200 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 577 kcal.
BTW: 7,5/40,3/43,5.