czwartek, 9 kwietnia 2015

Lindt Sweet Popcorn mleczna z nadzieniem czekoladowym i popcornem


Najnowsza propozycja Lindta z serii Hello nie jest już wcale aż taką świeżynką. W zagranicznych sklepach dostępna jest bodajże od jesieni 2014 roku. Ja swój egzemplarz zakupiłam w Mikołajki, podczas spaceru do marketu za naszą zachodnią granicą. Jak widzicie, przeleżała swoje w Magicznej Szufladzie - aż doczekała Wielkanocy. Gdy z weekendu na weekend nie decydowałam się na otwarcie Sweet Popcorn w końcu podjęłam decyzję, że dopisuję ją na listę smakołyków zabranych jako dopalacz w góry. Bo Wielkanoc, jak każde inne święto dające nam dni wolne od pracy, jest idealnym momentem na wypad w góry!

Bardzo lubię lindtowską serię Nice To Sweet You. Wszystkie wypróbowane przez mnie czekolady z tej kolekcji przypadły mi do gustu. Miałam też kilku ewidentnych faworytów, jak na przykład Dark Chocolate Cookie. Nazwa Sweet Popcorn rozbudziła moją wyobraźnię - nigdy nie jadłam popcornu w czekoladzie, ale wyrób Lindta z miejsca wydał mi się pewniakiem dobrego smaku. Po prostu wszystkie Hello były dobre i tyle. Wyobraziłam sobie pokruszone kawałki solonego maślanego popcornu zatopione w mlecznej czekoladzie Lindta i... to musiało być dobre. 


Lindt Sweet Popcorn otworzyliśmy pierwszego dnia naszego wielkanocnego wyjazdu - po przyjeździe na naszą kwaterę w Międzybrodziu Żywieckim. Trzeba było wzmocnić się po podróży, a przed wyruszeniem na jak się potem okazało barrrdzo kapryśny szlak. Ot, Wielki Piątek, to i musiałam przejść swoją Drogę Krzyżową - mimo, iż jestem niewierząca. Przejdźmy jednak do sedna, czyli do samej czekolady.

Długa i smukła tabliczka o dość grubych, uroczo ozdobionych kostkach - to cechy charakterystyczne serii Nice To Sweet You. Każda tabliczka z tej kolekcji otoczona jest zawsze sreberkiem, które z zewnątrz ma charakterystyczną dla danego rodzaju czekolady barwę. W wypadku Sweet Popcorn, jest to intensywna i bardzo ładna czerwień. Czekolada pachnie nieco odmiennie, niż klasyczny mleczny Lindt - ma w sobie pewną paloną, gorzkawą nutę. Odbiera ona nieco charakterystycznego maślanego aromatu typowej mlecznej czekolady Lindta.


Po wgryzieniu się w miękką i delikatną kostkę nie rozpływam się w degustacyjnej rozkoszy. Warstwa mlecznej czekolady jest hmmm... jakaś taka mniej satysfakcjonująca, niż zazwyczaj. Przypuszczam, że jest to kwestia tego, że zbyt bardzo zlewa się ona z czekoladowym nadzieniem. Tja, nadzienie nazwano czekoladowym, co jest dla mnie sporym nadużyciem. Owszem, jest brązowe i ma posmak kakao, ale daleko mu do idealnego czekoladowego kremu, lub choćby czegoś podobnego jak we wspomnianym wyżej Dark Chocolate Cookie. Niestety, olej palmowy umieszczony tak wysoko w składzie nie mógł obejść się bez echa. Warto jednak zaznaczyć, że zarówno czekolada jak i nadzienie nie są przesłodzone. Balansują na granicy delikatnej, aksamitnej słodyczy. Nie tak maślanej, jak to u Lindta bywało, ale jednak jest całkiem przyjemnie.

No dobra, ale jak przedstawia się rzeczony popcorn? Na powyższym przekrojowym zdjęciu kostki możecie zauważyć jedynie nieliczne drobinki jakiegoś dodatku - absolutnie nie są to kawałki prażonej kukurydzy. Okazało się, że Lindt zatopił w nadzieniu Sweet Popcorn coś na kształt granulek z prażonej kukurydzy. Kiedy natrafimy na takową granulkę najpierw przypomina ona coś na kształt ciasteczka na mące kukurydzianej. Dopiero po chwili dociera do nas specyficzny, lekko palony i skarmelizowany posmak charakterystyczny dla dobrze podprażonego popcornu. Smak ten jest naprawdę bardzo ciekawym doznaniem i szkoda, że nie pojawia się od samego początku i nie zostaje z nami na dłużej.

Niestety muszę przyznać, że Sweet Popcorn była najsłabszą próbowaną przeze mnie czekoladą z serii Nice To Sweet You. Zabrakło jej wyrazistości. Gdyby nadzienie było bardziej czekoladowe tj. wyraźniej zbliżone do tego, co reprezentuje sobą czekolada Lindta... Gdyby kawałki prażonego ziarna kukurydzy były większe, liczniejsze, bardziej dopieszczone... Tak, wtedy zdecydowanie polubiłabym tą czekoladę. Tym czasem, nie za wiele mam do wspominania. Jedynie delikatne echo gorzkawego smaku prażonego ziarna, przykryte masą z niezbyt udanego nadzienia.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, laktoza, olej palmowy, granulki prażonej kukurydzy 4% (kukurydza, cukier, prażona kukurydza, olej słonecznikowy, glukoza, lecytyna rzepakowa, aromat, sól), tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, naturalne aromaty.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 566 kcal.
BTW: 6,6/36/53

wtorek, 7 kwietnia 2015

Zotter Peru 100% ciemna


Zotter Peru 100% to czekolada prawdziwie skrajna. Wraz z wyciągnięciem jej z Magicznej Szuflady, do 100% dobiła liczba wypróbowanych tabliczek, jakie zakupiłam w sierpniu w Innsbrucku, wracając z urlopu. Tak, mój zapas przywiezionych stamtąd smakołyków właśnie się wykończył. Gdy kupowałam tą czekoladę nie miałam jeszcze żadnych doświadczeń z tak wysoką zawartością masy kakaowej. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się na degustację - byłam już po trzech próbach takiego kakaowego szaleństwa (a wspominam o nich w kolejnych akapitach tego wpisu). Można rzec, że temat już z lekka oswoiłam - ale wiem, że w tym wypadku nie ma miejsca na słowo takie jak oswojenie czy przyzwyczajenie. 100% to 100% - tu nie ma miejsca na kompromisy.

Ojczyzną ziaren, z których wykonano naszą dzisiejszą bohaterkę jest peruwiańska kooperatywa Naranjillo. Zajmuje się ona uprawą kakao, które według strony internetowej Zottera ma być najłagodniejszym na świecie. Phi! Mając za sobą degustację 100% Domori Criollo wiem, że co jak co, ale peruwiańska stówka od Zottera nie może się z nią równać w łagodnych nutach smakowych... Uprzedzając fakty, odsyłam Was do mojej recenzji powyższej 100% Domori - jej opis jest dokładnym przeciwieństwem dziś recenzowanej czekolady, co jest idealnym dowodem na to, jak bardzo mogą się od siebie różnić czekolady o 100% zawartości kakao.


Peru 100% była konszowana aż przez 34 godziny, tak jak jej koleżanka High-End. High-End stworzona została również z peruwiańskiego kakao, choć nie wyszczególniono z którego dokładnie. Można jednak przypuszczać na wstępie, że będą to tabliczki dość podobne do siebie - różniące się jedynie 4% masy kakaowej. Koniecznie przeczytajcie moją recenzję High-End nim wgłębicie się w dzisiejszy wpis. Swoją drogą, na styczniowej degustacji czekolad w poznańskiej Pintej Klepce miałam również okazję spróbować peruwiańskiej 100% od Morin - była ona podoba do High-End, a więc pełna popiołu i kwasu. Opisem jakich doznań uraczę Was dzisiaj?

Peruwiańska diablica od Zottera jest bardzo ciemna, lecz ma w sobie przebłyski wiśniowej barwy. Zapach nieco mnie zaskoczył - ma w sobie śmietankowe zacięcie. Kierując się wyłącznie zmysłem węchu nie dałabym tej czekoladzie aż takiej zawartości masy kakaowej, maksymalnie 80%. Naprawdę, aromat może nas zmylić - nie ma tu jakiejś narzucającej się suchości i szorstkości, nie jest to popiół. Ponadto, czekolada odrobinę rozpuszcza się pod palcami, z miękkością - sprawiając wrażenie delikatnej. Taka to przebiegła bestia, kusicielka!
 
Teraz przejdźmy do smaku... Przygotujcie się na długą i bezlitosną drogę po najmroczniejszych zakamarkach świata kakao. Osoby o słabych nerwach proszę o opuszczenie bloga ;). Jeśli czytaliście już niedawno opublikowaną recenzję Peru 100% made by Kimiko556, zwróćcie uwagę, że niektóre smaki autorka Chwil Zasłodzenia i ja wyczuwałyśmy w innych kolejnościach. Przypuszczam, że może to być przyczyna m.in. odmiennego sposobu konsumowania. Rozcieranie, gryzienie i rozpuszczanie w innych miejscach podniebienia i języka - już doprowadzi do nieco innego odczucia startu, rozwinięcia i finiszu. I jak tu nie być zafascynowanym odkrywaniem świata czekolady?


Pierwsze wrażenie smakowe od razu bije nas po głowie. To surowa kwaśność, ta z gatunku siarkowych i piekielnych. Przywoływała na myśl spopielone skorupy nadpsutych orzechów włoskich. Po inwazji kwasu intensywność doznań na chwilę spada, przez ułamek sekundy próbując się otrzeć o coś bardziej neutralnego. Zotter nie pozwala nam jednak na wytchnienie, i tym razem uderza goryczą! Przejmującą, bardzo mocną, chwilami aż wykręcającą twarz. Gorycz jest tak wybitna, że przez moment mamy wrażenie, że nie damy rady dalej! Pomimo to, nie pozostawia na koniec zbyt dużego uczucia ściągania. Być może kluczem do tego, że jednak chcemy przy niej zostać decydując się na kolejny kęs jest fakt, że pomimo tak ostrych smaków nie jest sucha w teksturze. Nie ma w sobie aż tyle popiołu, jest raczej smolista. Ocieramy się o ekstremum, czujemy niebezpieczeństwo, ale brniemy w to dalej...

Ta czekolada jest bardzo treściwa i intensywna. Aż tak, że szukałam czegoś do zneutralizowania i przełamania jej smaku. Nie to, że mi nie smakowała - po prostu masakrowała kubki smakowe i trzymała je non stop na najwyższych obrotach. Miałam ochotę iść po mleko do lodówki, ale koniec końców i tak wybierałam kolejny czysty kęs tego piekła.


Mój Ukochany nie wytrzymał i sięgnął po kostkę parę dni temu opisywanej La Speciale (dla kontrastu powyżej porównanie kolorystyczne obu czekolad ;)). Jak się okazało, to posunięcie jeszcze dodatkowo dolało oliwy do ognia. Przejście od tak mocnej kwaśności i goryczy do inwazji cukru było totalnym szokiem dla organizmu. Zmysły zgłupiały. Mój Luby musiał jednak przegryźć mleczną La Speciale kolejnym kęsem Peru 100%, co oznacza, że jednak naprawdę naszym przeznaczeniem jest piekło ;).

Kwaśno-gorzka smolistość tej czekolady kojarzy mi się z zawilgoconą i zapiaszczoną podłogą w opuszczonym budynku. Z zimnym kościołem o surowych ścianach, z wilgotnymi lochami. Tak, to właśnie ta smolistość próbowała przez chwilę nabrać nas na iluzję kremowości - ale to było zupełnie coś innego. Ta czekolada jest na tyle ekstremalna, że po jej zjedzeniu z naszych ust wydobywał się zapach przypominający woń jak po paleniu papierosów. Śluzówka jamy ustnej została nieźle przesuszona.

Jeśli mam pozostać w konwencji przyrównywania czekolad do kobiet - to to była prawdziwa diablica z krwi i kości. Przebiegła i bezwzględna. Kusząca swoimi walorami, koniec końców ciągnąca za sobą na samo dno. Bo ta czekolada miała w sobie coś hipnotyzującego - jedząc ją ocieramy się o ból, z każdym kęsem mówimy sobie, że to ostatni - ale jednak jemy dalej! Moim zdaniem, każdy fan czekolady powinien choć raz spróbować czegoś takiego - by przekonać się, jak nieziemską moc kryje w sobie kakao. U Domori 100% kakao to było 100% nieba, w rękach Zottera to 100% piekła: buchającego siarką, płomieniami, rozżarzonym popiołem i smołą. Piekła, w które wchodzi się jak w narkotycznym transie, bez zawahania...

Skład: miazga kakaowa.
Masa kakaowa 100%.
Masa netto: 65 g (2x 32,5 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 636 kcal.
BTW: 16/59/9,6

sobota, 4 kwietnia 2015

Morin Venezuela Chuao ciemna 70%



Przy ostatniej recenzji czekolady Morin napomknęłam, że chciałabym pochylić się jeszcze raz nad wszystkimi wariantami z tej francuskiej czekoladziarni, których miałam okazję skosztować podczas styczniowej degustacji w Pintej Klepce. Dzisiejszy wpis jest świetnym dowodem na to, że od myśli szybko przechodzę do czynów ;). Paczuszka z kilkoma tabliczkami Morin prędko znalazła się w moich czułych dla czekolad dłoniach. I tylko żałowałam, że nie posłuchałam porady-żartu znajomego - żeby po degustacji po prostu kupić je wszystkie, gdy tak bardzo nie mogłam się zdecydować, które wziąć. Przynajmniej wtedy nabyłabym czekoladę z kakao z Wietnamu, której zabrakło gdy kompletowałam moją paczuszkę... :( Jeżeli Wy chcecie również spróbować cudeniek od pana Morin - piszcie śmiało do mnie, coś wykombinujemy ;). Zachęcam z całego serca do kupna i osobistego wypróbowania tych czekoladowych rozkoszy!

W mojej dotychczasowej czekoladowej karierze jadłam wcześniej jeszcze jedną tabliczkę wykonaną z wenezuelskiego kakao z Chuao - była to wspaniała Amedei Chuao, sprezentowana mi przez Aurorę Czekoladową. Wenezuela jest w ogóle wyjątkowym krajem jeśli chodzi o kakao. Specyfika klimatu w tym państwie doprowadziła do możliwości uprawy wielu różnorodnych odmian kakao, bardzo aromatycznych - różniących się wyraźnie bukietem w zależności od regionu pochodzenia. Można rzec - co region Wenezueli, to zupełnie inne kakao. Ja póki co odkrywam Chuao - przedtem w interpretacji Amedei, a teraz Morin. A Chuao na mapie to maleńka miejscowość położona wśród gór. Malutkie królestwo wielkiego kakao. I to jeszcze w górach. Przecież to musi być boskie, to brzmi jak utkane specjalnie dla mnie ;).


Po Wenezuelę od Morina musieliśmy sięgnąć jak najszybciej, bo mocno gonił ją już termin ważności. Miało to swoje odzwierciedlenie w lekkim białym nalocie na powierzchni tabliczki, ale absolutnie nie wpłynęło na wrażenia degustacyjne. Zapach tej czekolady to sama przyjemność, zaskakująca fuzja wilgoci i suchości. Pierwsze i najmocniejsze skojarzenie to soczyste słodkie wiśnie, z naturalną nutką kwasku. Kolejne myśli to: buchająca wilgocią gleba, torf otoczony krystalicznie czystymi strumykami, fusy mocnej i suto posłodzonej kawy. Coś naprawdę kuszącego, przyciągającego, wwiercającego się przez nozdrza i opętującego cały mózg.

Kostki ciężko odłamują się od siebie, a gdy już ulegną naporowi palców - robią to z głośnym trzaskiem. Kawałki czekolady rozpuszczając się w ustach nie sprawiają wrażenia proszkowej czy też mocno suchej i ściągającej - w buzi robi się przyjemnie kremowo, choć kęsy wcale łatwo się nie roztapiają. Najtrafniejszym, choć dziwacznym określeniem na teksturę tej czekolady jest wilgotna kredka świecowa. Majacząca gdzieś suchość przykryta jest soczystymi akcentami.

W smaku pierwsze wrażenie to słodycz. Tak, słodkie i rześkie wiśnie zdominowały zarówno zapach, jak i smak. Najpierw są one i przez dłuższą chwilę nie pozwalają dojść do głosu kolejnym nutom. Następnie pojawia się mocne espresso z kapką tłustej i gładkiej śmietanki. Później natrafiamy na coś zaskakującego - jest to hipnotyzujący pikantny akcent. Coś pomiędzy chili a sosem sojowym. Ta intrygująca nuta pojawia się szczególnie podczas rozcierania kęsa po podniebieniu. Generalnie, w całej kompozycji zdecydowanie najmniej jest kwaśności - słodycz, gorycz i pikantność łączą się w upojnym uścisku. O dziwo, organizatorzy styczniowej degustacji zauważyli w tej tabliczce właśnie znaczną kwaśność. Według ich opisu: "Deserowa czekolada z Wenezueli uderza swoją owocowością. Ostry aromat kandyzowanych wiśni i suszonych śliwek, w smaku wysoka kwaśność. Kremowa, lekko pylista."

Morin Venezuela Chuao 70% kojarzy mi się z długowłosą brunetką o barrrrdzo kobiecych kształtach, ubraną w czerwoną opinającą sukienkę. Ta czekolada jest potwornie romantyczna, kobieco wilgotna i ciepła. Wieczorowa. Jak intymna kolacja przy świecach. Z jednej strony jest delikatna i nadal wiele w niej niedopowiedzeń, a z drugiej - dobrze wiemy, jak piekielna drzemie w niej moc. Pysznie zniewalające :).

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.

środa, 1 kwietnia 2015

Natra Onati La Speciale mleczna z cząstkami jabłkowymi i karmelizowanymi orzechami laskowymi


Marka La Speciale to seria para-ekskluzywnych produktów spożywczych (od serów przez herbaty po słodycze), która od niedawna pojawia się w Biedronkach w okolicach świąt. Dziś opisywana mleczna czekolada oraz jej deserowa koleżanka (na nią jeszcze przyjdzie czas :)), zagościły na biedronkowych półkach w okolicach Bożego Narodzenia. Wtedy niespecjalnie mnie kusiły, większym wabikiem okazała się świąteczna Momami. U progu wiosny, w Biedronkach ogłoszono promocję na wszystkie czekolady. Zalegające na półkach La Speciale i tak zostały już wcześniej przecenione, więc ich cena była już bodaj o połowę niższa niż w grudniu. Aż szkoda było ich nie zabrać ze sobą. 

Obie panny wyprodukowane zostały przez hiszpańską firmę Natra. Jak się okazuje, jest to całkiem spora kompania zajmująca się produkcją i dystrybucją czekoladowych wyrobów i surowców m.in. dla marketów, swoim zasięgiem obejmując wiele państw na całym świecie.

Pewnie się domyślacie, że pomimo swojej para-ekskluzywności ;) La Speciale nie trafiły do przegródki w Magicznej Szufladzie przeznaczonej do rytualnych degustacji z moim Lubym. Ostateczne przeznaczenie tych czekolad miało być bardziej przyziemne - doładowanie w robocie. Mleczna La Speciale przez parę dni jeździła ze mną autem czekając na swój nieuchronny koniec. Aż w końcu, podczas dnia biurowego, zbliżając się już ku finiszowi pracy - zrobiłam sobie entą kawę i wyjęłam czekoladową delikwentkę z torby. 

Byłam sama w pokoju, więc nastawiłam się na nieskrępowany relaks. Otworzyłam opakowanie z chęcią zrobienia kilku poglądowych fotek, aż tu nagle... z hukiem do biura wtargnął kolega sprawiając, że aż telefon wypadł mi z dłoni ze strachu. No trudno, idealnego spokoju nie będzie. Chcąc przestrzec się od nachalnych spojrzeń współpracownika na leżącą obok mnie tabliczkę czekolady, od razu zaznaczyłam: "Wybacz, ale Cię nie poczęstuję. Zawsze zostawiam połowę dla mojego Mężczyzny, tylko z nim się dzielę czekoladą" :D. W odpowiedzi dostałam uśmiech i środkowy palec, ale przynajmniej miałam spokój :D. Takie ze mnie chamidło :D. 



Mleczna czekolada o standardowej 30% zawartości kakao pachnie nieco plastikowo, co na początku mnie odrzuciło. Być może jest to efekt opakowania w folijkę, trudno jest mi powiedzieć... W każdym bądź razie, gdy już przedrzemy się przez plastik, uderza nas intensywny słodko-mleczny zapach, całe szczęście z nutką kakao, no i czegoś na kształt jabłek. Aromat szału nie zapowiada, ale czuję, że tragedii też nie będzie. Ot, coś całkiem przeciętnego, zwykłego.

Najpierw wgryzłam się w samą czekoladę, bez dodatków - co nie było trudne, bowiem największą ilość posypki sypnięto na centralnie położone kostki. Jest ona bardzo słodka, ale wyraźnie mleczna, a gdzieś tam w tle przebrzmiewa kakao. Niezbyt bogaty smak, ale wcale się tego nie spodziewałam. Mleczność w tej czekoladzie ma w sobie jakiś element sztuczności, co całe szczęście nie jest elementem przytłaczającym i całość jest zjadliwa - choć słodycz chwilami może być aż mdląca. W końcu ten produkt aż w 61% składa się z węglowodanów...

Wyrażenie "cząstki jabłkowe" zawarte w nazwie produktu od razu wzbudziło moje podejrzenia. Dlaczego nie po prostu "kawałki suszonych jabłek"? A to dlatego, że byłoby to wierutnym kłamstwem. Cząstki jabłkowe składają się bowiem aż z 10 elementów. Całe szczęście, na pierwszym miejscu znajduje się skoncentrowany przecier jabłkowy, przez co wyrób rzeczywiście jakiś tam posmak jabłkowy ma. A tylko i wyłącznie moim osobistym problemem jest fakt, że gdy widzę gdzieś kawałki jabłek, to od razu myślę też o cynamonie. W cząstkach jabłkowych czekolady Natra mojego ukochanego cynamonu nie uświadczymy, a szkoda. Mamy za to na przykład tłuszcz palmowy. Super! ;)

Rzeczone cząstki jabłkowe nie są nadmiernie gumowate ani twarde, przez co kostka tej słodkiej czekolady może być dość sprawnie rozpracowana. Drobne kawałeczki karmelizowanych orzechów laskowych również niespecjalnie uprzykrzają konsumpcję. Moim zdaniem zostały nieco zbyt mocno skarmelizowane, przez co tracimy poczucie, co tak naprawdę jemy. Może to skarmelizowane migdały? Albo po prostu kryształki cukru? Mało orzechowe orzechy.

Jak już wspomniałam, swój egzemplarz kupiłam po bardzo okazyjnej cenie, więc nie mam zamiaru narzekać. Na pewno prędzej wybrałabym ten biedronkowy wyrób, niż nadziewańca od Wedla. Szału nie było, tragedii nie było - ale na pewno nie można tej czekolady nazwać SPECJALNĄ. Nie ma w niej nic w pełni autentycznego.

 Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, cząstki jabłkowe 5% (skoncentrowany przecier jabłkowy, skoncentrowany sok z cytryny, syrop fruktozowo-glukozowy, cukier trzcinowy, błonnik pszenny, tłuszcz palmowy, skrobia ryżowa, kwas cytrynowy, pektyny, aromat naturalny), karmelizowane orzechy laskowe 5% (cukier i orzechy laskowe), serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna słonecznikowa, aromat.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 535 kcal.
BTW: 5/30/61