środa, 11 lutego 2015

Milka Choco Jelly mleczna z gumowymi żelkami, drażami kakaowymi i strzelającymi cukierkami

Źródło: http://style.iprima.cz/styl/labyrint-hravych-chuti-s-novou-milkou-choco-jelly

Milka Choco Jelly to jedna z tych czekolad, których zakupu dokonałam w konspiracji przed moim Ukochanym. Tak moi drodzy, po prostu było mi wstyd, że skusiłam się na to tałatajstwo. W końcu polskie Milki to dla mnie totalne niewypały, w większości niezjadliwe, przyprawiające o mdłości. Mimo to niezmiernie ciekawiło mnie, jak przedstawiać się będą liczne, oryginalne dodatki zawarte w tej tabliczce. Już nawet nie pamiętam w którym markecie szybko capnęłam ją do koszyka w bardzo promocyjnej cenie, chyba był to Carrefour. Czekolada oczywiście jeszcze podczas transportu złamała się (jak to z dużymi Milkami bywa), przez co bezsensowne stało się własnoręczne wykonywanie zdjęcia produktu.

Co z tego, że miałam Choco Jelly, skoro za żadne skarby nie mogłam zdecydować się na jej spróbowanie? Na mojej liście czekolad Milka została umieszczona w kategorii "niedegustacyjnych", czyli takich nieprzeznaczonych do weekendowego rozkoszowania się z Lubym przy kawie. Przeznaczeniem Milki miało być stopniowe rozpracowywanie jej w pracy, kiedy długo będę w trasie i skończy mi się zabrane ze sobą "normalne jedzenie". Nie mogę dopuszczać do spadku poziomu cukru za kierownicą, o nie! ;) Pomimo tego, wolałam w chwilach słabości zjadać wszystko, tylko nie zabierać ze sobą Milki do służbowego auta. Tym sposobem Choco Jelly przeleżała zapomniana gdzieś na dnie Magicznej Szuflady. O, przepraszam, nie była zapomniana. Była jak zły omen, który powraca co jakiś czas i daje znać o swoim istnieniu.

Nadszedł ten dzień, podjęłam odważny krok - zabrałam Milkę do służbowego auta. Naprawdę, chciałam już ją otworzyć i skosztować chociaż jedną nieregularną kostkę tego wynalazku. Pech chciał, że moje auto musiałam zostawić w serwisie i przesiąść się do innego. Milki ze schowka nie przepakowałam. Ona chyba rzeczywiście nie była mi przeznaczona :D.

Swoje auto odbierałam popołudniem dnia następnego. W brzuchu już mi burczało, a parę spraw miałam jeszcze do załatwienia aż do wieczora. Przyszła kryska na Matyska - opakowanie Choco Jelly zostało rozerwane. Naprawdę obawiałam się pierwszych wrażeń zapachowych, zawilgoconej cukierniczki i stęchłego mleka. Tymczasem było nie najgorzej! Owszem, czułam, że przede mną znajduje się ogrom słodyczy (aż 63 g <sic!> węglowodanów w składzie zobowiązują), ale nie był on na tyle chamski jak zazwyczaj. Taki mocno mleczny karmel. Nęcił zapach lubianych drażetek czekoladowych (zawsze będę darzyć sympatią Lentilki od Oriona), a mleko nie było skisłe. Po pierwszą pseudokostkę wyrwaną z tej dzikiej tabliczki sięgnęłam już pewniejszym ruchem.


Chyba to ta pierwsza kostka była najprzyjemniejsza. Samą czekoladę oceniam na trochę smaczniejszą niż tą w wersji z preclami, nieco bliżej jej było do tej z niemieckich Tuc i Lu. Słowem - była dla mnie zjadliwa i nie miałam ochoty jej wypluć w pierwszym odruchu. Gdy za drugim gryzem natrafiłam na kakaową drażetkę - zrobiło się nawet nieco miło. Wspomnienie dzieciństwa i niezapomnianych Lentilków. Moim zdaniem, tego elementu mogło być w Choco Jelly zdecydowanie więcej. To autentycznie smaczne drażetki, proste w smaku jak drut.

Chwila na rozpuszczenie kawałka wyrobu na języku i... uderza nas bombardowanie fajerwerków. Popping candies widoczne na powierzchni tabliczki jako jasne drobinki mają naprawdę sporą moc. Jadłam już kiedyś Milkę z takim dodatkiem i to było podobne wrażenie. Efekt strzelania w Lindt Pink Explosion był kilka razy słabszy niż tu. To zabawne doznanie.

Bezapelacyjnie, najgorszym elementem czekolady są gumowe żelki. GUMOWE to trafne określenie... W weekend przekazałam resztę tabliczki w ręce mojego Ukochanego i od razu postanowił spróbować pasek. Żelki irytowały go tak mocno, że postanowił je wypluwać. To gumiaki z lekkim cytrynowym posmakiem, niespodziewanie wchodzące w zęby i niezbyt pasujące do całości. Zły, zły pomysł! To tak, jakby mieć w buzi przeżutą gumę do żucia i wpakować sobie jeszcze kostkę Milki. Bleh! Galaretki ze Studentskich to milion razy bardziej udana koncepcja. One na pewno dobrze odnalazłyby się w Choco Jelly.

Podsumowując - nie było tak źle, jak się spodziewałam. Choco Jelly nie jest absolutnie szczytem moich czekoladowych marzeń (te czasy już dawno się skończyły i mimo wszystko jestem dużą dziewczynką). Jednak muszę się przyznać bez bicia, że podczas tamtej popołudniowej jazdy samochodem nie poprzestałam na jednym nieregularnym pasku tej czekolady. Naprawdę, wolałabym dostać kilka Choco Jelly niż choćby jedną nadziewaną Milkę. Jest to produkt beztroski, idealny dla dzieciaków - ale żelki bym wywaliła. Wydaje mi się, że i tak czy siak wypróbowanie tej czekolady jest moim kolejnym pożegnaniem z Milką na baaardzo długo, o ile nie na zawsze. Życie jest zbyt krótkie, żeby jeść aż tak przyziemne czekolady :>.
 
Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, syrop cukru inwertowanego, laktoza, skrobia pszenna modyfikowana, pasta z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,3%, glukoza, pełne mleko w proszku, substancje glazurujące (guma arabska, wosk pszczeli, szelak, wosk karnauba), barwniki (antocyjany, karoteny, dwutlenek tytanu, czerwień buraczana, ryboflawiny, tlenki i wodorotlenki żelaza), aromaty, kwas cytrynowy, dwutlenek węgla.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 250 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 510 kcal.
BTW: 5,6/25,5/63 

poniedziałek, 9 lutego 2015

Zotter Papua New Guinea 75% ciemna

Źródło: onegoldenticket.blogspot.com

Odległa Papua Nowa Gwinea znajduje się w drugiej dziesiątce w rankingu światowych producentów kakao. Dzisiaj mam dla Was recenzję czekolady o 75-procentowej zawartości kakao rodem właśnie z tego państwa. Zakupiłam ją w duecie z Ghaną, o której możecie poczytać w poprzednim wpisie. Papua już od pierwszego kontaktu wydaje się czekoladą trudniejszą niż poprzedniczka pochodząca z czarnego lądu. Dlaczego? Zotter długo czekał na to, aby móc uzyskać stamtąd ziarna wyhodowane według tak istotnych dla niego zasad sprawiedliwego handlu i ekologii. Rozpoczęta w 2001 roku kooperatywa Huiwani to ponoć pierwsze takie zjawisko w Papui. Liczy sobie jedynie 300 członków. Kakao z którego wykonana została nasza czekolada to mieszanka odmian Amazonia, Forastero i Criollo. Ziarna były fermentowane przez pięć dni, a następnie suszone na słońcu. Przed przyjazdem do Austrii przeszły restrykcyjną selekcję. W efekcie dostajemy do rąk czystą esencję Papui Nowej Gwinei.


Poniżej zobaczyć możecie fotografię tabliczek Ghana i Papua położonych obok siebie. Dostrzec na niej można, że skarb Papuasów jest odrobinę jaśniejszy od afrykańskiej koleżanki. Poznając charakter czekolady z Papui nie powiedziałabym, że jest on jaśniejszy i łagodniejszy... Sam zapach wydawał się być bardziej niepokojący, bogatszy, z wyraźnymi orzechowo-ziemistymi nutami. Budził skojarzenia z lasem po deszczu, a także z wilgotnym czekoladowym ciastem z wiśniami. Taka mnogość aromatów prowadziła wręcz do skojarzenia, że wewnątrz znajduje się jakieś zakręcone nadzienie - choć przecież mamy do czynienia z pełną, jednorodną czekoladą. Zapach zrobił na mnie większe wrażenie niż w przypadku Ghany, co wcale nie ujmuje uroku tamtej smacznej czekoladzie.


O ile Ghana była marmurem, o tyle Papua jest... wiórową płytą. Wiem, że to brzmi strasznie - na szczęście straszne nie jest, a wręcz przeciwnie! Czekolada rozpościera w ustach suchą szorstkość, mieszankę goryczy i kwasu - dokładnie jak taniny w wytrawnym winie. Suchość ta jest dziwna ze względu na fakt, że sprawia wrażenie lepkiej, kleistej. Jak wysuszona żywica na korze starego drzewa. Uczucie kleistości odznacza się szczególnie wyraźnie na finiszu. To specyficzna ziemistość, trochę jak przy zaciągnięciu się fusami z mocnej parzonej kawy.

Nie bójcie się. Po środku znajduje się też wiele łagodniejszych, bardziej przyjaznych nut - dopełniających bogactwa tej czekolady. Spod wiórów i ziemi przebija się bowiem wyraźny akcent orzechów laskowych. Ma w sobie sporo kwaskowatości (szczególnie przy ssaniu), charakterystycznej dla robusty, kojarzącej się z przesuszonymi wiśniami wymieszanymi ze skórką cytrynową. Przy przegryzaniu, bardziej od czystej kwaskowatości ujawnia się goryczkowa paloność kawy. 

Tabliczka ta była zdecydowanie mniej twarda w strukturze niż Ghana, aczkolwiek jej charakter był mocniejszy. Właśnie przez to mój Mężczyzna uznał, że Papua bardziej mu smakowała - w tej czekoladzie o wiele więcej się działo. Co rusz odkrywaliśmy w niej coś nowego - czasem sprzecznego z tym, co czuliśmy chwilę przedtem. Na pewno ta czekolada jest trudniejsza i wymaga wiele skupienia i przemyśleń. Tak przyjemne refleksje mogłabym jednak snuć w nieskończoność... W zapachu kusząca leśna wilgość, a w smaku jednak szokująca suchość - która nie jest niczym popiół, a bardziej jak szorstka kora spróchniałego drzewa. Obok niego rosną wiśnie i leszczyny. Wiem, że takich krajobrazów nie odnajdę w Papui Nowej Gwinei, ale ta czekolada wyprodukowana w Austrii, a zjedzona w Polsce - przenosi mnie właśnie w taki tajemniczy, ciemny las - który pragnie deszczu, choć nienawidzi go zarazem.

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Masa kakaowa min. 75%.
Czas konszowania: 20 godzin.
Masa netto: 35 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 610 kcal.
BTW: 11/48/32

sobota, 7 lutego 2015

Zotter Ghana 75% ciemna

Źródło: www.chocolatiers.co.uk

Dziś opisywanej tabliczki nie zakupiłam solo, stąd też jej indywidualne zdjęcie zapożyczyłam z sieci. Zotter Labooko Ghana 75% znalazła się w jednym opakowaniu z towarzyszką o takiej samej zawartości masy kakaowej, lecz wykonanej z ziaren pochodzących z Papui Nowej Gwinei. Taki zestawik, którego opakowanie możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej, odnalazłam w sklepie R.Rajsigl w Innsbrucku, pośród wielu innych tabliczek Zottera. Zachęciła mnie możliwość wypróbowania dwóch różnych czekolad za cenę jednej. W końcu wszystkie Labooko składają się z duetu małych tabliczek, zazwyczaj w tożsamych smakach. 
 

Tu jednak mamy do czynienia z serią Labooko Contest, czyli dwa w jednym. Długo zastanawiałam się, czy Ghanę i Papuę opisać w jednej notce, czy też każdej z nich poświęcić osobną. W końcu zdecydowałam się na drugą opcję. Wprawdzie Ghana i Papua były jedzone jedna po drugiej, przez co łatwo można by było skonstruować ich charakterystykę porównawczą - ale o obu smakołykach jestem w stanie napisać wiele, przez co notka rozrosłaby się do zbyt dużych rozmiarów. Obie panny zasługują na specjalny wpis, tylko o sobie.

Ten duet miał być skonsumowany już jakiś czas temu - dowiadując się jednak o degustacji czekolad single-origin organizowanej w poznańskiej Pintej Klepce odłożyłam wypróbowanie Ghany i Papui na później. Sięgnęliśmy po nie dzień po powyższej degustacji. Nasze głowy pełne były nowych doświadczeń, otwarte na próby zidentyfikowania i nazwania kolejnych smaków. Degustacja w Pintej Klepce nie obejmowała czekolad z Ghany i Papui, toteż nie mieliśmy w tym względzie porównania. Wszelkie dostępne w internecie recenzje tych tabliczek Zottera postanowiłam przeczytać dopiero po naszej degustacji. Nie chciałam się niczym sugerować, pragnęłam chłonąć czekolady na świeżo.

Ghana to państwo będące w ścisłej czołówce światowych producentów kakao. Jak łatwo można z tego faktu wywnioskować, większość ziaren tam wyhodowanych, trafia do masowych producentów. Całkiem podobnie, jak w kakaowej potędze, czyli Wybrzeżu Kości Słoniowej. Niezliczone tony miksu niezbyt szlachetnych odmian trafiają do wielkich fabryk słodyczy na całej kuli ziemskiej. Tabliczka Zottera kryje jednak w sobie to, co w kakao z Ghany najlepsze. 

Kooperatywa ABOCFA zrzesza na terytorium Ghany czterystu rolników, którzy na swych niewielkich plantacjach uprawiają najaromatyczniejsze odmiany tutejszego Forastero. To właśnie dzięki pracy tej grupy ludzi powstała zotterowska tabliczka. Bio i Fairtrade, czyli zgodnie z zasadami tego austriackiego producenta.

Porównując zapachy Ghany i Papui, ten pierwszy wydaje się o wiele spokojniejszy, bardziej owocowy, odrobinę kwaskowaty. Ghana pierwsza trafia do naszych ust. Twardą tabliczkę przegryza się z chrupiącym chrzęstem. Początek jest spokojny. Konsystencja jest zbita, lecz sprawiająca kremowe wrażenie przy rozpuszczaniu w ustach. Rozpościera w nich od samego początku soczystą słodycz. Koniec to odrobina ściągania, suchości, cierpkości i szorstkości, ale główne wrażenie podczas spożywania to przyjemna słodycz i delikatność karmelu. Gdy czekolada w pełni rozwija swoje walory, spośród miłej słodyczy amerykańskich borówek zaczyna wyłaniać się paloność drewna i przydymionych skorup orzechów. Całość sprawia wrażenie smukłości. Palona twardość połączona z ową jagodowo-kremową smukłością przywodzi na myśl monumentalność marmuru. Mleczna gładkość i nieznosząca oporu stateczność łączą się w marmurowej skale. Obecna w aromacie kwaskowatość zupełnie traci na znaczeniu w smaku. 

Ghana nie pozostawia w buzi masakrującej feerii ostrych smaków. Jest stateczna i gładka, właśnie jak ten marmur. Sprawia trochę takie wrażenie, jakby poleżała parę godzin w lodówce - mimo, że przecież jej miejsce od paru miesięcy znajdowało się w przytulnej Magicznej Szufladzie. Z zewnątrz twarda skorupa, w środku miękkie serce - w gruncie rzeczy tworzą bardzo przystępną czekoladę, pomimo aż 75-procentowej zawartości kakao. Jest bardzo zrównoważona i naprawdę delikatna jak na tak ciemną czekoladę. Ghana od Zottera to świetna tabliczka na początek przygody z single-origin - a my właśnie na takim etapie jesteśmy :).

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Masa kakaowa min. 75%.
Czas konszowania: 20 godzin.
Masa netto: 35 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 610 kcal.
BTW: 11/48/32

czwartek, 5 lutego 2015

Heidi Winter Delight Creme Brulee mleczna z nadzieniem creme brulee i migdałami w karmelu


Rumuńską markę Heidi lubię przede wszystkim ze względu na bardzo udane kolekcje SummerVenture. Od trzech lat w wakacyjny czas raczy nas bardzo ciekawymi połączeniami smakowymi ukrytymi w smacznych czekoladach. Zgrabne zestawienie produktów z tej serii uwiecznił na swym blogu Mateusz Wesołowski. Opisy wszystkich czekolad z powyższej kolekcji znajdziecie na moim blogu. 

Dwa lata wstecz Heidi postanowiła obdarzyć nas czymś smakowitym także zimą. Wtedy to pierwszy raz na sklepowych półkach ujrzałam dwie propozycje z serii WinterVenture: jabłkową i pomarańczową. Te czekolady, w niezmienionej formule, pojawiły się w polskich sklepach również tej zimy. Heidi jednak na tym nie poprzestała w sezonie 2014/2015, wypuszczając edycję Winter Delight, będącą wariacją na temat popularnych deserów. Tabliczki te ciekawiły mnie przede wszystkim z tego powodu, iż nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z nadziewanymi Heidi. Przy pierwszej wizycie w Almie, podczas której dostrzegłam trio Winter Delight, od razu je nabyłam. Spoglądając na skład wyrobów, mój zapał do spróbowania nadziewanych Heidi nieco zmalał. Tłuszcz roślinny na drugim miejscu w składzie nie jest tym, czego oczekiwałam.

Zakupione przeze mnie Heidi miały na tyle długi termin ważności, że postanowiłam nie kierować się nim przy wyborze tych tabliczek do degustacji. Nie chciałam, aby pojawiły się na blogu w momencie, gdy nie będą już dostępne na sklepowych półkach. Wybór pierwszej do wypróbowania Winter Delight był prosty - Czoko najbardziej interesowało Creme Brulee. W takim razie, na pierwszy rzut poszedł właśnie Creme Brulee :).



Na początek opisu dedykacja - zdjęcie z sekcji czekolady specjalnie dla Olgi ;) (to nie Zotter Hand Scooped, a i tak musiałam zmasakrować choć jedną kostkę nożem). Oj, muszę przyznać, że bardzo sceptycznie podchodziłam do tej tabliczki. Wspomnienie o paskudnym wedlowskim Creme Brulee cały czas rozbrzmiewało w mojej głowie, a wiedza o tym, że tłuszczu palmowego w Heidi też nie brakuje wcale nie poprawiała sytuacji. Ah, lubię to uczucie, gdy rozerwanie sreberka i zaciągnięcie się zapachem rozwiewa wszelkie obawy...

Aromat czekolady przywołuje wspomnienie o pysznej Lindt Excellence Caramel With A Touch Of Sea Salt. Myślę, że już ta wypowiedź będzie dla wielu najlepszą rekomendacją nowej Heidi. Wprawdzie Heidi nie serwuje nam deserowej czekolady, lecz przez przyjemną mleczność również wyraźnie przebija się kakao. Kakao, które jest wręcz uwydatnione ze względu na bardzo wyrazisty aromat mocno palonego cukru. To zapowiedź takiego karmelu, jaki lubię - bezpretensjonalnego, niemazistego. Dodajmy do tego nuty migdałowe, waniliowe i miodowe - ręce aż same rwą się po pierwszą kostkę. W zapachu nie czujemy ani krzty margaryny.

Nadzienie niełatwo oddziela się od czekolady, ponieważ cała tabliczka jest bardzo cienka - jak na Heidi przystało. Parę akrobacji nożem i staje się to możliwe, aczkolwiek produkt najlepszy jest do degustowania w całości. Heidi Creme Brulee jest słodka, ale nie jest to słodycz bezpłciowa. Wydaje mi się, że skrywa ona w sobie istotę tego francuskiego deseru. Palony cukier potrafi wszak dać takie efekty smakowe, o których zupełnie nie posądzalibyśmy zwykłego cukru. Mocnym, zdecydowanym chwytem zespaja się ze śmietanką i wanilią.

W tej czekoladzie, w gładko-mlecznym nadzieniu (również w kwestii smaku wysoka zawartość oleju palmowego na szczęście gdzieś przepada) kryje się sporo złocistych drobinek. Zostały one w składzie nazwane migdałami w karmelu. Normalnie przyczepiłabym się do faktu, iż w tych drobinkach płatków migdałowych mamy zaledwie 27% - ale przecież temu wyrobowi nadano nazwę Creme Brulee! To palony cukier ma tu grać pierwsze skrzypce, a nie migdały. Scukrzone drobinki migdałów oprócz walorów smakowych jakie niosą same w sobie, ofiarują nam także wyraziście resztę przyjemności, które kryją się w ich składzie: śmietankę, masełko, miód. Drobinki przyjemnie chrzęszczą między zębami, niczym małe, zwinne iskierki. 

Dodajmy do tego wszystkiego fakt, że to smaczne nadzienie otoczone jest dobrą mleczną czekoladą od Heidi, mocno przesączoną aromatem karmelowym - a stajemy przed produktem będącym rajem dla wielbicieli karmelu. Niech wystrzegają się go jednak ci, którzy preferują karmel dziecięco lepki i tłusty. Heidi Creme Brulee to karmel skwierczący z gorąca, idealny na rozgrzanie w zimowy wieczór. Lubię takie zaskoczenia, naprawdę to lubię. Ciekawe, czy kolejne Winter Delight będą równie przyjemne w obcowaniu.

Skład: cukier, nieutwardzony olej palmowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, migdały w karmelu 4,5% (cukier, płatki migdałowe 27%, syrop glukozowy, śmietana, tłuszcz mleczny, miód), lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt z wanilii, aromat karmelowy.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 110 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 556 kcal.
BTW: 6,71/33,01/57,05