środa, 11 stycznia 2017

Zotter Coffee + Caramel kawowa z karmelowym dyskiem


Choć po entuzjastycznym przyjęciu Pralus Fortssima na plantacji kawy Don Manolo zdecydowanie wolałabym wyciągnąć z plecaka kolejną ciemną single-origin, zaproponowałam degustację Zotter Coffee + Caramel. Choć miazgi kakaowej nie uświadczymy tutaj wiele, sam fakt spróbowania czekolady z kawą wkomponowaną w masę wydawał mi się interesujący dla współtowarzyszy - i rzeczywiście stał się ciekawostką.

W najnowszych Mitzi Blue Zotter w większości przypadków postawił na prostotę. Zazwyczaj są to połączenia dwóch smaków bez dodatkowych urozmaiceń. W przypadku Coffee + Caramel, duży dysk stanowi czekolada kawowa (udział mielonych ziaren kawy oraz sproszkowanej kawy), zaś mały dysk to czekolada karmelowa. Nowe Mitzi Blue możecie zakupić na foodieshop24.pl.



Spodziewałam się sporej dawki słodyczy i nie myliłam się. Duży dysk smakuje niczym bardzo mleczna kawa, ale na szczęście nadal kawa. Kawa zdecydowanie odnajduje tu swoje pierwszoplanowe miejsce. Na podkręcenie kawowych doznań zapewne ma wpływ niewielki udział miazgi kakaowej, w gruncie rzeczy w białej czekoladzie.

Dysk karmelowy charakteryzuje się przerozkosznym, słodko-palonym smakiem. Odnalazłam w nim delikatne nuty wanilii i cynamonu, wpływające na jeszcze większą smakowitość karmelu. Obie części Mitzi Blue doskonale rozpuszczają się w ustach i pomimo znacznej słodyczy nie przekraczają pułapu nie do tolerowania.



Kawałki obu dysków umieszczone w buzi jednocześnie serwują nam wrażenie picia karmelowej kawy, jakby zagęszczonej śmietankową pianką. Choć Coffee + Caramel nie jest żadnym rewolucyjnym połączeniem smakowym, zachęca swoją prostotą. Na pewno okaże się miłym prezentem dla kawosza zwłaszcza, iż opakowanie przedstawia się bardzo estetycznie.

 Poniżej - feeria smaków na plantacji kawy. Choć sama kawa na zdjęcie się nie załapała, to prócz Coffee + Caramel mamy czekoladę, której recenzja czeka Was już pojutrze oraz... mrożone kawałki guanabany. Niebo w gębie!


Rankiem 1 grudnia ruszyliśmy wraz z Eduardo malowniczymi uliczkami Salento do jednego z licznych lokali na śniadanko.


Po posileniu się, przepakowaliśmy nasze manatki z hostelu do starego jeepa. Kierowca zawiózł naszą trójkę do Valle de Cocora - doliny stanowiącej bardzo popularny cel turystyczny. Dla nas Valle de Cocora, pełna woskowych palm i mieszkających na nich papug, nie była celem - lecz zaledwie początkiem drogi. Muły zabrały na grzbiet nasze plecaki, zaś my na lekko wkroczyliśmy na szlak.


Z odkrytych, pastwiskowych terenów wkroczyliśmy wkrótce w las deszczowy, który tak naprawdę zgodnie z naturą powinien pokrywać cały obszar Valle de Cocora. Wiele razy przekraczaliśmy rzekę, lecz już nie tak jak w Tatamie, lecz po mniej lub bardziej stabilnych mostkach.


Napawając się nieskończoną zielenią lasu, stopniowo nabieraliśmy wysokości. W końcu dotarliśmy do Estrella de Agua, gdzie w domu lata temu częściowo spalonym przez partyzantów, czekał na nas lunch przygotowany przez gospodynię.


Jeszcze trochę marszu błotnistymi ścieżkami przez las deszczowy, aż osiągnęliśmy jego granicę - wkraczając w paramo. Naszym oczom ukazały się malownicze szczyty górujące na okolicą, częściowo spowite chmurami. Oczywiście skropił nas także deszcz, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało w delektowaniu się drogą. Jedynym mankamentem było błoto - bardziej nieznośne ze względu na częste przemarsze ścieżkami stad bydła wraz z końmi czy mułami. Ale cóż - innego środka transportu niż zwierzęta bądź własne nogi tutaj po prostu nie ma.




Po praktycznie całym dniu marszu dostrzegliśmy nasz cel - gospodarstwo La Primavera. Ojciec mieszkającej tam rodziny za pomocą mułów dowiózł tutaj nasze bagaże. W środku czekała już na nas gorąca herbata, a chwilę później sycący obiad.


Tego dnia, niemal każde piętrowe łóżko w La Primavera było zajęte przez turystów. Jednakże tylko nasza trójka obrała sobie dalszy cel niż trekking do tego gospodarstwa. Cel, który ku naszej uciesze, raczył wychylić się dla nas zza chmur...


...Nevado del Tolima ~5200 m n.p.m.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, proszek karmelowy 4% (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), mielone ziarna kawy 2%, słodka serwatka w proszku, miazga kakaowa, pełny cukier trzcinowy, kawa w proszku 0,3%, lecytyna sojowa, wanilia, sól, cynamon.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 569 kcal.
BTW: 5,6/37/52

8 komentarzy:

  1. Zawsze powtarzam, że jak w kubku to czarna siekiera bez cukru i innych zbędnych dodatków, a w tabliczce śmietankowa niczym latte. Tutaj kawa ma moc, ale łagodzona jest przez karmelowy dysk. Jak przeczytałam o nutach wanilii i cynamony rozpłynęłam się już całkowicie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zotter robi dobre kawowe, na pewno warto, ale wyglada na to, że lepsza byłaby mniej słodka. Niestety, większośc zjadaczy czekolad lubi słodkie, więc chyba tym razem Zotter dostosował się do gustów wiekszości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo tego, to całkiem sympatyczna słodka kompozycja :)

      Usuń
  3. charlottemadness11 stycznia 2017 14:34

    Słodka kawka nie dla mnie ;)Wolę siekierki :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W czekoladzie czasem i słodka (ale dobra!) jest przeze mnie tolerowana :)

      Usuń
  4. Ta akurat mogłaby znaleźć się w tych Mitzi, które jakoś tam mnie interesują. Nie szalenie, ale nie wydaje się zła.
    Szalenie interesują mnie jednak te kawałki guanabany. :D
    Nie mogę sobie wyobrazić tak iść ścieżką (błooocko, nie cierpię go, a w takim miejscu pewnie bym zapomniała nawet o narzekaniu) przez las deszczowy.
    Nevado del Tolima i jego wysokość sprawiły, że aż mi się oczy zaświeciły! A o tej godzinie to się by przydało, gdyby to nie była przenośnia, haha.
    Pięknie wygląda tak za tymi chmurami. Takie preludium, tajemnicza zapowiedź. Cudo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zła na pewno nie była ;).

      Ile ja bym dała, by znów móc skosztować boskiej guanabany! Jakie to dobre!

      Przyznam, że chodziłam już po większym błocie. Najgorszą wpadę zaliczyłam, gdy próbowałam je ominąć i potknęłam się upadając żebrami na wystający z błota korzeń. Do teraz mam bliznę w kształcie... Ameryki Południowej!

      Kolejna piękna góra, której doświadczyłam :)

      Usuń