niedziela, 7 sierpnia 2016

Domori Te Matcha biała z zieloną herbatą matcha



 Czasem w sobotni wieczór spędzony wraz z Mężem najdzie nas ochota na dodatkową, wieczorną degustację. Zazwyczaj wybieramy wtedy mniejszą tabliczkę. Tak stało się i tego dnia, gdy na prośbę Ukochanego o wyczarowanie jakiejś czekolady do popołudniowej kawy wyciągnęłam z Magicznej Szuflady wyjątkowy eksperyment wypuszczony spod skrzydeł włoskiego Domori. "A meeting of flavours and cultures" - niezwykłe połączenie japońskiej zielonej herbaty matcha z słodziutką białą czekoladą. Takie cuda mogłam spróbować oczywiście dzięki Sekretom Czekolady.

Choć praktycznie codziennie piję zieloną herbatę, nigdy nie miałam okazji spróbować matcha. Stykając się z Domori Te Matcha postanowiłam poczytać trochę o tym japońskim skarbie i... czuję się skuszona. Intensywny, fluorescencyjny wręcz kolor herbaty zamienionej w sypki puder naprawdę intryguje. To jedna z najbardziej pozytywnie pobudzających herbat, a z jej przyrządzaniem wiążą się całe rytuały. Choć powszechnie wiadomo, że zielona herbata posiada wiele zalet, matcha jest w królestwie herbat prawdziwą władczynią. To skarbnica dobroczynnych antyoksydantów, witamin (szczególnie dużo witaminy C) i stabilizującego nastrój aminokwasu teaniny.

 

W naszej czekoladzie matcha stanowi aż 5% składu. Dla porównania, w intensywnie kawowej Zotter Espresso So Dark kawa stanowiła 3,7% całości. Jeśli zaś chodzi o pełne czekolady z zieloną herbatą: Wagner Traum Des Zenji zawierała jej 1,3% (i była wyczuwalna), zaś w Dolfin z senchą było jej również 5% (ale za to tutaj niemal wcale nie czułam herbaty). W zasadzie trudno porównywać matchę z innymi rodzajami zielonej herbaty, więc być może polemika na ten temat jest nieuzasadniona.

Po wypakowaniu 25-gramowej tabliczki z jak zwykle bardzo gustownego opakowania zachwycić się można jej niesamowitą, zieloną barwą. Coś pięknego! Takie oryginały zawsze cieszą oko. Nos również czuł się dobrze w obcowaniu z Domori Te Matcha. Wąchając czekoladę wyczuwałam przede wszystkim dopiero co wysuszone liście dobrej zielonej herbaty. Przez ów mocny aromat przebijały się nuty maślane i mleczne, bardzo świeże. Całość wzbudzała skojarzenia z górską, aromatyczną łąką - gdzie zapach świeżo wydojonego tłustego mleka miesza się z olejkami eterycznymi licznych traw i ziół oraz z rześkim, czystym powietrzem.


Kęs umieszczony w ustach rozpuszcza się w sposób typowy dla Domori - aksamitny, gęsty, idealnie gładki, esencjonalny. Sam smak? Szokuje. Czekolada okazuje się być bardzo ziołowa i z pełną premedytacją stwierdzam, że to jedyna taka biała czekolada. Mieści się tu sporo dziwactw. Pomimo mleczno-maślanej słodyczy oczywistej w przypadku białej czekolady mamy tu dozę specyficznej goryczki, typowo herbacianej. Tak, jakbyśmy zajadali świeżo sprasowane herbaciane liście lub zaciągnęli się fusami z zielonej herbaty (lub wypili bardzo mocną zieloną esencję).


Dalej idące skojarzenia to świeżo skoszona trawa (szczególnie, gdy połączymy smak herbaty z cechami białej czekolady), słodkie w zapachu łąkowe siano, a także morskie glony. Pomyśleliśmy również o słodkim ziołowym syropie, lecz wiązało się to z żadnymi obrzydliwościami. To po prostu było bardzo specyficzne doświadczenie. Pierwszy raz poczułam wyraźną goryczkę połączoną z wszelkimi atrybutami dobrej białej czekolady - i to okazało się niezwykle intrygujące!


Mój Mąż przeniósł się wspomnieniami do dzieciństwa, gdy jedna z nauczycielek przyniosła do szkoły tajskie cukierki i częstowała nimi uczniów. Ukochany był jednym z niewielu dzieciaków, które były w stanie przełknąć ów specyfik. Również posiadały w sobie tą charakterystyczną goryczkę, no i były zielonkawe - co wskazuje na rzeczywistą obecność w nich zielonej herbaty, a być może również glonów. W tamtych cukierkach słodycz została zabita niemal do zera, zaś w Domori Te Matcha jest ona jedynie filuternie zniwelowana. Myślę, że dodatek matchy do ciemnej czekolady nie byłby już tak spektakularny - moc kakao przyćmiłaby wpływ zielonej herbaty na całokształt. Biała czekolada jest natomiast świetną bazą do takiego eksperymentu.

 
Domori Te Matcha to bardzo oryginalna fuzja klasycznej słodyczy i mleczności białej czekolady z goryczkowo-ziołowymi smakami. Wydaje mi się, że to jedno z typowych azjatyckim zestawień smaków - odważne połączenie goryczy ze słodyczą. Na pewno nie jest to czekolada dla każdego, jednakże fani zielonej herbaty powinni czuć się zobowiązani do spróbowania tego dziwactwa (miłośnicy typowej białej czekolady już niekoniecznie).

 
Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, zielona herbata matcha, lecytyna sojowa.
Masa netto: 25 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 587 kcal.
BTW: 6/40/50

piątek, 5 sierpnia 2016

Zotter For Late Risers (Espresso So Dark) ciemna 80% nadziewana kawowym kremem



 Jako kawowy nałogowiec nie mogłam wyjść z podziwu, jakim cudem nie zamówiłam wcześniej z biokredens.pl stricte kawowego nadziewańca od ulubionego Zottera. Espresso So Dark została już wcześniej opisana przez Kimiko (opakowanie posiadało wówczas inną szatę graficzną (nazwa produktu nie posiadała przedrostka For Late Risers). Kimiko wyraziła swój zachwyt nazywając tabliczkę bodaj najlepszą kawową, jaką miała okazję dotąd jeść. Nie wątpiłam w kunszt Zottera, więc po swojej degustacji spodziewałam się podobnych wrażeń.


Opakowanie mojej tabliczki zdobiły wizerunki śpiących pod kołderką kociaków i szczerze przyznam, że bardziej przypadła mi do gustu wersja opakowania Kimiko. Poprzednie opakowanie było bardziej drapieżne, charakterne - dokładnie jak mocne, dobre espresso. A w końcu For Late Risers to nie przelewki. Pod kuwerturę z ciemnej czekolady o 80% zawartości kakao kryje się jednolity kawowy krem na bazie mleka, doprawiony jedynie wanilią. Można by polemizować, czy 3,7% kawy w całości kompozycji to dużo, czy też mało. Nie ma się co nad tym rozwodzić na sucho - wystarczy po prostu spróbować.


Głębia ciemnego brązu czekoladowej kuwertury urzeka tak bardzo, że momentalnie miałam ochotę się w niej zatopić. Po przekrojeniu tabliczki dostrzegłam o kilka tonów jaśniejszy kawowy krem. Jego jaśniejszy odcień w istocie wskazuje na obecność mleka - to typowa barwa kawy z kapką tego napoju. Porównując zdjęcia Kimiko i moje wydaje się, że ganasz w moim egzemplarzu był gładszy (skład obu tabliczek był taki sam). Nad tabliczką unosił się boski kawowy zapach. Tak, to świeżo zaparzona mocna kawa, z maleńką kapką mleka, pachnąca upajająco czekoladowo, z lekkim waniliowym ułagodzeniem. Taki zapach działał na mnie niesamowicie. To w 100% moje klimaty.


Najpierw odkroiłam kawałek samej czekolady. Jak to zazwyczaj bywa, przesiąknęła od dołu kawowymi niuansami, lecz przypuszczam, że sama w sobie również była bardzo kawowa. Kuwertura o 80% zawartości kakao okazała się być bardzo soczysta i świeża w smaku. Nie miała w sobie ani krzty ciężkości. Była dość tłusta, a do tego gładziutka. Kryła w sobie wiele kawowo-ziemistych smaczków, ale takich, jakby rozpuszczono je w aksamitnej słodkiej śmietanie. Idealna kuwertura do pokrycia nią kawowego wnętrza.


Gdy w końcu zagłębiłam się w nadzienie całkowicie przepadłam. Prostota tej kompozycji totalnie mnie urzekła. Zotter wyważył ją idealnie. Po pierwsze, nadzienie jest bardzo gładkie, niemal tak gładkie jak czekolada. Położone na języku rozpuszcza się w podobnym tempie do czekolady, dzięki czemu po paru sekundach w ustach rozlewa się kawowo-czekoladowa aksamitna gęstwina. Coś, co wybitnie przypadnie do gustu każdemu fanowi kawy.

Choć ganasz bazuje na mleku w proszku, mleczna nuta jest jedynie tłem dla kawowej mocy. Paloność wyselekcjonowanych ziaren kawy, ich głęboki i pełny smak odznacza się z każdym kęsem, bosko zgrywając się z czekoladą pełną kawowych akcentów. Kawa i czekolada tworzą tu zgraną, dopełniającą się wzajemnie parę.



I choć zazwyczaj uwielbiam w Zotter Handscooped używanie bogactwa przypraw, tutaj zastosowanie samej wanilii było genialnym posunięciem. Wanilia subtelnie podkreślała mleczność kompzycji, pozwalając przy tym nadal rządzić kawie i czekoladzie. To muśnięta wanilią wykwintna mocha z kapką mleka. Kolejny raz Zotter pokazał, że prócz wymyślnych kompozycji świetnie wychodzą mu proste połączenia, wręcz klasyczne. Espresso So Dark to moim zdaniem obowiązkowa czekolada dla kawoholików.


Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, kawa mielona 2,7%, syrop kukurydziany, ziarna kawy 1%, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 80%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 499 kcal.
BTW: 7,3/35/37

środa, 3 sierpnia 2016

ki'Xocolatl ciemna 72% z chili chipotle, cynamonem, kardamonem, gałką muszkatołową i pieprzem


Przyszedł czas na dalsze odkrywanie czekoladowych pamiątek przywiezionych z niezapomnianej wyprawy do Meksyku. Po kontrowersyjnych dziełach Marii Tepoztlan, amarantusowej Vanuato Ka Kaw oraz zupełnie nieporywającej czystej ki'Xocolatl, zdecydowałam się sięgnąć po wyrób tej ostatniej marki, wzbogacony o ciekawe dodatki. Choć czysta ciemna czekolada od ki'Xocolatl nie niosła ze sobą górnolotnych wrażeń pomyślałam, że kakao Criollo z Półwyspu Jukatan odkryje przede mną swoją moc w połączeniu z pikantnymi przyprawami - tworząc tym samym idealnie meksykańską kompozycję. Miałam nadzieję na intensywniejsze wrażenia. Czy się nie zawiodłam?



Choć z tabliczką od ki'Xocolatl obcowałam już drugi raz, dopiero teraz zorientowałam się, że wzór podziału na kostki przypomina azteckie budowle. Owo skojarzenie sprawiło, że o wiele przychylniej spojrzałam na wygląd czekolady. Od wersji czystej tabliczka z przyprawami nie różniła się zupełnie zawartością kakao, toteż z wierzchu wyglądała zupełnie zwyczajnie. Gdy jednak obrócimy tabliczkę, od razu dostrzeżemy liczne przyprawowe drobinki. Zresztą, czekolada prócz charakterystycznej dla tej marki niezbyt bogatej woni posiada mocny przebłysk korzennego aromatu. Nawet przy najprostszym bukiecie zapachowym płynącym z samego kakao, korzenny szlif momentalnie pobudza wyobraźnię i zmysły.


Kładąc kostkę na języku czekolada otwiera się przed nami etapami, w bardzo charakterystyczny sposób. Najpierw gładko i z syropowanym zacięciem rozpuszcza się sama czekolada. Jest dokładnie taka, jaką zapamiętałam ją z wersji bez dodatków. Słodka i bagienkowo-śmietankowa, delikatna i niewyszukana (choć to Criollo), nieco bombonierkowa. Pojawiają się wyraźne akcenty ziemiste oraz kawowe. Im bardziej zbliżamy się do wnętrza kostki, tym coraz to mocniej odznaczają się nuty kwiatowe i przyprawowe. W końcu czekoladowa gładź całkowicie znika w gardle, a na języku pozostaje... zbita grudka o drobno piaskowej konsystencji.

 Na grudkę przede wszystkim składają się małe kakaowe nibsy, o których obecności zupełnie zapomniałam przed rozpoczęciem degustacji. Ich odkrycie było więc dla mnie miłym zaskoczeniem, choć zaczęłam trochę żałować, iż nie zostawiłam tej czekolady na kolejny górski wypad z Weroniką (która tak bardzo pokochała kakaowe nibsy). Nibsy posiadały bardzo przyjemną konsystencję. Nie były tak przepalone jak w Zotter Dark Cuvee 70% with Small Nibs. Nie okazały się również tak soczyste jak w Valrhona Noir Guanaja Cocoa Nibs, Menakao Bold & Intense czy Surovital z nibsami i goji. Stanowiły coś wypośrodkowanego. Były maleńkie niczym w Zotterze, a a względem smaku balansowały pomiędzy soczystą słodyczą a wyrazistą palonością, znajdując sobie przytulne miejsce pomiędzy. Przyjemnie chrupały uwalniając swój słodko-gorzki dualizm.


Wśród drobnych nibsów odnajdziemy liczne, jeszcze drobniejsze elementy. Oto mnogość mielonych korzennych przypraw. Docierając do nich poczułam się, jakbym umieściła w buzi łyżeczkę świeżo zmielonego miksu takich przypraw. Okazały się one bardzo intensywne, lecz o dziwo - stojące wśród nich na pierwszym miejscu w składzie chili chipotle wcale mocno się nie odznaczało. Najwięcej do powiedzenia miały tutaj duszne cynamon, kardamon i gałka muszkatołowa. Tak, gałka muszkatołowa szczególnie intensywnie dała o sobie znać, co bardzo mi przypadło do gustu, bowiem rzadko mam do czynienia z tą przyprawą (szczególnie w czekoladach). Pieprz i chili stały gdzieś z boku, jako wierni strażnicy meksykańskiego charakteru tej tabliczki. Trochę szkoda, że nie zafundowały mi mocniejszego kopa, ale dzięki intensywności wyżej wymienionych trzech innych przypraw jestem w stanie to wybaczyć. 

Po degustacji w ustach o dziwo pozostaje orzeźwiający, owocowy smak. Nie spodziewałam się wiele po tej czekoladzie, lecz muszę przyznać, że naprawdę mi smakowała. Rzeczywiście, nie była wyszukana i wykwintna, miała w sobie mnóstwo prostoty. Jednakże etapowe zmiany konsystencji i rozwijających się smaków w pewien sposób mnie urzekły, nie mówiąc już o samych korzennych przyprawach, tak bardzo przeze mnie uwielbianych. Choć od rzemieślniczej meksykańskiej czekolady można by było oczekiwać więcej, nie będę wobec niej nazbyt krytyczna.


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia, nibsy kakaowe, przyprawy (chili chipotle, cynamon, kardamon, gałka muszkatołowa, pieprz).
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 80 g.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Zotter Congratulations (Thousand Layer Nougat) ciemna mleczna nadziewana migdałowymi chrupkami i nugatem z orzechów laskowych z kardamonem i anyżem


Po niemiłych doświadczeniach z Chestnut + Organic Rum mój ulubiony Zotter musiał się zrehabilitować jeszcze tego samego dnia (swoją drogą, kocham weekendy podczas których mogłabym się żywić niemal samą czekoladą...). Do wieczornej kawy postanowiliśmy otworzyć tabliczkę z serii Handscooped, która wydawała się smakowym pewniakiem. Pod lepiej sprzedającą się nazwą "Congratulations" (dzięki niej czekolada staje się wyborem na prezent przy dowolnej okazji do gratulacji) kryje się smakołyk o pierwotnej nazwie "Thousand Layer Nougat". Imię te niesamowicie zadziałało na moją wyobraźnię. W końcu uwielbiam orzechy, a taka nazwa zdaje się być obietnicą nieba!


Wczytanie się w skład kompozycji już odrobinkę mnie zawiodło (ale tylko troszkę). Spodziewałam się, że odnajdę tu co najmniej trzy rodzaje orzechów, przemienione w nugaty ułożone na sobie warstwami. Tymczasem nadzienie Thousand Layer Nougat to mimo wszystko ciężki do rozdzielenia przekładaniec z nugatu laskowego i migdałowego - innych orzechów tutaj nie uświadczymy. Ponadto, w nugat wtopiono migdałowe chrupki (ich skład to: cukier, migdały, dekstroza, masło). Wszystko zostało otoczone mleczną czekoladę o wysokiej, bo aż 60% zawartości kakao. Pomimo odbiegania od moich pierwotnych oczekiwań kompozycja i tak zapowiadała się smakowicie.


Choć zdjęcia czekolady robiłam przy sztucznym świetle, możecie mi uwierzyć, że w rzeczywistości naprawdę posiada ona tak ciepłe barwy. Przytulne odcienie złota i brązu pieszczą oczy. Gładziutka czekolada okala nadzienie, które zdaje się być zbite, esencjonalne, miąższyste. Nad tabliczką unosi się aromat mocno palonego cukru i solidnie skarmelizowanych orzechów. W pierwszej kolejności zdawało nam się, że wąchamy orzechy włoskie (choć przecież wcale ich tu nie było), dalej rzeczywiście wynurzają się przed nami orzechy laskowe, by koniec końców odsłonić migdały.


Oddzielając samą warstwę czekolady przekonujemy się, iż również ona jest mocno palona, co zapewne jeszcze bardziej nasilało odczucie paloności w aromacie. Bardzo mleczna i przyjemnie słodka, niesie ze sobą kop wyrazistego karmelu, znacznie podpalonego. Pewnie znów część z tych nut to efekt przesiąknięcia z nadzienia, nie mniej jednak wypadło to naprawdę korzystnie.


Gdy przechodzimy do nadzienia z zaskoczeniem odkrywamy, iż swoją konsystencja przypomina ono chałwę. Aż klei się do zębów i lekko chrzęści pomiędzy nimi. W nugatowych przekładańcach zatopiono całe mnóstwo migdałowych chrupek, które również zaskakują formą. Drobinki migdałów zostały bardzo mocno skarmelizowane na maśle, wręcz skrystalizowane. Solidnie je podprażono, zupełnie ich nie szczędząc. W zasadzie, to nadzienie wydaje się być niemal w całości wykonane z owych chrupek.

Wprawdzie podczas rozpuszczania się czekolady w ustach dochodzimy do etapu, gdy swobodnie rozlewają się w nich nugaty - laskowy i migdałowy - formując pyszny orzechowy, tłusty mus. Najbardziej czuć tu jednak palone, scukrzone migdałowe kryształki w otoczce z gładkiego musu, w którym to zdają się przeważać orzechy laskowe. Niesamowity jest fakt, iż chrupki migdałowe zostały tak skrzętnie skarmelizowane, że przypominają sezam - a to jeszcze potęguje chałwową iluzję. Ponadto, owo wrażenie sezamowości zostało podkręcone przez korzenne przyprawy: kardamon i anyż. To one sprawiają również, iż paloność kompozycji jest jeszcze silniejsza. Thousand Layer Nougat rozgrzewa i syci.



Choć myślałam, iż będzie tutaj więcej gładkich nugatów, a chrupki będą bardziej naturalnie migdałowe - i tak Thousand Layer Nougat bardzo mnie zadowolił, a przy tym nie raz zaskoczył. Pyszna mleczna czekolada o wysokiej zawartości kakao pełnego palonych nut uwypukla i zwieńcza bogactwo, jakie odnajdziemy w nadzieniu. Bogactwo, które nastawiono na jeden konkretny kierunek - rozgrzewające zasłodzenie. To bardzo przyjemna czekolada, zupełnie niesztampowa. Z wielką chęcią zabrałabym ją na górski szlak, gdyż niechybnie dostarczyłaby cudnego doładowania energii.

PS Swojej tabliczki Thousand Layer Nougat szukajcie na
biokredens.pl!


Skład: surowy cukier trzcinowy, chrupki migdałowe 24% (cukier, migdały, dekstroza, masło), miazga kakaowa, orzechy laskowe 14%, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, olej z orzechów laskowych, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, kardamon, anyż.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 569 kcal.
BTW: 7,6/36/51