środa, 21 października 2015

Michel Cluizel Mangaro ciemna 65%


Dziś chcę przybliżyć Wam wrażenia związane z czekoladą Mangaro 65%, którą miałam okazję wypróbować podczas degustacji neapolitanek od Michel Cluizel (a trafiły one w moje łapki dzięki Sekretom Czekolady). To drugie maleństwo single-origin, po które sięgnęliśmy chwilę po delektowaniu się Los Ancones. Mangaro, tak jak Los Ancones, jest również bardzo utytułowaną czekoladą. Wygrała konkurs Great Taste Awards w 2008 roku oraz Salon du Chocolat w roku 2003. Jest to moje pierwsze doświadczenie z czekoladą madagaskarską wywodzącą się z innej manufaktury niż Menakao.

Mangaro to plantacja położona w dolinie Sambirano. Swoją nazwę zawdzięcza temu, iż hodowane tam kakaowce rosną na miejscu dawnego lasu mango. Ów fakt od razu zadziałał na moją wyobraźnię. Od razu przypomniałam sobie o korzennej w smaku Zotter India 62% stworzonej z kakao z regionu Kerala, gdzie uprawia się także pieprz, kardamon, cynamon i wanilię. Dlatego też Mangaro 65% jawiła mi się jako tabliczka niezwykle słonecznie owocowa. Jak było w rzeczywistości?



Zapach tej czekolady ma w sobie pewien chłód, czy raczej rześkość. Jest to woń znacznie odmienna od suchej paloności wyczuwalnej w poprzedniczce. Aromat jest łagodnie owocowy, kojarzący się z lodami waniliowo-śmietankowymi polanymi naturalnym sosem z owoców tropikalnych. Neapolitanki sprawiają wrażenie plastikowych - gdybym miała czekoladę w standardowym formacie na pewno wiele przyjemności dla uszu dostarczyło by jej łamanie.

Pod naporem zębów Mangaro ulega miękko, chrupiąc przy tym przyjemnie. Okazuje się być bardzo aksamitna i dość łatwo rozpuszczając się w ustach rozpościera w nich mleczną słodycz. Tak, zdecydowanie wiele jest tutaj słodyczy. Na tyle dużo, że muszę zatrzymać się w celu wyłuszczenia, z czym owa słodycz mi się kojarzy. Z racji na mleczność najpierw na myśl przychodzi mi gęsty deser czekoladowy na bazie jogurtu - również przez fakt, że pojawia się tu delikatna, nieco cytrusowa kwaśność. I tak czy siak, w starciu ze słodyczą kwaśność wydaje się niczym. Ponownie nie ma mowy u Cluizela o goryczce. Nie, przepraszam, przez chwilę próbuje się przebijać, ale jedynie co potrafi osiągnąć, to stworzyć złudzenie skórki cytrusa - kontynuując rześkie owocowe skojarzenia.



 Powoli słodycz zaczyna przed nami odsłaniać swoje twarze. Czuję soczyste gruszki zatopione w sosie waniliowo-jogurtowym. Kęs przybiera konsystencję idealnie gładkich lodów, jednakże nie wprowadza nas w tak przepastną głębię, jak robiła to Los Ancones. Dalej pojawiają się soczyste słodkie pomarańcze, a przewijająca się cały czas mleczno-jogurtowa nuta na tym gruszkowo-pomarańczowym tle rzeczywiście może przypominać mango. Wanilia również dość mocno się odznacza, niczym w gęstym, dobrej jakości serku waniliowym. Zwieńczenie słodyczy ponad owocami i wanilią jest miodowo-karmelowe, nieco imbirowe - ale mimo wszystko wrażenia związane z tą madagaskarską czekoladą dość szybko uciekają i nie zostawiają tak silnego posmaku jak Los Ancones. Nie można jej jednak odmówić słonecznej owocowości, której to spodziewałam się jeszcze po rozpakowaniu neapolitanki.
 
Na koniec warto nadmienić, iż Cluizel wziął kakao z Mangaro na warsztat także jeśli chodzi o wykonanie czekolady mlecznej. Mam nadzieję, że Mangaro Lait 50% pojawi się kiedyś na moim blogu. Mając na uwadze łagodność i przystępność wersji ciemnej, wyobrażam sobie ją jako niebywale delikatną. Tymczasem, jeśli chcecie poczytać opinie innych czekoholików na temat dziś opisywanej przeze mnie Mangaro 65% odsyłam Was:: tu, tu i tu.

Skład: ziarno kakao z plantacji Mangaro na Madagaskarze, cukier, tłuszcz kakaowy, strąki wanilii burbońskiej.
Masa kakaowa min. 65%.
Masa netto: 5 g.

poniedziałek, 19 października 2015

Michel Cluizel Los Ancones ciemna 67%


W ostatniej przesyłce z Sekretów Czekolady odnalazłam osiem 5-gramowych neapolitanek spod szyldu Michel Cluizel. Cztery różne czekoladki plantacyjne, z czterech odrębnych państw - po jednej dla mnie i mojego Męża. Zacierałam ręce na myśl o chwili, gdy w pewne sobotnie przedpołudnie zrzucimy z siebie karb obowiązków - by z otwartą głową i mocną kawą zasiąść do degustacji.

Najbliższe notki (z małą przerwą na Zottera) poświęcone będą właśnie tym czekoladkom.
Myślę, że wszystkie te czekolady będą wydawać się Wam przystępne ze względu na zawartość kakao nie przekraczającą 70%. Z racji, że warianty te są dostępne również w 70-gramowych tabliczkach wiem, że być może kiedyś wrócę do tych smaków - wszystko po to, by odkryć je na nowo i poczuć więcej. Gdy to zrobię, na pewno się tym z Wami podzielę, modyfikując neapolitankowe wpisy.

Nie wątpię bowiem w to, że mając do dyspozycji większą ilość plantacyjnej czekolady od Michel Cluizel będę mogła poczuć więcej, niż w pięciogramowej porcji. Dlaczego jestem aż tak pewna bogactwa i wartości tych czekolad? Michel Cluizel to francuska marka z rodzinnymi tradycjami. Wszystko zaczęło się od działalności cukierniczej, a następnie w jej ramach rodzina Cluizel zaczęła eksperymentować z kakao. Obecnie w normandzkiej manufakturze Danville produkuje się doceniane na całym świecie czekoladowe cuda. Firma rozszerzyła swoją działalność także na terenie USA. Przepiękna witryna internetowa Michel Cluizel jest wspaniałą wizytówką marki i kopalnią wiedzy na jej temat.



Dziś opisywana czekolada to kolejna obecna na moim blogu single-origin z Dominikany (pojawił się już dominikański Morin i Zotter z kooperatywy Yacao). Dzieło Michel Cluizel wywodzi się z konkretnej plantacji o nazwie Los Ancones. Wybaczcie, że nie będę rozpisywać się na jej temat, skoro w sieci wisi filmik o tej organicznej plantacji. Koniecznie obejrzyjcie.

 Los Ancones to utytułowana czekolada (jak zresztą wiele tabliczek od Michel Cluizel). Została zwycięzcą Soil Association Organic Food Awards w 2010 roku oraz zdobyła srebrny medal na International Chocolate Awards w 2012. W sieci roi się od recenzji tej tabliczki. Czytając je już po degustacji naszych neapolitanek aż rozbolała mnie głowa. Poczułam, że moje odczucia są takie biedne. Zastanawiałam się, jak ja w ogóle opiszę tą czekoladę. Potem otrząsnęłam się wiedząc, że próbując jedynie 5 gram Los Ancones doświadczyłam jedynie kawałka tego, co może nieść z sobą ta czekolada. I właśnie ów kawałek chcę Wam zaprezentować. Jeśli chcecie zapoznać się z opiniami innych czekoholików na temat Los Ancones, odsyłam tu i przede wszystkim tu.


Skosztowana jako pierwsza spośród naszych neapolitanek Los Ancones, w zapachu zdawała się nam być mocno palona i szorstka. Wyczuliśmy wiele nut drzewnych, kojarzących się z suchą korą oraz z węglem drzewnym, być może także ze skorupami orzechów. Pierwsze wrażenie, z którym stykamy się kładąc kawałek czekolady na języku to suchość papieru i wiórów, trudno rozpuszczalna przy pierwszym kontakcie, mająca w sobie surowość przesuszonych cytrusów. Wystarczy jednak chwilę poczekać, by ta pozorna nieprzystępność zamieniła się w coś dystyngowanie głębokiego, zamieniającego się w krem.

Na podniebieniu długo rozlewa się kawowo-lukrecjowa rozkosz, doprawiona kroplą słodkiego skondensowanego mleka. O tak, po przedarciu się przez suchość zapadamy się w bezkresną kawową głębię. Jest to wyciągnięcie z kawowego naparu wszystkich jego zalet, a przy tym wyzbycie się ewentualnej nadmiernej goryczki - poziom goryczki w tej czekoladzie oceniam bowiem na bliski zeru. W wielu miejscach w sieci przyrównywano to niby-kawowo-lukrecjowo-mleczne gęste odczucie do smakowania oliwek i myślę, że coś w tym może być.

W trzecim etapie przychodzi do nas odrobina kwaśności, która jest drobnym akcentem w rozlaniu się owocowości, a dominują w niej truskawki i wiśnie, może trochę śliwek. Na koniec zamienia się to w coś odrobinę pikantnego, by po chwili zaskoczyć miłą wanilią. Całość wydaje się być stateczna i poważna, a przy tym tajemnicza i rozbudzająca ochotę na więcej.


Już po zakończeniu degustacji wszystkich neapolitanek zgodnie z moim Mężem uznałam, że to właśnie Los Ancones stałaby w pierwszej kolejce do wypróbowania jeśli chodzi o pełnowymiarową, 70-gramową wersję. W tej czekoladzie dzieje się bardzo dużo, dlatego zdecydowanie przydałoby się jej nieco więcej, aby chwile spędzone na odkrywaniu jej dobrodziejstw nie były aż tak ulotne. W końcu to tylko pięciogramowe maleństwo, kawałeczek nieba... A już pojutrze przekonacie się, jak według Michel Cluizel wygląda czekoladowe niebo nad Madagaskarem.

Skład: ziarno kakao z plantacji Los Ancones w Dominikanie, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, strąki wanilii burbońskiej.
Masa kakaowa min. 67%.
Masa netto: 5 g.

sobota, 17 października 2015

Zotter Never-Ending Strawberry truskawkowa z jogurtowym dyskiem


Jesień rozkręciła się w Polsce na dobre, ale ja mam dziś dla Was iście letnią czekoladę. Jest to ostatnia propozycja Zottera z tegorocznej edycji Spring Specials, jaką chcę Wam zaprezentować. Wahałam się, czy w ogóle zamawiać ten wariant, ale w końcu zdecydowałam, że Mitzi Blue też warto co jakiś czas pokazywać. W końcu to takie czekoladowe ciekawostki. Czekolada o nazwie Never-Ending Strawberry wydaje się być szczególnie interesująca (oczywiście, o ile jest się fanem truskawek).

W Never-Ending Strawberry duży dysk wykonany jest na modłę tabliczek Labooko Fruit - jest to biała czekolada, gdzie część mleka w proszku zastąpiono owocowym (tutaj truskawkowym) proszkiem. Mały dysk to czekolada jogurtowa, również z truskawkowym zacięciem. Truskawkowo do potęgi entej! Bałam się, czy nie będzie aby za mdło, nie za mydlanie (wszak Blueberry nie wywarła na mnie najlepszego wrażenia). Nie miałam obaw w kwestii sztuczności - w końcu to Zotter i skład ma nienaganny. Z mieszanymi uczuciami rozpakowałam z folijki to czekoladowe wspomnienie lata.




Wąchając Never-Ending Strawberry najpierw niewiele czujemy, ale wystarczy mocno zaciągnąć się zapachem położonej na płasko tabliczki by wyczuć specyficzny, pudrowy zapach truskawkowych cukierków. Z jednej strony zaciekawiłam się, ale z drugiej zawahałam.

Najpierw spróbowałam kawałek dużego, truskawkowego dysku. Rzeczywiście, dominująca część jest znacznie pudrowa (ale nie proszkowa), przypominając przez to pudrowe drażetki. Jest przy tym bardzo kwaskowata, w naturalny owocowy sposób - i naprawdę mało czekoladowa. Nie można też tu mówić o aksamitności, choć czekoladę charakteryzuje wysoka zawartość tłuszczu kakaowego (aż 38%). Można by było pomyśleć, że to baza na bardzo dobrą białą czekoladę, jednak nawet jeśli rzeczywiście jest ona wyśmienita - to całą "białoczekoladowość" przykrywają truskawki.

Truskawkowość jest na tyle mocna, że przez chwilę sprawia wrażenie sztuczności. Przytłacza tak, że stwarza iluzję przesłodzonej truskawy (jak w cukierkach typu Zozole), choć przecież wcale tak nie jest. Po chwili to odczucie zostaje przegonione w kąt i przychodzą o wiele milsze skojarzenia.



Pudrowość wprawdzie towarzyszy nam cały czas, ale nie jest ona przytłaczająca - a raczej wręcz przeciwnie - po prostu wciąga. Mydlaności i mdłości na całe szczęście nie ma tu ani śladu, inne nieprzyjemne smaczki również nie są dostrzegalne. Ta truskawkowa kwaśność i słodycz, wzbogacona o karmelowy posmak - jest niczym wyciągnięcie truskawkowej esencji z tych wszystkich truskawkowych słodyczy z dzieciństwa, a wyrzucenie z nich margarynowych i sztucznych paskudztw. Naprawdę intrygujące doświadczenie. Na dodatek popijana gorzka czarna kawa genialnie przełamywała dość znaczną słodycz.

Po zjedzeniu części truskawkowego dysku zajęłam się jogurtowym środkiem. Ah, jaki on był pyszny! Szkoda, że jest go tak mało - znów ubolewam, że Mitzi Blue mają taką, a nie inną formę. Kompozycja zdecydowanie lepiej wypadłaby w przypadku naprzemiennego przeplatania się pasm truskawkowych i jogurtowych w jednej tabliczce.

Dlaczego jogurtowy środeczek tak mi przypasował? Smakuje niczym maślanie tłusty jogurt, umiarkowanie kwaskowaty, z lekką tylko nutką truskawki - rewelacyjnie przyprawiony potężną, mocną wanilią. Ok, rozumiem, że nazwa produktu zobowiązuje i w Never-Ending Strawberry nie mogłoby znaleźć się więcej tej jogurtowej części... Przyznam jednak, że po spróbowaniu jogurtowego dysku, część truskawkowa wydała mi się na dłuższą metę monotonna - a jogurtowe maleństwo tak pięknie przełamywało ową owocową moc...



Potem powracamy do truskawkowego dysku, którego zostało jeszcze sporo. W głowie pojawiają się kolejne przemyślenia jego dotyczące. Jest on dość zbity i nie rozpuszcza się łatwo, ale przywiódł mi na myśl domowej roboty sorbet z truskawek, jaki tego lata jadłam u klientki. Z jednej strony - najpierw miałam skojarzenia z dziecięcymi słodyczami, balansującymi na granicy kiczu - a teraz przyszły mi na myśl najbardziej naturalne w świecie lody. Never-Ending Strawberry to chyba truskawka we wszystkich możliwych odsłonach, zaklęta pod postacią czekolady.

Koniec końców, traktuję doświadczenie z tą letnią czekoladą jako udany eksperyment (choć nadal ubolewam nad tak małą ilością jogurtowej części). Muszę przyznać, że dla przeciętnego zjadacza truskawek ta truskawkowa tabliczka może wydać się ostro przesadzona. Zdecydowanie Never-Ending Strawberry to czekolada dla truskawkowych fanatyków, przytłaczająca swoją owocowością. Miło by było sobie sięgnąć po nią gdzieś w środku zimy, aby poczuć takiego truskawkowego kopa... Tylko, że do teraz nie wiem, co mają znaczyć te postacie na opakowaniu ;).


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone truskawki 12%, odtłuszczone mleko w proszku, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 1%, pełny cukier trzcinowy, proszek cytrynowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 576 kcal.
BTW: 3,2/39/52

czwartek, 15 października 2015

Menakao Bright & Crispy ciemna 70% z sezamem i kokosem



Po Fudgy & Light oraz Deep & Fruity czas na kolejną tabliczkę spod szyldu Menakao - Bright & Crispy. Jest to pierwsza próbowana przeze mnie madagaskarska czekolada, która zawiera w sobie dodatek pod postacią posypki. W zasadzie, to aż do wyjęcia cacuszka z szczelnego opakowania nie wiedziałam, że będę mieć do czynienia z posypką. Wcześniej wyobrażałam sobie, że dodatki wtopione zostaną we wnętrze tabliczki. O jakie dodatki chodzi? W Bright & Crispy posłużono się sezamem i kokosem, co dla mnie brzmi niezwykle smakowicie. Oczywiście, zarówno sezam jak i kokos również pochodzą z Madagaskaru - tak jak wszystkie inne składniki czekolad Menakao.

Przy poprzedniej recenzji Menakao wielu z Was zwróciło szczególną uwagę na portrety umieszczone na opakowaniach. Otóż nie są to postacie przypadkowe. Na każdej z czekolad Menakao znajdują się reprezentanci ludów związanych z Madagaskarem. Na menakao.com przybliżony został każdy z nich (w zakładce "Our products"). Opakowanie Bright & Crispy zdobi przedstawiciel Antemoro. Antemoro znaczy "człowiek z wybrzeża/brzegu" - to potomkowie arabskich kupców, przybyłych na Madagaskar w siódmym wieku. Ludzie Antemoro to eksperci w dziedzinach wróżbiarstwa, astrologii oraz w piśmie arabskim.




Wracając do samej czekolady - z wierzchu jej podział na kostki wygląda tak samo, jak w o dwa procent bogatszej w kakao Deep & Fruity, zaś od spodu znajduje się sześć skupisk sezamowo-kokosowej posypki. Zagęszczenie dodatków budzi podziw, ale ich niesymetryczne rozmieszczenie względem podziału kostek jest denerwujące. Prowokuje to do rozsypywania się ziarenek podczas łamania czekolady, dlatego my przekroiliśmy naszą Bright & Crispy nożem na pół. Dalej każdy już bezpiecznie wgryzał się w swoją połówkę.

Czekolada pachnie po prostu pięknie. Spod wyrazistego aromatu mlecznego kokosa i wysokiej jakości chałwy wydobywa się lekka ziołowość kakao. Dyskretnie przydymione nuty podkręcają urok woni przypominającej delikatny kokosowo-sezamowy krem.



Stateczna, twarda kostka umieszczona w ustach rozpościera w nich wyrazistą, ale bardzo przyjemną kwaśność, nieustannie podszytą lepkawą wilgocią. Pierwsza próba scharakteryzowania tej kwaśności prowadzi nas do grejpfruta i niedojrzałych jeżyn, ale to odczucie jest tylko chwilowe. Pojawia się bowiem mleczna nuta, idealnie współgrająca z kokosem, a dalej również z sezamem. Przez moment pomyślałam o jogurtowych lodach, ale nie, to jeszcze nie było najtrafniejsze spostrzeżenie. Rozmyślałam nad tym mlecznym akcentem przełamującym kwaśność i w końcu, jak olśniona, już wiedziałam, co jest numerem jeden w tej tabliczce. Jest nim KEFIR.

 Prawdziwy kefir - naturalnie gęsty, pełnotłusty. Z grudkami, które po rozgryzieniu wydobywają z siebie rozkoszną, orzeźwiającą mleczną kwaśność. Iluzja kefiru towarzyszyła mi już do samego końca degustacji i była tak intensywna, że czasem ewoluowała już w stronę zanadto przefermentowanego, wręcz zepsutego mleka. Uwielbiam gęsty kefir, więc ten smak w czekoladzie odpowiadał mi bardzo, choć z drugiej strony aż taka wyrazistość chwilami gryzła mi się z faktem, że to jednak jest tylko (aż!) kwestia mocy kakao. Wcześniej z kefirową wyraźną nutą spotkałam się w tabliczce z Manufaktury Czekolady (mowa o Ekwador 60% mleko + wanilia), ale nie był to aż tak dominujący smak, jak w Bright & Crispy. Generalnie, przez cały czas w tej czekoladzie dominuje kwaśność, wilgotność i słodycz typowa dla kefiru - nie spotkamy tutaj ani procenta goryczy i ściągania.


Jak pośród tego wszystkiego sprawdza się posypka? Otóż idealnie podkreśla i wieńczy wdzięki samej czekolady. Wraz z kefirowym kakao tworzy delikatny i sycący koktajl sezamowo-kokosowy. Zarówno sezam, jak i kokos doskonale łączą się z intensywnym smakiem kefiru. Wspaniała jest struktura dodatków. Ziarenka sezamu są delikatne, nie spalone na ciemny wiór, a przy tym niosą ze sobą odrobinę kwaskowatej paloności. Wiórki kokosowe trudno nawet nazywać wiórkami. Trafniejszym określeniem byłyby kokosowe płateczki (nie płatki!), tak bardzo są one mięciutkie i subtelne (a przy tym pełne naturalnych smakowych dobrodziejstw kokosa).

Bright & Crispy to dla mnie diametralnie inna czekolada niż Deep & Fruity, co wcale nie zależy od obecności dodatków. To smakowało przepysznie, a przy tym bardzo odmiennie, niecodziennie. Nie wiem, czy każdemu przypasuje ta czekolada, bo posmak kefiru naprawdę nieźle tutaj miesza. Ja czuję się urzeczona i nabieram co raz to większego apetytu na kolejne propozycje od Menakao.


Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszony kokos, ziarna sezamu, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 75 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 620,66 kcal
BTW: 10,3/46,38/40,51