Drugą nową Studenstką zabraną w Góry Gegamskie była mleczna wersja z jagodami. Oczywiście wyrażenie "z jagodami" to jak zwykle nadużycie - suszone jagody stanowią jedynie 6% owocowych cząstek, w których dominuje... jabłko. Czy ta tabliczka była choć odrobinkę jagodowa? O tym dowiecie się za chwilę. Urokliwego zdjęcia wnętrza opakowania nie posiadam, bo dziś opisywana Studenstka zmasakrowała się przez słońce równie mocno, jak porzeczkowa poprzedniczka.
Zamiast tego, macie fotkę zrobioną telefonem z zaparowanym aparatem (dlatego taka niewyraźna) - kadr z wieczornego picia herbaty przed namiotami rozbitymi w naszym drugim obozie. Obok kawałków Studentskiej dostrzec możecie wspomniane w poprzednim wpisie ciasto gata. Tragiczność tego zdjęcia zwalam na fakt, że obok mnie na trawie siedział nieco przerażający mężczyzna - nie byłam w stanie zrobić normalnej fotki. Ale o tym również za chwilę...
Studentską jagodową jedliśmy tego samego dnia, co deserową wersję porzeczkową. Nie pochłonęliśmy ich jednak we dwójkę, ponieważ częstowaliśmy współtowarzyszy. Bezsprzecznie muszę stwierdzić, że mleczna wersja bardziej przypadła mi do gustu - nawet pomimo tak porażkowej zawartości masy kakaowej. Sama czekolada, choć naprawdę kiepskiej jakości - miała w sobie elektryzujący śmietankowo-waniliowy posmak, który podkręcał cukrowego kopa i zachęcał co sięgnięcia po następną kostkę. E tam, co ja plotę - przecież dobrze wiem, że to nie ta pseudoczekolada najbardziej mnie pociągała. Największy urok stanowiły jak zawsze kwaskowate miękkie galaretki oraz chrupiące orzeszki arachidowe.
Owocowe cząstki, jak to Orion ma ostatnio w zwyczaju, były nieco mniejsze od galaretek i odrobinę od nich twardsze. Również tutaj producent nie przesadził z nadmiernym podkręceniem barwy cząstek - i bardzo dobrze. Były one odświeżające w sposób podobny do galaretek i pomimo znikomego udziału jagód Orion wyczarował to tak, że jednak było je czuć. Ba, wydaje mi się, że ta tabliczka była bardziej jagodowa od Lindt Acai Beere, co jest wręcz absurdalne. Całość nie wiedzieć czemu przypominała mi limitowaną edycję śliwka-wanilia, którą darzę sentymentem. Nasza jagodowa tabliczka zaoferowana do herbaty przy namiotach rozeszła się w kilka chwil.
Owocowe cząstki, jak to Orion ma ostatnio w zwyczaju, były nieco mniejsze od galaretek i odrobinę od nich twardsze. Również tutaj producent nie przesadził z nadmiernym podkręceniem barwy cząstek - i bardzo dobrze. Były one odświeżające w sposób podobny do galaretek i pomimo znikomego udziału jagód Orion wyczarował to tak, że jednak było je czuć. Ba, wydaje mi się, że ta tabliczka była bardziej jagodowa od Lindt Acai Beere, co jest wręcz absurdalne. Całość nie wiedzieć czemu przypominała mi limitowaną edycję śliwka-wanilia, którą darzę sentymentem. Nasza jagodowa tabliczka zaoferowana do herbaty przy namiotach rozeszła się w kilka chwil.
Nim zasiedliśmy do tej herbaty upłynąć musiał cały długi dzień. W piątkowy poranek po śniadaniu złożyliśmy namioty, przygotowaliśmy konie i ruszyliśmy znad jeziora Akna dalej w głąb Gór Gegamskich. Wysokości były coraz większe, więc skwar nie dokuczał już tak mocno. Czekały nas również inne krajobrazy niż dnia poprzedniego. Spotykaliśmy coraz to więcej wulkanicznych skał, a brzoskwiniowe góry zamieniały się w ogniste marsjańskie twory. Oczywiście nadal dookoła nas roztaczały się bezkresne przestrzenie, ale tym razem bardziej kamieniste i jeszcze surowsze...
Tego dnia naszym wyzwaniem był Azhdahak, czyli mierzący 3597 m n.p.m. najwyższy szczyt Gór Gegamskich. Gdy w końcu wynurzył się przed nami spośród nakładających się na siebie planów - z dala, w pełnej okazałości wyglądał naprawdę imponująco. Wydawało się też, że podejście na niego będzie trudne. Obeszliśmy jednak górę z drugiej strony i okazało się, że czekać nas będzie niezbyt długi spacerek na szczyt. Konie zostały z Rustamem u podejścia, a my w czwórkę ruszyliśmy zdobywać górę. Chwilę przed rozpoczęciem podejścia mój Ukochany dostał kopa w rękę od gniadego. Na szczęście zupełnie nic się nie stało, choć wyglądało to groźnie.
Azhdahak podobnie jak Aragac nie posiada tylko jednego szczytu. To czerwone dziwadło widoczne na zdjęciu poniżej to również Azhdahak - jego niższy szczyt. Na obu szczytach znajdują się kratery, w których wnętrzu położone są jeziora. Nie wiem, czy jakiekolwiek słowa są w stanie opisać kosmiczne piękno tej góry, tak więc po prostu patrzcie...
Po zdobyciu szczytu wróciliśmy do Rustama i koni. Gdy szykowaliśmy je do dalszej wędrówki teraz Rustam został do krwi użarty przez siwą, tak dla odmiany. Wszystkie narody musiały być równo obdzielone przez nasze rumaki ;).
Kolejny obóz rozbijaliśmy nieopodal dość dużej pasterskiej zagrody, z której rozciągał się widok na Ararat. Mieliśmy tu zostać na dwie noce, ale już bez Geghama i Rustama. Po zjedzonym na trawie obiedzie nasi przyjaciele dosiedli koni i skróconą drogą wrócili do Sevaberd. My zaś poszliśmy oglądać petroglify znajdujące się nieopodal na rumowiskach skalnych. To niesamowite móc obejrzeć rysunki naskalne sprzed tysięcy lat, na kamieniach leżących tak samo od czasu, gdy dawny człowiek ozdobił je symbolami.
Później poznaliśmy gospodarza tutejszej wioski pasterskiej, przy której mogliśmy się rozbić. Timur podjechał do nas na swojej pięknej siwej klaczy i od razu zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Dojrzały już facet miał niesamowicie przejmujące spojrzenie, którym wręcz zabijał. Gdy zaprosił nas do namiotu na wódkę (oczywiście zagryzaną arbuzami, foto z tego posiedzenia poniżej), kobiety i dzieci mieszkające z nim chodziły jak w zegarku spełniając jego prośby, a przy tym trzymając się na dystans od naszego stolika. To właśnie on przyszedł potem do nas na herbatę.
Spośród pasterskich psów Timura jedna suczka była wyjątkowo przyjazna. Często przychodziła w okolicę naszych namiotów i łasiła się. Do teraz pamiętam dotyk tej smaganej wiatrem sierści... A pierwsza noc obok wioski Timura była bardzo spokojna - no może poza odwiedzinami krowy, która nie chciała odczepić się od szczelnie pozamykanych toreb z prowiantem pozostawionych przed namiotami.
Później poznaliśmy gospodarza tutejszej wioski pasterskiej, przy której mogliśmy się rozbić. Timur podjechał do nas na swojej pięknej siwej klaczy i od razu zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Dojrzały już facet miał niesamowicie przejmujące spojrzenie, którym wręcz zabijał. Gdy zaprosił nas do namiotu na wódkę (oczywiście zagryzaną arbuzami, foto z tego posiedzenia poniżej), kobiety i dzieci mieszkające z nim chodziły jak w zegarku spełniając jego prośby, a przy tym trzymając się na dystans od naszego stolika. To właśnie on przyszedł potem do nas na herbatę.
Spośród pasterskich psów Timura jedna suczka była wyjątkowo przyjazna. Często przychodziła w okolicę naszych namiotów i łasiła się. Do teraz pamiętam dotyk tej smaganej wiatrem sierści... A pierwsza noc obok wioski Timura była bardzo spokojna - no może poza odwiedzinami krowy, która nie chciała odczepić się od szczelnie pozamykanych toreb z prowiantem pozostawionych przed namiotami.
Skład: cukier, galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, pektyny, kwas cytrynowy, tłuszcze roślinne: palmowy, kokosowy; wosk karnauba, aromaty naturalne), orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, cząstki z jagodami (skoncentrowany susz z jabłek, syrop glukozowo-fruktozowy, syrop glukozowy, suszone jagody 6%, cukier, glicerol, błonnik pszenny, kwas cytrynowy, kwas jabłkowy, tłuszcz palmowy, koncentrat z marchwi, koncentrat z jagód, pektyny, koncentrat z jeżyn, aromaty naturalne), miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz shea, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,7/28,4/56,7



















