poniedziałek, 7 września 2015

Orion Studentska mleczna z jagodami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Drugą nową Studenstką zabraną w Góry Gegamskie była mleczna wersja z jagodami. Oczywiście wyrażenie "z jagodami" to jak zwykle nadużycie - suszone jagody stanowią jedynie 6% owocowych cząstek, w których dominuje... jabłko. Czy ta tabliczka była choć odrobinkę jagodowa? O tym dowiecie się za chwilę. Urokliwego zdjęcia wnętrza opakowania nie posiadam, bo dziś opisywana Studenstka zmasakrowała się przez słońce równie mocno, jak porzeczkowa poprzedniczka.

Zamiast tego, macie fotkę zrobioną telefonem z zaparowanym aparatem (dlatego taka niewyraźna) - kadr z wieczornego picia herbaty przed namiotami rozbitymi w naszym drugim obozie. Obok kawałków Studentskiej dostrzec możecie wspomniane w poprzednim wpisie ciasto gata. Tragiczność tego zdjęcia zwalam na fakt, że obok mnie na trawie siedział nieco przerażający mężczyzna - nie byłam w stanie zrobić normalnej fotki. Ale o tym również za chwilę...



Studentską jagodową jedliśmy tego samego dnia, co deserową wersję porzeczkową. Nie pochłonęliśmy ich jednak we dwójkę, ponieważ częstowaliśmy współtowarzyszy. Bezsprzecznie muszę stwierdzić, że mleczna wersja bardziej przypadła mi do gustu - nawet pomimo tak porażkowej zawartości masy kakaowej. Sama czekolada, choć naprawdę kiepskiej jakości - miała w sobie elektryzujący śmietankowo-waniliowy posmak, który podkręcał cukrowego kopa i zachęcał co sięgnięcia po następną kostkę. E tam, co ja plotę - przecież dobrze wiem, że to nie ta pseudoczekolada najbardziej mnie pociągała. Największy urok stanowiły jak zawsze kwaskowate miękkie galaretki oraz chrupiące orzeszki arachidowe.

Owocowe cząstki, jak to Orion ma ostatnio w zwyczaju, były nieco mniejsze od galaretek i odrobinę od nich twardsze.  Również tutaj producent nie przesadził z nadmiernym podkręceniem barwy cząstek - i bardzo dobrze. Były one odświeżające w sposób podobny do galaretek i pomimo znikomego udziału jagód Orion wyczarował to tak, że jednak było je czuć. Ba, wydaje mi się, że ta tabliczka była bardziej jagodowa od Lindt Acai Beere, co jest wręcz absurdalne. Całość nie wiedzieć czemu przypominała mi limitowaną edycję śliwka-wanilia, którą darzę sentymentem. Nasza jagodowa tabliczka zaoferowana do herbaty przy namiotach rozeszła się w kilka chwil.


Nim zasiedliśmy do tej herbaty upłynąć musiał cały długi dzień. W piątkowy poranek po śniadaniu złożyliśmy namioty, przygotowaliśmy konie i ruszyliśmy znad jeziora Akna dalej w głąb Gór Gegamskich. Wysokości były coraz większe, więc skwar nie dokuczał już tak mocno. Czekały nas również inne krajobrazy niż dnia poprzedniego. Spotykaliśmy coraz to więcej wulkanicznych skał, a brzoskwiniowe góry zamieniały się w ogniste marsjańskie twory. Oczywiście nadal dookoła nas roztaczały się bezkresne przestrzenie, ale tym razem bardziej kamieniste i jeszcze surowsze...


Tego dnia naszym wyzwaniem był Azhdahak, czyli mierzący 3597 m n.p.m. najwyższy szczyt Gór Gegamskich. Gdy w końcu wynurzył się przed nami spośród nakładających się na siebie planów - z dala, w pełnej okazałości wyglądał naprawdę imponująco. Wydawało się też, że podejście na niego będzie trudne. Obeszliśmy jednak górę z drugiej strony i okazało się, że czekać nas będzie niezbyt długi spacerek na szczyt. Konie zostały z Rustamem u podejścia, a my w czwórkę ruszyliśmy zdobywać górę. Chwilę przed rozpoczęciem podejścia mój Ukochany dostał kopa w rękę od gniadego. Na szczęście zupełnie nic się nie stało, choć wyglądało to groźnie.

Azhdahak podobnie jak Aragac nie posiada tylko jednego szczytu. To czerwone dziwadło widoczne na zdjęciu poniżej to również Azhdahak - jego niższy szczyt. Na obu szczytach znajdują się kratery, w których wnętrzu położone są jeziora. Nie wiem, czy jakiekolwiek słowa są w stanie opisać kosmiczne piękno tej góry, tak więc po prostu patrzcie...





Po zdobyciu szczytu wróciliśmy do Rustama i koni. Gdy szykowaliśmy je do dalszej wędrówki teraz Rustam został do krwi użarty przez siwą, tak dla odmiany. Wszystkie narody musiały być równo obdzielone przez nasze rumaki ;).

Kolejny obóz rozbijaliśmy nieopodal dość dużej pasterskiej zagrody, z której rozciągał się widok na Ararat. Mieliśmy tu zostać na dwie noce, ale już bez Geghama i Rustama. Po zjedzonym na trawie obiedzie nasi przyjaciele dosiedli koni i skróconą drogą wrócili do Sevaberd. My zaś poszliśmy oglądać petroglify znajdujące się nieopodal na rumowiskach skalnych. To niesamowite móc obejrzeć rysunki naskalne sprzed tysięcy lat, na kamieniach leżących tak samo od czasu, gdy dawny człowiek ozdobił je symbolami.

Później poznaliśmy gospodarza tutejszej wioski pasterskiej, przy której mogliśmy się rozbić. Timur podjechał do nas na swojej pięknej siwej klaczy i od razu zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Dojrzały już facet miał niesamowicie przejmujące spojrzenie, którym wręcz zabijał. Gdy zaprosił nas do namiotu na wódkę (oczywiście zagryzaną arbuzami, foto z tego posiedzenia poniżej), kobiety i dzieci mieszkające z nim chodziły jak w zegarku spełniając jego prośby, a przy tym trzymając się na dystans od naszego stolika. To właśnie on przyszedł potem do nas na herbatę.

Spośród pasterskich psów Timura jedna suczka była wyjątkowo przyjazna. Często przychodziła w okolicę naszych namiotów i łasiła się. Do teraz pamiętam dotyk tej smaganej wiatrem sierści... A pierwsza noc obok wioski Timura była bardzo spokojna - no może poza odwiedzinami krowy, która nie chciała odczepić się od szczelnie pozamykanych toreb z prowiantem pozostawionych przed namiotami.



Skład: cukier, galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, pektyny, kwas cytrynowy, tłuszcze roślinne: palmowy, kokosowy; wosk karnauba, aromaty naturalne), orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, cząstki z jagodami (skoncentrowany susz z jabłek, syrop glukozowo-fruktozowy, syrop glukozowy, suszone jagody 6%, cukier, glicerol, błonnik pszenny, kwas cytrynowy, kwas jabłkowy, tłuszcz palmowy, koncentrat z marchwi, koncentrat z jagód, pektyny, koncentrat z jeżyn, aromaty naturalne), miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz shea, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,7/28,4/56,7

sobota, 5 września 2015

Orion Studentska ciemna z czerwonymi porzeczkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Kolejnego dnia po powrocie znad jeziora Kari zwiedzaliśmy na własną rękę Erywań. Podczas naszych długich spacerów oraz odwiedzania muzeów (w których historia Armenii wydaje się być po prostu żywa), nasz przewodnik kompletował ekwipunek na następną wyprawę, tym razem czterodniową. Naszym celem były Góry Gegamskie. Gdy po powrocie z miasta pakowaliśmy się pod namioty załadowałam do plecaka dwie z trzech nowych Studentskich oraz względnie nowy wariant smakowy Toblerone. Na moim blogu już nieraz mogliście się przekonać, jak bardzo cenię sobie Studentskie na górskim szlaku (spuszczając na fatalny skład zasłonę milczenia). Jak się później okazało, pierwszy dzień wędrówki w Górach Gegamskich (czwartek) okazał się być morderczy dla Studentskich. Taki upał zniosłaby mało która czekolada. Nie było mowy, by w ogóle tykać czekolady na trasie - byliśmy w stanie przyjmować jedynie wodę i soczyste owoce. Gdy już po południu rozbijaliśmy obóz, mój Ukochany szepnął: "nie chcesz wiedzieć, co się stało z czekoladami". Noce były jednak chłodniejsze - wiedziałam, że tabliczki stężeją i następnego dnia nie powinno być już tak źle. Nie wyobrażałam sobie, żebym miała uznać Studentskie za niezjadliwe - nawet poddane takim perturbacjom.

Po pierwszą Studentską sięgnęliśmy więc w piątek. W tej notce opiszę jednak wyprawę czwartkową. Nim to nastąpi, czas pochylić się nad czekoladą. Deserowa Studentska z czerwoną porzeczką to jedna z trzech letnich limitowanych nowości od czeskiego Oriona (znajdującego się pod skrzydłami Nestle). Wszystkie zakupiliśmy poprzez Allegro.

Szałowa zawartość 39% kakao plus tłuszcze roślinne i miliard polepszaczy w żelkach oraz w owocowych cząstkach powinny tą czekoladę totalnie deklasować. Jednakże dla mnie Studentska w górach to Studentska w górach i wszystko jej wybaczam. Abstrahując, nie przedstawię Wam dzisiaj pełnego składu tej czekolady. Spisałam go z opakowania jeszcze przed wyjazdem na urlop, ale parę dni temu przedwcześnie opublikowałam wersję roboczą opisu tej tabliczki. Zorientowałam się będąc w trasie i w pośpiechu skasowałam notkę. W domu okazało się, że opakowanie Studentskiej jest na tyle zniszczone po wyprawie, że nie jestem w stanie odczytać pełnego składu (który jest jak zwykle kilometrowy). Niech Wam wystarczy fakt, iż czerwone porzeczki stanowią 30% owocowych cząstek. Wiadomo było, że Orion nie zaserwuje nam w środku całych suszonych porzeczek...


 

Po rozpakowaniu z papierka i sreberka nasza porzeczkowa Studentska wyglądała strrrasznie. Brrr... Jak dobrze, że na  powyższym zdjęciu udało mi się uniknąć szczegółowego pokazania Wam tej masakry. Częścią tabliczki poczęstowaliśmy towarzyszy wędrówki, reszta powędrowała do naszych paszcz. Jako, że jedliśmy tą Studentską przed i po zdobyciu jednej z gór, mój Ukochany stwierdził, że NIC nie pamięta z tej czekolady. Jej smak uciekł gdzieś pomiędzy ogromem wrażeń i czekolada stała się tylko paliwem. Staram się wytężyć umysł i postarać się COŚ o niej napisać...

W kategorii deserowych czekolad Studentska to oczywiście rzecz wyjątkowo słodka i błaha, ale w połączeniu z mnogością dodatków tworzy produkt bardzo przystępny do spożycia. Galaretki i orzechy arachidowe były dokładnie takie same jak w poprzednich próbowanych wersjach, będąc sztandarowym symbolem marki Studentska. Uwielbiam je w tych tabliczkach. Owocowe cząstki nie spisały się rewelacyjnie. Na szczęście ich kolor nie został nadmiernie podrasowany, a konsystencja przypominała po prostu nieco twardsze galaretki. Posmak czerwonych porzeczek wynurzał się gdzieś spod słodyczy, ale bez wiedzy o wariancie smakowym tabliczki chyba ciężko mi by je było zidentyfikować i nazwać. Raczej obstawiałabym po prostu miks czerwonych owoców, być może owoce leśne. W oddali przebrzmiewał lekko winny akcent charakterystyczny dla dojrzałych czerwonych porzeczek - i to by było na tyle.

Smakowało mi, owszem - tak jak zawsze. Nowe Studentskie kupuję nie z chęci zaznania wyjątkowych smaków, ale z sympatii. Dziś opisywana wersja smakowa była naprawdę mało charakterystyczna w porównaniu do innych. Jeszcze przed opisem pozostałej dwójki czeskich nowości mogę przyznać, że porzeczkowa jest najmniej godna uwagi. Proszę przejdźmy więc w końcu do tego, co najbardziej wartościowe w dzisiejszym wpisie...



Powyższe zdjęcie przedstawia naszą wesołą kawalkadę kierującą się z wioski Sevaberd wprost w stronę serca Gór Gegamskich. Do Sevaberd dojechaliśmy z Erywania w czwartkowe przedpołudnie gdzie poznaliśmy naszych "horsemanów": Geghama i jego przyjaciela Rustana. Gegham jest starszy, ma przepalone od słońca oczy. Gdy uśmiecha się, spośród rzędu naturalnych zębów raz po raz przebłyskują złote. Rustam zaś to  śliczny, no no po prostu śliczny młody mężczyzna. Trafniejszego epitetu nie mogłam znaleźć.

Bazą wypadową była najbardziej wysunięta w stronę gór działka, na której znajdował się dom Geghama. W całej wsi wiało biedą, ale i tak zostaliśmy ugoszczeni wyjątkowo ciepło. Żona Geghama poczęstowała nas wyjątkowo smaczną kawą oraz tradycyjnym ciastem gata. Gata wygląda jak okrągły pszenny chleb (zresztą takiego kształtu chleb zazwyczaj jada się w Armenii), a wewnątrz wypełniony jest zbitym nadzieniem na bazie cukru i jajek. Potem śmialiśmy się, że gata to ciasto z koglem moglem. Bardzo polubiłam ten prosty smak.

Przy płocie czekały już osiodłane konie: siwa klacz i gniady ogier. Drobne, szlachetne wierzchowce. Załadowaliśmy na ich grzbiety nasz prowiant i plecaki. Naszej wyprawie miał towarzyszyć trzeci konik, a mianowicie źrebaczek siwej. Widząc, jak słońce coraz to wyżej unosi się na niebie wysmarowaliśmy się kremem z filtrem 50+ i ruszyliśmy w stronę roztaczającego się przed nami bezkresu. Bezkresu dzikich Gór Gegamskich.


Niesamowity żar lał się z nieba, a my dzielnie kroczyliśmy coraz to wyżej i wyżej przez prawdziwe pustkowia. Raz po raz napotkaliśmy gdzieś pasterzy ze swoimi stadami, dla których turyści w tym miejscu to niespodzianka. Zbliżali się do nas, zagadywali. Ubrani od stóp do głów, szczelnie chronili się przed słońcem. Po tym, jak spiekłam sobie łydki zupełnie się im nie dziwiłam.

Z każdym kilometrem otwierały sie przed nami coraz to nowe przestrzenie. Przechodziliśmy na drugą stronę kolejnych wzgórz, a tam czekały następne górskie surowe krajobrazy, które zdawały się nie mieć końca. Tego dnia nie widzieliśmy jeszcze najwyższego szczytu Gór Gegamskich - Azhdahak 3597 m n.p.m., choć mijane góry i tak wydawały się być coraz to wyższe. Parę razy pytaliśmy, czy to już Azhdahak, a okazywało się, że przechodzimy właśnie obok gór bez nazwy. W Polsce nie do pomyślenia!

  
Gdy zbliżaliśmy się do miejsca rozbicia naszego obozu, góry zaczęły przypominać wielkie brzoskwinie. Mój mózg oszalał już od słońca i niekończących się krajobrazów, aż odnosiłam wrażenie, że po przejściu na drugą stronę kolejnego wzgórza zobaczymy wielki ocean.

Dotarliśmy jednak nad jezioro Akna. Gdy chłopacy poszli poić konie, od razu ułożyli u brzegu jeziora kilka butelek celem ich schłodzenia. Po rozbiciu namiotów mogliśmy wspólnie raczyć się chłodną Kilikią oraz fenomenalnym domowym winem z dzikiej róży, które smakowało niczym najwykwintniejszy lambik.

Potem udaliśmy się na spacer dookoła jeziora Akna, które jest położone w naprawdę niezwykle urokliwym miejscu. Zresztą, możecie się o tym przekonać patrząc na zdjęcia. Na dodatek było tam tak spokojnie... Po powrocie pod namioty zjedliśmy wspólnie kolację, a w obroty poszła chłodzona w jeziorze wódka. A po niej znów Ormianie mówili po polsku, a Polacy po ormańsku... Noc nad jeziorem Akna była cicha i bezpieczna, a w ciepłym śpiworze z gęsiego puchu spało się jak w najlepszym łóżku.







Masa kakaowa min. 39%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 527 kcal.
BTW: 7,5/31,5/52,4

czwartek, 3 września 2015

Lindt Acai Beere mleczna nadziewana acai i mlecznym kremem

 

 Dzisiaj przed Wami pierwsza z trzech nowych, egzotycznych czekolad od Lindta. Gdy parę miesięcy temu zobaczyłam tą barwną  trójcę w niemieckim katalogu Lindta ślina pociekła mi do pasa. Opakowania i połączenia smakowe podziałały na moją wyobraźnię. Przypomniałam sobie wszystkie pyszne Lindty z owocowymi nadzieniami i nie mogłam już doczekać się letniego sezonu, aby wybrać się do niemieckiej Edeki i kupić egzotyczną serię. Nie łudziłam się, że te tabliczki trafią na polski rynek. Jakież było moje zdziwienie gdy daliście mi cynk, iż te czekolady dostępne są w Carrefourze! Ich regularna cena była jednak według nieźle przesadzona... Koniec końców, nie czekałam na promocję, tak czy siak kupując trio w niemieckiej Edece. Taniej. Wszystkie poleciały z nami do Armenii. Liczyłam, że przyniosą nam na szlaku owocowe odświeżenie i przyjemnego słodkiego kopa. Jak spisała się pierwsza z wypróbowanych czekolad, czyli wersja z acai?

Acai w czekoladzie Lindta spotkałam już w tegorocznej serii Excellence, która pojawiła się w Niemczech i składała się z trzech deserówek (acai z jeżyną, granat, physalis). Wersja z acai zasmakowała mi wtedy najbardziej, dlatego spośród mlecznych wariantów nadziewanych najpierw sięgnęłam po propozycje z właśnie tą jagodą. Kolejnego dnia po zdobyciu Aragacu kierowaliśmy się znad jeziora Kari w stronę fortecy Amberd, skąd mieliśmy wędrować dalej aż do drogi. Tam przyjechać miał po nas samochód i zawieźć do Erywania. Spokojny spacer, delektowanie się górzystymi przestrzeniami... Gdzieś po drodze przystanęliśmy przy wodopoju dla wypasanych zwierząt i właśnie tam otworzyliśmy czekoladę. Choć nie była ona darem od niebios, to można powiedzieć, że od niej wszystko się zaczęło...

Hola, zaciągam wodze i powstrzymuję się przed snuciem dalszych opowieści górskiego łazika. W końcu trzeba opisać czekoladę! Po rozpakowaniu z podłużnego kartonika i rozdarciu fioletowej folii aluminiowej zauważyłam, że również i ta tabliczka została nieco uszkodzona podczas podróży. Nie połamała się ani nie roztopiła, ale miejscami na zewnątrz wyciekły pasemka dżemu. Tak, dżemu... Nie wiem, jak inaczej mogłabym nazwać owocową część nadzienia w Lindt Acai.


 Nad czekoladą roztaczał się tak lubiany przeze mnie charakterystyczny aromat mlecznej lindtowskiej czekolady. Coś jednak odrobinę go zaburzało, nie dając mi pełni satysfakcji. Zmysł węchu naprowadzał na trop, że pod warstwą czekolady znajduje się coś o wiele bardziej słodkiego. Lampka alarmowa zapaliła się w mojej głowie, ale pewnie sięgnęłam po pierwszą kostkę, najpierw rozgryzając ją.


Teraz dość gruba kostka ukazała przede mną swoje wnętrze. Na spodzie znajdowała się solidna warstwa zbitego białego nadzienia, zaś nad nią rozmytym filmem roztaczała się cieńsza część - fioletowy dżem z pomarańczowymi refleksami. "Mleczne" nadzienia to coś, czego zawsze nienawidziłam w Milkach i Wedlach. Margarynowa paćka wymieszana ze starym mlekiem w proszku zawsze pozostawiała w moich ustach paskudne odczucie. U Lindta to nadzienie na szczęście takie nie było, ale nadal pozostawiało wiele do życzenia. A może po prostu nie dane mi jest rozkoszować się tego typu nadzieniami... Biała warstwa jest wyraźne mleczno-cukrowa, z naciskiem na cukrowa. Daleko jej do aksamitności czy lekkości. Solidnie zasładzała, co w innych warunkach niż górski szlak niechybnie mocno by mi przeszkadzało.

Dżem nie przybrał totalnie nieznośnej konsystencji - wprawdzie jest dość rzadki, ale nie wylewa się namolnie - tak jak dzieje się to w wyżej wspomnianych Milkach i Wedlach. Również jest bardzo słodki, wręcz syropowy. Na dodatek jest to taki syrop, gdzie cukier wydaje się być nie do końca równomiernie scalony z resztą składników. W końcu aż cztery rodzaje cukrów w składzie tabliczki do czegoś zobowiązują...

Smak acai nie wychodzi w tej czekoladzie na pierwszy plan. O wiele bardziej podobał mi się zabieg poczyniony w Lindt Excellence Acai Brombeere. Wprawdzie przez cukrowy atak przebijały się pewne jagodowe niuanse, nadając tabliczce choćby drobny odcień owocowej świeżości i tajemniczości lasu - ale i tak silniejsze były skojarzenia z przesłodzonym, nieco sztucznym syropem.

Szkoda. Zatęskniłam za prawdziwie udanymi owocowymi nadziewańcami Lindta, choćby takimi jak Kasekuche-Mandarine czy Berry Affair. Moje rozczarowanie było jednakże tylko chwilowym uczuciem. Puste opakowanie po czekoladzie trafiło do plecaka, a nam trzeba było iść dalej. Gdzie? Przewodnik poprowadził nas do wyjątkowo małej pasterskiej osady. Zresztą, czy jedna wiata, ledwo co okryta przed warunkami atmosferycznymi - to w ogóle jest pasterska osada?


Dwa kadry z wędrówki znad jeziora Kari do "pasterskiej osady".



Przewodnik ostrzegł nas, gdy zbliżaliśmy się do zagrody - nie mieliśmy wyciągać swojego lunchu, bo gospodyni się obrazi. Chociaż od czerwca do września mieszka wraz z synem na środku pustkowia, musi nas ugościć po swojemu.

Zaciekawieni podeszliśmy tuż pod prowizoryczną furtkę. To była pasterska zagroda inna niż wszystkie. U wejścia przywitał nas syn gospodyni, który na początku sprawił wrażenie groźnego, co po chwili okazało się tylko złudzeniem. Groźne nie były również psy pasterskie kręcące się wokół. Merdały ogonem i łasiły się, szczególnie jeden stary wyleniały kaukaz. Zupełne przeciwieństwo napotkanych wcześniej w drodze psów, od których musieliśmy się odganiać.

Zostaliśmy usadzeni na ławce pod wiatą, przy stole - umieszczonym pomiędzy dwoma łóżkami. Obok wiaty znajdowała się mała kuchnia i... to wszystko. Z naszego miejsca dokładnie mogliśmy obserwować inwentarz hasający na leżącej tuż obok łące. Wesołe psy, spokojne bydło i... rewelacyjne dwie świnki kłócące się z psami o jedzenie. Do zaparkowanego koło wiaty starego auta terenowego przywiązana była kasztanka, a obok niej trzymał się źrebak. Gdzieś w dali pasł się jeszcze jeden koń.

Po dosłownie kilku zamienionych zdaniach, na wpół tłumaczonych przed przewodnika, a na wpół wyartykułowanych dziwnymi sposobami - na stół wjechała gorąca jajecznica pełna aromatycznych ziół i chrupiącej cebulki. W jednej z misek czekały na nas dorodne pomidory, a w drugiej oczywiście kawałki soczystego arbuza - tym razem białego. Były też dwa rodzaje białego sera, z czego jeden z dodatkiem świeżo zerwanego koperku. Nie zabrakło energetycznej i przepysznej suszonej wołowiny, zwanej przez Ormian basturma. Do przegryzania chleb oraz lavash. Pojawiła się tradycyjna ormiańska słodka kawa (plus miska cukierków z Grand Candy, ale kto by je tykał wśród takich naturalnych pyszności), a także klucz do międzynarodowej integracji - domowej roboty gruszkówka o mocy 60%.



 

Gruszkówka lała się, toast za toastem - tak po prostu, z prostymi ludźmi, którzy na wiosnę opuszczają wieś i idą w góry wypasać swoje zwierzęta. Nagle, gdzieś pomiędzy jednym a drugim kieliszkiem, usłyszałam tętent kopyt. Oto zza wzgórza dumnie przygalopowuje bliżej nas stado koni. To również ich zwierzęta. Eh, nie umiem tego opisać, jak piękne w swej prostocie i autentyczności było to, co widziałam i czułam. Co jakiś czas wstawialiśmy od stołu, a Armen (bo tak miał na imię pasterz) opowiadał o swoich zwierzętach i dziwnym trafem jakoś się rozumieliśmy.

Potem mój Ukochany śmiał się, że Armenowi włączyło się szwendanie - osiodłał kasztankę i postanowił wybrać się z nami do fortecy Amberd. Wyruszyliśmy, żegnając się z jego matką staruszką. Po drodze zauważyliśmy ślad wielkiej niedźwiedziej łapy. Część drogi do Amberd pokonałam konno. Wprawdzie Armen nie był zbyt chętny do puszczenia mnie i swej klaczy samopas, ale i tak z końskiego grzbietu wszystko wyglądało jeszcze piękniej. Podczas tej przejażdżki zadzwonił do mnie niezorientowany w temacie mojego urlopu kolega z pracy pytając, czy będę w tym tygodniu w firmie. "Nie, jestem w Armenii. Właśnie jadę konno, a przed chwilą piłam bimber z pasterzem". Takiej odpowiedzi raczej się nie spodziewał :). Przy fortecy Amberd pożegnaliśmy się z Armenem i udaliśmy się na luźne zwiedzanie. Tam nastąpiło moje pierwsze spotkanie z monastyrem. Potem czekała nas jeszcze wędrówka wzgórzami do drogi.



 

Gruszkówka trochę uderzyła mi do głowy, co zostało spotęgowane przez słońce - ale nie, nie byłam pijana. Przełączyłam się na jakiś wyższy poziom percepcji. Raptem parę razy w dotychczasowym życiu odczuwałam takie pojednanie z naturą. Wprost miałam ochotę tarzać się razem z tymi psotnymi warchlakami w piachu. Wbijanie palców pomiędzy kosmyki końskiej grzywy było doznaniem metafizycznym. Wszystko było mocniejsze, wyraźniejsze, a przy tym tak niewyobrażalnie harmonijne. I będąc już przy drodze gdzie czekaliśmy na auto do Erywania - położyłam się w trawie, ba, rzuciłam się na nierówną skarpę pełną dzikich, wysuszonych słońcem roślin. Pierwszy raz muchy i inne robactwo obłażące mnie w ogóle mi nie przeszkadzało.

Ten niecodzienny stan zintensyfikowania doznań i pojednania ze światem zapamiętam na długo. Tym bardziej mogłam się nim swobodniej delektować mając świadomość, że przecież to dopiero początek naszej wyprawy...





Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 15%, cukier inwertowany, miazga kakaowa, koncentrat soku z acai 5%, odtłuszczone mleko w proszku 3%, olej palmowy, syrop glukozowy, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, laktoza, naturalne aromaty, pektyna, wanilina.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 494 kcal.
BTW: 5,9/27/56

wtorek, 1 września 2015

Ritter Sport Eiscafe mleczna z nadzieniem kawowo-waniliowym


 Zgodnie z obietnicą rozpoczynam prezentację letnich limitek od Ritter Sport. Po ostatnich przykrych doświadczeniach z tą popularną marką (Honig-Salz Mandel, Haselnuss-Cookies, Kaffee + Nuss) poważnie zastanawiałam się, czy w ogóle sięgać po najnowszą serię. Jednakże w zeszłym roku nie udało mi się zakupić wariantu Eiscafe, który bardzo mnie ciekawił. Pojawił się on również w tym roku i tym razem mimo wszystko nie chciałam go przegapić (choć obawy po paskudnej Kaffee + Nuss miałam wielkie). Pozostałe propozycje smakowe czyli Erdbeer Minze oraz Buttermilch Zitrone mogły być albo smaczne, albo tragiczne - zdecydowałam się podjąć ryzyko i zakupiłam całą trójkę w niemieckim markecie Edeka.

Letnie trio poleciało z nami do Armenii i podczas podróży samolotem nieco się zmęczyło. Zresztą, jeszcze w domu, sprawdzając stan czekolad w Magicznej Szufladzie w czasie upałów widziałam, że jedynie Ritter Sporty znoszą je niezbyt dobrze. Wysoka zawartość tłuszczu palmowego jako bazy nadzienia robiła swoje... Najciężej podróż zniosła Eiscafe, toteż po nią sięgnęliśmy na górskim szlaku w pierwszej kolejności. Wygięła się tak, iż obawiałam się widoku prawdziwej tragedii po otwarciu opakowania. Na szczęście nie było tak źle - warstwa czekolady nie wymieszała się z nadzieniem zastygając następnie w jedną masę - i mogę Wam nawet zaprezentować zdjęcia produktu. Zdjęcia robione z dna krateru góry Aragac.

Eiscafe była częścią naszego paliwa energetycznego podczas 10 godzinnej wyprawy na Aragac - najwyższy szczyt Armenii, o którym wspominałam już w poprzednim wpisie. Nim jednak zdam relację z samej wędrówki, skupmy się na czekoladzie. Po jej otwarciu i przełamaniu ujrzałam jasnobrązowe zbite nadzienie, w istocie przypominające barwą kawę z mlekiem. Poczułam zapach niestety nadal słabej jakości mlecznej czekolady, ale towarzyszył mu aromat kawy z dużą ilością mleka, okraszony nutą wanilii. W końcowym efekcie, zapachowo Eiscafe rzeczywiście kojarzy się z mrożoną kawą - z chlustami niezbyt górnolotnych syropów: czekoladowego oraz waniliowego.



 Mój Ukochany po pierwszym kęsie zwrócił się do mnie z pytaniem: "Ej, co to w ogóle jest?" i wcale nie było ono zadane w pejoratywnym tonie. Osobiście, ja przed pierwszą kostką skierowaną do ust wzięłam głęboki oddech, bowiem spodziewałam się cukrowo-margarynowej masakry. Oboje zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni. Oczywiście nie było to szaleństwo dla kubków smakowych, ale bez problemu dało się zjeść kilka kostek - bez chęci wyszorowania zębów po.

Otoczka z mlecznej czekolady nie jest wybitna. Kakao wyczuwalne jest na słabym poziomie, bardzo wysoko trzyma się za to cukrowo-mleczna słodycz - na szczęście Ritter na tyle odnalazł umiar, że nie prowadzi to do całkowitego obrzydzenia. Nie łudzę się, że Ritter poprawi jakość swojej mlecznej czekolady, więc wielkich rozważań w tej kwestii prowadzić nie będę. Było znośnie w porównaniu do moich ostatnich doświadczeniach z tą marką.

Nadzienie okazuje się być znacznie zbite, nieco proszkowe (choć nie jest suche) - co w tym wypadku stanowi plus. Obawiałam się mazistego, margarynowego pseudokremu. Smak okazał się być w miarę zgodny z zapachem. Przyrównać ją można do mrożonej caffe latte, robionej w niezbyt wykwitnej kawiarni - ale jednak nadal dość dobrze sprawdzającej się jako słodki napój w upały. Wprawdzie nie gustuję w tego typu kawach i pijam je bardzo rzadko, ale czasem nachodzi mnie ochota na mleczny wynalazek. Ten zaklęty w tabliczkę czekolady okazał się być połączony z waniliowym syropem. Tak, waniliowy smak przebłyskuje gdzieś pomiędzy wierszami. Nie jest to wyrazista i mocno przyprawowa wanilia, bardziej dominuje jej słodka nuta tak dobrze znana z etylowanilinowych serków. Na szczęście nie została ona nadwyrężona i nie czyni nadzienia totalnie sztucznym ulepkiem.



Kamień spadł mi z serca, nie było tak źle! Moja ciekawość dotycząca dwóch pozostałych czekolad z letniej serii jeszcze bardziej się podkręciła. Miałam nadzieję, że okażą się równie nieinwazyjnymi dosładzaczami co Eiscafe. Eiscafe spełniło wszak swoją docukrzającą rolę idealnie - nasz cel Aragac został tego dnia zdobyty!

O szóstej rano wyruszyliśmy ze schroniska nad jeziorem Kari, podążając za naszym przewodnikiem. Zdjęcie poniżej zostało wykonane dzień wcześniej, kiedy to po przyjeździe nad Kari spędzaliśmy wieczór popijając Kilikię i spacerując wokół jeziora. Od samego początku naszego pobytu w Armenii urzekły mnie przeogromne górzyste przestrzenie zajmujące cały teren kraju. Podchodząc pod pierwsze siodło Aragacu, leżące pomiędzy południowym a zachodnim szczytem, nieustannie oglądaliśmy się na coraz bardziej otwierającą się za nami przestrzeń - z każdym krokiem wyżej było widać coraz więcej...


Aragac to góra pochodzenia wulkanicznego - jej cztery szczyty (wschodni, zachodni, południowy i północny) okalają duży krater będący wspomnieniem po dawnej aktywności. Przez to Aragac wygląda trochę niczym dziurawy ząb przed założeniem plomby. Naszym celem był najwyższy szczyt północny o wysokości 4090 m n.p.m. Aby go zdobyć, po osiągnięciu wspomnianego w poprzednim akapicie siodła - musieliśmy zejść na dno krateru, a następnie podejść na siodło leżące pomiędzy północnym a wschodnim szczytem. Wędrówka pomiędzy oboma siodłami była naprawdę niełatwa. Wszystko przez zsuwający się zewsząd miałki, powulkaniczny piach i niestabilne lekkie kamienie. Starte podeszwy moich nieco zużytych już butów częstokroć nie dawały rady, przez co kilkukrotnie zaliczyłam glebę. Sprawiało to, że mój respekt do góry jeszcze bardziej wrastał, a przecież najtrudniejsze było jeszcze przede mną...

Powyżej widok z "pierwszego" siodła na północny szczyt Aragacu.


 Za mną widoczny jest wschodni szczyt Aragacu 3916 m n.p.m.


Podchodząc już na północny szczyt podziwiamy wnętrze krateru oraz szczyt południowy. Powiększając zdjęcie w lewym górnym rogu możecie dostrzec boski Ararat.

 Po dotarciu na idealne do odpoczynku kamieniste i bezpieczne miejsce na, jak mogłoby się wydawać, północnym szczycie - wiedzieliśmy, że prawdziwy atak na szczyt dopiero przed nami. Krzyż umieszczony na samym wierzchołku góry znajdował się jeszcze ok. 100 metrów przed nami. Ponoć niektórzy przewodnicy przedstawiają turystom prawdziwy szczyt jako nierealny do zdobycia. Prawda jest taka, że niebezpiecznie jest się na niego wybierać w większej grupie, bowiem końcowy etap drogi na właściwy szczyt prowadzi wąską granią, zgubną dla zuchwalców i osób z lękiem przestrzeni. Nasz przewodnik zadbał o bezpieczeństwo chuchając na zimne, zaopatrując nas w linę i uprzęże. To był mój debiut z tym tałatajstwem na sobie i nim postawiłam pierwszy krok pomiędzy skałami wąskiej grani nieźle trzęsłam portkami ze strachu. Po zdobyciu szczytu, przed powrotem na "fałszywy szczyt" czułam już pełnię relaksu i satysfakcji wiedząc przy tym, że ów etap pokonałabym również bez zabezpieczeń, choć o wiele wolniej. Tak naprawdę, o wiele więcej problemów tego dnia sprawiał mi sypki piach, a nie skały i przestrzeń.



Po triumfie, schodząc znów do krateru, posililiśmy się nad potokiem kończąc również naszego Ritterka Eiscafe. Przewodnik zadecydował, że wrócimy do schroniska inną drogą, a mianowicie omijając szczyt południowy od strony przeciwnej do zaśnieżonego siodła (warto wspomnieć, że w armeńskich górach nie ma żadnych wytyczonych szlaków, więc przewodnik był dla nas niczym kompas i mapa). To był bardzo dobry wybór. Wprawdzie podejście na grzbiet południowy było od tamtej strony naprawdę strome, ale miałkiego piachu było już mniej przez co czułam większą pewność pod stopami. Gdy po drugiej stronie grzbietu znów otwarły się przed nami kolejne przestrzenie, skierowaliśmy się na grań ciągnącą się od szczytu południowego aż za jezioro Kari. Rewelacyjnie się tamtędy szło. Ponadto, była to droga krótsza od tej prowadzącej przez siodło, przez co zdążyliśmy zejść do dołu nim dogoniła nas gradowa burza. Pod koniec wędrówki pojawiła się na horyzoncie nie stąd ni zowąd i goniła nas w zastraszającym tempie, koniec końców nie wyczyniając nam większych szkód. Nie zazdroszczę polskiej grupie turystów, których spotkaliśmy schodząc do krateru po zdobyciu szczytu. Oni szli w drugą stronę... Zdecydowanie za późno wyszli w góry jak na taką wyprawę, przez co niechybnie grad złapał ich wysoko w górach...

W schronisku byliśmy po godzinie szesnastej. Wraz z przewodnikiem opędzlowaliśmy pysznego arbuza, po czym udaliśmy się na trzygodzinną drzemkę celem ochłonięcia z olbrzymiej ilości wrażeń. Wstaliśmy na kolację, a przy niej niekończące się rozmowy: w miksie języków angielskiego, polskiego, ormiańskiego i rosyjskiego. A wiatr tak cudnie szumiał wzbijając fale na jeziorze...



Skład: cukier, tłuszcz palmowy, laktoza, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, śmietanka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, kawa w proszku 0,4%, naturalny aromat wanilii burbońskiej, ekstrakt z wanilii, naturalne aromaty.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 585 kcal.
BTW: 5,4/39/51