sobota, 24 stycznia 2015

Zotter Ribisel Chili Rock ciemna nadziewana ganaszem z czerwonymi porzeczkami i chili


Wraz z cudowną Typisch Österreich skończyły się moje zapasy Zotter Hand-Scooped zakupione w Innsbrucku. Ribisel Chili Rock to zaś ostatnia tabliczka z tej serii, którą zakupiłam w Galerii Słodyczy. Na kolejne boskie nadziewańce będę musiała jeszcze trochę poczekać - aż moje zapasy w Magicznej Szufladzie skurczą się na tyle, że z czystym sumieniem będę mogła złożyć kolejne zamówienie w Galerii Słodyczy. Jak to czasami się zdarza - ostatni bywają pierwszymi. Ribisel Chili Rock była bowiem pierwszą w pełni gorzką czekoladą Zottera wypełnioną nadzieniem, jaką przyszło mi spróbować. Jakie wrażenia po sobie pozostawiła? Czymże w ogóle jest ten wynalazek? ;)

Czekolada o 70-procentowej zawartości kakao otula owocowy ganasz stworzony na bazie cukru trzcinowego i mleka. Owoc mamy tutaj nie byle jaki - Zotter uraczył nas koncentratem z porzeczek, na dodatek moich ulubionych! Tak moi drodzy, w wersji surowej najbardziej lubię czerwone porzeczki. Zjadanie ich prosto z krzaczka to jeden z nieodłącznych elementów mojego dzieciństwa, a takie smaki wwiercają się w głowę na zawsze. Kocham ich wyrazistą kwaskowatość. Do dziś lubię do nich powracać, szczególnie w owsiankach, kruchym cieście czy drożdżówkach.

To byłoby jednak zbyt proste dla Zottera, gdyby nie połączył gorzkiej czekolady i porzeczkowego kremu z czymś jeszcze. W swojej hojności i pomysłowości, postanowił dorzucić tu chili. I nie jest to chili byle jakie, ale Bird's Eye - małe, bardzo ostre papryczki. Gdy przejrzymy skład wielu czekolad Zottera zauważymy, że producent bardzo upodobał sobie akurat tą odmianę. Byłam niezwykle ciekawa, co wniesie ona do kompozycji. Czy chili będzie za dużo, czy za mało? W końcu w dodawaniu jakichkolwiek przypraw do czekolady niezwykle istotne jest znalezienie idealnej równowagi. Choć szczerze powiedziawszy, Pichler Azteken wzbudziła we mnie spory niedosyt pikanterii w czekoladzie i miałam chrapkę na coś mocnego...


Po rozpakowaniu tabliczki tradycyjnie rozpoczynamy próbę zapachu... Oj tak, Ribisel Chili Rock ma potężny aromat. Bogata, charakterna gorzka czekolada, wyśmienitej jakości - przez jej mnogie, boskie nuty zapachowe wyraźnie przebija się soczysta rześkość czerwonych porzeczek. Ten zapach niesamowicie stymuluje ślinianki, uderza do głowy sprawiając dużą przyjemność. Pierwszy wystrzał endorfin następuje jeszcze przed skosztowaniem pierwszego kęsa.

Na punkcie smaku to już w ogóle totalnie oszalałam, a mój Luby miał identyczne odczucia. To niesamowite, jak szybko po degustacji idealnie dopracowanej w swej prostocie Cheese-Walnut-Grapes spotykamy się znów z genialnie prostym połączeniem od Zottera. Trzy wyraźne akcenty tworzą w Ribisel Chili Rock obłędną rozkosz dla kubków smakowych. Zajmijmy się nimi po kolei.

Rozpoczynając kontakt usta-czekolada, natrafiamy najpierw na warstwę gorzkiego cudeńka. 70-procentowa zawartość kakao spisuje się tutaj znakomicie. Nie zostajemy przytłoczeni ogromem kwaśności, goryczy i innych dzikich smaków - mamy wyważoną, aromatyczną czekoladę. Wytrawną, lecz czułą - pieszczącą nas goryczkowo-owocowymi niuansami. Pod ciemną powłoczką znajduje się duża ilość mlecznego ganaszu z czerwonych porzeczek, o kremowej i odrobinę śliskiej konsystencji. Mleko i cukier trzcinowy stanowią dyskretny czynnik łagodzący dla orzeźwiającej mocy czerwonych porzeczek. To jest chwila dla mnie, fanki tych owoców - to nadzienie to w istocie nic innego, jak sorbet z świeżych czerwonych porzeczek. Rwanych garściami wraz z rosą Tajemniczego Ogrodu. Sorbet w wersji skondensowanej i ocieplonej. Tak doskonale komponujący się z wyśmienitą gorzką czekoladą, że nawet nie miałam ochoty na rozkładanie wyrobu na części pierwsze.

Po pierwszym zachłyśnięciu się czekoladowo-porzeczkową mocą nie zdążyliśmy jeszcze wydać z ust okrzyku zachwytu, gdy zupełnie bezpretensjonalnie przyszło do nas chili. Nie trzeba się domyślać jego udziału w składzie, jego wyraźny akcent spójnie złączony jest z dłuuugim finiszem przy każdym kęsie. Nie jest to przy tym pikantność wykręcająca i wypalająca - lecz wspaniale dobrana do pozostałych składników. Dodatek chili został przez Zottera wymierzony z aptekarską dokładnością. Ostry akcent wieńczący to całe bogactwo smaków doprowadza nas wprost w bramy pełnej czekoladowej satysfakcji. 

Powtórzę się, dopiero co próbowałam wspaniałej Cheese-Walnut-Grapes, a teraz Zotter zaserwował nam coś równie idealnego! To się nazywa pełnia szczęścia! W Ribisel Chili Rock wszystko pasowało do siebie jak ulał - dokładnie tak, jakby gorzka czekolada, czerwone porzeczki oraz chili zostały stworzone tylko dla siebie. 100% smakowitości - jedna z tych tabliczek, której harmonijnego smaku nie sposób będzie wymazać z pamięci. Oby jak najwięcej takich degustacji...

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, koncentrat z czerwonych porzeczek 8%, syrop fruktozowo-glukozowy, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, wanilia, chili Bird's Eye 0,01%, cynamon.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 494 kcal.
BTW: 7,1/34/39

czwartek, 22 stycznia 2015

Coppeneur Cappuccino & Butter Fudge biała z nugatem i pastą migdałową, ciemna i mleczna z pastą kawową, maślanymi krówkami i ziarnami kakao


W mojej Magicznej Szufladzie zostało jeszcze trochę tabliczek przywiezionych z szalonych zakupów w sklepie R.Rajsigl w Innsbrucku. Jednym z takich "ostatków" jest dziś opisywana czekolada Coppeneur. Kawowo-karmelowa wariacja na temat trzech rodzajów czekolady to mój jedyny egzemplarz reprezentujący tą markę. W Bonn znajduje się lokal firmowy Coppeneur, który z chęcią bym odwiedziła zakupując więcej sztuk. W R.Rajsigl dostępne były tylko dwa rodzaje: Cappuccino & Butter Fudge oraz Beeren & Flieder - żałuję, że nie kupiłam również tego drugiego wariantu - choćby dla samego efektu wizualnego. Dlaczego?

Po prostu - połączenie smakowe oraz wykonanie tabliczek zapierają dech w piersiach, o czym możecie sami się przekonać, przeglądając ofertę sklepu internetowego Coppeneur. Szkoda, że nie udało mi się zrobić zdjęcia całej tabliczki wyjętej z opakowania - od strony z posypką. To znaczy, zdjęcie zrobiłam - ale okazało się być zdecydowanie zbyt nieostre. Wiele jednak nie straciliście - pod tym, co zakrywa opakowanie czekolada kryje dokładnie to samo, co widzimy w okienku. Duuuużo wszystkiego :). Na poniższej fotografii zobaczyć możecie za to, jak tabliczka wygląda od drugiej strony. Podział na kostki pozwala nam na odrzucenie noża w kąt, choć w zasadzie i tak przydał się przy rozdzieraniu folii otaczającej produkt.



Dość długo odkładałam moment na skosztowanie tej czekolady, a wizualnie była na tyle piękna, że mój apetyt na nią barrrdzo wzrósł. Producentowi można zarzucić przekombinowanie, aczkolwiek z góry zaznaczę, że tej tabliczce daleko do przerostu formy nad treścią, który dwukrotnie zafundował nam kiczowaty Wenschitz. To stwierdzenie postawiłam z czystym sumieniem zaraz po wyjęciu tabliczki z folii. Zapach totalnie mnie obezwładnił. Wyobraźcie sobie, że zaciągacie się na przemian dobrą białą, mleczną i ciemną czekoladą. Wszystko to okraszone jest nutami kawowymi, karmelowymi i migdałowymi. Aromat tej czekolady zasługuje na solidną piątkę. Niestety, smak nie jest już tak zadowalający...

W samej czekoladzie na szczęście uzyskujemy odrobinę efektu, którego zabrakło w Wenschitz Sensual Seduction - różne rodzaje czekolady przeplatają się w smaku, choć w zapachu ów efekt kontrastu trzech sił jest zdecydowanie mocniej wyczuwalny. Zabrakło kopa, być może w tym wyrobie było po prostu za dużo wszystkiego. Migdały, które znajdują się w składzie czekolady (a raczej pasta migdałowa) - lekko obecne w aromacie, w smaku są praktycznie nie do zidentyfikowania. Podobnie jest z kawą. Mamy jej 1%, co w zasadzie nie jest skrajnie małą ilością - w rzeczywistości uzyskujemy efekt delikatnej kawy z mlekiem i kakao (na pewno nie można tego przyrównać do prawdziwego cappuccino, które bardzo lubię). Sama czekolada jest na tyle zróżnicowana, że wszystko to, co mogłoby być w niej wyraziste - zlewa się w jedną, przeciętną masę. Smaczną, ale nie najwyższych lotów.

Kruszone ziarna kakao dość obficie pokrywają powierzchnię tabliczki, jednakże w ich smaku też mi czegoś zabrakło. Mogłyby być bardziej goryczkowe, choć w tej roli lepiej spisałyby się prażone ziarna kawy. Kakao było mało kontrastowe względem całości, mimo to lubię przyjemny efekt towarzyszący przegryzaniu takich kruszonych ziarenek. Może, gdyby były większe?

Jedyne, co do czego nie mam żadnych obiekcji - to KRÓWKI! Słodkich kosteczek o ciepło-karmelowym odcieniu nie oszczędzono, a sprawiły mi dużo radości. Były dokładnie takie, jakie lubię - kruchutkie i miękkie zarazem. Nie wchodziły w zęby, nie lepiły się przesadnie. Były rozkosznie maślano-śmietankowe, o wyraźnym akcencie palonego cukru - złagodzonego skondensowanym mlekiem. Były naprawdę dobre.

Podsumowując - Coppeneur to marka warta uwagi i jestem ciekawa, jakie wrażenie wywarłyby na mnie pozostałe połączenia smakowe, które posiada w swej ofercie. Cappuccino & Butter Fugde odznacza się pięknym wyglądem i aromatem, zaś w smaku mamy już zbyt duży misz-masz. Coś tu zostało nie do końca przemyślane. Czekolada jest smaczna, ale na pewno nie wybitna. Tak skomplikowana kombinacja musiałaby być dokładnie dopracowana w najmniejszym szczególe, aby przynieść naprawdę zaskakujący efekt smakowy.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, krówki 13% (cukier, mleko skondensowane, cukier inwertowany, śmietana kremówka, tłuszcz roślinny, tłuszcz mleczny, naturalny aromat), pełne mleko w proszku 13%, migdały, miazga kakaowa, kruszone ziarna kakao, kawa 1%, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa: w czekoladzie ciemnej min. 70%, w czekoladzie mlecznej min. 34%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 548,57 kcal.
BTW: 6,88/35,82/48.

wtorek, 20 stycznia 2015

Zotter Cheese-Walnut-Grapes ciemna mleczna nadziewana serem, orzechami włoskimi, rodzynkami i balsamicznym octem jabłkowym


 Podczas składania zotterowego zamówienia w Galerii Słodyczy miałam kilka typów, które bezapelacyjnie musiałam posiąść. Jednym z nich była dziś opisywana mleczna czekolada o 60-procentowej zawartości kakao, wypełniona zagadkowym miksem o nazwie Cheese-Walnut-Grapes. To połączenie było dla mnie tajemnicą biorąc pod uwagę fakt, że producent nie przybliża, z jakim serem będziemy mieć do czynienia. Oj, przepraszam, ma to być alpejski górski ser :D. No dobra, ale jaki? Długodojrzewający, pleśniowy, czy może zwykły twarożek? Ileż można było gdybać - trzeba było po prostu spróbować!

Liczyłam, że to tajemnicze połączenie sprawi mi ulgę po powrocie z Maroko... I szczerze powiedziawszy przypuszczałam, że jakiegokolwiek sera by nie użyto - i tak było by smacznie. W końcu orzechy włoskie i winogrona (tu rodzynki) pasują do wielu gatunków sera. Przynajmniej mi, a kocham sery - dzień bez sera jest dniem straconym ;). Wiedziałam, że cudowna mleczna czekolada z duuuuużą zawartością masy kakaowej czule otuli taki zestaw smakowy. Ponadto, dopiero wczytując się w skład dostrzegłam, że znaczny udział w kompozycji mają również: balsamiczny ocet jabłkowy, jogurt w proszku oraz grappa. Zrobiło się jeszcze ciekawiej!


Przed przekrojeniem tafla pachnie w sposób charakterystyczny dla wielu nadziewańców Zottera - bogactwo kakao, dużo kwaskowatych nut i raczej niewiele słodyczy. Gdy dobierzemy się już do wnętrza tabliczki, rodzaj sera nadal pozostaje dla nas zagadką - widzimy dość zwartą, aczkolwiek nadal kremową masę o ciemnobeżowej barwie. Porozrzucane gdzieniegdzie całe rodzynki oraz kruszone orzechy włoskie budzą oczywiste skojarzenia wizualne z popularnym wypiekiem. Proszę Państwa, przed Wami SERNIK.

Po pierwszym kęsie wiedziałam już, że jest to sernik z najwyższej półki. Wróć. Dowiedziałam się o tym w 100% dopiero po rozłożeniu tabliczki na części pierwsze (specjalnie dla Olgi dołączam zdjęcie z sekcji ;)). Jedząc osobno czekoladę i wnętrze nie umiałam wybrać, co smakuje mi bardziej. Jedno i drugie smakowało OBŁĘDNIE. Zaklinam, że można by było przede mną postawić BLACHĘ takiej czekolady i doskonale bym się z nią rozprawiła. W końcu na ciasta jestem jak wór bez dna, więc dlaczego nie miałoby się to sprawdzić w przypadku sernikowej czekolady?


Dotąd myślałam, że Lindt Kasekuchen-Mandarine był najlepszą sernikową czekoladą, jaką można stworzyć - ale to Zotter wyniósł mnie na najwyższe szczyty sernikowego nieba. Polewa z 60-procentowej mlecznej czekolady jest boska - kakao jest bardzo wyraziste, aromatyczne, a przy tym nie odznacza się znaczną kwaśnością czy goryczą. Jest delikatne i mocne zarazem. Idealnie pyszne. Wspaniała otoczka dla tak cudownego, dopracowanego wnętrza. Pełna mleczna czekolada od Zottera o 60-procentowej zawartości kakao to musi być orgazmiczna kraina łagodności i zdecydowanego charakteru. Kocham takie dwoistości.

Przejdźmy do środeczka. To, co w składzie nazwano serem zdaje się być zbitym twarogiem sernikowym. Nieprzesadnie tłustym, takim w sam raz - aby nieść ze sobą kwaśno-rześki posmak twarogu, a nie masła. Ser w połączeniu z mlekiem i jogurtem daje nam kremową, zwartą masę - budzącą jednoznaczne skojarzenia z ciężkim, wilgotnym, nabitym sernikiem. Nie jakimś tam nadmuchanym i napuszonym obłoczkiem, o nie! To serowa gęstwina. Dodatkowo, mamy tu parę smaczków podkreślających twarogowy mocny charakter - jabłkowy ocet balsamiczny, jogurt oraz koncentrat cytrynowy nadają masie dodatkowej kwaskowatości (bardzo przyjemnej, typowej dla tego typu ciast, nienarzucającej się i nieodpychającej), a grappa niesie ze sobą subtelną nutkę alkoholu - idealną dla uwieńczenia wyrazistości sernika. Mamy tu jeszcze proszek sojowy - zapewne jeszcze bardziej zagęszcza masę i być może nadaje jej kolejnego orzechowego akcentu... Misterna układanka.

Rodzynki nie są zbyt duże, ale za to jędrne, świeże i bardzo naturalne. Nie są przesadnie liczne, co nie powinno dziwić - po co komu sernik, w którym jest więcej rodzynek od sera? Jako dziecko wydłubywałam rodzynki z sernika - teraz absolutnie tego nie robię, co nie zmienia faktu, że wkurzałaby mnie sytuacja, w której rodzynki przyćmiewałyby tą przepyszną sernikową pralinę. Rodzynki są tutaj tylko miłym dodatkiem. Tak samo jest z orzechami. 

No dooobra. Mam fioła na punkcie orzechów włoskich i pewnie już w ogóle piałabym z zachwytu, gdyby w takim sernikowym gąszczu umieszczono połówki orzecha. Tutaj mamy do czynienia z drobno siekanymi orzechami włoskimi, które w smaku są nie do podrobienia. Barrrrdzo wyraziste, takie jakie są w naturze - niczym nie trzeba ich podrasowywać. Kolejny czynnik, który składa się na niekwestionowany urok tej tabliczki.

Dziwi mnie tylko, że skład tej czekolady zamieszczony w sklepie internetowym Zottera różni się od składu podanego na opakowaniu. Na stronie w liście składników dostrzec możemy na przykład chili i anyż, których absolutnie nie wyczuwałam. Może ktoś popełnił błąd, albo po prostu istnieje kilka receptur tego wariantu smakowego. Nie wiem. Mi mój wariant pasował bardzo, więc wykłócać się o cokolwiek nie mam zamiaru.

Widząc pierwszy raz nazwę Cheese-Walnut-Grapes nie spodziewałam się, że dostanę tak PROSTĄ czekoladę. Tak, bo w gruncie rzeczy jej smak jest bardzo prosty - ot, sernik z polewą czekoladową. Jednakże, ta prostota została wykonana PERFEKCYJNIE. Wszystko, ale to wszystko było tu przemyślane, co do cala - przez co wyrób pretenduje w moim oczach do miana genialnego. A przecież już sam rysunek na opakowaniu zapowiada nam, że będzie prosto... Najzwyczajniej - ser, rodzynka, orzech. Najpiękniej!

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy włoskie 8%, mleko, ser 5%, syrop glukozowo-fruktozowy, pełne mleko w proszku, rodzynki 2%, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, balsamiczny ocet jabłkowy, grappa, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, koncentrat cytrynowy, pełny cukier trzcinowy, proszek sojowy, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 514 kcal.
BTW: 9,8/37/33

niedziela, 18 stycznia 2015

Orion Studentska DuoMix mleczna i biała z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Nieźle Was wymęczyłam tymi recenzjami zimowych Studenstkich, ale to jeszcze nie koniec! Zamawiając poprzez Allegro nowości od Oriona nie mogłam przeoczyć DuoMix. Domówiłam ją "na doczepkę" i specjalnie się nie ekscytowałam możliwością spróbowania tej czekolady - w końcu wszystkie jej składniki już dobrze znałam. Białą czekoladę od Studenstkiej jadłam (w górach, a jakże!), mleczną próbowałam nieskończoną ilość razy, a dodatki mamy tu klasyczne (rodzynki, galaretki, orzechy arachidowe). Orion naprawdę idzie na łatwiznę podczas wymyślania nowości. Jak widzicie, DuoMix jest wariacją na temat tabliczki łaciatej - od razu przypomina się Milka Happy Cows (która na studiach była uważana za naszą czekoladę branżową, co niezmiernie mnie wkurzało).

DuoMix,tak jak pozostałe nowe Studentskie, poleciała z nami do Maroko, ale... wróciła z powrotem do Polski. Miejsce rozerwania jej sreberka było o wiele mniej romantyczne, niż w przypadku poprzedniczek. Bezpiecznie dolecieliśmy do ojczyzny, gdzie czekały na nas diametralnie inne warunki atmosferyczne. Pociąg z Warszawy do Poznania. Zimny korytarz, zaraz przy ubikacji (śmierdzi) i drzwiach pomiędzy wagonami (wieje, a drzwi przytrzaskują nam plecak, cudownie). Za oknem ciemne chmury i monotonny deszcz. Siedzimy na plecakach, opatuleni w puchowe kurtki. Zimno, nudno, źle. Może czekoladę? Tja, czekolada zdawała się być jedynym ukojeniem w powyższej sytuacji.


Pierwszy rzut oka na tabliczkę i... zaskoczenie. To jednak nie jest Happy Cows. W łaciatej Milce bazą jest mleczna czekolada ozdobiona nierównomiernie rozsianymi białymi plamami. Orion uczynił inaczej. Tutaj bazą jest biała czekolada, a mleczna pokrywa cienko powierzchnię tabliczki, i to nie w całości. Fani białej czekolady powinni być zadowoleni zwłaszcza, że Orion jakiejś tragicznej białej nie robi (pomimo brzydkiego składu).

Warstewka mlecznej czekolady jest tak cienka, że praktycznie nie czyni żadnej różnicy. W końcu mleczna Studentska nie szczyci się na tyle wysoką zawartością masy kakaowej, abyśmy mogli wyczuć wyraźny kontrast w połączeniu dwóch rodzajów czekolady. Wyczuć kakao się tu nie da. Biała czekolada jest bardzo słodka, ma dość miły śmietankowy posmak i pomimo znacznego udziału tłuszczy roślinnych nie czujemy odrzucającej margaryny. Znośny średniak, który staje się w ostatecznym rozrachunku całkiem smacznym kąskiem - oczywiście za sprawą świetnych dodatków. Klasyka wśród Studentskich - jędrne rodzynki, pyszne orzeszki, soczyste galaretki. Dla tych dodatków wybaczam wszystkie niedociągnięcia. 

W melancholijnym, powrotnym pociągu zjedliśmy sporą część tej tabliczki, pocieszając się skokiem cukru we krwi. To co zostało, oddałam mojemu Lubemu. Dacie wiarę? ;) On jednak częściej miewa ochotę na łakocie, niż ja. Tak mi się wydaje ;).

Na zakończenie jeszcze jedno fotograficzne wspomnienie naszej marokańskiej wyprawy. Doskonale pamiętam, jak dobrze mi wtedy zrobiła ta kawa, przegryziona kawałkiem jednej ze Studentskich... Chwila regeneracji po wyprawie na Ras i Timesguidę, by zaraz potem ruszyć ze schroniska Neltner z powrotem do wioski Aremd. Tak bardzo chciałabym się teraz znów tam znaleźć... Zamykam oczy, raz, dwa, trzy... PUF! Zniknęłam!? ;)


Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, orzechy arachidowe 9,5%, galaretki 9,5% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), rodzynki 9,5%, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 519 kcal.
BTW: 8,1/29/55,5