czwartek, 20 listopada 2014

Karmello mleczna z aromatem karmelowym


Pełna mleczna czekolada Karmello o 33,5% zawartości kakao wraz ze swoją gorzką koleżanką 70,5% zagościły w Magicznej Szufladzie prędzej, nim uskuteczniłam zakupy w katowickim sklepie powyższej firmy. Dłuższy termin ważności sprawił, że bezpiecznie mogły czekać w niej na swoją kolej (zresztą, gorzka tabliczka jeszcze czeka...). Skoro nie kupiłam ich w Katowicach, a w poznańskim sklepie Karmello nadal nie byłam - to skąd się u mnie wzięły?

Dostałam je w prezencie. Bardzo miły gest od pewnej bardzo miłej osoby. Dopiero ten prezent uświadomił mi, że istnieje taka firma jak Karmello. Zresztą, pisałam już o tym przy okazji recenzji ich deserowej czekolady z malinami i bananami, toteż odeślę Was do tamtej notki.


Dziś opisywana tabliczka należy do serii pełnych czekolad aromatyzowanych Chocoholic Line - tutaj użyto aromatu karmelowego. Nie wiem dlaczego na dość ładnym, przykuwającym wzrok opakowaniu pokuszono się o tak mocne słowa - "Rewolucja w czekoladzie! Takiej czekolady jeszcze nie było". Hmm, no bez przesady. Moim zdaniem to mocne nadużycie, bo wcale nie mamy do czynienia z czymś ekstremalnie wyjątkowym. Muszę za to przyznać, że podoba mi się skala nut smakowych umieszczona na odwrocie opakowania (widoczna na powyższej fotografii). Wyprzedzając opis moich wrażeń z degustacji stwierdzam, że były one mocno zbieżne w tym, co sugeruje producent.


Otworzyliśmy ją pierwszego dnia naszego długiego weekendu listopadowego, spędzonego w Beskidach. Pół nocy podróży samochodem, by wraz ze świtem dotrzeć do Węgierskiej Górki. Kawa, czekolada i już można było ruszyć na wiele godzin na szlak - aż do zmroku (oczywiście z przerwami także na inne posiłki :D). W zasadzie, Karmello bez problemu sprawdziłaby się również na szlaku - na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć, w jak fajny sposób tabliczka została zabezpieczona przed urazami mechanicznymi. Nie sposób ją połamać przed wyjęciem z plastikowej foremki. Plus za takie nietypowe rozwiązanie. Kolejną zaletą są duże i dość grube kostki - naprawdę przyjemnie próbuje się takiej czekolady.

Czekolada pachnie bardzo mlecznie, ale jednocześnie mleko nie przesłoniło tu całkowicie kakao. Czujemy słodycz, jednak nie jest ona ordynarna. Wszystko to znajduje swoje odzwierciedlenie w smaku. Cukier nie jest od razu przywoływany na myśl, swoja uwagę zwraca głęboka mleczność - ale bez nadmiernej tłustości. Nic nie jest w niej przesadzone, czekolada jest delikatna i zbalansowana. Nie doszukiwałabym się tu jednak na siłę aromatu karmelowego - na pewno nie jest wyraźnie wyczuwalny. Prawdopodobnie po prostu spójnie zlewa się z mleczną słodyczą. 

Z maksymalnym poziomem wyrazistości zaznaczonym na opakowaniu w zasadzie można się zgodzić - nie dotyczy to jednak karmelu, ale właśnie mleczności. To dobra mleczna czekolada, gdzie nieco podwyższony poziom masy kakaowej naprawdę robi różnice. Jestem zaskoczona, bo w przypadku Karmello bardziej przypasowała mi ich wersja mleczna, niż dotychczas próbowane przez nas tabliczki deserowe (oprócz wyżej wspomnianej malinowo-bananowej, była to jeszcze czekolada z miksem orzechów). Zazwyczaj jest odwrotnie, a tutaj zostałam mile zaskoczona. Przyjemny produkt, który może być dobrą bazą dla wielu połączeń.

PS Zapewne zaskoczyła Was ilość zdjęć w dzisiejszej notce - NIE będzie to regułą ;)

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, aromat.
Masa kakaowa min. 33,5%.
Masa netto 80 g.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Wedel KarmelLove biała karmelowa z wafelkami



Znacie ten ból, kiedy macie gotową niemal całą notkę, a nagle magicznym sposobem wszystko Wam się kasuje i zapisuje? Tak właśnie stało się w przypadku dziś publikowanej recenzji... Trudno, trzeba było przysiąść i próbować odtworzyć to, co już raz zostało napisane.

Pewnie dziwicie się, że karmelowy Wedel ponownie pojawia się na moim blogu. Myślicie, ah, znowu Baśka dostała ataku irracjonalnego czeko-zakupoholizmu. Otóż tym razem nie! W tym przypadku mam dla siebie usprawiedliwienie :). Wszystkiemu winien jest mój Facet! Po niezwykle udanej degustacji karmelowego Wedla z solonymi orzechami ziemnymi, mój Mężczyzna nie szczędził sobie KarmelLove. Wszystkie trzy dostępne w sklepach warianty często gęsto gościły jako towarzysz do jego porannych kaw w pracy. No halo! Nie mogłam tak tego zostawić. Musiałam spróbować chociaż jeszcze jednej karmelowej propozycji Wedla, weryfikując opinię Ukochanego :). I co, dobre mam wytłumaczenie? ;)

Miałam obawy, czy karmelowa biała czekolada, pozbawiona przełamania smaku solą i orzechami – nie okaże się za nadto mdła. Czy dam radę przebrnąć przez taką dawkę słodyczy? Całe szczęście, już po pierwszej kostce moje obawy zostały w dużej mierze rozwiane. Zapach tabliczki jest tak jak w przypadku wersji z orzechami obezwładniająco karmelowy. Mleczna krówka, ulubiona. Zapowiadająca dużą dawkę słodyczy, ale podaną w sposób inny niż zazwyczaj. To nie cukierniczka, margaryna i stare mleko w proszku – o nie. Ta biała czekolada do takich nie należy. To cukierek-krówka w formie czekolady i za ten produkt naprawdę Wedlowi należą się brawa.

Smak samej czekolady nie różni się niczym od wersji z orzechami, toteż odsyłam Was do jej recenzji. Dodatek wafelków nie wnosi praktycznie żadnych szczególnych wrażeń smakowych. Nie dość, że są one bardzo cienkie, to na dodatek drobno pokruszone. Pomimo braku smakowych efektów specjalnych, jakie mogłyby fundować dodatki w czekoladzie – dostrzegłam zalety wafelków zatopionych w KarmelLove. Tylko i wyłącznie przez to, że otwierając w biegu tą czekoladę, pozwoliłam sobie na moment zwolnić…

Najlepiej ugryźć pół kostki. Zostawić ten kawałeczek na języku i delikatnie ssać. Karmelowa słodycz powoli zacznie rozpościerać swoją kołderkę na całym podniebieniu, aby koniec końców dojść do tych wafelkowych drobinek. Lekko chrupiących, lecz delikatnych – nie są kłujące, nie przeszkadzają, pasują.  To naprawdę fajne uczucie, że tak tania i łatwo dostępna czekolada może podczas wieczornej bieganiny po chłodnym jesiennym mieście przenieść nas w ustronne miejsce, w tak samo rozbieganym jak ja tłumie. Dodajmy do tego cynamonowe cappuccino kupione na wynos i mamy szansę na relaks pomimo tego, że nadal pędzimy.

Z KarmelLove zdecydowanie bardziej smakowała mi wersja z solonymi orzeszkami, ale ta z wafelkami również jest niczego sobie. Wciąż ciężko mi uwierzyć, że to jest ten sam Wedel, który zrobił paskudną w mojej opinii Creme Brulee. KarmelLove jest w porządku i tylko szkoda, że do stałej oferty ma wejść jedynie wersja bez dodatków…

PS Co do mojego zapytania o częstsze dodawanie notek... Z chęcią bym tak robiła, zwłaszcza, że po naszym wyjeździe w góry na długi weekend nazbierało się sporo zjedzonych czekolad - ale sęk w tym, że nawet nie miałam czasu ich opisać :P. Muszę przysiąść przez kilka długich wieczorów i zabrać się za pisanie, obudzić czekoladowe wspomnienia :).

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, proszek karmelowy 9,6% (mleko odtłuszczone, serwatka, cukier, masło, aromat), serwatka w proszku, wafelki 3% (mąka pszenna, cukier, tłuszcz mleczny, tłuszcze roślinne: sojowy, palmowy i rzepakowy; laktoza, białka mleka, sól, mąka ze słodu jęczmiennego, wodorowęglan sodu), lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu, aromat, sól.
Masa netto: 90 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 546 kcal.

piątek, 14 listopada 2014

Fin Carre mleczna z mielonymi orzechami laskowymi



Cofnijmy się do czasów, kiedy byłam na pierwszym roku studiów. Wtedy jeszcze nie parałam się z moim Ukochanym maniakalnym degustowaniem czekolady. Pamiętam dobrze ponury dzień, gdzie podczas ćwiczeń z biochemii czułam się jak przejechana walcem. Zaraz po ich zakończeniu pobiegłam do Lidla po jedyny ratunek – mleczną czekoladę z kruszonymi orzechami laskowymi. Mocna kawa i do tego kostka do kostce pochłonięta calutka tabliczka. Od razu poczułam się jak nowonarodzona. Do dziś pamiętam ten zwyczajny, lecz całkiem przyzwoity smak.

Takie proste wspomnienie tamtego dnia rozbudziło mój czeko-zakupoholizm podczas promocji w Lidlu na czekolady Fin Carre. Już bardzo dawno ich nie próbowałam i chciałam skonfrontować dawne wspomnienia z obecnym doświadczeniem. Kilka tabliczek trafiło do Magicznej Szuflady. Połówka pierwszej z nich, dzisiaj opisywanej, została przeze mnie zabrana jako dopalacz do pracy.

Niemiecka firma Solent jest twórcą zarówno lidlowskich czekolad Fin Carre, jak i Bellarom. Bellarom już dawno w promocji nie były (w ogóle kiedyś były?), a muszę przyznać, że tych tabliczek nigdy nie próbowałam. No trudno, tym razem skupmy się na Fin Carre. Te mniejsze od Bellarom tabliczki może nie tak mocno wpadają w oko, ale... jest w czym wybierać :).

Dlaczego w Lidlu sięgnęłam akurat po mleczną czekoladę z mielonymi orzechami laskowymi? Raz, że mam słabość do takich tabliczek. Chorwacka Bajadera, włoskie Pernigotti, nugatowa seria Lindta... Uwielbiam mieszankę smaku kakao i orzechów laskowych... Tak jak generalnie kocham orzechy solo, tak orzechy laskowe wolę w połączeniu z czekoladą. Zarówno całe, jak i zmielone.

Kolejnym czynnikiem, który skłonił mnie do zakupu dziś opisywanej tabliczki jest zerknięcie na skład. Zainteresowała mnie w nim stosunkowo niska zawartość węglowodanów oraz wyższa od standardowej dla mlecznych czekolad zawartość masy kakaowej. To dobrze wróżyło.

Mimo licznych argumentów za - nie oczekiwałam wiele od tej czekolady. W końcu kosztowała ledwo ponad 2 złote. Kto by przypuszczał, że za taką cenę można dostać coś naprawdę dobrego? Jednakże już po otwarciu plastikowego opakowania wiedziałam, że będzie fajnie. Zachęcający, naturalnie delikatny zapach mleka, kakao i orzechów. Czekolada nieco się roztopiła (w chłodne poranki grzeję sobie tyłek w służbowym autku), ale pomimo to nie straciła swoich walorów. Była po prostu bardziej miękka, a przez to... jeszcze bardziej delikatna ;).

Każda mała kostka tej czekolady powoooooli i rozkosznie rozpływa się w ustach, rozpościerając maślaną miękką powłoczkę na podniebieniu. Jest słodko, ale słodycz nie przyćmiewa nam pozostałych składników czekolady. Masło i mleko idealnie połączyły się z mielonymi orzechami laskowymi oraz podwyższoną zawartością kakao - tworząc kompozycję niezwykle subtelną, ale przy tym wyrazistą. Z chęcią powróciłabym do tego produktu i cieszy mnie fakt, że jest praktycznie na wyciągnięcie ręki - w każdym Lidlu. Wyważona, spokojna, prosta, smaczna czekolada.

Ciekawa jestem, jak spiszą się pozostałe tabliczki Fin Carre zakupione przez mnie podczas promocji... Póki co, zaryzykuję i pokuszę się o stwierdzenie, że czekolady Fin Carre to w tej puli cenowej prawdziwy rarytas! Bardzo prosty skład, a smak zdecydowanie przekonuje nas do faktu, że zastosowano dobre jakościowo surowce. Solidna niemiecka robota. Chcecie dobrej taniej czekolady? Marsz do Lidla! :)

Apropos maszerowania do Lidla... W tym tygodniu zauważyłam tam parę nowych tabliczek czekolad z Tygodnia Deluxe. 75-gramowe, pakowane w przezroczystą folię, za około 5 zł. Po dwa rodzaje z mlecznej, deserowej i białej, z różnymi dodatkami. Zraziło mnie, że nawet nie podano na opakowaniu kraju produkcji. Nie wzięłam ani jednej - wystarczy, że dopiero co złożyłam zamówienie na galeriaslodyczy.pl ;)

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, zmielone orzechy laskowe 15%, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 36%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 599 kcal.
BTW: 7,8/21,7/43,6


wtorek, 11 listopada 2014

Zotter Ayurveda Genusskur sojowa nadziewana nugatem sezamowym, imbirem i daktylami



Po mękach zaserwowanych przez Wawel czas na prawdziwą ucztę dla zmysłów! Zotter Ayurveda Genusskur to jedna z tych tabliczek, której zakup po ujrzeniu jej w sklepie R.Rajsigl w Innsbrucku był dla mnie absolutnie oczywisty. To była niezwykła rzecz. Po pierwsze, nadzienie to prawdziwa gratka dla fanów przypraw korzennych – a ja jestem ich zagorzałą miłośniczką. Jeśli do tego lubicie daktyle i sezam – proszę bardzo! Mnie te składniki od razu urzekły – nie dość, że tak oryginalne jeśli chodzi o dodatki w czekoladzie, to do tego z zasady smakowite! Po drugie – warstwa czekolady otulająca to niesamowite nadzienie jest również nietypowa. Ma ona 40% masy kakaowej, lecz nie jest czekoladą mleczną. Zamiast mleka w proszku użyto tutaj… proszku sojowego. Mamy więc do czynienia z czekoladą sojową. Wielkie dzięki dla Zottera, że umożliwia nam eksplorowanie tak różnorodnych smaków! Przy okazji, jest to atrakcja dla wegan – choć mnie to akurat zupełnie nie obchodzi ;).

Zapach tego smakołyku obezwładnił mnie. Cała feeria korzennych aromatów, a do tego mocne kakao i orzechowe nuty. Bajka. Zakochałam się od pierwszego niuchnięcia ;). Czym prędzej sięgnęłam po pierwszy kęs, a potem… pragnęłam, aby trwał jak najdłużej w moich ustach. Wszystkie składniki razem stanowiły potwornie rozgrzewającą, rozkosznie słodką orientalną kompozycję – pozwólcie jednak, że skupię się na opisie każdego składnika z osobna.

Sojowa czekolada. Wydawało mi się, że tutaj warstwa kakaowego nieba była grubsza, niż w przypadku wcześniej degustowanych nadziewanych tabliczek Zottera. Tym bardziej super! Kakao głębokie i bogate w smaku, mocno wyczuwalne – podkreślone i uszlachetnione orzechową nutą. A ten orzechowy przyjemny posmak płynie wprost z soi. Coś naprawdę pysznego, wyjątkowego. Zotter ma w swej ofercie pełną czekoladę sojową i z wielką chęcią bym jej skosztowała.

Warstwa czekolady jest hipersmaczna, a nadzienie to już w ogóle totalny czad! Wyobraźcie sobie sezam, drobniutko zmielony i uformowany w grubaśną taflę. Nieprzesuszony, lecz jędrny i aromatyczny.  Po prostu genialny sezamowy nugat z delikatnym akcentem wanilii. W nim zatopione są całkiem spore kawałki suszonych daktyli i kandyzowanego imbiru – z przewagą tych pierwszych. Te bakalie są naprawdę wysokiej jakości – soczyste, smakowite. A do tego – prawdziwy gwóźdź programu – cała masa przypraw korzennych, idealnie podkreślających wszystkie pozostałe składniki. Najmocniej wyczuwalny jest imbir, ze swoją lekko cytrusową nutą. Dalej cynamon, kardamon, kolendra i odrobinka anyżu. Najwspanialsze bogactwo korzeni.

Szczypta anyżu, mimo wszystko wyczuwalna – nieco odstręczała mojego Ukochanego. Dlatego też nie podszedł do tej czekolady tak entuzjastycznie jak ja. Wcale na to nie narzekam, bowiem odstąpił mi część swojej połówki :D. Mmm… Muszę przyznać, że dla mnie to była jedna z najlepszych nadziewanych tabliczek Zottera jaką dotąd jadłam. Idealnie wpasowała się w moje gusta. I już za nią tęsknię…

 Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, proszek sojowy, miazga kakaowa, sezam 9%, imbir 6%, daktyle 6%, syrop glukozowo-fruktozowy, olej sezamowy, cynamon, sól, lecytyna sojowa, kardamon, kolendra, wanilia, anyż.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g:  457 kcal.
BTW: 3,6/32/37