niedziela, 18 lutego 2018

Hoja Verde ciemna 58% Ekwador Arriba


Markę Hoja Verde poznałam dzięki Sekretom Czekolady. Pierwszą czekoladę od nich, jaką miałam okazję próbować, była wyjątkowa, bardzo owocowa setka. Hoja Verde jest firmą ekwadorską, tworzącą swe czekolady wyłącznie z tamtejszego kakao Arriba. Dwie ich tabliczki zabrałam ze sobą do Ekwadoru, przywożąc tym samym drzewo do lasu. Na miejscu przekonałam się, że obok Pacari, tabliczki Hoja Verde są najłatwiej dostępnymi czekoladami single-origin w Ekwadorze. W wielu miejscach bez problemu zdobyć było można cały ich asortyment. Ja jednak podczas moich czekoladowych zakupów w Quito nie zdecydowałam się na ani jedną Hoja Verde. Mogę je kupować przez Sekrety Czekolady, a będąc w Ekwadorze wolałam się skupić na trudniej dostępnych lokalnych wyrobach. Zresztą, jeszcze parę czekolad od Hoja Verde miałam zamyszkowanych w Polsce, bowiem gdy je kupowałam (całkiem niedawno!), nie miałam jeszcze zielonego pojęcia, iż wybiorę się do Ekwadoru! :)


Po 58% ciemną czekoladę od Hoja Verde sięgnęliśmy na ~4200 m n.p.m. szczycie wulkanu Pasochoa - naszego pierwszego celu aklimatyzacyjnego podczas wyjazdu do Ekwardoru. Otwierałam ją z myślą o  porównaniu z tabliczką innej marki wykonaną z tego samego kakao, posiadającą podobną jego ilość - będzie o niej traktować kolejna recenzja, jaka pojawi się na moim blogu. Nasza Hoja Verde pięknie prezentowała swój łagodny brąz w pełnym słońcu, a jej duże i grube kostki kusiły miąższystym przekrojem. Choć sama tabliczka ma jedynie 50 gram, dzięki takiemu solidnemu wykonaniu, można ją naprawdę POCZUĆ.


Choć znów percepcję czekolady utrudniały mi cudowne widoki i ogrom wrażeń związanych z górami, szczególnie rzuciła nam się w smak specyficzna surowość tej czekolady, jak na tak niską zawartość kakao. Choć rozpuszczała się gładko i w sposób bardzo pełny (ta jej masywność!), miała w sobie wiele surowych, kwiatowych nut - kontynuując tym samym tendencję z Zotter Mousse au Chocolat "Piura". Tak, jakby Ekwador swą zielenią generował roślinne nuty w degustowanych czekoladach! Umiarkowanie słodka, wyważona, o specyficznych nutach, również z pewnym jabłkowym akcentem - ponownie zaciekawiła mnie i była swoistym "rozcieńczeniem" setki.


31 stycznia o ósmej rano z naszego hostelu w Quito odebrał nas Henry, który terenowym autem zawiózł nas do stóp wulkanu Pasochoa - górującego nad miasteczkiem Machachi, w którym mieliśmy nocować przez wiele następnych dni. Od wejścia na szlak największym kusicielem w okolicy był Cotopaxi - jedna z najpiękniejszych gór, jaką można sobie wyobrazić (zdjęcie powyżej) i jeden z naszych głównych celów podczas wyjazdu...


Pasochoa z jeden strony porośnięta jest trawami, zaś od strony Machachi - pierwotnym, chronionym lasem. To właśnie po tamtej stronie znajdował się krater - rozerwany wiele lat temu wielkim wybuchem.



Zdobycie pięknej Pasochoa nie przysporzyło nam żadnych problemów. Na szczycie cieszyliśmy się pięknymi widokami, ciszą i... dziś opisywaną czekoladą.




A poniżej już Machachi, do którego dowiózł nas Henry. Takie wulkaniczne widoki mieliśmy z ogrodu naszego hostelu - Casa del Montañero.



Po rozgoszczeniu się udaliśmy się na pierwszy spacer po Machachi, które prędko zdobyło nasze serca.





Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 58%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 574 kcal.
BTW: 8/38/52

piątek, 16 lutego 2018

Zotter Mousse au Chocolat "Piura" 82% ciemna nadziewana czekoladowym musem


 Mousse au Chocolat "Piura" wśród licznych nowych nadziewańców Zottera zdaje się być prawdziwą oazą spokoju i klasyki. Podczas gdy wielu nowościom z serii Handscooped przypisać można balansowanie na granicy przekombinowania, dziś opisywana czekolada charakteryzuje się jednym z najprostszych, a przy tym najszlachetniejszych składów surowcowych w tej kolekcji. W składzie stoją kolejno: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, masło, tłuszcz kakaowy, syrop cukru inwertowanego, chili Bird's eye. Samego kakao mamy aż 82%, a jest to kakao nie byle jakie, lecz criollo z peruwiańskiego regionu Piura. O tyle ciekawego w tym przypadku, iż czekoladę dano mi było jeść w... sąsiadującym z owym regionem Ekwadorze! A kupiłam ją jak zawsze w swojskim biokredens.pl.


 Wystarczyło powąchać czekoladę by przekonać się, iż rzeczywiście Mousse au Chocolat "Piura" jest wyjątkową Handscooped. Pachniała jak wzorowa single-origin, tyle, że z bardziej maślanym zacięciem (w końcu masełko w składzie jest). Uwodziła dość roślinnym bukietem aromatów, co było tym urokliwsze, iż jadłam ją wśród zieleni - wyposzczona od żywej przyrody, której brakuje w Polsce zimą. W przekroju tabliczka prezentowała swe dość zbite nadzienie, które zdawało się być ziarniste, nieco poduszkowate, suche - o dobrych kilka tonów jaśniejsze od kuwertury wykonanej z 82% czekolady.


 W ustach konsystencja czekolady okazała się jednak wcale nie sucha. Wszystko było oczywiście mocno czekoladowe, ale nie w sposób "ordynarnie klasyczny", jak to zwykł nazywać mój Mąż - osoba, która o dziwo nie cierpi czekoladowych lodów, ciast itp. Kakao użyte w Mousse au Chocolat "Piura" było na tyle bogate, iż nie pozwalało się nudzić tudzież zamulić. Fakt, konsystencja nadzienia była nietypowa jak na Handscooped, wyczuwało się dużą zawartość kakao podkręconą jeszcze mocną kuwerturą - przez co trudno nazwać ją gładką i aksamitną, lecz właśnie... ordynarna też w żaden sposób nie była. Może masło wszystko łagodziło? Tego po prostu trzeba spróbować. Ogrom kwiatowo-roślinnych nut przebijających się przez tę czekoladę był prawdziwie kuszący i intrygujący. Wokół mnie było zbyt wiele innych intensywnych bodźców, bym mogła w pełni je wyłapać i opisać, tak więc Drodzy Czytelnicy... to zostaje w Waszej gestii! Bo spróbować warto!


 Przyzwyczajona do tego, iż Handscooped z ciemnym nadzieniem częstokroć zawierają alkohol, gdzieś tam uparcie go szukałam. Najpierw zdawało się, że mi go brakuje. Potem doszłam do wniosku, że gdzież tam. Po co Zotter miałby skupiać się na pochodzeniu kakao w nadziewańcu, by potem naruszać jego bukiet alkoholem. Bardzo dobrze, iż on tu się nie znalazł - nawet w najszlachetniejszej formie. Może ciut ciut brakuje kompozycji soczystości, ale... obawiam się, że specyfika kakao mogłaby stracić, gdyby nadzienie stało się bardziej soczyste. Niech zostanie tak jak jest. Ciekawy nadziewaniec, na dodatek tak elegancko opakowany...


 



 Nowy Rok zaczęłam nie od postanowień, ale od działania! To się nazywa spełnianie marzeń z grubej rury... W sylwestrową noc podjęliśmy decyzję, a 2 stycznia kupiliśmy bilety lotnicze - już na 29 stycznia! Pomysł, który od dawna chodził nam po głowie, w końcu miał zostać zrealizowany. Śmieję się, iż w końcu wykrakałam ten Ekwador. Zawsze chciałam zobaczyć Quito, zawsze chciałam zobaczyć Aleję Wulkanów... Dlaczego marzenie miało tylko nim pozostać?





 Po długiej podróży w końcu znaleźliśmy się tam... Tak blisko ukochanej Kolumbii, z wielką chęcią dalszej eksploracji Ameryki Południowej. Gdy taksówkarz wiózł nas do hostelu z lotniska, słońce już zachodziło. Spoglądałam za szybę i łzy stanęły mi w oczach. To się dzieje naprawdę! Ukochany Mąż rzekł: "Chciałaś, to masz!". Prawda!

30 stycznia od rana ruszyliśmy zwiedzać słoneczne, piękne Quito. Degustacja dziś opisywanej czekolady odbyła się na zboczach charakterystycznego wzgórza El Panecillo (śmiesznie nazywać wzgórzem coś, co wznosi się powyżej 3000 m n.p.m.!), widocznego na powyższych zdjęciach.





 Muzeum miasta, sklep Pacari, sklep Republica del Cacao, sklep Kallari...



Spacery po starej i nowej części miasta, po licznych parkach... Zrobiliśmy sobie ładną rozgrzewkę przed wulkanami, nawet pomimo tego, iż odpuściliśmy sobie górujący nad Quito wulkan Pichincha. Wierzę jednak, że i na niego przyjdzie czas...

 

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, masło, tłuszcz kakaowy, syrop cukru inwertowanego, chili Bird's eye.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 601 kcal.
BTW: 8,5/49/25

środa, 14 lutego 2018

Franceschi Ocumare ciemna 70%


Dziś przed Wami ostatnia czekolada wenezuelskiej marki Franceschi, jaką wzięłam w swe posiadanie - tym samym ostatnia (bo trzecia) reprezentująca serię Premium 70%, wykonaną z kakao Criollo. Kolekcja ta okazała się bardziej elegancka od serii Fina (60% Trinitario) nie tylko pod względem wyglądu opakowań, ale i szlachetności smaku. Moje Franceschi zakupiłam za pośrednictwem sklepu Sekretów Czekolady. Dzisiejsza Ocumare 70% była ostatnią czekoladą jedzoną w Polsce przed wyjazdem na nasz styczniowo-lutowy urlop.

Ocumare 70% została wykonana z Criollo hodowanego w okolicy leżącego nad Morzem Karaibskim miasta Ocumare de la Costa. Owe miasto leży w regionie Aragua, tak samo jak doliny Choroní, z których pochodzi kakao użyte do wykonania recenzowanej już przede mnie Franceschi Choroní 70%. Z Ocumare de la Costa blisko jest już także do stanu Carobabo (nawet bliżej, niż z Choroní), a w Carobabo uprawiano ziarna użyte do wykonania Franceschi Canoabo 70%. Z tej geograficznej rozprawki wysnuwa się jeden wniosek - istniało duże prawdopodobieństwo, iż nasza Ocumare nutami smakowymi postawi się gdzieś pośrodku między Choroní a Canoabo).

 

Nazwę Ocumare znamy już z dwóch dzieł Domori: Ocumare 77 i Puertomar, jednakże tam związana jest ona bezpośrednio z genetyką kakao (oba rodzaje ziaren wyhodowane na potrzeby tych tabliczek pochodzą i tak z plantacji Hacienda San Jose), natomiast u Franceschi zależność jest typowo geograficzna, a co do samej genetyki - nie mam takiej wiedzy. Nie chciałam więc w żaden sposób porównywać Domori z Franceschi w tym wypadku.

Nasza Ocumare od Franceschi charakteryzowała się bodaj najciemniejszą barwą z wszystkich tabliczek z serii Premium, jednak nadaj trudno nazwać ją bardzo ciemną. Pachniała za to niezwykle delikatnie, niczym delikatne kwiaty muskane przez wiosenny ciepły wiatr, a także jak nadzwyczaj subtelny miód. Aromat wyraźnie zapowiedział nam, że to będzie słodka i beztroska degustacja.


Kęs czekolady tworzył w ustach słodką zbitą kulkę, gładziutką - co znamy już z poprzednich degustacji serii Premium. Od pierwszego kawałka Ocumare wiedziałam, że będzie to najdelikatniejsza z całej trójki Criollo. O ile w poprzednich Premium prędko przychodziły mi do głowy wyraziste nuty, tak tutaj długi czas delektowałam się samymi subtelnościami: płatki polnych kwiatów, lipowy i akacjowy miód, pszenny świeży chleb. Gdzieś dalej pojawiły się smakowite orzechy: laskowe i nieco nerkowców. Wszystko utrzymane w aurze niewinności, aksamitu, beztroski. Czekolada przywołująca wspomnienia dzieciństwa, ale myślę, że i tak nienadająca się dla dzieci. Dzieci pewnie nie potrafiły by docenić takich odczuć.

Mimo delikatności Ocumare nie nudziła mnie. Wręcz przeciwnie, ciekawe było jej porównywanie z pozostałymi Premium. I tak, jedząc Choroní myślałam o ciężkim żytnim chlebie z ziarnami posmarowanym gryczanym miodem - Ocumare była delikatnym kawiorkiem posmarowanym aromatycznym masłem i akacjowym miodem. To już Canoabo była bardziej pszenna, ale pojawiło się w niej więcej nut przyprawowych, a do tego pyszne truskawki - w Ocumare wszystko było bardziej wydelikacone i jakby rozmyte, przyprawy zamieniły się w kwiaty, a truskawki w miękką orzechową masę.

  
Trudno określić, która z Franceschi Premium smakowała mi najbardziej. Każda z nich była inna, choć można znaleźć między nimi sporo podobieństw. Na pewno wolę całą serię Premium od Fina... I zarówno Ocumare, jak i jej dwie siostry, z czystym sumieniem polecam wszystkim fanom czekolad raczej delikatnych, wyważonych, milusińskich - a jednak posiadających swój specyficzny charakter. Zapadają w pamięć swoim śniadaniowym, słonecznym klimatem, pełnym beztroski i lenistwa.

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 60 g (2x 30 g).

poniedziałek, 12 lutego 2018

Original Beans Cru Udzungwa 70% ciemna z Tanzanii z nibsami kakaowymi


Ostatnie degustacje uraczyły mnie udaną propozycją od Original Beans (Piura Porcelana) oraz ciekawą interpretacja tanzańskiego kakao w wykonaniu La Naya, toteż w pewien sobotni poranek postanowiłam sięgnąć po tabliczkę od Original Beans wykonaną z ziaren z Tanzanii. Cru Udzungwa 70% czekała w moich zapasach już długo na swoją kolej, choć gdy ją kupowałam za pośrednictwem Smakowych Inspiracji, była nowością w ofercie tej prestiżowej firmy. Jak zawsze, Original Beans pomaga lokalnych farmerom i wspiera ochronę naturalnych terenów, z których pochodzi zastosowane w czekoladzie kakao. W wypadku Cru Udzungwa, przenosimy się do przepięknego tanzańskiego Parku Narodowego Udzungwa, pełnego gór, lasów i sawann, zamieszkiwanych m.in. przez słonie (stąd wizerunek słonia na jakże eleganckim opakowaniu czekolady).

Cru Udzungwa wyróżnia się nie tylko ciekawym pochodzeniem kakao, lecz także dodaniem do tabliczki kakaowych nibsów. Nie pojawiają się one w żadnej innej Original Beans. Byłam bardzo ciekawa, jak wypadną i jak zgrają się z samą czekoladą. Jak dotąd moimi ulubionymi czekoladami z nibsami (to znaczy takimi, gdzie nibsy wypadły super i dopełniły świetności samej czekolady, bo np. w Zotter Dark Cuvée 70% with Small Nibs same nibsy mi nieco przeszkadzały) były chyba Valrhona Noir Guanaja Cocoa Nibs 70% i Cacao Nativa Quetzal 70%.


Nibsy w tej urokliwie ciemnobrązowej tabliczce przedstawiały się ciekawie. Umieszczone w głębi czekolady wydawały się całkiem spore i liczne, choć nie na tyle, by miały przeszkadzać w czerpaniu radości z samej czekolady. A pachniała ona intrygująco - przede wszystkim drewniano-ziemiście w wydaniu bardzo wilgotnym. Niczym stara drewniana szafa czy też łódka płynąca rzeką przez tropikalny las. Jej woń kryła w sobie także wiele owocowości i pikantności w jednym. Jak mocno dojrzałe wiśnie i ostrawe pestki papai.


Kęs cudnie miękko rozpuszczał się w ustach. Od samego początku czekolada okazała się dość intensywna w odbiorze, jej nuty stanowczo wypełniały usta rozlewając się w niej miękki błotkiem. Wilgotna, w której słodycz przewrotnie równoważyła się z wytrawnością - jednocześnie mając też w sobie naturalny owocowy kwasek (ale dla mnie był tylko nutą tła). Słodycz tej czekolady przypominała: sos z mocno dojrzałych wiśni doprawionych chili, karmel przyprószony wonnym pieprzem oblewający deserowe pomarańcze, dojrzałą papaję przegryzioną przypadkowo wraz z jej pikantnymi pestkami. W tle cały czas majaczyły nuty ziemi i drewna, ale nadal utrzymane w bardzo wilgotnym i gładkim tonie.

Nibsy okazały się zaskakująco soczyste. Prowokowały to przegryzania czekolady, bowiem tak miło się je chrupało. Nie za mocno prażone, w czekoladę wkomponowały się tak, iż zdawały się być miksem kruszonych orzechów: migdałów, laskowych i włoskich. W zdecydowany sposób dopełniały smak samej czekolady, nadając jej dodatkowej żywiołowości - choć i bez nich tabliczka byłaby pyszna. Stały się jednak urozmaiceniem i kropką nad i.


Czekolada kojarzyła mi się z zadbaną kobietą w okolicach pięćdziesiątki, która nadal ma mnóstwo energii do działania, a jej życiowe doświadczenie tylko sprawia, iż jest jeszcze bardziej atrakcyjna. Eteryczna, zmysłowa, pewna siebie. Przywodziła na myśl także perfumy Dior Hypnotic Poison - niczym wyrazisty waniliowy budyń pachnący gorzkimi migdałami i intrygującą wilgocią egzotycznego drewna. Cru Udzungwa okazała się naprawdę wciągająca. Original Beans po raz kolejny dało radę, a nibsy były dobrym posunięciem. Nie mniej jednak uważam, że i bez nich pokochałabym tę czekoladę. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, iż bez nibsów kompozycja okazała by się zbyt poważna. Nibsy ją rozjaśniają.


Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ziarna kakao.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 576 kcal.
BTW: 7/44/44