czwartek, 16 marca 2017

Zotter Red Wine "Salzberg Beerenauslese" ciemna 70% nadziewana ganaszem z czerwonego wina i rodzynkami


Dziś pragnę Wam zaprezentować kolejną alkoholową tabliczkę spośród najnowszych Zotter Hanscooped (zakupioną na biokredens.pl). Mistrz po raz wtóry pochylił się nad winem ze swoich rodzinnych zakątków Austrii. Tym razem na warsztat wziął kupaż stworzony przez Gernota Heinricha z organicznych, ręcznie zbieranych winogron Blaufrankisch i Zweigelt, które to po przejściu spontanicznej fermentacji tworzą wino Salzberg Beerenauslese leżakowane następnie w dębowych beczkach.

Zotter stworzył z owego wina ganasz, dodał do nich skąpanych w winie rodzynek, a wszystko to oblał ciemną czekoladą o 70% zawartości kakao. Niezwykle cieszyłam się na tę degustację. Ciągle miałam w pamięci wspaniałą Red Wine Rush, która pozwoliła mi przekonać się, jak doskonale Zotter potrafi połączyć czerwone wytrawne wino z ciemną czekoladą. Jestem wdzięczna za możliwość porównania tych dwóch tabliczek - choć Red Wine Rush jadłam już dawno, moje wspomnienia nadal są świeże.



Czekolada pachnie przede wszystkim jak jakiś tłuściutki krem, w którym odnajdziemy od pierwszej chwili kwaśne i słodkie elementy, zdające się płynąć wprost z dodatków świeżych owoców (których de facto tu nie ma). Najistotniejszym elementem w zapachu okazuje się świeżo obrana za skórki i podzielona na cząstki dojrzała pomarańcza. Alkoholowy akcent przewija się, ale w sposób niezwykle zgrany z czekoladą. Generalnie, czekolada wydaje się być zlana z winem w jedną magiczną masę, idealnie do siebie pasującą. Jak się za moment okazało, wytrwaliśmy w tym romantycznym uścisku do samego końca degustacji.


Red Wine "Salzberg Beerenauslese" jest niezwykle gęsta, jędrna, kojarząca się z naturalną, esencjonalną galaretką. Czekoladowa kuwertura w niebywały sposób zgrywa się z winnym ganaszem, tak że oddzielanie dwóch części kompozycji od siebie nie ma najmniejszego sensu (próbowałam i po pierwszym kęsie od razu tego zaprzestałam). W środku zatopione są dość drobne, ale bardzo jędrne i soczyste rodzynki, przecudnie słodkie. Rodzynki używane w czekoladach Zottera są jednymi z lepszych, jakie przyszło mi kiedykolwiek próbować.

 Alkohol odznacza się tu bardzo delikatnie, ukazując się po prostu jako jedna z licznych nut w przebogatym, świeżym winie. Na słodkawym czekoladowym ganaszu jawi się jako kwaskowato-cierpki, winogronowy posmak. Nie jest to jednak jedyny owocowy akcent, o nie! W wybitnym zbalansowaniu kompozycji odnajdziemy również aksamitny jabłkowy mus, odrobinę sfermentowany. Na równi z nim pojawiają się wspaniałe, dojrzałe morele. Oczywiście nieustannie przewijają się też soczyste pomarańcze, które tak pięknie zaprezentowały się nam w sferze zapachu. Czekolada przecudnie się z tym zgrywa, przypominając budyń czekoladowo-morelowy. Takie było moje skojarzenie podczas degustacji, lecz niedługo po niej miałam okazję jeść w ulubionej poznańskiej restauracji gruszkę duszoną w czerwonym winie. Dziś myślę więc, że Red Wine "Salzberg Beerenauslese" przyrównać można do moreli z rodzynkami duszonych w czerwonych winie, podanych z czekoladową polewą i kapką musu pomarańczowo-jabłkowego, skroplonych odrobiną cytryny! O tak!


Sam alkohol narasta w miarę degustacji, ale mi to nie przeszkadza i jest nawet atutem - wydaje mi się, że bez tego odczucia kompozycja mogłaby się pod koniec stać niemalże zbyt wydelikacona. Cały czas nie mogę się nadziwić, jakże zgrany okazał się tu duet wina i czekolady. Doprawdy, samo użyte tutaj wino musi mieć z natury nadzwyczaj czekoladowy charakter.

Red Wine "Salzberg Beerenauslese" była zupełnie inna od Red Wine Rush - na pewno o wiele od niej spokojniejsza, ale wcale nie mniej głęboka. Była ona bardziej zbalansowana, a mniej dynamiczna od Red Wine Rush. Red Wine Rush jawi się w mych wspomnieniach niczym zadyszka po zachłannym czerpaniu z życia wszystkimi zmysłami - Red Wine "Salzberg Beerenauslese" to głęboki oddech niosący pokój każdej komórce ciała. Odnalazłam tu więcej aksamitu, harmonii poszczególnych składników, błogiego relaksu. Relaksu, który po ciężkim dniu czasem może przynieść jedynie lampka dobrego czerwonego wina pita wśród przytulnej pościeli.



Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wino Salzberg Beerenauslese, rodzynki, syrop cukru inwertowanego, masło, pełne mleko w proszku, grappa, sól, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 505 kcal.
BTW: 5,9/33/39

wtorek, 14 marca 2017

Amedei Cru Grenada ciemna 70%


Dziś pragnę Wam przedstawić kolejną tabliczkę z serii Cru od włoskiego Amedei (całą kolekcję zakupiłam poprzez Sekrety Czekolady). Po czekoladę stworzoną z kakao wyhodowanego na Grenadzie sięgnęliśmy po dość długiej jak na nas przerwie od spokojnych weekendowych degustacji. Siłą rzeczy spodziewałam się po tej czekoladzie pompatycznego uderzenia, nasycenia moich stęsknionych zmysłów. Zresztą, dotychczasowe doświadczenia z kolekcją Cru pozwalały mi się tego spodziewać. I choć jadłam dopiero dwie czekolady innych marek, w których kakao również pochodziło z Grenady, miałam nadzieję, że Amedei będzie bardziej przypominało grenadzkiego Morina niźli Chocolat Factory.


Barwa tabliczki była znacznie ciemna, z rdzawymi przebłyskami. W przekroju zdawała się być drobno proszkowa. Ku mojemu zaskoczeniu czekolada była niemalże pozbawiona zapachu. Woń unosząca się nad nią była niezwykle delikatna, przytłumiona - tak, jakby ktoś przelotnie przypudrował tabliczkę cukrowo-ziołowym proszkiem. Łamała się na kostki z głośnym trzaskiem, lecz nie był to w pełni czysty dźwięk zwiastujący wybujały charakter czekolady. Gdy położyłam kawałek czekolady na języku musiałam dość długo czekać, aż cokolwiek zaczęło się dziać. Grenada zachowywała się tak, jakby była lekko zmarznięta, lecz od czasu jej zakupu cały czas przechowywałam ją w pokojowej temperaturze.


Czekolada zdawała się być mieszanką drewna i plastiku. Ciężko rozpuszczała się w ustach, co wcale nie było przyjemne. W pierwszym kontakcie odczuwałam głównie te sztuczne drewno, ni to słodkie, ni to wiórowate - coś pomiędzy. Czekałam na wybuch doznań, ale... nie doczekałam się. Grenada po czasie raczy nas prostą słodyczą, bezowatą w sposób charakterystyczny dla Amedei, jednak zazwyczaj Amedei oferowało coś więcej, znacznie więcej.


Przeniosłam się na tłoczną promenadę nad polskim morzem. Z jednej strony przyjemnie ogrzewa mnie słońce i chłodzi morska bryza, z drugiej zaś - przeszkadzają tłumy hałaśliwych wczasowiczów. Rozwrzeszczane dzieciaki wybuchają na przemian płaczem i śmiechem, a fałszywie zatroskane matki odziane w badziewne bikini próbują przekupić je tandetą z rojących się wokół bazarowych stoisk. Kicz nadmorskich pamiątek i kolorowych cukierków uderza mnie z każdej strony, nie pozwalając cieszyć się plażą i morzem. Tak właśnie odczuwałam tę czekoladę.

Co wpłynęło na te skojarzenia? Przede wszystkim właśnie cukierkowy posmak, tani i nieciekawy. Nieodmiennie przez cały czas trwania degustacji myślałam o miętowo-eukaliptusowych pastylkach. Była to nuta przewodnia, na tyle silna, że prócz irytującej konsystencji nie byłam w stanie wyciągnąć z Grenady nic więcej.



Finisz pozostawił po sobie kolejne landrynkowe odczucie, tym razem kojarzące się z pastylkami lukrecjowymi. Grrr, wytęskniona naprawdę dobrej czekolady poczułam wielki niedosyt. Póki co Grenada to dla mnie zdecydowanie najsłabsza czekolada z serii Cru. Dlaczego tak się stało? Przecież przekonałam się już, że z ziaren z tego kraju można zrobić cudowną czekoladę, a samemu Amedei też kunsztu odmówić nie można. Nie mniej jednak Grenada we włoskiej interpretacji to zupełnie nie moja bajka.


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
   

niedziela, 12 marca 2017

Zotter Coffee and Grits kawowa nadziewana ganaszem z kaszy kukurydzianej z whisky


Po spektakularnej Lemon Polenta z wielką ciekawością sięgnęłam po kolejną nową Zotter Handscooped (dzięki biokredens.pl) zawierającą w składzie kukurydzianą kaszę. Moja ciekawość była jeszcze większa, gdyż nadzienie z polenty wzbogacone zostało o whisky (tu: tradycyjny jej rodzaj pochodzący z austriackiej Styrii), a wszystko zostało otoczone kuwerturą z kawowej czekolady (wobec której mam sentyment szczególnie dzięki Cognac + Coffee).

Kawa z polentą ma być według Zottera jego wspomnieniem z dzieciństwa jeśli chodzi o śniadania, ale trochę mi nie pasuje, bo niby dlaczego dzieci miałyby jeść kaszę z kawą (bo na pewno już bez whisky!). W zasadzie mało mnie obchodziła geneza tego pomysłu - jeśli coś posiada czekoladę, kawę i whisky już ma u mnie plusa, a dzięki kaszy staje się jeszcze bardziej interesujące.


Czekolada pachniała smakowicie, w zasadzie nieco marcepanowo - choć migdałów wcale tu nie ma. Prawdopodobnie po prostu alkoholowa nuta na mlecznym i czekoladowym tle stworzyła taką iluzję. Obecność alkoholu była łatwo wyczuwalna w aromacie, zaś słody whisky spójnie łączyły się z delikatną kawą i wyrazistym kakao. Mleczno-waniliowe tło sugerowało kaszkę przyrządzoną w typowo dziecięcy sposób. Na tym etapie zaniepokoił mnie fakt dość słabej woni kawowej, no i nie spodobał mi się widok niemal jednolicie gładkiego w przekroju nadzienia - w końcu w Lemon Polenta tak bardzo urzekła mnie ziarnistość ganaszu.


Najpierw uszczknęłam kawałek kawowej czekolady i... hmm, nie byłam zachwycona. Owszem, jest to dobra czekolada - Zotter musiał to zrobić dobrze - ale do pary z whisky spodziewałam się czegoś o wiele bardziej wyrazistego. Dostałam smaczną mleczną czekoladę w której kawa zdawała się być jedynie niuansem płynącym z bogactwa kakao. Być może po pobycie w Kolumbii nic już dla mnie nie będzie takie samo, no ale ocena w moich oczach jest jednoznaczna. Zresztą, mój Mąż też nie rozkoszował się kawowością, której po prostu... zabrakło. Zdecydowanie intensywniej czułam kawę w kuwerturze Cognac + Coffee, gdzie wraz z czekoladowym ganaszem pełnym koniaku tworzyła piorunujące połączenie.


Ganasz rzeczywiście okazał się dla mnie zbyt gładki i wydelikacony, a tak bardzo chciałam poczuć ziarnistość polenty. Tu przypominała ona dość mocno rozgotowaną papkę dokładnie wymieszaną z masłem i mlekiem. Rzeczywiście idealna potrawa dla dziecka, ale ja już od dawna nie jestem małą dziewczynką. Kukurydziany posmak jest delikatny i raczej przykrywany przez mleko i wanilię. Tym bardziej dodatek whisky (i próba dodania kawy) pasują tu jak pięść do nosa.

Dziwi mnie fakt, że whisky znalazło się tak wysoko w składzie. Owszem, w smaku nie da się jej nie zauważyć - próbuje pieścić podniebienie słodami i procentami - jednakże jej udział w całości kompozycji dalece odbiega od moich oczekiwań. Po Coffee and Grits spodziewałam się niebanalnej struktury i ciekawego zestawienia mocnych smaków. Otrzymałam bardzo łagodną tabliczkę, ni to dla dzieci, ni to dla dorosłych - zawieszoną gdzieś pomiędzy, ale za nic nie dającą się przylepić także do zbuntowanego nastolatka. Szkoda, zwłaszcza, że tak bardzo podoba mi się grafika na opakowaniu, sugerująca wyważoną i raczej wytrawną kompozycję. W porównaniu z wieloma nowościami w serii Handscooped Coffee and Grits wypada dość blado i sądzę, iż szybko o niej zapomnę.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, mleko, whisky, miazga kakaowa, syrop cukru inwertowanego, kasza kukurydziana, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, mielone ziarna kawy, wanilia, lecytyna sojowa, sól, kawa w proszku, cynamon.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 483 kcal.
BTW: 5,7/31/40

piątek, 10 marca 2017

Surovital surowa 45% kokosowa


Gdy podczas zakupów w pobliskim Carrefourze ujrzałam jedną z nowszych propozycji od rodzimego Surovital, od razu postanowiłam ją zakupić. Wiedziałam też, że jej przeznaczenie spełni się w górach. Zdawała się być idealnym dopalaczem, poza tym zawsze uważałam produkty Surovital jako bardzo smaczną i zdrową bombę wartości i energii. Surovital surową kokosową zjedliśmy drugiego dnia naszego walentynkowego wyjazdu w Karkonosze, delektując się widokiem spod schroniska Pod Łabskim Szczytem.

Dziś opisywana tabliczka jest naprawdę wyjątkowa. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim. Choć można by było zasugerować się, iż jest to czekolada biała - to nieprawda. Czekolada w 45% składa się z masy kakaowej, z czego większość to wprawdzie tłuszcz kakaowy, ale istotnym elementem są również nieprażone ziarna kakao (peruwiańskiego, o ile nic się nie zmieniło w polityce firmy). Na pierwszym miejscu w składzie mamy słodzik, ale nie byle jaki. Producent zdecydował się jak zwykle na cukier z kwiatu palmy kokosowej - jedno ze zdrowszych słodzideł, który stał się jednym ze znaków rozpoznawczych naszej polskiej marki Surovital. Prócz tego w składzie odnajdziemy również sproszkowane mleko kokosowe (10% całości) oraz wanilię burbońską. Bardzo oryginalny i rzeczywiście bardzo kokosowy skład. Na tyle oryginalny, że zupełnie nie wiedziałam, czego mam się po tej tabliczce spodziewać.



Po rozpakowaniu tabliczka niestety od razu złamała mi się w dłoniach, przez co nie zrobiłam jej zdjęcia w całości. Charakteryzowała się przepiękną barwą, jasnobrązową, ciepłą, jakby miodową. Pachniała niezwykle apetycznie - w aromacie pojawił się również miód, ale przede wszystkim uwodzicielski kokos. Do tego nozdrza przeszywał charakterystyczny, dziko-ziołowy zapach surowego ziarna kakao, który od razu przywiódł mi na myśl meksykańskie tabliczki Maria Tepoztlan.

Czekolada łamała się z dźwięcznym trzaskiem, a kostka położna na języku rozpuszczała się powoli, lecz bardzo przyjemnie - dając poczucie pełni, sytości, esencjonalności. Nie można tej czekoladzie odmówić słodyczy. Jest ona na dość wysokim poziomie, ale to doprawdy wyjątkowo oryginalna, smakowita słodycz. Nuty karmelowo-miodowe przeplatają się z wyrazistym kokosowym smakiem, bez śladu żadnych denerwujących wiórków kokosowych - po prostu w taflę zostało wtopione mleko kokosowe, przez co czekolada została wzbogacona w autentyczny kokosowy smak bez uszczerbku na jej gładkości.

Po raz kolejny przewijał się miód, połączony z intrygującymi ziołowo-goryczkowymi akcentami, połączonymi z rześką, przełamującą kwaśnością - to ewidentna zasługa surowego ziarna kakao. Cała kompozycja dzięki kilku tak silnym składowym to spójna, charakterna i zaskakująca czekolada. Gdy dodamy do tego dopełniającą dzieła prawdziwą wanilię - otrzymujemy naprawdę dobrą czekoladę. Cieszę się, że mogę w każdej chwili zakupić ją w nieodległym markecie. Z chęcią bym do niej wróciła przy kolejnych górskich okazjach. Bardzo mnie zaskoczyła - nie spodziewałam się czegoś tak głębokiego, złożonego i dopasowanego zarazem.



Cofnijmy się na chwilę do pierwszego dnia naszego walentynkowego pobytu z Karkonoszach. Nawiązując do przedostatniego wpisu, w końcu wśród wiatru i mgieł doszliśmy do Domu Śląskiego, gdzie wstąpiliśmy na moment by posilić się owocami oraz założyć raki. Potem wdrapaliśmy się na ukochaną Śnieżkę, po dość mocno wyślizganej ścieżce. Niestety nadal nie mogliśmy się rozkoszować rozległymi widokami, jakie przy dobrej widoczności rozciągają się z tego szczytu.



Ze Śnieżki zeszliśmy do Strzechy Akademickiej, a następnie do Samotni - schroniska, które darzę wyjątkowym sentymentem. Nad Małym Stawem wyciągnęliśmy z plecaka kolejną czekoladę, ale o tym już za parę wpisów... Z Samotni udaliśmy się ponownie na Polanę i wróciliśmy pod świątynię Wang. Przeparkowaliśmy auto pod zaprzyjaźniony pensjonat Kamieńczyk, gdzie przywitaliśmy się z właścicielką. Następnie udaliśmy się na beztroską kolację U Ducha Gór...
 

Skład: cukier z kwiatu palmy kokosowej, tłuszcz kakaowy, nieprażone ziarna kakao, sproszkowane mleko kokosowe 10%, wanilia burbońska.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 599 kcal.
BTW: 4/44/44