sobota, 7 stycznia 2017

Bonnat Cote D'Ivoire ciemna 75%


Gdy jeszcze było widno, zrobiłam zdjęcia czekoladzie, którą planowałam otworzyć podczas nocnego śniadania przed atakiem na Nevado de Santa Isabel. Bonnat Cote D'Ivoire 75% (zakupiona dzięki Sekretom Czekolady) stanowiła dla mnie swoistą zagadkę. Z jednej strony Bonnat to bardzo dobra francuska marka z tradycjami i swoim stylem. Z drugiej - Wybrzeże Kości Słoniowej ma raczej złą opinię w świecie czekolady. To tam znajdują się największe "przemysłowe" uprawy kakao odmian niearomatycznych, częstokroć okupione niewolniczą pracą ludzi. Tymczasem Bonnat pokusił się o wykonanie tabliczki single-origin z ziaren z tego kraju. Nie wiem, z jakiej dokładnie plantacji pochodzi wykorzystane tutaj kakao, nie wiem, w jaki sposób było uprawiane - wiem tylko, że to po prostu pospolite Forastero. Jeszcze jedno jest pewne - na pewno zostało należycie obrobione, profesjonalnie, bez drogi na skróty.



Wygrzebaliśmy się ze śpiworów tuż przed drugą w nocy. Ubraliśmy się w przygotowane wieczorem górskie ciuchy i udaliśmy się do kuchni na wspólne śniadanie bogate w węglowodany. Jednym z elementów śniadania była Bonnat Cote D'Ivoire 75%. Choć przez noc trzymałam ją zawiniętą w kurtkę puchową wydaje mi się, że i tak niska temperatura dała się jej we znaki. Dość ciemna tabliczka o licznych czerwonawo-fioletowych przebłyskach była bowiem bardzo twarda, trudno poddawała się rozpuszczaniu. Na pewno miało to znaczny wpływ na odczuwanie degustacji, czekolada zdawała się być przez to bardziej ordynarna.


Choć pachniała całkiem przyjemnie, oferując sporo ziemistych i palonych nut, trzeba było chwilę poczekać do wydobycia ich w kwestii smaku. Czekolada była generalnie dość płaska jak na Bonnat i miała w sobie wiele cech kojarzących się z pospolitymi ciemnymi czekoladami dostępnymi w każdym sklepie. Była jednak w pełni pozbawiona przykrych kwaskowatych nut czy chamskiej goryczy. To, co znamy z popularnych czekolad, zostało tutaj przedstawione w bardziej profesjonalny sposób. Wybrzeże Kości Słoniowej w rękach Bonnata to klasyczne smaki bez nudnego, taniego pospólstwa.

Pomimo twardości z łatwością odnajdziemy w czekoladzie śmietankowość, która związana jest ze specyfiką tworzenia czekolad przez Bonnat - nie szczędzą na tłuszczu kakaowym. Czekolada jest przede wszystkim bardzo palona, uderzająca bardziej w nuty ziemi i kawy niż maślanego karmelu. Dużo jest w niej mroku, przypalonych skorup orzechów czy mocno podprażonych wiórków kokosowych (aż do brązowości). Pod osłoną mocnej, fusiastej kawy znajdziemy nuty jagód i suszonych śliwek, które też są typowe dla łatwo dostępnych czekolad.



Cote D'Ivoire świetnie odnalazła się w swej roli dopalacza przed wysiłkiem fizycznym. Nie trzeba się było nad nią długo zastanawiać, a jednocześnie stała się ona dowodem, iż dobra manufaktura może zrobić "coś z niczego". Oczywiście jest to uogólnienie - wątpię, że Bonnat skorzystał z pierwszych lepszych ziaren przeznaczonych pod koncerny. Nie mniej jednak, ziemie Wybrzeża Kości Słoniowej rodzą kakao o pewnych nutach smakowych, które mogą smakować nawet całkiem wykwintnie, gdy ktoś się nim czule zajmie. Ciekawa jestem, co dodatkowo wyczułabym w tej czekoladzie, gdybym próbowała jej w cieplejszych warunkach.


Zaopatrzeni w zapas energii wsiedliśmy do auta Sebastiana, który podwiózł nas nieco wyżej, do punktu, z którego rozpoczynaliśmy podejście na Nevado de Santa Isabel. Sebastian życzył nam powodzenia i został w aucie, zaś nasza pozostała czwórka rozpoczęła podejście w świetle czołówek, najpierw maszerując pośród paramo.

Gotowi do akcji!

Powoli robi się jaśniej. Z ciemności wyłonił się sąsiadujący z Nevado del Santa Isabel najwyższy w okolicy wulkan Nevado del Ruiz mierzący ponad 5300 m n.p.m. Obecnie wejście na niego jest niemożliwe - trwa jego aktywność, codziennie wyrzuca z siebie tumany pyłu i gazów.

U stóp lodowca Nevado de Santa Isabel. Ubraliśmy raki, kaski i uprzęże, związaliśmy się liną. Choć podejście po tym lodowcu nie należy do trudnych, związanie się liną z wykwalifikowanym przewodnikiem było warunkiem Parku Narodowego Los Nevados na wejście w strefę wiecznego śniegu na Santa Isabel.


Widoczna w tle śnieżna kopuła to inny ze szczytów Nevado de Santa Isabel. Niestety, gdy maszerowaliśmy lodowcem, całą okolicę spowiła gęsta mgła i wkrótce nie widzieliśmy nic plus bieli i...

...skał, które prowadziły na samiutki szczyt. Choć stojąc na bezpiecznym śniegu byliśmy już bardzo blisko celu, to najwyższego punktu jeszcze trochę brakowało. Na zdjęciu powyżej Eduardo przygotowuje nam drogę w skale, abyśmy mogli ubezpieczając się zdobyć właściwy szczyt.

Zrobiliśmy to! Oto ja wraz z moim Mężem na szczycie Nevado de Santa Isabel ~5000 m n.p.m.

...a tak wyglądało schodzenie. Biedny Eduardo, nauczył się ode mnie bodaj wszystkich polskich przekleństw podczas mojej nieudolnej wspinaczki...



Droga powrotna przebiegała w niesamowitej, mrocznej aurze. Poniżej - słynne frailejones - rośliny typowe dla paramo, rosnące jedynie 1 cm rocznie... W czasie dalszych dni wyprawy mieliśmy spotkać ich o wiele więcej.


Na dole czekał na nas Sebastian z gratulacjami i termosem gorącej herbaty. Po krótkim odpoczynku i małej przekąsce zawiózł nas z powrotem do Potosi. Po drodze świętowaliśmy sukces wznosząc toasty piwem.


W Potosi zjedliśmy lunch, a następnie czekał nas powrót do Pereiry przez Santa Rosa de Cabal. Po ostatnich opadach deszczu stan dróg dodatkowo się pogorszył. Huh, było wesoło! Całe szczęście, że gospodarze Potosi wyjechali tuż za nami - trzeba było nas wypychać. Szacun dla Sebastiana - ja bym w życiu nie podołała takim zadaniom za kierownicą.

Najdzielniejszy kierowca bombowca i mój kochany Mąż.

Rzut okiem za siebie...

W Santa Rosa de Cabal zjedliśmy lokalne chorizo, po czym na głównym placu pożegnaliśmy się z Gabrielem. Sebastian odwiózł nas wraz z Eduardo do hostelu w Pereirze. Jutro czekał nas kolejny emocjonujący dzień.

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 603 kcal.
BTW: 8,8/46/42,6

czwartek, 5 stycznia 2017

Zotter Nashido Erdbeer Limette mleczna 40% nadziewana kremem truskawkowo-limonkowym


Kolejnego dnia, tj. w poniedziałek 28 listopada Sebastian podjechał pod nasz hotel w Pereirze i zabrał nas stamtąd z całym ekwipunkiem. Udaliśmy się do miasta Santa Rosa del Cabal, słynącego z kiełbasek chorizo. Tam na głównym placu czekał na nas Gabriel mieszkający z Manizales. Gabriel posiada uprawienia, dzięki którym w jego towarzystwie mogliśmy w świetle prawa wejść na wulkan tarczowy Nevado de Santa Isabel, położony na terenie Parku Narodowego Los Nevados.


Naszym celem było schronisko Potosi położone tuż przy granicy Parku, gdzie mieliśmy spędzić najbliższą noc. Droga z Santa Rosa de Cabal do Potosi była długa i niewątpliwie ciężka dla kierowcy. Stopniowo nabierając wysokości, najpierw mijaliśmy ostatnie barwne zabudowania położone wśród lasów deszczowych, by wjechać w pas pastwisk i pól uprawnych, aż osiągnęliśmy strefę paramo. To bardzo charakterystyczny dla Kolumbii ekosystem, ale o tym zaraz... Z bardzo kamienistej i wyboistej drogi przenieśliśmy się w pewnym momencie w niesamowite błoto, kilka razy zakopując w nim auto. Nie mniej jednak, zawsze Sebastian wyprowadził je z opresji. Trochę atrakcji nie zaszkodzi :)


W końcu dotarliśmy do Potosi. Jak na złość, okoliczne góry spowite zostały mgłą. W Potosi zjedliśmy lunch, po którym wraz z Eduardo i Gabrielem mieliśmy wybrać się na aklimatyzacyjny spacer, celem przekroczenia pułapu 4000 m n.p.m. przed jutrzejszym atakiem szczytowym. Gdy rejestrowaliśmy się przy wejściu do Parku, zaczął padać deszcz... Nie ma to jak szczęście! Oczywiście i tak czy siak ruszyliśmy przed siebie.


Park Narodowy Los Nevados obejmuje obszar 583 km², a jego głównym celem jest ochrona paramo oraz jednych z nielicznych lodowców znajdujących się w tej strefie klimatycznej. Ok. 80% paramo występujących na świecie leży na terytorium Kolumbii. Choć krajobraz paramo może z pozoru przypominać coś na kształt sawanny i zdawać się suchym terenem, w rzeczywistości ekosystem ten stanowi ogromny rezerwuar wody. W Kolumbii okres suchy i deszczowy nie jest tak mocno zaznaczony jak np. w Meksyku, generalnie opady występują przez cały rok z różnym natężeniem. Roślinność paramo przystosowana jest do ciągłego gromadzenia wody, umożliwia jej sprawną retencję. Gleby paramo są niezwykle żyzne, przez co trzeba chronić je przed nadmierną migracją rolnictwa.

Przyroda w równowadze - po drodze spotkaliśmy mnóstwo królików, ale także ptaków drapieżnych.

Jedna z roślin typowych dla paramo - idealnie spełnia swoją funkcję gromadzenia wody, chłonąc ją niczym gąbka.


W pewnym momencie maszerując dobrze przygotowaną drogą przekroczyliśmy pułap ponad 4000 m n.p.m., by następnie zejść nieco niżej do punktu widokowego. Po prawej stronie podziwialiśmy jezioro Otun, zaś po lewej - zza chmur wyłoniła się nasza upragniona Nevado de Santa Isabel (a w zasadzie jej część). Z racji bycia wulkanem tarczowym, Santa Isabel posiada kilka wierzchołków, jej sylwetka jest bardziej "rozlana". Wulkan jest obecnie nieczynny. Wierzchołki przykrywa lodowiec, który topnieje w zastraszającym tempie, zresztą tak jak wszystkie lodowce w Kolumbii. To jedne z ostatnich szans, by móc się nimi cieszyć.


Przy tym punkcie widokowym zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek, chłonąc otaczający nas krajobraz. Z plecaka wyjęłam niedawno zakupioną w biokredens.pl czekoladę Zottera z dość nowej kolekcji Nashido. Każde Nashido składa się z ośmiu czekoladek pakowanych osobno. Chłopaki z foodieshop24.pl namówili mnie, aby spróbować choćby jeden wariant z tej serii. Wybrałam czekoladę mleczną o 40% zawartości kakao, nadziewaną kremem truskawkowo-limonkowym. Kupiłam ją z myślą o górach. Teraz cieszyłam się, że ją mam, bowiem naprawdę łatwo jest się nią podzielić - w przeciwieństwie do klasycznych Handscooped. Jest tak nawet pomimo faktu, iż osiem małych tabliczek waży łącznie jedynie 60 g, czyli mniej niż Handscooped.


Każda maleńka tabliczka jest zdobiona, co wygląda elegancko. Niestety po przełamaniu maleństwa zauważyłam, że warstwa czekolady nie jest zbyt gruba. Zresztą, przy takich gabarytach raczej ciężko byłoby to osiągnąć. Ważne, że znaczna część czekolady znalazła się po bokach tabliczki, co wpływa na jej wzmocnienie i zapobiega "ucieczce" nadzienia. Samo nadzienie okazało się być dość maziste, ale zupełnie nie lejące. Było jednolite i bardzo miękkie, akurat w tym wariancie przybierając apetyczny kolor truskawek wymieszanych z odrobiną śmietany. Zdjęcie tego nie oddaje, ale niestety takie są uroki pospiesznego strzelania fotek w terenie.

W Nashido Erdbeer Limette mleczna czekolada była bardzo delikatna, aż do przesady. W zasadzie gdyby nie smakowitość nadzienia, jedzona w ciemno nie kojarzyłaby mi się z Zotterem. W tak małym formacie w towarzystwie charakternego wnętrza czekolada niewiele potrafi zdziałać, zwłaszcza, gdy zawiera w sobie jedynie 40% kakao. To naprawdę bardzo łagodna, klasycznie słodka mleczna czekolada.



Nadzienie natomiast emanuje soczystością. Truskawki jak zwykle w wykonaniu Zottera wypadają bardzo autentycznie, słodko i rześko. Przybrane w formę mlecznego musu w pełni prezentują swoje walory. Kropkę nad i stawia koncentrat limonkowy, który wzbogaca nadzienie o cytrusowy posmak, aromatyczny w sposób typowy dla limonki. Muszę przyznać, że w takiej formie truskawka i limonka bardzo do siebie pasują.

Nie sięgnę ponownie po serię Nashido. Choć czekoladki były smaczne, to jednak o wiele bardziej wolalałbym spróbować połączenia truskawki z limonką w wariancie Handscooped, gdzie mleczna kuwertura też miałaby coś do powiedzenia.

Oto Paramillo de Santa Rosa - szczyt, który jeszcze kilkadziesiąt lat temu również pokryty był lodowcem.


Orły towarzyszyły nam niemal na każdym kroku. Piękne doświadczenie.

Po powrocie do Potosi wypoczywaliśmy. Uszykowaliśmy wszystko na nocne wyjście w trasę. Po osiemnastej wszyscy wspólnie zjedliśmy kolację przygotowaną przez przemiłych, gościnnych gospodarzy. Dość wcześnie udaliśmy się spać - czekała nas pobudka o drugiej w nocy.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, syrop cukru inwertowanego, truskawki, koncentrat limonkowy, koncentrat truskawkowy, suszone truskawki, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, sól, pełny cukier trzcinowy, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 60 g (8 batoników).
Wartość energetyczna w 100 g: 510 kcal.
BTW: 4,6/33/48

wtorek, 3 stycznia 2017

Pralus Melissa Criollo mleczna 45%


 W niedzielę 27 listopada około siódmej wyruszyliśmy na szlak w składzie: Fernanda, Sebastian, Eduardo, Andre (z Tatamy), mój Mąż i ja. Przed nami była trasa praktycznie na cały dzień, podczas której przedzierając się przez cudne lasy deszczowe mieliśmy dojść na punkt widokowy ze skałą zwaną Głową Małpy. Powrót miał odbywać się tą samą drogą. Pełni werwy maszerowaliśmy, znów próbując nasycić oczy niekończącą się zielenią.



 Musieliśmy parę razy przekroczyć rzekę San Rafael stąpając po kamieniach, co na początku robiliśmy z dużą rozwagą. Gdy przypomnę sobie, co działo się później zaczynam się śmiać... Ale o tym zaraz.


 Zatrzymaliśmy się na chwilę przy rozstaju dróg. Fernanda i Sebastian zostali tutaj, porobić zdjęcia pobliskim wodospadom. Reszta ekipy ruszyła do góry. Można powiedzieć, że skończył się dla nas spacerek. Reszta drogi była stroma, błotnista, wymagała chwytania się lian i korzeni dla utrzymania równowagi. I tak wywróciłam się nieskończoną ilość razy. Frajda była niesamowita!


Piękne i bardzo rzadkie czarne anturium tak po prostu rośnie sobie przy ścieżce...




 W pewnym momencie zaczął padać deszcz. Im wchodziliśmy wyżej, tym padał jeszcze mocniej. W przeciwdeszczowych kapocach niespecjalnie nam to przeszkadzało, jednak szansa na zobaczenie jakiegokolwiek widoku z Głowy Małpy była nikła. Mając jeszcze dwie godziny drogi na szczyt, podczas już naprawdę sporej ulewy podjęliśmy decyzję o odwrocie. Powód był prosty - gdybyśmy zdecydowali się na dalszą wędrówkę do góry, powrót przez rzekę San Rafael byłby prawdopodobnie zupełnie niemożliwy.

Wytarzani w błocie i mokrzy od deszczu doszliśmy w końcu do pierwszej przeprawy przez San Rafeal gdzie przekonaliśmy się, iż decyzja o odwrocie była słuszna. I tak musieliśmy kilkukrotnie przechodzić przez rzekę zanurzeni w zimnej wodzie do połowy ud, trzymając się za ręce by przeciwstawić się wartkiemu prądowi. Przemoczeni do suchej nitki dotarliśmy do Planes de San Rafael, gdzie czekali już na nas Fernanda i Sebastian, którym deszcz również dał w kość. Po przebraniu się i względnym wysuszeniu usiedliśmy wszyscy razem do gorącej kawy i... czekolady, którą przywiozłam z Polski.


 Od dawna chciałam spróbować Melissy - jedynej mlecznej czekolady w ofercie francuskiej manufaktury Francois Pralus. Niedawno zakupiłam ją za pośrednictwem Sekretów Czekolady. Melissa zawiera w sobie 45% madagaskarskiego kakao odmiany Criollo. Próbowałam już madagaskarskiego Criollo od Pralusa w wersjach 100% i 75%, mleczną łagodność zostawiłam sobie na koniec.

SPROSTOWANIE. Pralus Melissa to w rzeczywistości czekolada z indonezyjskiego kakao (konkretniej z Jawy). Na nalepce czeskiego dystrybutora oraz w Internecie (chociażby wspomniany niżej blog Chocolate Codex) podane są błędne informacje. Postanowiłam nie przekształcać całej recenzji, bowiem to bez sensu... Melissę i tak odebrałam jako bardzo łagodny Madagaskar, wyrazistych nut Indonezji na próżno tu szukać. Winna jednak jestem to sprostowanie...

Solidna 100-gramowa tabliczka zachwyciła jasną i ciepłą barwą tworzącą wrażenie przytulności. Łamała się dość miękko, choć nie można jej odmówić "ciała", solidności, pełności. Pachniała słodko-mlecznie i w sposób lekko palony - znalazło się tu miejsce dla karmelu, miodu, orzechów i wanilii. Wszystko wieńczyła orzeźwiająca nuta cytrusów.



 Współtowarzyszy degustacji urzekła przyjemnie tłusta gładkość czekolady i jej naprawdę niebywała smakowitość. Gdybym jadła ją sama z Mężem, nie miałabym problemu z pochłonięciem całej połowy (z chęcią wciągnęłabym jeszcze więcej). To typowy Madagaskar w mlecznej wersji - od razu pomyślałam o dawnym mlecznym Menakao, choć pewnie i tu nie było aż tyle dzikości co kiedyś w Light & Fudgy.

Wiodącą, najbardziej wysuwającą się na przód nutą smakową były dla mnie rześkie cytryny i grejpfruty, które jednak zostały położone na tak solidnej słodko-gładkiej bazie, iż w zasadzie trudno nazywać tę tabliczkę kwaśną. Melissa jest przede wszystkim słodka. Szczególnie bliska sercu stała mi się recenzja na Chocolate Codex, gdzie smak Melissy przyrównano do karmelowego koziego sera z Norwegii o nazwie gjetost. Wprawdzie nigdy nie miałam okazji jego próbować, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, co autor miał na myśli. Często mam skojarzenia z kozim mlekiem w przypadku mlecznych Prawdziwych Czekolad - tutaj było ono wyjątkowo trafne, szczególnie w połączeniu z mocnym karmelem. Swoją drogą, koniecznie muszę spróbować gjetost!



 Innym trafnym skojarzeniem na Chocolate Codex jest tahini. Delikatna, lekko ziemista pasta z sezamu i orzechów wtopiona w mleczno-karmelową masę doprawiona tu została prawdziwą wanilią (nie ma jej w składzie - to po prostu kakaowa iluzja) i umiarkowanie słodkim miodem. I ten unoszący się nad słodkim aksamitem cytrusowy powiew świeżości... Mmmm...

Czekolada zebrała pochwały, a ostatnia kostka została dyplomatycznie oddana mi, choć długo czekała na swoje przeznaczenie. Z wielką chęcią powróciłabym kiedyś do Melissy, która jest przepyszną mleczną czekoladą, typowo madagaskarską, bardzo wyrazistą i łagodną zarazem.


 Spakowaliśmy się i wsiedliśmy do auta Sebastiana, wracając do Pereiry. Po drodze zatrzymaliśmy się na posiłek, gdzie pierwszy raz próbowałam soku z guanabany na mleku - od tego czasu mojego ulubionego napoju w Kolumbii.

Wraz z Mężem i Eduardo zostaliśmy w Pereirze w hostelu Coffee & Travel - Fernanda i Sebastian pojechali do swojego domu, gdyż są tutejsi. W trójkę wybraliśmy się na wieczorny spacer, chłonąc klimat przepięknie położonej miejscowości.



Skład: ziarna kakao, czysty tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 100 g.

niedziela, 1 stycznia 2017

Zotter Viennese Melange biała nadziewana ganaszem kawowym i waniliowym


 W końcu, po dwunastu godzinach opóźnienia, dolecieliśmy do Pereiry położonej w sercu kolumbijskiego królestwa kawy. Na lotnisku czekał na nas Eduardo. Gdy tylko wyszliśmy na dwór, rześki upał uderzył nas w twarz. Choć lecieliśmy z Bogoty do Pereiry jedynie godzinę, znaleźliśmy się w nieco innym klimacie. Eduardo zapoznał nas z Sebastianem - jego przyjacielem, z którym wspólnie prowadzą Montanas Colombianas. Wsiedliśmy do terenowego auta Sebastiana i ruszyliśmy w głąb kawowej krainy.

 Ledwo co wyjechaliśmy z miasta, zatrzymaliśmy się przy przydrożnych straganach z ananasami. Nigdy nie jadłam tak przepysznych ananasów! Ah, a to był dopiero początek odkrywania magii kolumbijskich owoców... Już wkrótce miałam poznać mnóstwo owoców, o których istnieniu dotąd nie miałam pojęcia. Ba, w każdym barze w Kolumbii można kupić świeżo wyciskane soki np. z marakui, guanabany (mój ulubiony!) czy lulo - dostępne tak łatwo, jak u nas sok jabłkowy! Pyszności!


 Mijając pola trzciny cukrowej wjechaliśmy w coraz to bardziej górzysty teren. Wśród niekończącej się zieleni coraz częściej można było zidentyfikować niewielkie krzaczki rosnące na zboczach - to cenna kolumbijska kawa. Minęliśmy barwne i gwarne miasteczko La Virginia, by potem, po wjechaniu jeszcze wyżej - zatrzymać się w przepięknie położonym Sanctuario. Była sobota, trwał dzień targowy - w centrum było głośno i wesoło. Ludzie w okolicznych plantacji zjechali się po ciężkim tygodniu pracy, aby wspólnie spędzić czas. Usiedliśmy przed jedną z licznych kawiarni, pijąc prawdziwą kolumbijską kawę, zbieraną z okolicznych wzgórz. Praktycznie w każdej z kawiarni kawa palona była na miejscu...




 Naszym celem był Park Narodowy Tatama, utworzony w 1987 roku. Zatrzymaliśmy się w domu Planes De San Rafael, przeznaczonym przede wszystkim nie dla turystów, lecz dla badaczy. Głównym celem Tatamy jest ochrona zasobów wodnych dla departamentu Risaralda, związanych z przepływającą tutaj rzeką San Rafael. Tatama to także przepiękne lasy deszczowe położone w górskim terenie - najwyższy punkt parku sięga ponad 4000 m n.p.m. Odnajdziemy tu bogactwo fauny i flory; samych gatunków ptaków występuje tu ponad 400!



 Po lunchu, podczas którego pierwszy raz próbowałam soku z lulo, Sebastian wrócił do Pereiry po swoją dziewczynę Fernandę. Ja zaś, wraz z moim Mężem, Eduardo i młodziutką przewodniczką z parku udaliśmy się na spacer. Eduardo tłumaczył nam jej opowieści na temat tutejszej przyrody, a my nie mogliśmy się nadziwić, nie mogliśmy nasycić oczu... Podczas kilkugodzinnego spaceru spotkaliśmy niezliczoną ilość różnych gatunków roślin, ogromne paprocie, imponujące fikusy, barwne storczyki, po prostu wszystko... Kolibry fruwały wszędzie, słychać też było całe mnóstwo innego ptactwa.





Uprawa tamarillo czyli pomidora drzewnego.


 Po powrocie ze spaceru aż kręciło nam się w głowie od zieleni, a przecież to był dopiero początek. Mając z Mężem chwilę dla siebie w pokoju skusiliśmy się na jedną z przywiezionych z Polski czekolad. Viennese Melange z nowej oferty Zottera (zakupiona przez biokredens.pl) to jedyna tabliczka, którą w Kolumbii z nikim się nie dzieliśmy. W górach dzielenie się czekoladą przychodzi mi o wiele łatwiej!

 Z racji, że do degustacji przystąpiliśmy w czasie, gdy powoli zapadł zmrok, ciężko było mi złapać odpowiednie światło. Po wyraźniejsze fotografie odsyłam więc do Kimiko, która sięgnęła po Viennese Melange jeszcze przede mną. Pod kuwerturą z białej czekolady kryje się dwuwarstwowe nadzienie. U góry znajdziemy cieńszą warstwę waniliowego musu (18%), na dole zaś leży ganasz kawowy z domieszką ciemnej czekolady, stanowiący aż 42% całości. Nadzienie bazuje na mleku, migdałach i miodzie.


 Wiem, jak duży potencjał ma czysta biała czekolada od Zottera, więc już ona - nawet bez skupiania się na elementach wniesionych przez cienką warstwę waniliowego musu - ubarwia kompozycję głęboką śmietankowością oraz filuternymi nutami wanilii i cynamonu. Biała czekolada i waniliowy mus stanowią tutaj idealne doprawienie, dopieszczenie kawy. Generalnie całość bardzo gładko rozpuszcza się w ustach, bez problemu mieszając się z warstwą kawową - Zotter funduje więc nam pyszny kawowy deser.

Kawowa warstwa jest doskonała. Z jednej strony, mleko nadaje jej łagodnych tonów. Zresztą, akcenty migdałowe i miodowe również ją łagodzą, nadają jej słodkiej błogości. Kawa nie przepada jednak zupełnie w tych słodkich tonacjach. Króluje nad wszystkim swoją wyrazistością świeżo palonych ziaren. Nie jest za mocno goryczkowa, jej smak to nie szokujący kontrast dla całej reszty. To po prostu autentyczny smak dobrej kawy, który doskonale znajduje swoje miejsce wśród pozostałych składników Vienesse Melange.

Tabliczka zniknęła w naszych ustach w ekspresowym tempie. Była tak smakowita i mięciutka, że po prostu nie dało się inaczej. W jej wypadku naprawdę bolało by mnie serce, gdybym miała się nią podzielić z kimś więcej niż mój Mąż. Z chęcią bym do niej wróciła. Vienesse Melange to zotterowska propozycja dla osób, które pijąc kawę wybierają warianty z mlekiem (a nie espresso - dla fanów kawowych siekier i tak najlepsza pozostaje Espresso So Dark).



 Wieczorem zasiedliśmy z Kolumbijczykami do ogniska przygotowanego przez gospodarzy. Popijając gorący napój na bazie aguardiente, cynamonu i owoców, wpatrywaliśmy się w rozbrykane ogniki, czując w powietrzu zapach już rozpoczętej przygody...


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, mleko, syrop cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, kawa w proszku, miód, miazga kakaowa, pełny cukier trzcinowy, mielone ziarna kawy, migdały, wanilia, lecytyna sojowa, sól, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 508 kcal.
BTW: 5,9/33/47