niedziela, 17 lipca 2016

Munz ciemna 55% z aromatem pomarańczowym i migdałami



 Kolejną tabliczką, jakiej miałam okazję skosztować podczas czerwcowej herbatki u Olgi, była czekolada marki Munz należąca do szwajcarskiej firmy Maestrani. Olga otrzymała ową tabliczkę od taty, tak samo jak wcześniej opisywaną J&K Chocolatier. Szczerze powiedziawszy, tak jak Olga jestem ciekawa, czym jej tata kieruje się przy wyborze prezentów dla córki.

Opakowanie Munz oczywiście przyciąga mój wzrok - w końcu jestem niepoprawną miłośniczką gór. W zasadzie, to spoglądając na grafikę kostki czekolady wraz z towarzyszącymi jej dodatkami również mogłabym czuć się skuszona. Migdały uwielbiam, a pomarańcza w ciemnej czekoladzie zupełnie mnie nie zraża, a wręcz przeciwnie! Już chciałam bić brawo za nienaganny skład czekolady (choć mamy tylko 55% kakao, to nie zastosowano odtłuszczonego kakao w proszku; pojawił się także ekstrakt z prawdziwej wanilii), gdy zauważyłam, że pomarańczy tak naprawdę tu... NIE MA. To tylko aromat pomarańczowy... Spójrzcie sobie na skład chociażby deserowej Momami z pomarańczami - przecież można inaczej, nawet nie zatapiając w czekoladzie dużych owocowych cząstek. Ugh, wielki minus dla producenta. Wszak jedną z rzeczy, których totalnie nie toleruję są produkty "o smaku"!

 

Na pozostawionej dla mnie części tabliczki zaległ już biały osad, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało. Gorzej natomiast było z zapachem, który na pierwszy rzut sprawiał wrażenie zachwycająco upajającego (pomarańcza do potęgi entej), by za chwilę przynieść ze sobą skojarzenia z sztucznymi lizakami, rozpuszczalną multiwitaminową tabletką lub płynem do mycia naczyń. Aromat choćby najbardziej pospolitego kakao został niemal w całości przykryty przez niby-pomarańczową masakrę. W przekroju tabliczki widoczne były kawałki siekanych migdałów, które zdawały się stanowić jedyny ratunek.

 
Podobnie jak Olga, przy pierwszym kontakcie z kubkami smakowymi poczułam się, jakbym jadła pomarańczowe galaretki w czekoladzie. Już po chwili ów smak stał się zanadto przytłaczający, prowadzący wręcz w stronę sztucznej mydlaności. Migdałów na dobrą sprawę mogłoby wcale nie być. Choć tak bardzo cenię ich smak, w tej czekoladzie są one jedynie chrupaczem. Za nic nie mogą przebić się przez mur z pomarańczowego aromatu.

W mojej opinii, czekolada o takim niewygórowanym poziomie kakao powinna świetnie zgrywać się z pomarańczowym smakiem (w końcu zawsze miło wspominam Lindt Excellence Orange Intense), nawet bazującym na samej skórce pomarańczowej. Manewr z zastosowaniem samego aromatu okazał się jednak zupełnie nietrafiony. Mój Mąż, zabierając resztę tabliczki do pracy zjadł sam kostkę, a resztę oddał kolegom - tak bardzo czuł się przytłoczony niewyważeniem smaków w tej czekoladzie. Munz to kolejny przykład na to, że "szwajcarskość" czekolad jest przereklamowana, lecz nadal jest świetnym lepem na pospolitego konsumenta (podobnie jak "belgijskość").


 
Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, migdały, naturalny aromat pomarańczowy, ekstrakt z wanilii.
Masa kakaowa min. 55%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 574 kcal.
BTW: 5,4/40/44

piątek, 15 lipca 2016

Pralus Madagascar Criollo 75% ciemna

 Źródło: cocoarunners.com 


Po neapolitankach Francois Pralus z Sao Tome oraz Wenezueli, przyszedł czas na dobrze znany (?) Madagaskar. Po raz wtóry przenosimy się do regionu Sambirano, który eksplorowałam już nie raz dzięki tabliczkom Menakao. Kakao z Sambirano zostało wykorzystane także w madagaskarskiej propozycji Domori. Madagaskarskie Criollo poznałam już także w interpretacji Pralusa, a zdarzyło się to przy okazji degustacji Le 100% Criollo Magadascar. Recenzja tej czekolady jest jedną z najbardziej rozbudowanych, jakie znalazły się na moim blogu. Bardzo lubię powracać do jej lektury. Teraz po raz wtóry miałam podejść do madagaskarskiego Criollo przemienionego w tabliczkę w rękach Pralusa, tym razem przy mniejszym, bo 75% pułapie. Dokładniejszym rejonem pochodzenia użytego tutaj kakao są okolice portowego miasta Ambanja (północny obszar wyspy).


Z całej trójki madagaskarskie neapolitanki wydają się być najciemniejsze, no i oczywiście posiadają tak dobrze znane mi czerwonawe przebłyski. Przy wąchaniu zgrabnego maleństwa pieprzność drażni w nozdrza. Bogactwo ziół i kolorowego pieprzu roztacza się nad ziemisto-owocową gładzią, pełną cytrusowego orzeźwienia. Zapach był bardzo "madagaskarski", choć zadziwiła mnie owa ziołowość.

Czekoladka wyróżniła się swoją lepkością i plastelinowym rozpuszczaniem się. Nie było ono idealnie gładkie, nieco powolne, ale koniec końców moszczące się w ustach przyjemnie rześkim filmem. Ma ona w sobie specyficzną soczystą gęstwinę, która skojarzyła mi się z wonną żywicą, co było spójną kontynuacją ziołowego zapachu.



Z całej trójki próbowanych neapolitanek, Criollo Madagascar okazała się być najbardziej owocowa i kwaskowata, choć przy tym w miły sposób łagodna i nieprzesadnie dzika. W smaku dominowała cytryna, a dopiero za nią plasowały się charakterystyczne czerwone owoce (szczególnie porzeczki) oraz inne cytrusy. Pojawił się tu również wyraźny akcent wanilii, stanowiący bardzo ciekawe urozmaicenie. Majaczyły palone i ziemiste nuty, niczym fusy kawy. I... to wszystko. Smaczny kop, ale krótki. Zdecydowanie potrzebuję jej więcej, zwłaszcza po to, by próbować znaleźć powiązania z Le 100% Criollo. Macie to jak w banku, że za pewien czas zakupię ja w wersji 100 g i uzupełnię recenzję (Kimiko, pewnie Ciebie też to kusi? ;)).


PS Drogi Piotrze z Sekretów Czekolady... Proszę, nie wręczaj mi już neapolitanek. Prędzej czy później zakupię pełne wymiary przeróżnych czekolad, zamówię cały asortyment stugramowych Pralusów, obiecuję. Neapolitanki to dla mnie cierpienie ;).

Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier, czysty tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 5 g.

środa, 13 lipca 2016

J&K Chocolatier mleczna 34% z płatkami kokosowymi i malinami


Olga już od kwietnia trzymała dla mnie kawałki próbowanych przez siebie czekolad, zapraszając tym samym, by wpaść do niej na herbatkę. To wydawało się takie proste - po wizycie u klienta najbliżej położonego Wrocławia podjechać do niej, poplotkować godzinkę i wrócić do domu. Eh! W mojej pracy maj i czerwiec są bardzo gorącymi miesiącami, a każda dodatkowa czynność, którą włączam w tygodniu do grafiku, jest wykonywana po prostu kosztem snu. Nie mniej jednak w końcu zebrałam się w sobie, bo było mi najprościej w świecie wstyd. Nie dość, że nie zostawiam już praktycznie żadnych śladów na innych blogach niż swój, to zaniedbując realną relację czułabym się jeszcze gorzej. Zebrałam się w sobie i pojechałam do Olgi, chcąc jej tym samym wytłumaczyć przyczyny mojej ograniczonej obecności w sieci (i tak już raczej pozostanie).


Pewnego czerwcowego wieczoru Olga przekazała w moje łapki spore części dwóch tabliczek, które to ostatnimi czasy niezbyt ją urzekły. Z racji, iż tego dnia byłam jeszcze bez obiadu, uraczyłam się kawałkami obu z nich do pitej u Olgi herbaty. Najpierw sięgnęłam po czekoladę, którą już długi czas widuję na półkach Biedronki. Niecieszące się dużym zainteresowaniem czekolady spoczywają obok innych mlecznych tabliczek spod szyldu J&K Chocolatier, a mianowicie wariantu z kruszonymi orzechami laskowymi. Ja miałam okazję spróbować opcji bardziej oryginalnej, to znaczy z malinami i płatkami kokosowymi. Bazę stanowi mleczna czekolada o 34% zawartości kakao.

Nie mogę się nadziwić, jakim kluczem kieruje się Biedronka przy wybieraniu sezonowo dostępnych u siebie czekolad... Dziś opisywana tabliczka kusi ładną posypką widoczną przez okienko i... tylko tym. To wygląda jak jakaś zupełnie obca marka no-name, nie dziwię się, że kiepsko wyeksponowana zalega na sklepowych półkach. Tymczasem po przeprowadzeniu śledztwa dowiedziałam się, iż czekoladę wyprodukowała ta sama firma, która jest odpowiedzialna za markę Momami.



Opinie o tej czekoladzie znajdziecie także u Olgi oraz Zofiji. Teraz czas na moją skromną ocenę. Jak już wyżej wspomniałam, suto posypana tabliczka wygląda całkiem ładnie. Stop, tabliczka to złe sformułowanie - czekolada już fabrycznie została podzielona na osiem sporych kostek. Zazwyczaj nie lubię takich posunięć, ale tutaj dzięki owemu posunięciu unikamy usypywania się dodatków podczas łamania tabliczki na części. Niegłupie! Sama czekolada cechowała się ciepłym, dość jasnym odcieniem brązu, który mimo wszystko delikatnie wskazywał na to, iż kakao mamy tu ciut więcej niż klasyczne 30% (choć miazga kakaowa stoi dopiero na czwartym miejscu w składzie).

Czekolada pachniała słodko, mocno mlecznie, a zastosowane dodatki również subtelnie odznaczały się w aromacie. Po spróbowaniu samej czekolady przekonałam się, że rzeczywiście jest ona bardzo słodka. Wysoki poziom słodyczy nie był jednak równy posmakowi zleżałego cukru, jaki cechuje chociażby Milki wypuszczane na polski rynek. Mleko w proszku nie trąciło starością, a ślad kakao majaczył gdzieś tam w tle. Było znośnie jak na dyskontową czekoladę i wydaje mi się, że jest to jakość pi razy drzwi adekwatna do ceny (a tabliczka z tego co pamiętam kosztuje niecałe 7 zł). Mój Mąż próbując tej czekolady do porannej kawy w pracy czuł się usatysfakcjonowany, a warto nadmienić, że je wtedy mało wymagające słodycze. Ponadto trzeba przyznać, że czekolada całkiem przyjemnie rozpuszczała się w ustach (tłuszcz kakaowy na drugim miejscu w składzie robi swoje).



W dodatkach procentowo przeważają płatki kokosowe, które i tak niestety musiały zostać posłodzone. Nie mniej jednak, ich smak pozytywnie mnie zaskoczył. Nie mogę zgodzić się z Olgą, że jest to smak zupełnie zbieżny z typowymi wiórkami kokosowymi. Płatki były bardziej chrupkie, a mniej chrzęszczące. Miały w sobie nieco jędrności, a smak kokosa płynął z nich bez przeszkód. Wolałabym jednak, gdyby nie słodzono ich dodatkowo. Sama czekolada i tak funduje już spory cukrowy kop.

Producentowi należy się medal za to, iż nie kombinował przy malinach, co wcale nie jest tak oczywiste. Czekoladę posypano po prostu kawałkami liofilizowanych malin, a to najlepsze, naturalne rozwiązanie. Maliny nie były nadmiernie przesuszone, zachowywały się trochę jak miękkie gąbeczki. Przyznam jednak, że swą autentycznością i wyrazistością nie dorównały malinom wtopionym w Valrhona Blanc Ivoire Raspberry.

Sama z siebie nie kupiłabym tej tabliczki, ale zdecydowanie polecałabym dyskontom, aby szli w tą stronę przy wyborze asortymentu czekolad. Prosty skład nie buzi zgrozy, a smak bez większych przebojów zaspokaja potrzebę na coś słodkiego. Nie ma tu skrajnych pozytywów, ale też brak skrajnych negatywów - co przy czekoladach dyskontowych wcale nie jest takie oczywiste.


Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa), płatki kokosowe 12% (kokos, cukier, dekstroza, sól), liofilizowane kawałki malin 3%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 555 kcal.
BTW: 6,4/35/51

poniedziałek, 11 lipca 2016

Pralus Venezuela Trinitario 75% ciemna

 Źródło: cocoaandco.com

 

Kolejną neapolitanką po którą sięgnęliśmy podczas degustacji trzech maleństw od Francois Pralus była czekoladka o 75% zawartości kakao Trinitario pochodzącego z Wenezueli. Dokładniej, mowa o regionie Barlovento, gdzie znajduje się sporo maleńkich wiosek i kakaowych kolektywów. W Magicznej Szufladzie posiadam inną wenezuelską czekoladę Pralusa, z rejonu przylegającego bezpośrednio do Caracas - na nią jeszcze przyjdzie czas. Ciekawostką jest fakt, iż z ziaren Trinitario z Barlovento wywodzi się tłuszcz kakaowy wykorzystany do stworzenia boskiej Willie's Cocoa El Blanco.

Z całej trójki Venezuela charakteryzowała się najbardziej kremową barwą. Przy tak łagodnym wyglądzie tym bardziej zaskoczył mnie jej zapach. Niby jest tu owocowo, z przyprawowym zacięciem (odnajdujemy maliny, rodzynki, karmelizowane banany posypane korzennymi przyprawami z akcentem lukrecji) lecz... wszystko to przeniknął pewien świerzbiący i szczypiący w nos aromat. Momentalnie skojarzył mi się z wonią świeżo pomalowanej powierzchni. Ewidentnie, było tutaj coś, co można by połączyć z lakierem i farbą.

 

Po umieszczeniu kęsa w ustach przekonujemy się, iż Venezuela podobnie jak Sao Tome & Principe ma w sobie wiele zalepiającej, dobrze rozpuszczającej się wilgoci. W przeciwieństwie do poprzedniczki, jest to jednak masa serwowana na zimno. Czekolada nie bucha gorącem, jest raczej chłodną i nieprzystępną kobietą - choć bez wątpienia, bardzo urodziwą.

Jakże dwoiste były doznania związane z tą czekoladą. Z jednej strony, zawarte w niej nuty smakowe zdają się być gorące. Odnajdziemy tu bukiet aromatycznych kwiatów, esencjonalne pomarańcze, palony maślany karmel wymieszany z cynamonem. Z drugiej strony - mamy wrażenie obcowania ze śliskim lodem i śniegiem, ze zmrożonym błotem. To powiew wilgotnego mrozu, który zdaje się być dziwaczną kontynuacją zapachu farby. Gdzieś pomiędzy tym pojawiają się również dorodne włoskie orzechy.



Pomimo tak nietypowego zestawienia smaków, Venezuela jawi się nam jako czekolada łagodniejsza niż Sao Tome (ta bardziej przypominała zdecydowanego mężczyznę). Przypuszczam, że jest to kwestia jej kwiatowości. Mimo wszystko, Venezuela mocno trzyma na dystans. Nie pozwala w pełni zapaść się w mocy aromatów, jakie ze sobą niesie. Nietypowa doza mieszaniny chłodu i pozornego ciepła niemal jednoznacznie kojarzy się z lukrecją, która to nawet została wspomniana przez producenta na opakowaniu (na lukrecję uwagę zwróciła również Kimiko w swojej recenzji). 

Sao Tome, jako czekolada głębsza, bogatsza i bardziej gorąca - mocniej przypadła mi do gustu. Venezuela zaproponowała tyle ciekawych nut, że i tak z chęcią sięgnę kiedyś po jej stugramową wersję, uzupełniającym tym samym dzisiejszą recenzję.

PS Pyszności do Francois Pralus możecie zakupić za pośrednictwem Sekretów Czekolady.
Skład: ziarna kakao z Wenezueli, cukier, czysty tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 5 g.