piątek, 15 lipca 2016

Pralus Madagascar Criollo 75% ciemna

 Źródło: cocoarunners.com 


Po neapolitankach Francois Pralus z Sao Tome oraz Wenezueli, przyszedł czas na dobrze znany (?) Madagaskar. Po raz wtóry przenosimy się do regionu Sambirano, który eksplorowałam już nie raz dzięki tabliczkom Menakao. Kakao z Sambirano zostało wykorzystane także w madagaskarskiej propozycji Domori. Madagaskarskie Criollo poznałam już także w interpretacji Pralusa, a zdarzyło się to przy okazji degustacji Le 100% Criollo Magadascar. Recenzja tej czekolady jest jedną z najbardziej rozbudowanych, jakie znalazły się na moim blogu. Bardzo lubię powracać do jej lektury. Teraz po raz wtóry miałam podejść do madagaskarskiego Criollo przemienionego w tabliczkę w rękach Pralusa, tym razem przy mniejszym, bo 75% pułapie. Dokładniejszym rejonem pochodzenia użytego tutaj kakao są okolice portowego miasta Ambanja (północny obszar wyspy).


Z całej trójki madagaskarskie neapolitanki wydają się być najciemniejsze, no i oczywiście posiadają tak dobrze znane mi czerwonawe przebłyski. Przy wąchaniu zgrabnego maleństwa pieprzność drażni w nozdrza. Bogactwo ziół i kolorowego pieprzu roztacza się nad ziemisto-owocową gładzią, pełną cytrusowego orzeźwienia. Zapach był bardzo "madagaskarski", choć zadziwiła mnie owa ziołowość.

Czekoladka wyróżniła się swoją lepkością i plastelinowym rozpuszczaniem się. Nie było ono idealnie gładkie, nieco powolne, ale koniec końców moszczące się w ustach przyjemnie rześkim filmem. Ma ona w sobie specyficzną soczystą gęstwinę, która skojarzyła mi się z wonną żywicą, co było spójną kontynuacją ziołowego zapachu.



Z całej trójki próbowanych neapolitanek, Criollo Madagascar okazała się być najbardziej owocowa i kwaskowata, choć przy tym w miły sposób łagodna i nieprzesadnie dzika. W smaku dominowała cytryna, a dopiero za nią plasowały się charakterystyczne czerwone owoce (szczególnie porzeczki) oraz inne cytrusy. Pojawił się tu również wyraźny akcent wanilii, stanowiący bardzo ciekawe urozmaicenie. Majaczyły palone i ziemiste nuty, niczym fusy kawy. I... to wszystko. Smaczny kop, ale krótki. Zdecydowanie potrzebuję jej więcej, zwłaszcza po to, by próbować znaleźć powiązania z Le 100% Criollo. Macie to jak w banku, że za pewien czas zakupię ja w wersji 100 g i uzupełnię recenzję (Kimiko, pewnie Ciebie też to kusi? ;)).


PS Drogi Piotrze z Sekretów Czekolady... Proszę, nie wręczaj mi już neapolitanek. Prędzej czy później zakupię pełne wymiary przeróżnych czekolad, zamówię cały asortyment stugramowych Pralusów, obiecuję. Neapolitanki to dla mnie cierpienie ;).

Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier, czysty tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 5 g.

środa, 13 lipca 2016

J&K Chocolatier mleczna 34% z płatkami kokosowymi i malinami


Olga już od kwietnia trzymała dla mnie kawałki próbowanych przez siebie czekolad, zapraszając tym samym, by wpaść do niej na herbatkę. To wydawało się takie proste - po wizycie u klienta najbliżej położonego Wrocławia podjechać do niej, poplotkować godzinkę i wrócić do domu. Eh! W mojej pracy maj i czerwiec są bardzo gorącymi miesiącami, a każda dodatkowa czynność, którą włączam w tygodniu do grafiku, jest wykonywana po prostu kosztem snu. Nie mniej jednak w końcu zebrałam się w sobie, bo było mi najprościej w świecie wstyd. Nie dość, że nie zostawiam już praktycznie żadnych śladów na innych blogach niż swój, to zaniedbując realną relację czułabym się jeszcze gorzej. Zebrałam się w sobie i pojechałam do Olgi, chcąc jej tym samym wytłumaczyć przyczyny mojej ograniczonej obecności w sieci (i tak już raczej pozostanie).


Pewnego czerwcowego wieczoru Olga przekazała w moje łapki spore części dwóch tabliczek, które to ostatnimi czasy niezbyt ją urzekły. Z racji, iż tego dnia byłam jeszcze bez obiadu, uraczyłam się kawałkami obu z nich do pitej u Olgi herbaty. Najpierw sięgnęłam po czekoladę, którą już długi czas widuję na półkach Biedronki. Niecieszące się dużym zainteresowaniem czekolady spoczywają obok innych mlecznych tabliczek spod szyldu J&K Chocolatier, a mianowicie wariantu z kruszonymi orzechami laskowymi. Ja miałam okazję spróbować opcji bardziej oryginalnej, to znaczy z malinami i płatkami kokosowymi. Bazę stanowi mleczna czekolada o 34% zawartości kakao.

Nie mogę się nadziwić, jakim kluczem kieruje się Biedronka przy wybieraniu sezonowo dostępnych u siebie czekolad... Dziś opisywana tabliczka kusi ładną posypką widoczną przez okienko i... tylko tym. To wygląda jak jakaś zupełnie obca marka no-name, nie dziwię się, że kiepsko wyeksponowana zalega na sklepowych półkach. Tymczasem po przeprowadzeniu śledztwa dowiedziałam się, iż czekoladę wyprodukowała ta sama firma, która jest odpowiedzialna za markę Momami.



Opinie o tej czekoladzie znajdziecie także u Olgi oraz Zofiji. Teraz czas na moją skromną ocenę. Jak już wyżej wspomniałam, suto posypana tabliczka wygląda całkiem ładnie. Stop, tabliczka to złe sformułowanie - czekolada już fabrycznie została podzielona na osiem sporych kostek. Zazwyczaj nie lubię takich posunięć, ale tutaj dzięki owemu posunięciu unikamy usypywania się dodatków podczas łamania tabliczki na części. Niegłupie! Sama czekolada cechowała się ciepłym, dość jasnym odcieniem brązu, który mimo wszystko delikatnie wskazywał na to, iż kakao mamy tu ciut więcej niż klasyczne 30% (choć miazga kakaowa stoi dopiero na czwartym miejscu w składzie).

Czekolada pachniała słodko, mocno mlecznie, a zastosowane dodatki również subtelnie odznaczały się w aromacie. Po spróbowaniu samej czekolady przekonałam się, że rzeczywiście jest ona bardzo słodka. Wysoki poziom słodyczy nie był jednak równy posmakowi zleżałego cukru, jaki cechuje chociażby Milki wypuszczane na polski rynek. Mleko w proszku nie trąciło starością, a ślad kakao majaczył gdzieś tam w tle. Było znośnie jak na dyskontową czekoladę i wydaje mi się, że jest to jakość pi razy drzwi adekwatna do ceny (a tabliczka z tego co pamiętam kosztuje niecałe 7 zł). Mój Mąż próbując tej czekolady do porannej kawy w pracy czuł się usatysfakcjonowany, a warto nadmienić, że je wtedy mało wymagające słodycze. Ponadto trzeba przyznać, że czekolada całkiem przyjemnie rozpuszczała się w ustach (tłuszcz kakaowy na drugim miejscu w składzie robi swoje).



W dodatkach procentowo przeważają płatki kokosowe, które i tak niestety musiały zostać posłodzone. Nie mniej jednak, ich smak pozytywnie mnie zaskoczył. Nie mogę zgodzić się z Olgą, że jest to smak zupełnie zbieżny z typowymi wiórkami kokosowymi. Płatki były bardziej chrupkie, a mniej chrzęszczące. Miały w sobie nieco jędrności, a smak kokosa płynął z nich bez przeszkód. Wolałabym jednak, gdyby nie słodzono ich dodatkowo. Sama czekolada i tak funduje już spory cukrowy kop.

Producentowi należy się medal za to, iż nie kombinował przy malinach, co wcale nie jest tak oczywiste. Czekoladę posypano po prostu kawałkami liofilizowanych malin, a to najlepsze, naturalne rozwiązanie. Maliny nie były nadmiernie przesuszone, zachowywały się trochę jak miękkie gąbeczki. Przyznam jednak, że swą autentycznością i wyrazistością nie dorównały malinom wtopionym w Valrhona Blanc Ivoire Raspberry.

Sama z siebie nie kupiłabym tej tabliczki, ale zdecydowanie polecałabym dyskontom, aby szli w tą stronę przy wyborze asortymentu czekolad. Prosty skład nie buzi zgrozy, a smak bez większych przebojów zaspokaja potrzebę na coś słodkiego. Nie ma tu skrajnych pozytywów, ale też brak skrajnych negatywów - co przy czekoladach dyskontowych wcale nie jest takie oczywiste.


Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa), płatki kokosowe 12% (kokos, cukier, dekstroza, sól), liofilizowane kawałki malin 3%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 555 kcal.
BTW: 6,4/35/51

poniedziałek, 11 lipca 2016

Pralus Venezuela Trinitario 75% ciemna

 Źródło: cocoaandco.com

 

Kolejną neapolitanką po którą sięgnęliśmy podczas degustacji trzech maleństw od Francois Pralus była czekoladka o 75% zawartości kakao Trinitario pochodzącego z Wenezueli. Dokładniej, mowa o regionie Barlovento, gdzie znajduje się sporo maleńkich wiosek i kakaowych kolektywów. W Magicznej Szufladzie posiadam inną wenezuelską czekoladę Pralusa, z rejonu przylegającego bezpośrednio do Caracas - na nią jeszcze przyjdzie czas. Ciekawostką jest fakt, iż z ziaren Trinitario z Barlovento wywodzi się tłuszcz kakaowy wykorzystany do stworzenia boskiej Willie's Cocoa El Blanco.

Z całej trójki Venezuela charakteryzowała się najbardziej kremową barwą. Przy tak łagodnym wyglądzie tym bardziej zaskoczył mnie jej zapach. Niby jest tu owocowo, z przyprawowym zacięciem (odnajdujemy maliny, rodzynki, karmelizowane banany posypane korzennymi przyprawami z akcentem lukrecji) lecz... wszystko to przeniknął pewien świerzbiący i szczypiący w nos aromat. Momentalnie skojarzył mi się z wonią świeżo pomalowanej powierzchni. Ewidentnie, było tutaj coś, co można by połączyć z lakierem i farbą.

 

Po umieszczeniu kęsa w ustach przekonujemy się, iż Venezuela podobnie jak Sao Tome & Principe ma w sobie wiele zalepiającej, dobrze rozpuszczającej się wilgoci. W przeciwieństwie do poprzedniczki, jest to jednak masa serwowana na zimno. Czekolada nie bucha gorącem, jest raczej chłodną i nieprzystępną kobietą - choć bez wątpienia, bardzo urodziwą.

Jakże dwoiste były doznania związane z tą czekoladą. Z jednej strony, zawarte w niej nuty smakowe zdają się być gorące. Odnajdziemy tu bukiet aromatycznych kwiatów, esencjonalne pomarańcze, palony maślany karmel wymieszany z cynamonem. Z drugiej strony - mamy wrażenie obcowania ze śliskim lodem i śniegiem, ze zmrożonym błotem. To powiew wilgotnego mrozu, który zdaje się być dziwaczną kontynuacją zapachu farby. Gdzieś pomiędzy tym pojawiają się również dorodne włoskie orzechy.



Pomimo tak nietypowego zestawienia smaków, Venezuela jawi się nam jako czekolada łagodniejsza niż Sao Tome (ta bardziej przypominała zdecydowanego mężczyznę). Przypuszczam, że jest to kwestia jej kwiatowości. Mimo wszystko, Venezuela mocno trzyma na dystans. Nie pozwala w pełni zapaść się w mocy aromatów, jakie ze sobą niesie. Nietypowa doza mieszaniny chłodu i pozornego ciepła niemal jednoznacznie kojarzy się z lukrecją, która to nawet została wspomniana przez producenta na opakowaniu (na lukrecję uwagę zwróciła również Kimiko w swojej recenzji). 

Sao Tome, jako czekolada głębsza, bogatsza i bardziej gorąca - mocniej przypadła mi do gustu. Venezuela zaproponowała tyle ciekawych nut, że i tak z chęcią sięgnę kiedyś po jej stugramową wersję, uzupełniającym tym samym dzisiejszą recenzję.

PS Pyszności do Francois Pralus możecie zakupić za pośrednictwem Sekretów Czekolady.
Skład: ziarna kakao z Wenezueli, cukier, czysty tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 5 g.

sobota, 9 lipca 2016

Zotter Overdose karmelowo-kawowa z dyskiem z koziego mleka i żarówkami z czarnej porzeczki



Podczas wiosennego zamówienia Zotterów zwróciłam uwagę chłopakom z Czekolady Zotter Polska (biokredens.pl), iż w tym roku za nic nie mogę przegapić ziołowo-koziej Mitzi Blue o nazwie Minty Goat. Cudeńko trafiło w moje ręce, lecz zostałam uświadomiona, że Minty Goat nie jest jedynym kozim dyskiem w ofercie Zottera. Stworzył on bowiem jeszcze taki twór, jak Overdose. W zasadzie nie interesowało mnie, co na ową czekoladę się składa. Ważne, że było tam kozie mleko, a czekolady z kozim mlekiem biorę w ciemno. Próbowana niegdyś klasyczna Zotter Ziegenmilch podbiła moje serce i już na zawsze wryła się w pamięć.

 

Overdose okazała się być jedną z bardziej urozmaiconych i ciekawszych Mitzi Blue. Jakim cudem dotąd nigdy nie zwróciłam na nią uwagi? Nie mogłam się temu na dziwić, no ale koniec końców miałam ją. W środku znajduje się mały dysk wykonany z analogicznej czekolady jak Ziegenmilch. Mamy tu ciemną czekoladę wzbogaconą o kozie mleko. Baza (duży dysk) również jest bardzo ciekawa i oryginalna. To biała czekolada (a nie widać!), którą wymieszano z karmelem oraz specjalnie przygotowanym przez Zottera blendem ziaren kawy z Kolumbii, Meksyku i Indii. Znalazło się w niej miejsce na szczyptę wanilii i cynamonu.

Jeszcze za mało urozmaicenia? Proszę bardzo! Gdyby tego było mało, w dużym dysku zostało zatopionych kilka (u mnie sześć) żarówek z czekolady z czarnej porzeczki. Zapowiadała się istna bomba smaków! Zwłaszcza, iż już sama grafika na opakowaniu, niezwykle barwna i dynamiczna, sugerowała nadchodzącą eksplozję...


 
Rzadziej sięgam po Mitzi Blue również dlatego, iż są to czekolady bardzo kruche, łatwo łamiące się. Rzadko kiedy mam możliwość rozkoszowania się widokiem całej tabliczki po jej rozpakowaniu. Ponadto, nietypowy kształt częstokroć utrudnia równy podział czekolady pomiędzy mnie a Męża. Na szczęście, w tym wypadku parzysta liczba porzeczkowych żarówek pozwoliła nas po równo zadowolić.

Cała czekolada pachniała bombowo. Aromaty kawy, karmelu, kakao i koziego mleka tak spójnie wymieszały się w jedną smakowitą woń, iż w głowie pojawiło się wyobrażenie jednolitej tabliczki zawierającej w sobie wszystkie te składniki. A może po prostu dobrej ciemnej czekolady o takim bogactwie? Gdy dodamy do tego przebijający się zapach czarnych porzeczek oraz wanilii, możemy sobie pomyśleć, że to rzeczywiście wszystko sprawka kakao. Po otwarciu oczu mnogość barw przypomina nam o realiach. Nie ma sprawy, taka kolorowa tabliczka to przecież świetna rzecz. Ale od czego tu zacząć?


Degustację rozpoczęliśmy od tego, czego było najwięcej, a więc od kawowo-karmelowej białej czekolady. Przyznam, że póki nie wgryzłam się w mały dysk, trudno mi było uwierzyć, że w dużym dysku nie ma ani grama koziego mleka. Mleczny karmel wymieszany z aromatyczną i mocną kawą, położony na dobrej jakości tłuszczu kakaowym - sprawiał wrażenie właśnie takich kozich posmaków, palonych i dzikich.

Dopiero wgryzienie się w mały dysk stworzony z ciemnej koziej czekolady sprowadziło mnie na ziemię. Prawdziwą kozę odnajdziemy właśnie tu. Wyraźne wspomnienie o Ziegenmilch wróciło do mnie natychmiastowo. Mały dysk to właśnie taka wyrazista, mocno kakaowa czekolada, z charakterystycznym słono-pikantnym akcentem niczym w kozim serku. Wróćcie sobie do mojej recenzji Ziegenmilch i odnieście to wszystko do małego dysku w Overdose.

Gdy powróciłam do karmelowo-kawowej czekolady po uświadomieniu sobie, że koza jest tylko w sercu naszej Mitzi Blue - doznałam szoku. Po prawdziwym kozim kopie powrót do kremowego raju z karmelu i kawy był naprawdę spektakularny. Teraz owa biała czekolada wydawała się o wiele bardziej błoga, rozkoszna niczym gładziutki karmelowo-kawowy krem. Ponadto, uwydatniły się cynamon i wanilia, tworząc iluzję wymyślnej karmelowej kawy z dobrej kawiarni, przyprawionej w przemyślany sposób. Zestawienie tej przepysznej białej czekolady z ciemną kozią czekolady było naprawdę spektakularne. Moje kubki smakowe czerpały wielką przyjemność z tej gry kontrastów.



Dopiero po oswojeniu się z tym połączeniem zdecydowałam się na wprowadzenie trzeciego elementu do zabawy. Żarówki z białej czekolady, w której część mleka w proszku zastąpiono proszkiem z czarnych porzeczek nadawały kompozycji niebywałej świeżości, czyniąc ją jeszcze bardziej dynamiczną i zaskakującą. Nie znalazłam w nich ni krzty mydlaności czy przesłodzenia - one były autentycznie porzeczkowe, naturalne aromatyczne. Przypomniałam sobie o Blackcurrants In & Out. Co ciekawe, nie było to skojarzenie z samą warstwą porzeczkowej czekolady okalającą całość, lecz z ogólnym wrażeniem, jakie pozostawiła po sobie kompozycja. A owym wrażeniem była wspaniała soczystość, żywa kwaskowatość, po prostu autentyczna, dojrzała na pełnym słońcu czarna porzeczka.

Overdose bardzo mnie zaskoczyła. Okazała się być jedną z najbardziej dynamicznych Mitzi Blue, jakie miałam okazję dotąd jeść. Zotter połączył w niej kilka bardzo wyrazistych smaków, które wzajemnie dopełniały się i przeplatały. Wspaniale bawiłam się, próbując raz po raz trzech części tabliczki, w różnych zestawieniach. Pomimo nazwy, czekolada absolutnie nie powoduje odczucia przesytu, przedawkowania czegokolwiek. Owszem, jest to mocne doznanie, ale harmonijne w swej żywiołowości i zupełnie nieprzytłaczające.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, kozie mleko w proszku 2%, ziarna kawy 1%, suszone czarne porzeczki 1%, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, mielona kawa 0,1%, wanilia, sól, cynamon.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 579 kcal.
BTW: 7,4/40/47