poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Willie's Cocoa El Blanco Venezuelan 00 biała 36%

 

Gdy jakiś czas temu po raz enty przeglądałam internetowy sklep Sekretów Czekolady, moją uwagę przykuły eleganckie, a przy tym proste opakowania marki Willie's Cacao. Jak się okazało, oferta tej brytyjskiej manufaktury to nie tylko kuszące czyste tabliczki single-origin, ale również rozmaite wariacje na temat czekolad z dodatkami. Zresztą, co ja się będę tutaj produkować, skoro Willie's Cacao posiada przepiękną stronę internetową. Zapoznacie się na niej nie tylko z ofertą firmy, ale i z historią pasji właściciela firmy - Willie Harcourt-Cooze. Oprócz tego: garść cennych informacji o historii i tworzeniu czekolady, świetna mapa aromatów czekolad single-origin, a także... zbiór czekoladowych przepisów. Koniecznie zajrzyjcie na tą witrynę, zaczytując się w nią można przepaść na dłuższy czas - jest naprawdę urokliwa. Polecam!

 Gdy w końcu zdecydowałam się złożyć zamówienie w Sekretach Czekolady, pomimo mojej coraz to silniejszej chęci do eksplorowania świata ciemnych czekolad single-origin - mój wybór co do Willie's Cacao był oczywisty. Zdecydowałam się na białe cacuszko, o którym wspominałam już przy recenzji Vivani z chili. Biała czekolada w ofercie tej marki to kolejny niezbity dowód na to, że traktowanie białych pereł jako NIECZEKOLADY jest dla nich bardzo krzywdzące. Zwłaszcza, gdy przyjrzymy się składowym naszego El Blanco.


 Wprawdzie El Blanco nie zawiera aż 39% tłuszczu kakaowego tak jak biała Vivani z wanilią, nad którą zachwycały się Kimiko i Czoko. Posiada go jednak jedynie o 3% mniej, co i tak sprawia, że jest bogatsza w masę kakaową (nie miazgę!) od niejednej czekolady mlecznej. I tak, masło kakaowe stoi tutaj na pierwszym miejscu w składzie. Nie jest to jednak byle jaki tłuszcz kakaowy, o nie! Właściwie można uznać, że El Blanco to biała single-origin. Tłuszcz kakaowy użyty do jej wykonania pochodzi z ziaren odmiany Trinitario wyhodowanych w wenezuelskim regionie Barlovento. Mleko w proszku występujące w składzie na drugim miejscu pozyskane zostało od krów na brytyjskich farmach, zaś plasujący się na trzecim (i ostatnim!) miejscu cukier trzcinowy pochodzi bodajże z Guadelupy. Obecnie na opakowaniach nie ma takiej informacji, jednak przeglądając dawne recenzje El Blanco w sieci doszukałam się właśnie takiej informacji. Być może dziś do produkcji El Blanco używany jest inny cukier trzcinowy, dlatego nie traktujcie tego jako pewnika.

Nie mniej jednak, El Blanco to unikat wśród bieli. To tylko trzy składniki uformowane w mały gruby kwadracik. Willie w żaden sposób nie poszedł tu na łatwiznę, ba - rzucił się na głęboką wodę. El Blanco zostało bowiem wykonane bez dodatku lecytyny sojowej. Nic tutaj nie jest na siłę emulgowane - to wręcz pierwotna biała czekolada. Kolejnym fenomenem jest brak zastosowania wanilii. Owszem, prawdziwa wanilia jest cennym i smakowitym dodatkiem w czekoladach, jednakże w tak surowej białej czekoladzie mogłaby być czynnikiem korygującym ewentualne wady produktu. Tutaj nie ma szansy na takie udogodnienie. Trio masła kakaowego, mleka oraz cukru trzcinowego musi zagrać idealnie - bez suflera, playbacku i korekcji dźwięku. I to zagrać nie z byle jakiej okazji, bo... na moim ślubie. 

 

Tak, dobrze czytacie. Upatrzyłam sobie El Blanco właśnie po to, by zdegustować ją wraz z moim Ukochanym do kawy pitej o poranku w dniu naszego ślubu. Na szczęście mogliśmy stworzyć nasz ślub takim, jaki sobie wymarzyliśmy, więc w ten dzień nie musiałam być od świtu strojona w białe falbany i zdobiona perfekcyjnym makijażem. O umówionej godzinie nie przyjeżdżała po nas biała limuzyna ani kareta zaprzężona w siwe andaluzy, aby zawieźć nas pod zabytkowy kościółek (co to by była za herezja!), z którego tłum gości dosłownie by się wylewał. Do urzędu zabraliśmy się wraz z ósemką gości dwoma samochodami, a ubrana byłam w czekoladową sukienkę kupioną dzień wcześniej w sklepie z używaną odzieżą. Nie mieliśmy obrączek, bo i tak byśmy ich nie nosili, a na kameralnym obiedzie po każdy mógł zamówić sobie co chciał z głównego menu restauracji. "Wesele" i "poprawiny" odbyły się w jeszcze bardziej kameralnym gronie w poznańskich piwnych multi-tapach. Skoro nic na naszym ślubie nie było niewinnie i czysto białe, to przed warto było chociaż zjeść białą czekoladę. Oczywiście wyjątkową.

 Śliczny zgrabny kartonik kryje w sobie również bardzo ładne i proste złotko. Po jego rozcięciu naszym oczom ukazała się niepodzielona na kostki gruba biała tafla. Jedynym zdobieniem było wyrzeźbione w centralnej części tafli logo Willie's Cocoa (znajdowało się ono tylko na wierzchniej stronie). Wygląd tabliczki jest prosty i bardzo estetyczny. Małe dzieło sztuki, które swym zewnętrznym nieprzekombinowaniem skłania do głębokiej kontemplacji przy badaniu pozostałymi zmysłami.



Podzielilśmy taflę na dwie równe części, po czym z wielkim zaciekawieniem zaciągnęliśmy się zapachem El Blanco. Doznaliśmy szoku. Węch zwariował. Wszystko to, co dotąd wydawało się być zapachem dobrej białej czekolady - runęło. Gdybym dostałam El Blanco do powąchania jako zagadkę, z zawiązanymi oczami - nigdy bym nie odgadła, że to biała czekolada! Uderzył nas bardzo bogaty bukiet aromatów - kwiatowych, kawowych, lekko tytoniowych. Śmietankowe i waniliowe nuty tylko przebrzmiewały w tle. Obstawiałabym, że to dobrej jakości czekolada z zawartością kakao na poziomie ok. 60%. Naprawdę!

Tabliczka łamie się łatwo i w bardzo specyficzny sposób, niczym tafla twardego tłuszczu kakaowego - lekko topiąc się w palcach. Kęs umieszczony w ustach bardzo prędko zalepia buzię, robiąc to z ogromną mocą. Konsystencja jest zupełnie inna niż w białych czekoladach, a mianowicie mazisto-szorstka i mocno tłusta (ale jest to zdecydowanie przyjemna tłustość). Szczelnie oblepia kubki smakowe pierwotną niby-gładką mazią, atakując je szokującym jak na białą czekoladę bogactwem. Węch już zwariował, teraz szaleje zmysł smaku.

To tak, jakbyśmy wwąchiwali się w bukiet złożony z mnóstwa gatunków polnych i ogrodowych kwiatów, nasyconych słońcem i ciepłym letnim deszczykiem. Następnie do gry wchodzi tłuste, tak bardzo naturalne mleko, ze swoją specyficzną słodyczą. O tak, słodycz w tej czekoladzie jest wyraźna, bardzo miła - ale absolutnie nie można tu mówić o jakimkolwiek przesłodzeniu. Słodycz jest bardzo wyważona, delikatna, czuła. Wraz z odczuciem mlecznej słodkości przychodzi wanilia, której przecież i tak nie ma w składzie. Czujemy tłustość domowej śmietany i świeżo ubitego masła - które są tyle gładkie, ile jeszcze szorstkie i surowe.

Dalej pojawiają się jakby ciemniejsze nuty, choć w połączeniu z wszystkim tym, co odnaleźliśmy tu wcześniej - wydają się być bardzo świetliste. Czujemy las - ściółkę o przypalono-wilgotnym tytoniowym odcieniu, mech, igliwie, korę, wiatr hulający radośnie pomiędzy gałęziami pełnymi jędrnych liści. Potem znów powraca łąka pełna polnych kwiatów i nieco przesuszonej słońcem trawy - by lawirować w stronę czerwonych owoców: jarzębiny, dojrzałej czerwonej porzeczki i... a któż by nazwał, co tam jeszcze było. Ba, w końcu cukier trzcinowy też nadaje tutaj dodatkowego bogactwa, tak jakby subtelnie orzechowego.

El Blanco to niespotykana w innych białych czekoladach dzikość i świeżość. To tabliczka, którą bez problemu można degustować wraz z ciemnymi single-origin, zupełnie im nie urągając. To 100% czekolady pomimo braku miazgi kakaowej. Niezwykle naturalna, niespotykanie bogata - klasyczne białoczekoladowe nuty manewrują tutaj gdzieś w tle, dając wyjść na pierwszy plan kwiatom, liściom, owocom... 


Jednym zdaniem - El Blanco jest niezbitym dowodem na to, jak ogromne znaczenie ma jakość TŁUSZCZU KAKAOWEGO. Starannie wyselekcjonowany, odpowiednio traktowany - niesie ze sobą całe mnóstwo nut, które z pewnością odnalazłabym w ciemnej czekoladzie stworzonej z kakao z wenezuelskiego Belovento. Bez cienia wątpliwości stwierdzam, iż moje podniebienie jest dumne z tego, że poszło do ślubu ubrane w piękną suknię z El Blanco.

Skład: tłuszcz kakaowy 36%, mleko w proszku 34%, surowy cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 36%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 612 kcal.
BTW: 8,6/45,7/41,3

piątek, 21 sierpnia 2015

Zotter Cherries and Almonds biała karmelowa z nadzieniem wiśniowym i migdałowym

 

 W dotychczasowych rozważaniach na temat zotterowskiej serii Spring Specials mogliście się przekonać, jak wiele sprawiła mi ona przyjemności. Wakacyjne tabliczki, które zakupiłam dzięki Czekolady Zotter Polska - za każdym razem odkrywały przede mną inną twarz lata. Muszę przyznać, że na Cherries and Almonds czekałam jednak z wyjątkowym utęsknieniem. Raz, że polewę stanowi w niej biała karmelowa czekolada, której boskość poznałam już w Zotter Namaste India. Dwa, że połączenie migdałów i wiśni wydaje mi się czymś idealnym. Migdały występują w moim jadłospisie przez cały rok i jestem ich wielką fanką, natomiast wiśnie to dla mnie prawdziwe królowe lata. W ogrodzie mam trzy stare drzewa wiśni i gdy owoce już dojrzeją, dzień w dzień na śniadanie wcinam mocno kakaową owsiankę z dodatkiem orzechów oraz całej fury wiśni. To dla mnie smak lata, kojarzący mi się niezwykle pozytywnie. A należę do osób, które wiśnie kochają milion razy mocniej od czereśni.

 Grafika na opakowaniu wyszła jak zwykle spod rąk Andreas H. Gratze - ten kolaż naprawdę przykuwa wzrok, urzeka. Kobieta o wiśniowych włosach poddaje się atakowi wycinanek w kształcie migdałów. Zdecydowanie wolę takie obrazy, niż niezidentyfikowane wzorki chociażby na opakowaniu Miraculous Chokeberry. Szkoda tylko, że na odwrocie mojego egzemplarza Cherries and Almonds umieszczono nalepkę z tłumaczeniem składu zupełnie innej czekolady, a mianowicie Cherries with Vanilla. Swoją drogą, to bardzo ciekawie zapowiadająca się czekolada (ten przekrój!) i na pewno muszę ją mieć.


Po rozpakowaniu naszego cacuszka urzeka nas jego przepiękna karmelowa barwa. Od razu przypomniałam sobie zapierającą dech w piersiach Namaste India. W zapachu jednak Cherries and Almonds to zupełnie inna bajka - w końcu wnętrze tej czekolady jest diametralnie inne od biało-karmelowej poprzedniczki. Tutaj woń jest bardzo delikatna, nienarzucająca się. Wyczuwamy świeżość owoców, ale jest ona przytłumiona specyficzną mydlanością, wywodzącą się z połączenia wanilii, mleka, tłuszczu kakaowego, karmelu i migdałów. Zapach sugeruje, że będzie to kompozycja bardzo spokojna.

Przekrój tabliczki jest piękny. Gruba warstwa białej karmelowej czekolady okrywa gładki nugat migdałowy, leżący na również bardzo gładkim wiśniowym musie. Wtopienie się zębami we wszystkie warstwy na raz jeszcze mocniej przeświadcza nas o gładkości i spokoju, jakie płyną z Cherries and Almonds. Biorąc kęs do ust po prostu zatapiamy się w miękkości, subtelności, aksamicie. Wszystkie warstwy tej czekolady mają jednolitą strukturę, co jest dość unikalne w wielowarstwowych Zotter Handscooped. Wszystko jest absolutnie bosko miękkie, przypomina najdelikatniejsze świeże ciasto. To jest jak miłe przebudzenie się w letni poranek w pachnącej słońcem i czystością mięciutkiej pościeli. Miękko, miękko, miękko! Mięknę!



Następnie rozpracowujemy marcepan, a właściwie nugat migdałowy. Tak, to jest bardziej trafna nazwa - bowiem tak delikatnego marcepanu nie znaleźć można nigdzie. Nugat jest zaskakująco kremowy, nieprzesłodzony i zupełnie niemarcepanowy - także przez wzgląd na brak nuty spirytusowej. Indywidualność migdałów została tu zachowana w 100% i przeistoczona w idealnie gładki krem. Absolutnie nie ma tu surowości i szorstkości, jaka pojawiła się chociażby w nugacie sezamowym w Goji Berries in Sesame Nougat. W Cherries and Almonds mamy zupełnie inny nugat niż ten, jaki odnalazłam w Zotter Nougsus Almond Nougat.

Dalej przechodzimy do obfitej warstwy wiśniowej. Ojejku... To smak prawdziwych, cierpko-słodkich, dojrzałych, nasyconych słońcem wiśni. Nie uderza kwaśnością, a uwodzi delikatną słodyczą. Jeśli dotąd wiśnie w słodyczach kojarzyły Wam się tylko z alkoholowymi, przearomatyzowanymi nadzieniami - to Cherries and Almonds wywróci Wasze wyobrażenia do góry nogami. Nigdy dotąd nie przypuszczałam, że wiśnie mogą zostać zaklęte w tak subtelny twór.

Cóż tu więcej pisać. Odmieńce słowa gładkość i delikatność przez wszystkie przypadki, znajdźcie dla nich wszystkie synonimy - to jest właśnie opis tej przepysznej czekolady. To rozkoszne połączenie jest niczym wymarzone wykwintne ciasto. Mega gładkość przepięknych i jakże prostych warstw, zero przekombinowania i przesłodzenia. Można by tego zjeść ogromne ilości, tak lekka wydaje się być Cherries and Almonds. Esencja letniego spokoju, dotykanie płatków kwiatów, gładka pościel, ciepły drobny piaseczek, głaskanie. Po prostu mmmmmmmmmmmmmmmmmmm....


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, migdały 8%, wiśnie, syrop glukozowo-fruktozowy, koncentrat wiśniowy 3%, odtłuszczone mleko w proszku, suszone wiśnie 3%, słodka serwatka w proszku, pełen cukier trzcinowy, masło, lecytyna sojowa, sól, wanilia, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), cynamon, olej z gorzkich migdałów, płatki róż.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 524 kcal.
BTW: 6,3/35/44


wtorek, 18 sierpnia 2015

Manufaktura Czekolady ciemna Ekwador 80% z ksylitolem

 

Bez elementu dosładzającego trudno wielu osobom wyobrazić sobie czekoladę. Ba, dla gro osób jest to najważniejsza funkcja czekolady - zasładzanie. Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że tacy ludzie będą zachwycać się  tabliczkami 100% kakao. Choć może z drugiej strony to właśnie one pomogły by im odkryć, że w czekoladzie tak naprawdę najważniejsze jest kakao, a nie cukier. Że wspomnę tu tylko o boskiej Domori Il100% Criollo, przy której aż się wierzyć nie chciało, że nie ma tu ani odrobinki cukru, owoców czy mleka.

W innych przypadkach niż czekolady 100% kakao, cukier rzadko jest wypierany ze składu produktu. Wprawdzie Zotter stosuje zdrowszy i smaczniejszy surowy cukier trzcinowy, ale nadal w większości tabliczek odnajdziemy pospolity cukier buraczany. Będąca przedmiotem dzisiejszych rozważań Manufaktura Czekolady też zresztą taki stosuje w większości swojej oferty. Jako alternatywa dla cukru raz na jakiś czas spotykane są poliole. Znaleźć je możemy przede wszystkim w czekoladach charakteryzowanych jako dietetyczne, a samo takie nazewnictwo już mi się źle kojarzy. Maltitolem słodzona jest linia Lekka z Wawelu, zaś marki takie jak Torras czy Plamil chlubią się produkowaniem wszystkich swoich czekolad bez dodatku cukru. Torras stosuje stewię i erytrol (opis jednej z ich czekolad znajdziecie tutaj), natomiast Plamil ksylitol. Ksylitol stał się zamiennikiem cukru także w dziś opisywanej czekoladzie.

Nasza polska Manufaktura Czekolady sięgnęła po ksylitol jako jedyny dodatek do 80% ziarna kakao z Ekwadoru. Dzięki temu czekolada staje się naprawdę ciekawą propozycją - nie ma miejsca na inne zapychacze, jakie są często stosowane w innych bezcukrowych czekoladach o mniejszej zawartości kakao. Kto jak kto, ale ekipa Manufaktury akurat dobrze wie, że najważniejsze jest wysokiej jakości kakao. Manufakturowych wariacji na temat ekwadorskiego kakao próbowałam już w tabliczkach 60% (z mlekiem i wanilią) i 70% (z chili oraz ze słodem whisky) - spodziewałam się więc wspaniałego bogactwa okraszonego czymś zupełnie dla mnie nowym - ksylitolem. Przygotowując tą recenzję chciałam przybliżyć Wam ów słodzik, ale ubiegły mnie kochane Candy Pandas, publikując na swoim blogu obszerny wpis na temat ksylitolu, czyli cukru z kory brzozy. Po informacje o właściwościach tego słodzidła odsyłam więc do nich. Ciekawy jest fakt, że dziewczyny bardzo często używają go do wypieków.



 Przejdźmy w końcu do głównej bohaterki tego wpisu. Klasycznego wyglądu tabliczka od Manufaktury - jak zwykle skromnie, pięknie i szczelnie opakowana - przy podziale na kostki zaskakuje nas. Znów pojawia się muzyka - czekolada gra tak samo jak manufakturowa 60-tka z mlekiem i wanilią oraz jak Morin Panama 70%. Jest to dźwięk upadających kostek domino, głuchy trzask. Dodatkowo, bardzo gładki i świetlisty zewnętrzny wygląd kostek sprawia, że czekolada wygląda niczym plastikowa ozdoba, a przy tym wydaje się być bardzo lekka.

W zapachu od razu uderza nas bukiet świeżo rwanych łąkowych kwiatów, który przechodzi w kwaśność dzikich owoców - by po chwili wydobyć z siebie również słodycz tych pełnych i dojrzałych. Słowem - aromat tej czekolady to skąpany w słońcu, nieco zapuszczony ogród. Dzikość i natura.

W smaku - pierwsze wrażenie przynosi zaprzeczenie gładkiego wyglądu. Atakuje nas szorstkość, wybitna ziemistość. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Następnie uderza fala octowej kwaśności, prędko przechodząc w krótki i mocny finisz - wyraźnie ściągający, a przy tym zaskakująco kwiatowo-miętowo orzeźwiający.

Ta czekolada nie rozpływa się w ustach - jest niczym gruda wilgotnego piachu z doniczki wsadzona do buzi. Ewidentnie, wyczuwa się w niej jakby odrębne grudki ziemi. Ma sobie bardzo dużo kwaśności: octowej i pełnej niedojrzałych owoców. Paradoksalnie, po chwili kontemplowania tej czekolady - po skojarzeniu z ziemią pojawia się... drewniana deska. Deska tyle samo pachnąca jeszcze lasem i żywicą, co lakierem i farbą. Jest to w miarę spójne z zewnętrzym wyglądem tabliczki i oddaje fakt, że pomimo swej surowej ziemistości czekolada mimo wszystko jest... lekka. Tak, lekka. Wszystkimi zmysłami oprócz ziemi wyczuwam tu także drewno. Przy dłuższym obcowaniu z czekoladą pojawia się także posmak pleśni - niczym w nadpleśniałym razowym chlebie.




  Struktura tej tabliczki jest wybitnie ciekawa i złożona. Im dłużej się ją je, tym staje się coraz to bardziej przystępna - bardziej kwiatowa niż kwaśna, odsłaniająca naturalne słodkie nuty, niezwykle odświeżająca. Rozcierając w ustach kostkę odkopujemy się ze zwałów gleby i drewna - odkrywamy, jak wiele orzeźwienia przynosi ze sobą. Jakże wyraźny staje się ów efekt chłodzenia - niemal taki, jakby czekolada dopiero co została wyjęta z lodówki! Kontrolę nad kwasem, ziemią, drewnem i pleśnią przejmują surowa słodycz i lekkie miętowe chłodzenie. Po lekturze opisu ksylitolu u Candy Pandas już wiem, że jest to zasługa tego słodzika.

Gdy zbierzemy do kupy całe bogactwo kakao z Ekwadoru, jakie w wysokiej ilości 80% zaserwowała nam Manufaktura Czekolady - podsumować je możemy jako ciężkie, przytłaczające, ordynarne. Jakie bowiem mogą być ziemia, drewno, pleśń i kwas połączone w jedno? Nawet kwiatowość i dzikie owoce nie będą w stanie odciążyć tej kompozycji. I tutaj z pomocą przyszedł ksylitol.

Nie wiem, jak ta czekolada smakowałaby z dodatkiem cukru buraczanego - śmiem przypuszczać, że była by o wiele trudniejsza w odbiorze. Tym czasem ksylitol przynosi zbawienne przełamanie - mięta, rześkość, miła słodycz. W żaden sposób nie zaburza to złożoności smaków ekwadorskiego kakao, a raczej jeszcze dodatkowo go wzbogaca, urozmaica. Endorfiny uderzają do głowy, w ustach szaloną galopadę urządza sobie nietypowy miks smaków - a wszystko to jest dla konsumenta jeszcze bardziej zdrowe właśnie przez zastosowanie ksylitolu. 


Manufakturo Czekolady - stworzyłaś genialne, złożone dzieło, które fenomenalnie jadło mi się w upał. Ksylitol i wyraziste ekwadorskie kakao są tutaj parą tak kontrastową, że aż idealnie dobraną do siebie. Polecam wszystkim, którzy szukają w czekoladzie bogactwa, świeżości, a przy tym zdrowia (choć przecież takie kakao samo w sobie jest wybitnie zdrowe).

Skład: ziarno kakao z Ekwadoru 80%, ksylitol (cukier brzozowy).
Masa kakaowa min. 80%.
Masa netto: 50 g.

sobota, 15 sierpnia 2015

Lindt Mango Lassi mleczna z nadzieniem jogurtowym i mango


Dzisiaj wyjeżdżam na upragniony urlop. Nie będzie mnie dwa tygodnie. W tym czasie przyjdzie mi funkcjonować bez dostępu do internetu, z czego jestem bardzo rada! Będę mieć milion innych (lepszych!) zajęć niż blogowanie. W trakcie mojej nieobecności recenzje będą publikowały się automatycznie co trzy dni. Życzę Wam przyjemnej lektury, a sobie samej... udanej wyprawy! Mam zamiar przywieźć mnóstwo pięknych wspomnień, a dla Was również recenzje wielu czekolad. Znajdą się wśród nich nowości od Lindta, Rittera i Studentskiej, bowiem między innymi takie tabliczki zabieram ze sobą w podróż.

Nim po powrocie przedstawię Wam pozostałe nowości od Lindta, serwuję dla Was ich mały przedsmak. Mając ewidentnego pecha w trafieniu w naszych krajowych sklepach na nowe Lindty i Ritter Sporty po przystępnej cenie - podczas pobytu w rodzinnej miejscowości mojego Męża wybraliśmy się na spacer do marketu u zachodnich sąsiadów. Zakupiłam niemalże wszystko, na co polowałam - w cenie niższej, niż w Polsce. Czaiłam się także na opcję Mango Lassi z najnowszej edycji Hello Nice To Sweet You, ale dorwałam ją tylko w formacie batonika, a nie 100-gramowej tabliczki. Lepszy rydz niż nic.

Mango lassi jest tradycyjnym indyjskim napojem, którego nigdy nie miałam okazji spróbować. W zasadzie jego samodzielne wykonanie nie jest trudne, ale sporządzanie takich potraw jakoś nie jest mi po drodze. Mimo to, z chęcią skosztowałabym oryginału. W końcu chłodny miks naturalnego jogurtu z rozdrobionym mango, przyprawiony kardamonem i wodą różaną - brzmi naprawdę kusząco - szczególnie w upał. Ciekawostką jest fakt, że tradycyjne lassi ma smak słony i doprawione jest chili, często z cytryną zamiast mango. Lassi może występować również z innymi owocami na przykład z truskawkami.

Ów napój został zaklęty w mleczną czekoladę Lindta, a dokładniej w jej nadzienie. Niestety bazę jasnocytrynowego w barwie wnętrza stanowi cukier oraz olej palmowy. Nie użyto tu ani grama tak lubianego przeze mnie w nadziewańcach Lindta masełka. Składniki charakterystyczne dla lassi występują tu w niewielkich ilościach: 5% jogurtu w proszku (z odtłuszczonego mleka), 1% proszku z mango, a woda różana znajduje się w składzie na ostatniej pozycji. Kardamonu (a tym bardziej chili) - zupełnie zabrakło. Nie popadałam jednak w rozgoryczenie, zarzucając Lindtowi niedbalstwo - prawdziwej ocenie podlega smak.



 Wraz z Ukochanym przełamaliśmy batonik na pół (a właściwie... to chyba sam już zdążył się przełamać podczas transportu ze sklepu) - każdy miał do dyspozycji trzy podłużne, grube kostki. Mango Lassi pachnie delikatnie, ale kusząco - rozpoznawalna woń lubianej przeze mnie mlecznej czekolady od Lindta przełamana została odświeżającymi akcentami jogurtu i kwaśnych owoców.

 Pierwszy kęs poprowadzony przez całą grubość kostki wprowadza nas w świat nietypowej rześkości. Najpierw wyczuwamy coś podobnego do limonki, co potem przechodzi w mocno kwaskowaty jogurt okraszony odrobiną mango. Wszystkiemu towarzyszy specyficzna, gorzkawo-duszna nuta, którą skądś kojarzyłam, lecz nie potrafiłam jej jednoznacznie zidentyfikować. Być może jest to właśnie woda różana - nie wiem, bowiem nie miałam z nią do czynienia solo.

W kolejnych kęsach skupiamy się na poszczególnych elementach, co w ostateczności ukazuje nam z pozoru prosty, a jednocześnie etapowy charakter tej czekolady. Usta zalewa wspaniała, rozkoszna słodycz mlecznej czekolady Lindta. Fani sporej dawki słodkości powinni być zadowoleni - zwłaszcza, że słodycz ta ma w sobie przyjemne kakaowo-mleczne odcienie.

Potem do głosu dochodzi mydlaność mango połączona spójnie z kwaskowatością jogurtu - duet specyficzny, nie dla każdego. Byłby o wiele milszy, gdyby jego bazą nie był olej palmowy wymieszany z mlekiem w proszku. Nadzienie jest samo w sobie dość zbite, mało kremowe, pozbawione choćby krzty wykwintności - jego struktura jest pospolita i może nawet trochę ordynarna. To bym zmieniła. Charakterystyczny smak jogurtu i mango byłby lepiej tolerowany, gdyby oparto do na innej, subtelniejszej bazie.

Na koniec przychodzi zaskakujący gorzkawy posmak kakaowo-kawowy, posiadający w sobie gorzki element występujący czasem w jogurtach. Łącznie tworzy to ciekawy kontrast naprawdę znacznej słodyczy czekolady wraz z kwaskiem i goryczką. Wydaje się to kompozycją rzeczywiście nieco egzotyczną, ale szkoda, że nie podkreślono tego dodatkiem przypraw. Wtedy Mango Lassi zyskała by prawdziwy charakter - a tak, posiada jedynie jego namiastkę. Oliwy do ognia dodaje jeszcze mało wyrafinowana konsystencja nadzienia. Niestety znów mamy tu do czynienia z zachowawczym działaniem producenta. Nie mniej jednak - smakowało mi, aczkolwiek po 100-gramową tabliczkę nie mam zamiaru sięgać i cieszę się, że trafiłam akurat na format batonika.


Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, olej palmowy, miazga kakaowa, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 5%, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, proszek z mango 1%, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, koncentrat soku cytrynowego, sól, wanilina, woda różana.
Masa netto: 39 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 553 kcal.
BTW: 6,9/34/54