środa, 12 sierpnia 2015

Zotter Elderflowers mleczna nadziewana likierową galaretką z kwiatów czarnego bzu, ganaszem z białej czekolady i nugatem migdałowym


 Dziś chcę Wam zaprezentować kolejną tabliczkę z zotterowskiej tegorocznej serii Spring Specials. Dotychczas opisywane przeze mnie Zotter Handscooped z tej kolekcji były niezwykle dynamiczne, pełne kolorów, esencjonalnie letnie (Raspberry Juice + Lemon, Miraculous Chokeberry, Strawberry + Pineapple and Pepper). Po Elderflowers mogłam więc spodziewać się równie dużej dynamiki. Jednakże, już nawet sam obraz na opakowaniu wskazywał na coś o wiele bardziej stonowanego. Blade barwy, tajemnicze panie w białych sukniach - eteryczność do potęgi entej. Ów obraz nabiera jeszcze większej elegancji, gdy połączymy go z nazwą produktu. Zotter Elderflowers jest bowiem górską mleczną czekoladą, nadziewaną galaretką z czarnego bzu, ganaszem z białej czekolady i nugatem migdałowym. Brzmi to bajecznie delikatnie, nieprawdaż?



 Mleko zastosowane w tej czekoladzie, jak to u Zottera bywa - pochodzi w ekologicznych farm Tyrolu. Czarny bez w Elderflowers wykorzystano w formie kwiatów (1%) oraz likieru z nich wykonanego (11%). Zdecydowani przeciwnicy alkoholu w słodyczach nie mają czego tutaj szukać. Udział masy kakaowej wynosi 40%. Do zespolenia galaretki użyto pektyn jabłkowych (tak jak w Miraculous Chokeberry) - wegetarianie nie muszą obawiać się żelatyny. Wzbogacenie nadzienia pomarańczą i cytryną ciekawi, pozwala spodziewać się kolejnej zotterowskiej bardzo złożonej układanki.

Elderflowers pachnie klasycznie. Naprawdę, nie ma tu żadnej rewolucji - jest gracja, stonowane i sprawdzone połączenia, wysoka jakość pełna tradycji i nut zawsze będących na czasie. Wyczuwamy tutaj wyraźne akcenty alkoholowe oraz marcepanowe, przykryte pierzynką z wyśmienitej zotterowskiej czekolady. Klasa, a przy tym prawdziwy spokój i harmonia.


 Przegryzając wszystkie warstwy na raz, od razu wyczuwamy wyraźną likierową nutę - alkoholu nie da się tu nie zauważyć. Nawet warstwy mlecznej czekolady okalające wnętrze wyraźnie nim przesiąknęły. Alkoholowym nutom towarzyszą migdały oraz przyjemna mleczność i waniliowość białej czekolady. W kontraście z charakterną mleczną czekoladą o 40% zawartośći kakao, jak zawsze u Zottera mocno kwiatową (a tutaj również kawową) - znów czujemy, że Elderflowers to prawdziwa elegantka.

Znajdująca się w centrum galaretka odznacza się specyficzną konsystencją, wyróżnia się na tle kremowości pozostałych warstw. Jest ona barwy jasnożółtawej - widzimy to, gdy oddzielimy ją od pozostałych części Elderflowers - wrażenie jej ciemnego koloru spowodowane jest przez umieszczenie powyżej niej cienkiej warstwy mlecznej czekolady. 


 Sama galaretka ma przyjemny kwiatowy posmak, taki herbatkowo-orzeźwiający (nawet pomimo alkoholowych akcentów) - piłam kiedyś świeży napój z kwiatów czarnego bzu i właśnie z nim mi się skojarzył. Lekko chrzęszcząca podczas przegryzania struktura galaretki podkręca odczucie słodyczy, jakie cały czas towarzyszy nam podczas degustacji. O tak, Elderflowers jest zdecydowanie mocno słodka jak na Zottera.

 Wzajemnie przeplatające się warstwy delikatno-charakternej mlecznej czekolady, subtelnej białej czekolady, wyrazistego marcepanu oraz kwiatowo-alkoholowej galaretki tworzą tak spójną kompozycję, tak urokliwie się przeplatają - że aż trudno mi dziś opisywać każdą warstwę z osobna. Nie ma tu wiele złożoności - jest klasyka, prostota i spokój, które odkryły się przed nami już w sferze zapachowej.


Mój Ukochany stwierdził nawet, że smak Elderflowers jest oklepany. Nam obu skojarzył się z klasycznymi pralinkami, co mój Mężczyzna ocenił jako coś pospolitego, bombonierkowego. Poprosiłam go, aby znalazł mi bombonierkę wypełnioną cacuszkami, które mimo wszystko będą tak dobrze smakować. Spasował. 

 Elderflowers w całej swej prostocie: mleczności, migdałowości, białej i mlecznej czekoladzie, alkoholowości - rzeczywiście przywołuje na myśl zwykłe pralinki. Niezwykła w tym wyrobie jest jednak jakość, która wyróżnia ją na tle innych produktów zawierających podobne nuty smakowe. Pomińmy tu nawet galaretkę z kwiatów czarnego bzu, która dodatkowo stanowi o oryginalności tego pomysłu Zottera... Jest to jakość starannie dobranych składników, połączona z nieśmiertelnością połączeń smakowych - momentalnie skojarzyła mi się z naszymi wyjazdami do Włoch, z zapachem eleganckiej, profesjonalnej cukierni i sklepu z luksusowymi słodkościami. Elderflowers to wakacyjny odpoczynek na tarasie przytulnej kawiarni, w której podają ręczne robione praliny. I tym sposobem, Zotter odsłonił przed nami kolejną z możliwych twarzy lata, o wiele mniej szaloną niż poprzedniczki...


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, likier z kwiatów czarnego bzu 8%, miazga kakaowa, migdały, słodka serwatka w proszku, kwiaty czarnego bzu 1%, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat pomarańczowy, pełen cukier trzcinowy, koncentrat cytrynowy, pektyna jabłkowa, sól, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana).
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 471 kcal.
BTW: 5/28/45

niedziela, 9 sierpnia 2015

Morin Peru Puira ciemna 70%


Świat peruwiańskiego kakao odkrywamy wraz z francuską czekoladziarnią Morin w przemyślanej kolejności. Kierujemy się od szczegółu do ogółu. Pierwsza recenzja morinowskiej tabliczki z Peru była czymś jeszcze bardziej konkretnym, niż single-origin - Peru Pablino to czekolada plantacyjna. Przy okazji jej recenzji poczytać mogliście również zajawki na temat pozostałych peruwiańskich propozycji od Morin, które miałam okazję wypróbować na poznańskiej styczniowej degustacji w Pintej Klepce. Śmieję się, gdy czytam moje dawne ubolewania nad tym, że nie zakupiłam tych dwóch kolejnych tabliczek. Oczywiście jakiś czas później przyjechały do mnie w paczce, by zająć honorowe miejsce w Magicznej Szufladzie. Dlatego też, prócz wspomnianej wyżej zajawki, możecie zapoznać się ze szczegółową recenzją innej peruwiańskiej tabliczki z Morin - mowa o Peru Chanchamayo. Chanchamayo to kooperatywa producentów kakao, do której należy także plantacja Pablino. Dziś chcę Wam przedstawić czekoladę, która została wykonana z bardziej ogólnego zbioru ziaren kakao. Ponadto, jest w niej więcej masy kakaowej niż w poprzedniczkach - z pułapu 63% wskakujemy na 70%. Kłania się przed Wami Peru Puira, esencja północnego regionu Peru.

Przypomnę, jak organizatorzy degustacji w Pintej Klepce opisali peruwiańską panienkę będącą przedmiotem dzisiejszych rozważań: "W tej czekoladzie z północnego Peru dominuje aromat suszonych, czerwonych owoców. Pojawia się jarzębina, śliwka, borówka, jadalne kasztany skontrastowane z delikatnym aromatem pleśni. Wyjątkowo kremowa, intensywnie słodka i kwaśna jednocześnie, w finiszu delikatnie cierpka." Jednym zdaniem - powinno się tutaj wiele dziać. Rzeczywiście, tak się dzieje. Moje notatki pochodzące jeszcze ze styczniowej degustacji mówią same za siebie. W dzisiejszym wpisie nie będę się jednak do nich bezpośrednio odwoływać. W końcu tym razem miałam okazję rozkoszować się wraz z Ukochanym całą tabliczką w domowym zaciszu, a nie jedynie kilkoma kawałkami podczas degustacji w lokalu - przeplatanych wieloma innymi równie charakterystycznymi czekoladami.


W zapachu Peru Puira na pierwszy plan wysuwają się nuty kwaśne. Po chwili jesteśmy w stanie dokładniej opisać ową kwaśność. Nie są to bowiem wulgarne siarkowe wyziewy, lecz orzeźwienie kwaśnych i uwodnionych dzikich owoców. Woń tej czekolady ma w sobie prócz kwaskowatości wiele powietrza i wodnistości.

Wrażenia zapachowe sprawiają, iż odbieramy Peru Puira jako czekoladę mieszczącą w sobie wiele przestrzeni. Doznanie to jest potęgowane przez percepcję dotykiem. Czekolada łamie się z delikatnym trzaskiem, wydaje się być dość miękka i krucha, a przy tym wilgotna - co jest wyjątkowe na tle pozostałych Morinów. Budzi skojarzenie z wyciągniętą prosto w wody kostką mydła.

W smaku, tak jak w zapachu - najpierw odczuwamy wyraźny kwaśny akcent. Jest on bardzo specyficzny, ponieważ kojarzy się z amoniakiem. Prócz amoniakalnej kwaśności do głosu dochodzą nuty pleśniowe. Po wzięciu kęsa czekolady do ust i ponownym powąchaniu pozostałej części tabliczki - w aromacie jednoznacznie identyfikujemy kolejną nutę, a mianowicie delikatny pleśniowy ser.

W dalszej kolejności do głosu dochodzą owoce. Mamy do czynienia z soczystym miąższem leśnych owoców - tyle samo surowo kwaśnych, ile subtelnie słodkich. Jest to prawdziwa dzikość okazów mało dorodnych, rosnących blisko ściółki - w miejscach, gdzie znaczne zacienienie, zbutwiałe liście i wilgoć gleby łączą się z nasłonecznieniem oraz wonią wysuszonego igliwia. To małe górskie borówki brusznice. Myślę, że jarzębina również jest tutaj dobrym porównaniem, choć przecież jej owoce rosną wyżej - ale może stąd też właśnie tak wiele powietrznej przestrzeni odnajduję w tej czekoladzie. Następnie kwaśność odchodzi w dal, pozostając jedynie na końcu języka.

Brnąc dalej w Peru Puira, wchodzimy w świat cierpkości. Co ważne - jest to cierpkość, a nie gorycz! Wyczuwamy wyrazisty posmak mocnej czarnej herbaty, pozostawiającej osad na podniebieniu. Być może jest to earl grey, gdyż jestem skłonna posądzić tą czekoladę o bergamotkowe zacięcie. Z owej bergamotki bardzo płynnie przechodzimy w mieszankę mocnych ziół: pokrzywa, skrzyp, dzika mięta. Są one na tyle ostre, że mają nieco z ziołowej nalewki. Na finiszu charakterystyczna cierpkość świerzbi w język niczym alkohol i taniny w wytrawnym czerwonym winie. Tutaj pojawia się również skojarzenie z naszymi polskimi, drobnymi ciemnymi winogronami.

Peru Puira to czekolada z niecodzienną, nietypową osobowością. Nie ma w niej praktycznie wcale suchości, nie jest też ekstremalna - nawet pomimo tak kontrowersyjnych nut smakowych, jakie w niej odnalazłam. Dominują w niej kwaśność i cierpkość wraz z dziwną niedojrzałą słodyczą - nie ma tu typowej kakaowej goryczki. Zalepia w niewielkim stopniu i to w sposób zwarto-kleisty, a nie mazisty. Mimo wszystko odczuwam ją jak czekoladę łagodną, nieco mydlaną (ale głównie w konsystencji), w której bogactwo oraz różnorodność aromatów balansują na granicy przeciążenia i przesady. Jakże wyjątkowa musi ona być, skoro pomimo pleśni, alkoholu, amoniaku i tanin - nadal jestem w stanie nazywać ją łagodną. Dziękuję Peru Puira za piękne czekoladowe doznania, o dziwo tak bardzo odmienne od tego, co reprezentowały sobą Peru Pablino i Peru Chanchamayo.


Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Zotter Strawberry + Pineapple and Pepper ciemna mleczna z nadzieniem truskawkowym, ananasowym i pieprzem


 Odkrywania kolekcji Spring Specials od Zottera ciąg dalszy! Na blogu pojawiły się już Raspberry Juice + Lemon oraz Miraculous Chokeberry, a przed Wami jeszcze wieeele owocowych pyszności. Dziś mam dla Was słoneczną wariację na temat truskawki i ananasa, przyprawionych pieprzem. To bogate nadzienie otoczone zostało grubą warstwą mlecznej czekolady o wysokiej, bo aż 60% zawartości kakao.

Utrzymany w jasnej tonacji i bardzo kobiecy obraz umieszczony na opakowaniu sugerował, że wewnątrz znajduje się lekka, beztrosko słodka czekolada - może nawet biała. Tymczasem prawdziwe oblicze Strawberry + Pineapple and Pepper  niezwykle mnie zaskoczyło, będąc zupełnie odmiennym od moich wyobrażeń. To nie jest nadziewana czekoladka dla małych dziewczynek. Okazało się, że to wykwintna, erotyczna kompozycja dla dorosłych.



 Piękna tafla wyjęta z opakowania pachnie w sposób intrygujący i bardzo uwodzicielski. Od razu wyczuwamy tutaj przyprawową pikantność, wyważoną - otoczoną nieprzepartą głębią wysokokakaowej mlecznej czekolady. Tylko dobrej jakości mleczna czekolada powstała na bazie dużej ilości cennego kakao potrafi pachnieć tak cudnie. 

Pierwszy kęs prowadzący przez wszystkie warstwy tafli oddala na zawsze wyobrażenia o sorbetowo-cukierkowej czekoladce. Po pierwsze, odsłania on barwy wnętrza, które okazują się być bardzo stonowane. Zero w nich pstrokatości, choć przecież ananas i truskawka aż się proszą o podkręcenie kontrastu kolorów. Nie tutaj. W tym wyrobie owoce są jak pastele, które pomimo tak różnych odcieni, spójnie komponują się konwencją z ciemno-mleczną czekoladą. Emanują rozmazanym ciepłem.


 Smak wszystkich warstw próbowanych na raz jest bardzo wytrawny, mało słodki, a przy tym subtelnie odświeżający - jak lekki powiew wieczornego letniego wiatru. Konstystencja jest zalepiająca, ale w sposób gładki i jednolity. Od razu odczuwamy wyrazistość przypraw - pieprzu, a następnie cynamonu i wanilii. Pieprz został umieszczony w tej kompozycji tuż pod górną warstwą ciemno-mlecznej czekolady - zaklęty w cienką warstewkę białej czekolady. Ten białoczekoladowy element sam w sobie nie wnosi do całości dodatkowej słodyczy, a raczej waniliowość. Orzeźwienie jakie niosą owocowe warstwy trudno na pierwszy rzut zidentyfikować typowo jako ananas i truskawkę. Bardziej kojarzy się ono z soczystością jabłek - pomimo tego, że jabłka nie ma w składzie. 


 Dopiero rodzielenie produktu na warstwy pozwala w 100% dostrzec indywidualne cechy wszystkich części składowych. Wtedy truskawki i ananas ujawniają się nam, ze wszystkimi swymi dobrodziejstwami. Warstwa truskawkowa jest niczym nieco przypalona niskosłodzona domowa konfitura z dojrzałych, jędrnych truskawek. Może nawet trochę się kojarzyć z nutami czerwonych owoców w wytrawnym czerwonym winie. Warstwa ananasowa ma genialny smak świeżego soczystego ananasa, a nie takiego z puszki, oblepionego słodkim syropem. Fenomenalne smaki - jedzone razem zlewają się, a próbowane osobno są bardzo wyraźne i naturalne.

 Pieprz w tej kompozycji najmocniej czuć na samym początku degustacji. Potem już tylko majaczy jako element spójny z całą resztą składników. Pieprz tak doskonale zgrywa się z resztą, ponieważ nie nadużyto tutaj cukru. Wydaje się, jakby słodycz w Strawberry + Pineapple and Pepper płynęła tylko z owoców. Sama ciemno-mleczna czekolada jest bowiem bardzo palona w smaku. Nie znajdziemy tu typowej mlecznej delikatności czy słodkawych lekkich nut deserowej czekolady. Mamy za to mnóstwo mocnopalonej kawy, czekoladowych słodów, przypalonego mleka, rozgrzanego karmelu. Ta czekolada wrze!


Wprawdzie zaraz po degustacji Strawberry + Pineapple and Pepper byłam nią totalnie oczarowana i przemiło zaskoczona, ale dopiero przy pisaniu recenzji doszłam do wniosków, czym tak naprawdę jest ta czekolada. Truskawki i  ananasy to przecież owocowe afrodyzjaki. Truskawka to Kobieta, ananas to Mężczyzna. Oboje tak bardzo naturalni, dzicy, nadzy - postawieni naprzeciwko siebie. Gdy wnikają w siebie - stają się jednością, która smakuje już zupełnie inaczej. Nad nimi unosi się swąd rozpalonych zmysłów (oto całe bogactwo ciemnomlecznej czekolady) - tak samo gorzki, jak i słodki w swej istocie. Wszystko to okraszone jest pikanterią, pieprznością - bez którego całość nie byłaby tak wyjątkowa, tak dobra.

Ta czekolada nie jest szaleństwem nastolatków, to wyważona wykwintność, letni zmierzch. Głębokie, dojrzałe, świadome doznania. Piękno. Kolejny raz kłaniam się geniuszowi Zottera, to się nazywa prawdziwy kunszt. Okazuje się, że letnie kolekcje czekolad wcale nie muszą być jedynie proste, niewymagające refleksji, chłodząco-relaksujące. Tutaj znalazło się o wiele więcej. Dzięki temu, zapamiętam Strawberry + Pineapple and Pepper na długo. To się nazywa romantyczna letnia przygoda :).


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, koncentrat ananasowy 5%, truskawki 4%, suszony ananas 4%, suszone truskawki 3%, odtłuszczone mleko w proszku, mleko, koncentrat truskawkowy 2%, pieprz 0,5%, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, koncentrat cytrynowy, pełen cukier trzcinowy, sól, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), suszone jagody, wanilia, cynamon.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 502 kcal.
BTW: 5,9/33/45


poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Wedel Jedyna ciemna 50%


Szok i niedowierzanie. Na moim blogu pojawia się czekolada Wedla! Wprawdzie bardzo polubiłam ich kolekcję Karmellove (tu możecie poczytać o wersjach z orzeszkami i wafelkami), ale pozostałe próbowane ostatnimi czasy wedlowskie czekolady były dla mnie istnym koszmarem. Nadziewaną czekoladę od Wedla zjadłabym chyba tylko podczas tortur, a pełne są poza obiektem moich zainteresowań. Co więc się wydarzyło, że do Magicznej Szuflady trafiła pełna deserowa czekolada Wedla? Nie, nie dostałam jej w prezencie. Sama zakupiłam. Nie do wiary!

Dawno temu, jakiś anonim w komentarzu pod którymś wpisem, poprosił mnie o porównanie dwóch czekolad Wedla: Jedynej oraz deserowej w popularnym granatowym opakowaniu. Ciekawiło go to, czy te dwie tabliczki w ogóle się czymkolwiek różnią - mając praktycznie identyczny skład przy 50% zawartości masy kakaowej. Ta prośba czytelnika przypomniała mi się, gdy stałam przed półką z czekoladami w Żabce w Kościelisku na początku czerwca. Wyjechałam wtedy służbowo na konferencję, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała paru godzin czasu wolnego na małą górską przechadzkę. A że podczas górskiego spacerku zawsze warto mieć ze sobą coś słodkiego, postanowiłam zakupić na szybko jakąś popularną tabliczkę. Porównania z deserową w granatowym opakowaniu wprawdzie nie będzie, ale za to dziś możecie poczytać o Jedynej.

Nim przejdę do jej opisu, wtrącę parę zdań górskich historii. Podczas konferencji czasu starczyło mi jedynie na dwa małe wyskoki w zabójczym tempie marszu: Butorowy Wierch i Gubałówka (widoki piękne, ale nigdy więcej! Mojego Ukochanego tam nie zabiorę, wieś tańczy i śpiewa... Tak nie wygląda klimat gór, który kocham) oraz Wielka Polana Małołącka. Podczas tak krótkich wypadów czekolada była mi niepotrzebna, więc Jedyna wróciła ze mną do domu. Kolejny raz zapakowałam ją do torby, gdy parę dni później wyjeżdżałam na szkolenie, tym razem do Karpacza. Darzę Karkonosze ogromnym sentymentem i tutaj na szczęście znalazło się nieco więcej czasu na górskie wyprawy. Raz przegoniłam kolegów z pracy Sowią Doliną na Śnieżkę, wracając Doliną Łomniczki; a kolejnego dnia w mniejszym gronie zaliczyłam spacerek do Samotni i Białego Jaru. Podczas tego wyjazdu Jedyna mimo stałej obecności w plecaku również okazała się niepotrzebna. Ponownie wróciła ze mną do domu. Zaplanowałam, iż i tak czy siak zostanie skonsumowana w górach, ale już podczas urlopu w drugiej połowie sierpnia. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego razu przyjrzałam się opakowaniu mojej Jedynej i zauważyłam, że... jest już przeterminowana. Jej termin ważności minął już podczas pobytu w Karkonoszach. Podejmując szybką decyzję, zabrałam połowę tabliczki następnego dnia do pracy. Drugą połowę jak zawsze zostawiłam dla mojego Ukochanego.



 Jedyna jest przez Wedla promowana jako klasyk o wieloletniej tradycji, duma marki o recepturze niezmiennej od lat (jakoś ciężko mi w to uwierzyć). Dlatego też, czekolada ta nadal pakowana jest w takie samo sreberko i papierek, jak dawniej. Swoją drogą, prostota etykiety Jedynej zawsze mi się podobała. Mniej podoba mi się jej skład, czego zresztą po Wedlu mogłam się spodziewać. To z definicji czekolada deserowa, więc 50% zawartości masy kakaowej nie mam zamiaru się czepiać. Szkoda tylko, że przyoszczędzono na miazdze kakaowej, stosując sporą ilość odtłuszczonego kakao w proszku, znajdującego się w składzie jeszcze przed tłuszczem kakaowym. Tłuszcz mleczny mi nie przeszkadza, w końcu często dodaje uroku słodkościom - w przeciwieństwie do tłuszczu palmowego, którego na szczęście w Jedynej nie ma. Za to stosowanie polirycynooleinianu poliglicerolu jako drugiego emulgatora obok lecytyny sojowej jest stałą praktyką Wedla, która wcale nie poprawia mojego nastawienia do tej marki.

Po rozdarciu sreberka moim oczom ukazała się tabliczka podzielona na liczne małe kostki (na szczęście nie ma tutaj tych dziwnych zdobień jak w wedlowskich nadziewanych nowościach), na której odciśnięty już został ząb czasu. Wizualna prezentacja Jedynej na moim blogu będzie więc kiepska zwłaszcza, że zdjęcia robiłam na szybko i wyszły bardzo kiepskie. Cóż, jaka czekolada, takie zdjęcia. Nie ma się czym napawać i nad czym rozwodzić.

Zapach Jedynej zaskoczył mnie, ponieważ wyczułam w niej woń zapełnionej drewnianej popielniczki. Był to dla mnie całkiem pozytywny akcent, bowiem dał mi nadzieję, iż Jedyna dostarczy mi choćby odrobinę bogactwa kakao, czegoś nietypowego. Dym i tytoń to przecież nuty, które mogą pojawić się w najwykwintniejszych czekoladach. Co pojawiło się dalej?



Jedyna okazała się być dość twardą tabliczką, choć oczywiście nie łamała się z trzaskiem. Przy rozpuszczaniu kęsa w ustach nie była mocno zalepiająca - to, co tworzyła w ustach na pewno nie można nazwać aksamitnym błotkiem. Nieco zalepiała, ale kojarzyło się to bardziej z suchym mułem. To tak, jakby próbować rozpuścić zwykłe odtłuszczone kakao w proszku w szklance wody. Nic ciekawego.

Tak duży udział odpadowego sproszkowanego kakao o obniżonej zawartości tłuszczu musiał odcisnąć swoje piętno. Przez to czekolada zostawia na podniebieniu ordynarny i gorzkawy pyłek, mając w sobie naprawdę niewiele gładkości. Z drugiej strony, Jedyna miała też w sobie parę prostych nut, które pozwalają ją traktować jako wyrób mimo wszystko nieco wciągający. Po kolejną kostkę chce się sięgać ze względu na wyważoną słodycz o mlecznym charakterze (to zapewne efekt zastosowania dodatku masła), a także przez pewien specyficzny orzechowy posmak. Ten charakterystyczny akcent wydał mi się identyczny jak ten, który stanowi o wyjątkowości mlecznej Goplany, tak lubianej przez tłumy. Odnoszę wrażenie, że ten trudny do zidentyfikowania niby-orzechowy posmak ma w sobie coś narkotycznego.



 

Zgodnie z moimi przypuszczeniami - Jedyna szału nie zrobiła, ale wielkiej tragedii również nie było. Ba, przypuszczam, że sięgnęłabym po nią ponownie, mając wybrać awaryjnie jakąś czekoladę w sklepie z małym asortymentem. Na pewno jest to wariant bezpieczniejszy, niż roztapiające się mleczne zasładzacze, białe tabliczki o smaku stęchłego mleka, nadziewańce pełne chemii i margaryny, lub "gorzkie" kwasiory nie mające nic wspólnego z dobrą ciemną czekoladą. Jedyna wydaje się być najbardziej autentyczna wśród tego całego tragikomicznego towarzystwa. Nie zachwycałam się nią i nie delektowałam jak te wszystkie pokolenia wspomniane na odwrocie opakowania, ale nie zapłaczę też łzami obrzydzenia i żalu nad tą "dumą" Wedla. Niech każdy będzie dumny z tego, na co go stać...

Skład: cukier, miazga kakaowa, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu, sól, aromat.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 501 kcal.
BTW: 6/28,1/51,5