środa, 22 lipca 2015

Manufaktura Czekolady ciemna Ekwador 70% z chili Peri Peri



Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że jakiś czas temu jako cel obrałam sobie odnalezienie idealnej czekolady z chili. Wprawdzie kilka niedawno próbowanych przeze mnie Zotter Handscooped (na przykład: Ribisel Chili Rock, H2O Superfood czy Namaste India) w swym bogactwie smaku uraczyły mnie między innymi wysokim poziomem pikantności - jednak nie było to do końca to, czego naprawdę szukam. Dlaczego? Marzy mi się tabliczka, która będzie idealnym odzwierciedleniem czekolady Azteków. Dla Azteków czekolada była tworem boskim i narkotycznym, a ja właśnie coś takiego pragnęłam poczuć. To miało być coś ekstremalnego. Tutaj możecie zobaczyć, jakieczekolady z chili było mi dane dotąd spróbować. Nie jest to bardzo bogata kolekcja i dotąd nie było w niej ani jednego egzemplarza, który choćby dorastał do pięt mojej wizji narkotycznej czekolady.

Idealna czekolada z chili to dla mnie przede wszystkim czekolada pełna (najchętniej bean-to-bar), o wysokiej zawartości kakao pierwszorzędnej jakości. Surowa i pierwotna w smaku oraz konsystencji, pełna dzikich nut w aromacie, orgazmicznie stymulująca kubki smakowe. Chili ma być w niej intensywne i bezkompromisowe, uderzające do głowy. Ta czekolada ma być czystym morzem endorfin! Inne przyprawy? Owszem, wanilią nie pogardzę. Resztę można pominąć. Niby to takie proste, ale jednak... Mam wrażenie, że intensywne przyprawy często stosuje się w słodyczach zachowawczo, bojąc się zbyt spektakularnego efektu. Tak stało się na przykład w Zotter Jazz & Blues, po której bardzo wiele oczekiwałam. Nie mówiąc już o Pichler Azteken (nazwa zobowiązuje!), która okazała się być bardzo łagodną czekoladką.

W mojej Magicznej Szufladzie pojawiło się ostatnio kilka czekolad z chili, które mają szansę pretendować do konkursu na idealną narkotyczną tabliczkę Basi. Pierwsza z nich pochodzi z naszego rodzimego podwórka - została stworzona przez ekipę Manufaktury Czekolady. Skład ma bardzo prosty: ziarna kakao z Ekwadoru składające się na 70% całości, cukier oraz chili Peri Peri. Jak wszystkie tabliczki z Manufaktury, jest to oczywiście wyrób bean-to-bar.



Na degustację tej tabliczki wybraliśmy sobie naprawdę ekstremalny dzień. Na dworze piekło +35 stopni Celsjusza, a nam zachciało się faszerować się chili. Szaleństwo! Cóż, to była w ogóle barrrdzo gorrrąca sobota, więc musiała nią być w każdym aspekcie - także w tym czekoladowym. Przebrnęliśmy przez degustację bez ofiar poparzenia i udaru, na szczęście.

Po wyjęciu 50-gramowego prostokąta z kartonika, a następnie wypakowaniu go z hermetycznej srebrnej powłoczki - dojrzeliśmy naprawdę piękną czekoladę. Klasycznie podzielona na nieduże kostki, po gładkiej stronie obficie posypana została kawałkami suszonego chili. Strona wizualna dostała ode mnie 10/10. Od razu wiadomo, czego można się spodziewać po takiej czekoladzie!

Aromat samej czekolady wydaje się być przede wszystkim słodki, łagodnie kwiatowy i aksamitnie kremowy, kojarzący się z truskawkowym musem. Dopiero przy mocniejszym zaciągnięciu się coś zaczyna świdrować nam w nosie... Mój Ukochany padł ofiarą porządnego sztachnięcia się - po paru solidnych niuchach nie mógł przestać kichać. Zanosiłam się śmiechem patrząc na niego. Wiedziałam, że będzie ostro!


Trudno jest trafić na kęs czystej czekolady bez posypki, ale przy napoczęciu tabliczki udało nam się dokonać tego czynu. Czekolada jest w istocie bardzo podobna smakowo do tego, co wyczuliśmy w sferze zapachu. Nie jest wybitnie kremowa, ma w sobie sporo surowości i nieco szorstkości, lecz niesie w sobie całe mnóstwo spokojnych i łagodnych smaczków. Jędrne płatki wilgotnych wiosennych kwiatów, truskawkowy mus, odrobina kawy z mlekiem. Bardzo dobra czekolada, w której można by było sporo odnaleźć - z chęcią spróbowałabym jej w wersji bez dodatków.

Z każdym kolejnym kęsem coraz mniej można było delektować się samą czekoladą. Nuty dla niej charakterystyczne zaczęły się bowiem mieszać z tym, co serwuje posypka. Wkroczenie w strefę chili następuje z ogromną mocą i z sekudny na sekundę odczuwamy coraz to mocniejszą pikantność. Wiem, że każdy ma swój poziom tolerancji smaku pikantnego - my doznaliśmy już naprawdę intensywnego pieczenia. Dla mojego Ukochanego było to aż nadto przytłaczające, ja natomast poczułam pełnię satysfakcji. Ideału dopełniał fakt, że nie była to sama tępa pikantność - pośród niej wyraźnie wyczuwalna była po prostu paprykowość, co niezwykle mi przypadło do gustu.


Paradoksalnie, spożywanie swojej porcji szło o wiele szybciej mojemu Mężczyźnie, niż mi. Tłumaczył się, że chce już to mieć za sobą ;). Ja delektowałam się każdym kęsem tego ostrego odjazdu, choć pikantność chwilami naprawdę mocno uderzała do głowy, aż miałam ochotę zapić ją mlekiem. Nie uciekłam jednak do tego, zamykałam intensywność w sobie i zapadałam się w nią. Łzy mimo wszystko nie napłynęły mi do oczu.

Na mówienie o ideale jest jeszcze za wcześnie, ale muszę stwierdzić, że pikantna propozycja od Manufaktury Czekolady jest mniej więcej tym, czego poszukiwałam. Sprostała moim wymaganiom i chętnie sięgnęłabym po nią jeszcze raz, mając ochotę na coś ekstremalnego. Ta tabliczka pobudza, nakręca, podnieca - jest niezwykle wybuchowa. Choć mój Ukochany zarzucił jej monotonię - dla mnie była bardzo ekscytująca choćby z tego powodu, że pikanteria i posmak papryki świetnie kontrastowały z słodko-dziką ekwadorską czekoladą. Naprawdę ciekawa czekolada, która na dodatek przepięknie się prezentuje. Zdradzę, że próbowana tydzień później inna tabliczka z chili nie wywarła już na mnie tak pozytywnego wrażenia. A jakie jest Wasze nastawienie do tak mocnych przypraw w czekoladzie?

Skład: ziarno kakao z Ekwadoru 70%, cukier, chili Peri Peri.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.


niedziela, 19 lipca 2015

Zotter Pink Coconut and Fish Marshmallow biała nadziewana malinowo-kokosowa z pstrągowymi piankami


W czasach, gdy ekscytowałam się jeszcze zbieractwem wszelkich limitek oraz nowości od Milki, Wedla, Wawelu i tym podobnych - Zotter był dla mnie marką niemalże z kosmosu i niewiele o nim słyszałam. Gdzieś w czeluściach Internetu trafiłam jednak kiedyś na niesamowity wynalazek - czekoladę z rybą. To był dla mnie szok i szczyt wymysłów. Otwierałam oczy ze zdumieniem, że ktoś mógł wpaść na coś tak wariackiego. O czekoladach z mięsem jeszcze wtedy nie wiedziałam, ale i tak czy siak wyobrażenie rybnych słodkości wywoływało u mnie bardzo silne dreszcze. Nawet nie marzyłam wtedy o tym, że będzie mi dane takiego dziwactwa spróbować.

Dziś, xxx tabliczek do przodu, czekolada z rybą jest dla mnie tylko kolejnym wyzwaniem i eksperymentem, do którego podchodzę z ciekawością, ale bez przerażenia. Gdy ekipa Czekolady Zotter Polska dała mi cynk, że w swoich zapasach mają Pink Coconut and Fish Marshmallow w ilości sztuk jeden - wiedziałam, że cudeńko czeka właśnie na mnie. Mając świadomość, jak genialne są Zotter Handscooped - nie zakładałam nawet, że to mogłoby mi nie smakować. Po prostu doświadczenia nauczyły mnie, że czegokolwiek nie tknie się Zotter - jest to mniej lub bardziej smaczne. A w większości przypadków - nieprzyzwoicie przepyszne. Czas więc na rybną inwazję!

A rybka nie jest byle jaka, bowiem mamy do czynienia z górskim pstrągiem. Został on umieszczony wewnątrz nadzienia białej malinowo-kokosowej czekolady w formie żelatynowych pianek. Pstrąg ogółem występuje w produkcie w niezbyt przerażającej ilości 4%. Gdy przestudiujemy skład wyrobu, w oczy rzuca się wysoka zawartość kokosa (łącznie dobre kilkanaście procent zaklęte w formie wiórków, proszku i mleka kokosowego). Mamy tu jeszcze oczywiście maliny, a także ryż, ananas, jagody, cytryny i mnóstwo surowców mlecznych. Na drugim miejscu w składzie stoi tłuszcz kakaowy, w końcu to nadal biała czekolada (i to taka z prawdziwego wrażenia: kakaowego surowca jest tutaj aż 33%). Przypraw użyto przeróżnych - od tych słodkich, aż po wytrawne. Znajdziemy tutaj szalony miks wanilii, soli, kopru, mięty, pieprzu, cynamonu, chili oraz liści laurowych.


 W sieci można znaleźć kilka recenzji Pink Coconut and Fish Marshmallow. Trudno jest mi się jednak do nich odnosić, bo czytając je można się przekonać, że skład, a także wygląd produktu zmienił się na przestrzeni lat. Zotter raczej udoskonala się, a nie uwstecznia (jak wiele popularnych producentów czekolady), więc nie miałam powodów ku temu, by nastawiać się na klęskę. Nawet pomimo tego, że dostępne w sieci recenzje były raczej niepochlebne (a czasem nawet bardzo niepochlebne).

Co zmieniło się w składzie przez te lata? Przede wszystkim, zwiększono zawartość pstrąga z naprawdę znikomej ilości 0,4% do w miarę przyzwoitych 4%. Poza tym, znacznie zmienił się wygląd samego nadzienia, a czym możecie przekonać się w tej recenzji na stronie Chocolatiers.co.uk. Pozostałe opinie znajdziecie na blogach: ChocolateMission, Lot-A-Choc, a także po polsku na Facet i Kuchnia. To naprawdę istotne - wszystkie recenzje są dość stare, pochodzą z lat 2011-2013. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że Pink Coconut and Fish Marshmallow była wtedy zupełnie inną czekoladą.

Przejdźmy jednak do istoty tego wpisu, czyli moich doznań związanych z Pink Coconut and Fish Marshmallow. Po pierwsze, tafla czekolady ma naprawdę niespotykaną barwę. Jest to przytłumiony, pastelowy róż, który momentalnie skojarzył mi się z... delikatnym rybim mięsem. Gdy przekroiłam tabliczkę na pół już wiedziałam, co Zotter miał na myśli tworząc ten produkt. O szczegółach przeczytacie później... No co za spryciarz z tego Zottera! 

Pierwsze wrażenie zapachowe to rozkoszna, nieprzebrana słodycz kokosa. Spod samego odczucia lepkiej słodyczy prędko identyfikujemy świeże mleko kokosowe, do którego dolano chust domowego soku z malin. Wszystko to otacza obezwładniający aromat subtelnie waniliowej dobrej białej czekolady, który nie przytłacza, ale po prostu uwodzi i upaja.


W smaku najpierw uderza nas fuzja sił białej czekolady, oraz znajdującego się tuż pod nią kremowego nadzienia. Te dwie warstwy są bardzo gładkie, a rozpuszczając się w ustach stają się wręcz maziste, pozostawiając po sobie tłusty, maślany film. W końcu wysoka zawartość dobrej jakości tłuszczu kakaowego nie mogła przejść bez echa. Na tym etapie odczuwamy ogromną mleczność, podkręcaną dodatkowo posmakiem kokosa. Urozmaicającym to wszystko smaczkiem okazuje się być świeża malina, która nadaje tej kompozycji nuty odświeżającej. Bez maliny kokosowo-białoczekoladowy duet balansował by tutaj na granicy przeciążenia tłustością, mlecznością i gęstą przytłumioną słodyczą. Malina okazała się być... maliną na torcie ;).

Pod tą inwazją gładkości natrafiamy na coś wyraźniejszego w strukturze. Oto leżą umieszczone często gęsto obok siebie - tłuściutkie i soczyste wiórki kokosowe. Podlane mlekiem kokosowym i mlekiem krowim - tworzą warstwę chrupko-miękką, bardzo specyficzną. Są preludium do tego, co znajduje się w samym centrum tabliczki.

Środek zajmuje bowiem biała galaretka, twardawo-gumowa (ale mimo wszystko nadal bez większych problemów rozpuszczająca się w ustach i nie odstająca mocno od całości) oraz naprawdę nietypowa. Jedzona solo okazuje się być przesiąknięta mocą pozostałych warstw, ale zawiera w sobie pewien trudno identyfikowalny pierwiastek, który może wydawać się odrobinę obrzydzający. To właśnie galaretka dominuje w smaku, gdy będziemy ssać kęs całego przekroju czekolady. Bez wiedzy o udziale ryby w składzie nie zidentyfikowałabym tego dziwnego posmaku jako rybny, oj nie. Jest on nieco gorzkawy, ale nie czuć tutaj ordynarną rybą. Bardziej skłaniałabym się ku temu, że nietypowy posmak jest wynikiem zastosowania szalonego miksu przypraw - choć z drugiej strony, te przyprawy same w sobie też nie są z osobna wyczuwalne. Dziwna sprawa i osobliwe doświadczenie... Sama nie wiedziałam, czy jest to bardziej smakowite, czy bardziej odrzucające?

Bardzo, ale to bardzo dużo tutaj się dzieje. Dziwaczność tej czekolady i mimo wszystko jej oryginalna smakowitość - to one sprawiają, że tabliczka okazuje się być bardzo wciągająca w konsumpcji. W tym momencie czas przejść do mojego odkrycia, poprzez które jeszcze bardziej pokochałam geniusz Zottera. Chyba nikt nigdy dotąd nie wspominał o tym recenzując tą czekoladę, ale dla mnie Pink Coconut and Fish Marshmallow już na zawsze pozostanie fenomenem zabawy smakiem, wyglądem i konwencją. O co chodzi?

Poprzez wysoką zawartość tłuszczu kakaowego i kokosa, czekolada jest tłusta niczym... ryba. Dzięki udziałowi malin i jagód, produkt nabrał różowawej barwy, takiej jak... rybie mięso. Biała czekolada i znajdująca się pod nią kremowa warstwa, rozpuszczają się w ustach podobnie jak... delikatny filet z pstrąga. Warstwa wiórków jest niczym nieco twardsze i zbite mięsne włókna, a ekscytująca galaretka sprawia wrażenie skupisk tłuszczu rybiego gdzieś w okolicach ości. Gdy dodamy jeszcze do tego niepokojący gorzkawo-przyprawowy posmak, który nie można nazwać 100% rybim - już wiemy, że Zotter stworzył prawdziwie rybną czekoladę bawiąc się z nami w ciuciubabkę!

Pink Coconut and Fish Marshmallow to rybna czekolada z prawdziwego zdarzenia. Nie smakuje ona niczym świeżo złowiony pstrąg dopiero co zdjęty z grilla - ale jest rybną frywolną kreacją pełną niedopowiedzeń, opartą na skojarzeniach i podobieństwach struktur. Zestawienia poszczególnych składników udają konsystencją i wyglądem prawdziwego pstrąga. Spójrzcie jeszcze raz na fotografię przekroju tej czekolady - przecież to wygląda jak jasne mięso pstrąga, z przebłyskami w postaci ości. Niezwykła pomysłowość, zabawa formą, wyzbycie się ograniczeń w tworzeniu czekolady. Chyba tylko Zotter potrafi to zrobić AŻ tak. To majstersztyk w upodabnianiu jednego jedzenia do drugiego, mała czekoladowa sztuka obszyta żartem.

Jest to czekolada nie tyle dla odważnych ludzi, co dla tych z otwartymi umysłami i zdolnych do czerpania przyjemności z jedzenia wszystkimi zmysłami. Czujecie się wystraszeni, czy skuszeni? :) Ja jestem urzeczona...

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowo-fruktozowy, wiórki kokosowe 10%, proszek ryżowy (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), pstrąg 4%, pełne mleko w proszku, mleko, koncentrat ananasowy, proszek kokosowy (mleko kokosowe, maltodekstryna), mleko kokosowe 3%, odtłuszczone mleko w proszku, suszone maliny 1%, cebula, słodka serwatka w proszku, koncentrat cytrynowy, żelatyna, suszone jagody, pełen cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), lecytyna słonecznikowa, koper, mięta, pieprz, cynamon, chili Bird's eye, liście laurowe.
Masa kakaowa min. 33%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 466 kcal.
BTW: 4,8/28/48

czwartek, 16 lipca 2015

Morin Cuba ciemna 70%


Zdążyliście już zatęsknić za recenzjami czekolad single-origin z francuskiej czekoladziarni Morin? ;)  Dziś chcę Wam zaprezentować tabliczkę wykonaną z ziaren kakao rodem z Kuby. Zawiera ona 70% masy kakaowej. Ta budząca mnóstwo kontrowersji odległa wyspa nie należy do czołówki producentów kakao i nieczęsto można spotkać czekolady wykonane z kubańskiego surowca. Tym bardziej była ona dla mnie cenną zdobyczą. Szperając w sieci odnalazłam kubańskie tabliczki produkowane przez Chocolat Bonnat oraz Willie's Cocoa. A nawet Lindt miał kiedyś w swojej ofercie Excellence Cuba!

Morin Cuba 70% nabyłam jeszcze w styczniu, na zakończenie degustacji w poznańskiej Pintej Klepce. Pamiętam, że wybierając kilka tabliczek do zakupu tego wieczoru, kubańską postawiłam na pierwszym miejscu. Oznacza to, iż urzekła mnie czymś w wyjątkowy sposób. Ba! Podczas trwania degustacji w tym lokalu, gdy przyszedł czas na Kubę - rozpuszczając pierwszy kawałek w ustach wydałam z siebie przeciągłe: "O ja pi*rdooolę!". Hmm, jesteście pewni, że chcecie dalej czytać tą recenzję? ;) Przygotujcie się na coś mocnego i bardzo nietypowego!


Cuba 70% w porównaniu do pozostałych czekolad Morin już po przełamaniu wydaje się być bardziej gruba i masywna (choć wymiarami i gramaturą poszczególne tabliczki tej marki się nie różnią), a przy tym wyjątkowo twarda. Wpatrując się jednak w jej wnętrze, sprawia ono wrażenie aksamitności.

W zapachu najpierw uderza nas octowa kwaśność, a zaraz potem otwiera się przed nami prawdziwe bogactwo wilgotnych aromatów - na przemian świeżych i nieco dusznych (świeżość jednak dominuje). Na myśl przychodzi tropikalny równikowy las, a następnie odświeżająca morska bryza. Ta czekolada pachnie wodą, cokolwiek by to nie znaczyło.

Pierwszy kęs jest... trudny. Czekolada rzeczywiście jest bardzo twarda, ale przy tym specyficznie chrupka. Aż ciężko ją ugryźć! Gdy jednak w końcu ją rozgryziemy, dostarcza nam przyjemnego odczucia świeżości, a przy tym mocnej i ciężkiej słodyczy. Bardzo opornie rozpuszcza się w ustach. W konsystencji najpierw jest sucha i papierowa, a następnie granulkowata i sypka w gęsty sposób.

Ta specyficzna ciężka słodycz łącząca się w paradoksalną spójność z kwaśnym posmakiem octu, w połączeniu z dziwną sucho-mokrą gęstością - przywodzi na myśl gęsty sos na bazie octu balsamicznego. To właśnie wyraźne skojarzenie z octem balsamicznym wyrwało przekleństwo z moich ust podczas degustacji w Pintej Klepce. Uwielbiam ocet balsamiczny, więc taka nuta smakowa jak najbardziej mi odpowiadała.

Po popracowaniu nad rozpuszczaniem się tej czekolady w ustach, nie sprawia już wrażenia suchej (mimo słodyczy oraz odświeżenia) i kwaśno-ściągającej - bardzo, ale to bardzo zalepia. To zalepianie jest gęste i maziste. Mazistość ta szczególnie wyraźnie uwydatnia się na finiszu, będąc oryginalnym zastępstwem dla cierpkiego ściągania. Jest ona niczym smoła z podkładów kolejowych, o, właśnie tak!

Poza tym, ta czekolada ma w sobie również coś z gumowatości, co podczas degustacji w Pintej Klepce zostało przyrównane do starych trampek. Wiem, że to źle brzmi, ale do jasnej ciasnej - jest trafne! Jakże wiele struktur łączy się w tej tabliczce w jedno! Doznania związane z konsystencją Cuba 70% są doprawdy niezwykle ciekawe. 

Powracając z meandrów konsystencji do doznań typowo smakowych - muszę przyznać, że jest to czekolada naprawdę "mało czekoladowa". Brak tu bowiem typowych dla kakao nut takich jak np. kawowa goryczka. Ogółem goryczy jest w niej niewiele - dominuje odmienna niż zwykle słodycz, a następnie kwaśność. Czymże jest ta słodycz, że tak dobrze komponuje się w octem, a przy tym nadaje odczucia świeżości? Tak jak w aromacie - jest ona wodnista. Kojarzy się z powietrzem po burzy, ze świdrującym w nosie ozonem. Jest też trochę jak stewia i mięta (ale nie sam miętowy smak, lecz po prostu rześkość, jaką ze sobą niesie).

W całym swoim bogactwie Cuba 70% jest czekoladą bardzo masywną i sycącą - jest potężna. Ma w sobie coś groźnego, tym bardziej... że mimo tych wszystkich dziwacznych cech jest tak naprawdę przystępna w smaku. Nie ma w sobie niczego, co mogłoby bezapelacyjnie odrzucać. Dlatego też, podchodząc do degustacji tej tabliczki po raz drugi, w domu - już nie klęłam. Pokornie przyjmowałam wszystko to, co proponowało mi kubańskie kakao. Kontrowersyjne kakao.

PS Zapomniałam dodać opisu tej czekolady stworzonej przez organizatora styczniowej poznańskiej degustacji w Pintej Klepce: "Czekolada z mocną, niezrównoważoną kwaskowatością, na początku aromat gotowanego bobu (!), trochę przypalonego kakao, w finiszu mocno goryczkowa, ściągająca".

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Zotter Raspberry Juice + Lemon biała z nadzieniem malinowym i cytrynowym


Degustacja tej czekolady, to opowieść o tym, jak w upalny poranek pomiędzy jednym a drugim wyjazdem służbowym - można znaleźć czas na relaks i totalne oczyszczenie umysłu. Sex, Coffee & Chocolate. Prosta recepta na doładowanie akumulatorów (prosta, nie szybka - pośpiech w tych trzech jakże ważnych aspektach życia jest absolutnie niewskazany). 

Raspberry Juice + Lemon to jedna z wiosenno-letnich propozycji Zottera spod szyldu Spring Specials. Nowa oferta tej firmy inspirowana najcieplejszymi porami roku jest niezwykle barwna, bogata przede wszystkim w czekolady Handscooped. Tutaj możecie zapoznać się z tymi słonecznymi cudeńkami. Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała mieć większości z nich w swej Magicznej Szufladzie. Ubolewam, że nie udało mi się dorwać wersji ze szparagami. To by musiało być coś!

 Nie ma jednak na co specjalnie narzekać, przecież nabyłam wiele innych smakowitości. Wszystkie zapowiadają się cudownie. Najpierw sięgnęliśmy po białą czekoladę, wypełnioną nadzieniem malinowym i cytrynowym. Brzmi bosko? Pewnie, zwłaszcza, gdy już wiecie, z czym wiążą się zotterowskie Handscooped.



Wprawdzie mój telefon odmawiał posłuszeństwa i z podekscytowania tą czekoladą nie mógł złapać ostrości - ale chyba i tak fotografie oddają jej smakowitość, nieprawdaż? Dość gruba jak na Handscooped warstwa pięknie kremowej białej czekolady, kryje pod sobą przebijające na zewnątrz soczyste i obfite malinowe nadzienie o naturalnej barwie. Pomiędzy czekoladą a malinowym sorbetem znajduje się cienka, aczkolwiek kusząco aromatyczna jasnocytrynowa warstewka.  

Jak zapewne się spodziewacie, tabliczka pachniała obłędnie. Właściwie, to można było zidentyfikować woń bardzo dobrych jakościowo, naturalnych lodów. Mocno waniliowa i świeżo-mleczna biała czekolada, spod której czuć genialną soczystość malin i cytryn. Petarda!



Degustację rozpoczęłam od odkrojenia sporej warstwy białej czekolady. Przepadłam. To jest właśnie to, co nazywam idealną białą czekoladą! Była niezwykle delikatna, nieprzesłodzona, błogo rozpuszczająca się w ustach. Nie miała w sobie ani krzty mdłości, a prym wiodła tutaj aksamitna maślaność i uwielbiana przeze mnie wyrazista, przyprawowa wanilia. Łagodnie, lecz z charakterkiem. Niebo w gębie dla fanów białej czekolady, a także dla sympatyków prawdziwej wanilii.

Dominujące wewnątrz malinowe nadzienie to również coś idealnego w swej kategorii. Jest niczym gęsty mus domowej roboty, ze świeżych i dopiero co zmrożonych owoców. To jest niczym naturalny sorbet o niezwykłej soczystości. Zawiera w sobie wszystko to, co najlepszego mają w sobie maliny. Obezwładniający aromat, gorąc słońca. Już nie raz miałam do czynienia z malinami w czekoladach Zottera (jak chociażby tutaj i tutaj) - zawsze wypadały one fenomenalnie. 

O wiele cieńsza od malinowej warstwa cytrynowa również budzi skojarzenia z bardzo naturalnym sorbetem. Wyraziście kwaskowata, nie do pomylenia z innym owocem, bez śladu sztucznych posmaków. Cytrynowy mus wpaja się płynnie w malinę, tworząc idealnie orzeźwiający duet. Dodatkowo, na spodzie czekolady wyczuwalna jest wyraźna cynamonowa nuta, która okazuje się być ciekawym urozmaiceniem tej feerii soczystych smaków. Poza tym, szczypta cynamonu nadaje jeszcze większego uroku tej mocno waniliowej, maślanej białej czekoladzie.

Zotter Raspberry Juice + Lemon to tabliczka idealna na lato. Mało kaloryczna, a przy tym dostarczająca dawki przerozkosznej słodyczy i energicznego orzeźwienia. Ma jednak jedną wielką wadę. Jest jej za mało! Wraz z Ukochanym zgodnie stwierdziliśmy, że z radością przyjęlibyśmy ten smak w 300 gramowej tabliczce, jak duże Milki. Ta czekolada jest tak lekka i tak pyszna, że można by było ją jeść w ogromnych ilościach. Szczególnie w upalne, letnie dni. Cudo!

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, maliny 7%, mleko, słodka serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat cytrynowy 3%, suszone maliny 2%, proszek malinowy 2%, pełen cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól, suszone jagody, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), cynamon.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 469 kcal.
BTW: 5,3/32/39