piątek, 16 stycznia 2015

Zotter Marrakesh mleczna z nugatem migdałowym, olejkiem pomarańczowym, płatkami róży i kardamonem


Każda moja czekolada ma jakąś historię, ale chyba żadna nie miała jeszcze tak szczególnej, jak Zotter MitziBlue Marrakesh. Gdy dowiedziałam się, gdzie spędzę z moim Lubym Sylwestra 2014/2015, od razu pomyślałam, że muszę to uczcić także w sposób czekoladowy. Przeglądając miesiące wstecz ofertę Zottera zapamiętałam, że jest w niej tabliczka o nazwie naszego noworocznego miasta. Na szczęście, była ona dostępna w Galerii Słodyczy - i to właśnie MitziBlue Marrakesh była przewodnim impulsem do złożenia pierwszego zamówienia w tym sklepie. Oprócz Marrakesh zamówiłam jeszcze wiele innych Zotterów, z których to kilka pojawiło się już na blogu. Ten słodki krążek czekał na wyjątkową okazję. Poleciał z nami kilka tysięcy kilometrów, przebył z nami wyprawę po Atlasie (oczywiście w dni, gdy nie chodziliśmy po górach z całym dobytkiem, nie zabieraliśmy tej czekolady na szlak ;)), aż w końcu trafił do celu - najbardziej szalonego miasta, jakie dotychczas miałam okazję odwiedzić.

Moje pierwsze spotkanie z Marrakeszem to SZOK.  Sylwestrowe popołudnie. Taksówkarz wiózł nas przez długie przedmieścia pełne pól golfowych i luksusowych biurowców, by w końcu wwieźć nas za bramy tradycyjnej, centralnej dzielnicy - Medyny. Trzeba było wysiąść, założyć ciężkie plecaki i przejść kilkaset metrów do naszego domu gościnnego. Kilkaset metrów horroru. Po pierwsze, nie miałam pojęcia jak mam przejść na drugą stronę ulicy. Multum aut, pomiędzy nimi przemykają skutery, wszyscy trąbią na siebie - zero kodeksu, a gdzieś w tym wszystkim odnajdują się piesi. Na bezdechu udało nam się w końcu wkroczyć w naszą uliczkę, będącą na szczęście niedostępną dla ruchu samochodowego. Lecz tam wcale nie było lepiej! Tłumy ludzi, przede wszystkim Marokańczyków - wszyscy niezwykle kolorowi. Stroje tradycyjne mieszały się z nowoczesnością. Wszędzie muzyka, niesamowity zgiełk. Oczopląs, uszopląs, węchopląs. Gdy cudem odnaleźliśmy nasz Riad, na domiar złego w patio trwało akurat zakwaterowanie grupy nowych gości. Szybko udało nam się załatwić klucze do naszego pokoju i gdy w końcu usiadłam próbując opanować szalony łomot serca rzekłam głośno do Lubego: "co za popier*olone miasto!!!".

Długi gorący prysznic pozwolił mi zmyć z siebie pierwsze negatywne emocje. Pełni obaw wyruszyliśmy eksplorować Marrakesz. Po niespełna dwóch dniach przemykania pomiędzy:
 Murzynami handlującymi smatrfonami i zegarkami, 
przesłodziutkimi Marokankami łapiącymi mnie za dłoń ze słowami: "Gdy zrobię Ci hennę, będziesz miała lepszy seks ze swoim mężem", 
żebrakami z otwartymi ranami po amputacjach,
bryczkami zaprzężonymi w przepiękne berberyjskie konie,
natrętnymi handlarzami haszyszu,
magicznymi soukami, gdzie można zgubić się na zawsze - a wypełniają je: kawiarnie pełne melancholijnych lokalsów pijących zieloną herbatę i patrzących się przed siebie; maleńkie salony fryzjerskie gdzie goli się brzytwą; warsztaty stolarskie i samochodowe; sklepy z miliardem aromatycznych przypraw o których istnieniu nie miałam pojęcia; dywany, chusty, olej araganowy, wszystko, dosłownie wszystko...,
przepięknymi, zadbanymi ogrodami i wielkimi gajami oliwnymi,
wszędobylskimi drzewami pomarańczowymi,
wystawami tradycyjnego rzemiosła i nowoczesnego malarstwa
dzielnicami mieszkalnymi - tymi biedniejszymi i bogatszymi,
dzielnicami hotelowymi, skąd nikt nawet nie odważy się zajrzeć do czeluści souk
i wszystkimi innymi rzeczami, na których samą myśl brak mi tchu - 
ZAKOCHAŁAM SIĘ W MARRAKESZU.







Zotter MitziBlue Marrakesh zostawiliśmy sobie na noworoczną wycieczkę po Marrakeszu. Szliśmy tam, gdzie ponosiły nas nogi - odkrywając totalne skrajności tego miasta, wszystkie niesamowicie piękne i tajemnicze. Nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego miejsca, gdzie w spokoju przysiadli byśmy na degustację. Minęliśmy Ogrody Królewskie, gaje oliwne, Ogrody Menary - a potem mieliśmy już tylko miasto w jego najróżniejszych odsłonach. Koniec końców, zacisznym miejscem degustacji stała się ławka na nowoczesnym, pięknym dworcu kolejowym. Szkoda, że nie poczekaliśmy jeszcze trochę, by otworzyć czekoladę na militarnych wzgórzach, z których to pochodzi jedno z powyższych zdjęć przedstawiających widok na miasto z góry. Skąd mieliśmy wiedzieć, co nas czeka, skoro Marrakesz wciąż nas zaskakiwał? ;)

 Dziś opisywana czekolada to pierwsza propozycja z serii MitziBlue, którą dane nam było spróbować. Ta liczna kolekcja charakteryzuje się okrągłym kształtem tabliczek, obecnością w środku dodatkowego dysku oraz jak przystało na Zottera - niebanalnymi połączeniami smakowymi. Zotter Marrakesh to mleczna czekolada z dodatkiem kardamonu i olejku pomarańczowego, posypana płatkami róż. Wewnątrz znajduje się dysk z nugatu migdałowego. Dodatki jak najbardziej marokańskie, ale czy czekolada dobrze wpisała się w to, co zaoferował nam prawdziwy Marrakesz?




Nareszcie miałam okazję spróbować czystej mlecznej czekolady od Zottera. I jak było? Oczywiście, że bajecznie! Jest to bardzo, bardzo delikatna czekolada. Subtelnie słodka, aksamitna, bogata w w wiele żywych aromatycznych nut płynących z kakao - które bawią się z nami w berka, gdy chcemy skupić myśli i jednoznacznie je zidentyfikować. Bardzo cieszy mnie fakt, że teraz częściej będę mogła z nią obcować - i stopniowo odkrywać jej bogactwo, dzieląc się z Wami wrażeniami.

Kardamon w przeciwieństwie do turbo-kardamonowego Macadamia + Cardamom - został w Marrakesh użyty oszczędniej. Jest wyczuwalny bez dwóch zdań i bardzo dobrze komponuje się z wyrazistą 40-procentową mleczną czekoladą - a przy tym nie przytłacza całej reszty. Nie piecze, nie odurza - dodaje nutę korzennej, naturalnej słodyczy. Suszone, piękne płatki róży łatwo rozpadają się w zębach, są kruchutkie i... wrażeń smakowych nie dodają tu praktycznie żadnych, choć wizualnie wnoszą dużo estetyki. 

Olejek z kwiatów pomarańczy? Szczerze powiedziawszy, ja go jakoś specjalnie nie czułam - a przecież tych cytrusów miałam dookoła mnóstwo i nie miałam prawa zapomnieć, jak smakują ;). Być może na tyle spójnie wtopił się w kardamonową otoczkę, że trudno go było jednoznacznie zidentyfikować. Tak jak w moim ukochanym zapachu Eisenberg Diabolique, gdzie na dzień dobry w nos uderza potężny kardamon, a obok przecież równie mocno dają do wiwatu żółte mandarynki - a jednak to kardamon zapamiętujemy najmocniej.

Zajmujący centralne miejsce dysk z migdałowego nugatu to prawdziwa pyszność. Jego smak wezbrał moje chęci do spróbowania całej zotterowskiej kolekcji Nougsus Nougat. Bardzo wyraziście migdałowy, bosko rozpuszczający się w ustach, z wspaniałym mlecznym posmakiem. Rewelacja. Jak dla mnie, mógłby zajmować jeszcze większą powierzchnię produktu ;).

Wszystko ładnie pięknie ale... O ile barwne i żywe ilustracje na opakowaniu idą w parze z gwarnym kolorytem tego marokańskiego miasta, to cała reszta już mi nie do końca pasuje. Zotter MitziBlue Marrakesh była czekoladą bardzo smaczną, ale to nie był Marrakesz. Ta tabliczka była zbyt delikatna. Była jak fragment wymuskanego żywopłotu w jednym z parków w centrum. Czekolada, która idealnie odzwierciedlałaby Marrakesz powinna być wybuchową mieszanką wszystkich smaków, która odrzuca od siebie i przyciąga na przemian. Kadzidła i mocz, świętość i potępienie. Powtórzę się, ta tabliczka była smaczna i milusia, ale chyba wolałabym zjeść ją w domu, a nie TAM. Przepadła z kretesem w morzu wrażeń, jakie dostarczyło mi Miasto. Miasto, gdzie już pragnę wrócić i jeszcze raz zaciągnąć się jego upojną wonią.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 19%, miazga kakaowa, migdały, słodka serwatka w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, płatki róży 0,3%, kardamon 0,26% pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, sól, lecytyna sojowa, imbir, cynamon, olejek z kwiatów pomarańczy 0,1%.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 7,4/42/44

środa, 14 stycznia 2015

Orion Studentska mleczna o smaku grzanego wina, z jabłkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Dzisiaj zapraszam Was do zapoznania się z opisem ostatniej już Studenstkiej z limitowanej zimowej edycji. Nie będzie to jednak pożegnanie na długo z Orionem - już za dwie notki przybliżę Wam kolejną nowość tej marki, a mianowicie Studentska DuoMix.

Lubicie grzane wino? Jak wspomniałam w notce opisującej Studentską o smaku ponczu, moje doświadczenia z grzanym winem można policzyć na palcach jednej ręki. Przyznam się, że gdy piłam grzane wino te parę razy, przyjemność czerpałam tylko i wyłącznie z efektu rozgrzewającego i smaku korzennych przypraw. Co innego, gdybym takiego grzańca miała sobie przygotować sama... Lubię wina tylko wytrawne (ewentualnie półwytrawne) i wyraźna słodycz w winie mnie odrzuca. Robi mi się słabo na wspomnienie kobiety, która rezydowała w tym samym pensjonacie co my podczas jednego z naszych górskich wyjazdów. Co wieczór do kolacji zamawiała grzane wino (półsłodkie) i z dzikim uśmiechem na twarzy dorzucała do niego jeszcze kilka kostek cukru. Fuj!

Pewnie czekacie już na opis sytuacji, w której to rozdarłam sreberko naszej dzisiejszej Studentskiej podczas wyprawy w Atlas Wysoki? :D Otóż moi Drodzy, dnia 30 grudnia 2014, chwilę po skosztowaniu paru kostek Studentskiej mlecznej o smaku grzanego wina, z jabłkami, orzechami arachidowymi i galaretkami - leżałam sobie tak:



A taki miałam widok:


 Chwilę później weszliśmy na szczyt Jbel Tasghimout 2664 m n.p.m. (parę kosteczek Studentskiej znów wpadło ;)), a tam rozpościerała się dookoła nas taka sceneria:




 Powstawiałabym jeszcze fotki z naszego lunchu, jaki odbył się parę godzin później - oj tak, pod koniec grudnia siedzieliśmy na macie wpatrując się w monumentalne góry, łapiąc promienie cudnego słońca i jedząc specjalnie dla nas przygotowany w terenie posiłek - ale nie będę już Was torturować ;).

Jaka była główna bohaterka tego wpisu, czyli Studenstka? Jeśli chodzi o intensywność aromatów, była zdecydowanie najłagodniejsza z całej trójki zimowych limitek. Mój Mężczyzna uznał, że była spośród ich wszystkich najsmaczniejsza. Może coś w tym jest. Na pewno najmniej jest w niej owego dziwnego posmaku, który ma imitować trunek. Muszę przyznać, że ta Studentska jest mocno podobna do swojej zeszłorocznej poprzedniczki - jednakże tutaj aromat cynamonu jest o wiele słabszy. 

Za dodatek jabłkowy posłużyły niestety tak jak rok temu cząstki jabłkowe, które suszu z jabłek mają jedynie 14%. Te jasne kosteczki mają delikatny jabłkowy smak i wyróżniają się na tle większych, liczniejszych, bardziej cytrusowych galaretek. Orzechy arachidowe jak zawsze robią dobrą robotę, a marność mlecznej czekolady została przykryta całością zróżnicowanych dodatków. 

Pomimo tego, że rzeczywiście wersja jabłkowa sprawiała wrażenie najsmaczniejszej, to była najmniej charakterna. W zimowych edycjach z rodzynkami i śliwkami aromat mający udawać rum był wyraźny, ale momentami wydawał mi się wręcz dziwaczny. Tutaj winnego aromatu trudno się doszukiwać, ale odżegnując się od chęci identyfikowania produktu na siłę z jego nazwą - spokojnie mogę uznać tą tabliczkę za najbardziej zbalansowaną, najmilej rozgrzewającą (ale tylko tak delikatnie). I tak czy siak, bardziej przypasowała mi zeszłoroczna wersja jabłkowa - tam w galaretkach pojawił się ekstrakt cynamonowy i od razu uderzył w odpowiednie struny w moim sercu. 

Tegoroczna zimowa edycja Studentskich mogłaby być o wiele lepiej dopracowana. Pomysły były ciekawe i innowacyjne, ale w wykonaniu wiele brakowało do ideału. Nie chodzi już nawet o poprawianie kiepskiej czekolady, ale o zainwestowanie w autentyczność dodatków. W końcu na co dzień staram się unikać produktów "o smaku...". Gdybym nie zabrała moich Studenstkich w góry (gdzie z natury spisują się dobrze, jakiekolwiek by nie były) - być może żałowałabym tych zakupów.

Skład: cukier, orzechy arachidowe 13%, galaretki 13% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), tłuszcz kakaowy, cząstki jabłkowe 10% (syrop glukozowo-fruktozowy, skoncentrowany susz z jabłek 14%, glicerol, cukier, błonnik pszenny, olej palmowy, pektyny, kwas cytrynowy, naturalny aromat, kwas askorbinowy), pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 505 kcal.
BTW: 6,8/28/55

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Orion Studentska mleczna o smaku grogu, z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Jesteśmy w połowie recenzowania najnowszej limitowanej edycji Studentskiej, zabranej przeze mnie na wyprawę do Maroko - dzisiaj przed Wami czekolada mleczna o smaku grogu, z rodzynkami, orzechami arachidowymi i galaretkami. Jak wspomniałam w poprzedniej notce, alkoholowa nuta smakowa, jakiej należy się spodziewać ze względu na nazwę produktu, wynika jedynie z dodatku odpowiednich aromatów. Niech więc abstynenci nie mają obaw, nie wyczujemy tu żadnego chamskiego spirytusu. Trochę szkoda, że rzeczywiście nie ma tu ani grama alkoholu (choć może i lepiej, jeśli poprzez ten zabieg czekolady miałyby się stać substytutem kieliszka wódki) - przynajmniej z czystym sumieniem mogłam częstować nimi Berberów ;). Można prowadzić samochód, można dać ją dziecku... W sumie, to Orion poczynił bardzo zachowawczy ruch stosując te aromaty ;). Przy okazji przyoszczędził też na cytrusach i cynamonie, które powinien zawierać trunek taki jak grog. Heh. Gdyby nie aromaty, dziś opisywana tabliczka nie różniłaby się niczym od klasycznej mlecznej Studenstkiej.

Przenieśmy się na chwilę do miejsca, gdzie rozdarłam sreberko tej czekolady (tak, Studentska to nadal papierowe opakowanie plus sreberko, szok! ;)). Dzień po zdobyciu Jabal Toubkal, ponownie wyruszyliśmy ze schroniska Neltner przed świtem - tym razem po to, aby zdobyć kolejne czterotysięczniki Atlasu Wysokiego: Timesguida 4088 m n.p.m. i Ras 4083 m n.p.m. (Ouanoukrim). Ta wspinaczka była dla mnie zdecydowanie większym wyzwaniem, niż wejście na Toubkal. Po pierwsze, od rana bolał mnie brzuch (bałam się, że to zaczątki Zemsty Faraona - myśl o prawdopodobnej utracie możliwości spożywania pysznego marokańskiego żarełka jeszcze bardziej mnie dołowała. Z góry zaznaczę, że na szczęście do totalnej Zemsty nie doszło i mogłam jeeeeeść ogromne ilości aż do końca wyjazdu :D). Po drugie - trasa na te szczyty była istotnie trudniejsza, niż na Toubkal. Nie bez przyczyny, na Toubkal tamtego dnia waliły tłumy, a na Ouanoukrim tylko my (kocham samotność na szlaku!). Trochę wspinaczki w skale, strome ściany z sypkim śniegiem... Gdyby tego było mało, na ekspozycjach wiał niemiłosierny wiatr, który wbijał cząstki lodu prosto w moją twarz. 

Oj, wiele było momentów, kiedy czułam agresję, strach, bezsilność... Dopiero na samym Timesguida szalka emocji zaczęła się przechylać na korzyść tych pozytywnych, a apogeum radości osiągnęłam na Ras. Na samiutkim szczycie udało nam się znaleźć w miarę zaciszne miejsce. Tam przysiedliśmy. Nasz przewodnik Hassan swoim zwyczajem otworzył magiczny worek z bakaliami, a ja... no właśnie, rozdarłam sreberko. I w końcu bez negatywnych emocji w tle mogłam napawać się nieziemskimi widokami. Nawet ból brzucha minął, totalny relaks (dobrze, że w tym momencie nie myślałam o tym, że trzeba jeszcze zejść w dół... ;)). Tej czekolady nie zjedliśmy całej na Ras (na raz :D), została konsumowana etapami i to w późniejszych chwilach najpilniej zanotowałam wrażenia smakowe. Jednakże momentowi otwarcia tej tabliczki towarzyszyły tak różnorakie emocje i absolutnie zapierające dech w piersiach widoki - dlatego to właśnie tą historię chciałam Wam w tym wpisie przytoczyć. I przepraszam za tyle zdjęć, ale nie mogłam się powstrzymać :P.




Przejdźmy w końcu do opisu samego produktu. Mleczną czekoladę Studentską oraz występujące w niej orzechy arachidowe opisywałam już wiele razy i w tych kwestiach raczej nic się nie zmienia. Kiepska jakościowo czekolada w połączeniu z licznymi, nie przeleżanymi orzeszkami tworzą wyrób, który jest tolerowany przez moje podniebienie - a zwłaszcza, gdy dorzucimy do tego jeszcze soczyste galaretki i owoce. Przecież za to darzymy Studentską sympatią! 

Galaretki nie wyróżniają się na tle innych dodatków tak bardzo, jak stało się to w wersji z ponczem. Tutaj zdecydowany prym wiodą rodzynki. Dlaczego? Przypuszczam, że to właśnie na nich producent skupił swoja uwagę, aromatyzując produkt (choć w składzie tego nie podano - może to silnie wchłonęły aromat dodany do samej czekolady. Hmm, też nie? Cóż, szczegóły tych rozważań na końcu...). Rodzynki są średniej wielkości i jak na dodatek do czekolady - są dość jędrne i soczyste. Niech antyfani rodzynek trzymają się od tej tabliczki z daleka! Sprawiają wrażenie lekko nasączonych rumem, a do tego dochodzi pewna cytrusowa nuta, roznosząca się po całej tabliczce. Nie jest to tylko i wyłącznie akcent kwasu cytrynowego, który znajduje się w składzie galaretek. Bardziej przywodzi to na myśl syrop pomarańczowy. Koniec końców, aromatyzacja tej czekolady jest wyraźna - nie wiem, czy nie najwyraźniejsza z całej trójki zimowych limitek.

Wiele razy w tym wpisie użyłam słowa "aromat". Głębsze przestudiowanie składu produktu doprowadza nas do dziwnego wniosku, że w nim to słowo zostało zastosowanie jedynie raz, i to tylko w składzie galaretek! (Cofnęłam się do poprzedniej notki, w wersji z ponczem było podobnie...). Coś mi tu nie pasuje... Przecież zdecydowanie ta tabliczka ma w sobie coś innego, niż zwykła mleczna Studentska... Nie wiem, co o tym myśleć. Czy Orion coś przed nami ukrywa? A może mimowolnie poddałam się sile autosugestii? W to drugie akurat w tym przypadku mocno wątpię. Trudno. Są pewne tajemnice, których nigdy nie dociekniemy (tak jak i wiele gór, w których nigdy nie będziemy... I wiele czekolad, których nigdy nie spróbujemy...).

Skład: cukier, orzechy arachidowe 12%, galaretki 12% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), rodzynki 12%, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 505 kcal.
BTW: 7,0/27,5/57,2

Bonusowo jeszcze widoki z tego dnia wyprawy na trzy zdobyte przez nas szczyty: Toubkal, Timesguida i Ras/Ouanoukrim (specjalna dedykacja dla Candy Pandas :)).








sobota, 10 stycznia 2015

Orion Studentska mleczna o smaku ponczu, ze śliwkami, orzechami arachidowymi i galaretkami


Mleczne Trio z zimowej edycji Studentskiej (oraz nowość DuoMix) zakupiłam za pośrednictwem Allegro. Te turbo-nadziane czekolady od Oriona nabywam już tylko z myślą o górach - spisują się tam idealnie. Na  szlaku zupełnie nie przeszkadza mi fakt, że czekolada od Oriona jest kiepskiej jakości. W Studentskiej zawsze najbardziej liczyła się mnogość dodatków i właśnie ze względu na nie darzę te tabliczki sentymentem.

Najnowsze limitki Studenstkiej to wariacje na temat rozgrzewających alkoholi: idealnych na mroźne wieczory. Spośród ponczu, grogu i grzanego wina próbowałam jedynie tego ostatniego (oczywiście w górach ;) - akurat w Alpach Otztalskich). Moja mina zrzedła, gdy po rozpakowaniu przesyłki ze Studentskimi przestudiowałam ich skład - w żadnej nie znajdziemy ani grama alkoholu! Wynika z tego, że posmak wymienionych wyżej trunków płynąć będzie jedynie z dodanych aromatów. W tym miejscu pojawiła się u mnie obawa, czy aby na pewno te czekolady będą się czymś różnić od zeszłorocznych limitek ze śliwkami i jabłkami oraz od klasycznej mlecznej z rodzynkami. Przekonać mogłam się tylko po spróbowaniu, a więc nie było co gdybać... Wszystkie Studentskie poleciały z nami do Maroko.






Bezchmurne, słoneczne popołudnie - spędzone na ławce przed schroniskiem Neltner na 3207 m n.p.m (które to było naszym domem przez dwie doby). Relaks i regeneracja po zdobyciu najwyższego szczytu Atlasu Wysokiego - Jabal Toubkal 4167 m n.p.m. Nasz wspaniały kucharz (Tak! Mieliśmy własnego, prywatnego kucharza ;)) przyrządził nam pyszną, marokańską kawę (szczerze powiedziawszy podczas całego wyjazdu stanowczo za mało napiłam się tej kawy - za to zielona herbata z miętą lała się hektolitrami). Ja udałam się do naszego wieloosobowego pokoju (nocne koncerty wielonarodowościowego chrapania to niezapomniane przeżycie ;)) i w drodze losowania wybrałam Studenstką o smaku ponczu, ze śliwkami, orzechami arachidowymi i galaretkami - jako towarzyszkę do kawy.

Cała 180-gramowa tabliczka zniknęła podczas tego posiedzenia przed schroniskiem - ale nie wynikało to tylko i wyłącznie z naszego łakomstwa ;). Poczęstowaliśmy naszego przewodnika, kucharza oraz szefa schroniska. Wszyscy są Berberami - i nic nie przeszkadzało im w smaku czekolady, co jest najlepszym dowodem na to, że alkohol w tej serii Studentskiej to totalna fikcja.

Galaretek w tej Studenstkiej jest zdecydowanie więcej, niż śliwek. Galaretki są duże, jędrne i posiadają posmak nieco inny, niż zazwyczaj. Być może jest to właśnie aromat ponczu. Zresztą, sama czekolada również okraszona jest wyraźną nutą nietypowego zapachu. Uff, moje wątpliwości zostały rozwiane - zeszłoroczna edycja nie została zdublowana. Tabliczka niesie ze sobą lekko rozgrzewający, a przy tym świeży i owocowy posmak - który musi wynikać z dodatku aromatu mającego imitować poncz. Nie powiem, jest to ciekawa odmiana - choć szału wielkiego i tak nie robi. 

Śliwki zostały zatopione w czekoladzie w formie małych i dość cienkich kosteczek. Chwała Orionowi za to, że użył najzwyklejszych suszonych śliwek, zamiast bawić się w eksperymentowanie z "śliwkowymi cząstkami" (które mogłyby zawierać 0,x% prawdziwych śliwek). W tej tabliczce producent wypadł nawet lepiej, niż w zeszłorocznej śliwkowej propozycji - tam śliwki podlane były olejem słonecznikowym (no chyba, że tutaj ukryto coś w składzie...). Kawałki śliwek nie są mocno wyczuwalne - galaretki je przytłumiają. A jednak dobrze pasują do tego specyficznego posmaku całości.

Orzeszki arachidowe jak zwykle spisują się doskonale. Są dość liczne i raczej dobre jakościowo. Choć szczerze powiedziawszy, marzy mi się Studenstka z dodatkiem innego rodzaju orzechów. Orion powinien pomyśleć o takich limitkach, zamiast kombinować z owocami i aromatami.

Na bardzo, ale to bardzo zły skład samej czekolady jak zwykle spuszczę zasłonę milczenia... Studentska jest wyjątkiem od reguły - w innych wypadkach nie toleruję dodatku tłuszczy roślinnych oraz tak niskiej zawartości masy kakaowej. Trudno. Będę ją przecież tak mile wspominać - została zjedzona w niezwykle gościnnym towarzystwie, w przepięknych okolicznościach przyrody. Jeszcze czuję na twarzy to marokańskie słońce... :) 

Skład: cukier, orzechy arachidowe 13%, galaretki 13% (cukier, syrop glukozowy, woda, kwas cytrynowy, pektyny, cytrynian sodu, aromat, tłuszcz palmowy, tłuszcz kokosowy, wosk karnauba), tłuszcz kakaowy, kawałki suszonych śliwek 10%, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 511 kcal.
BTW: 7,2/28/56,2