niedziela, 10 grudnia 2017

Zotter Chocolate Banana mleczna 40% nadziewana kremem bananowym i czekoladą malinową


Spośród trzech nowych Zotter Handscooped zabranych na ostatni weekendowy wypad w góry, najmniej oczekiwałam od Chocolate Banana, którą zostawiłam sobie na koniec. Peanut Butter and Banana oraz Pineapple Cream nie sprostały moim wymaganiom, toteż wobec Chocolate Banana miałam tym większe obawy. W pamięci miałam cudną Labooko Banana i choć zawsze brakowało mi bananowego nadziewańca, mając go teraz w rękach podchodziłam do niego z dystansem.

Tym, co na pewno mogłam w tej czekoladzie z miejsca pochwalić, była idea. 50 centów zysku z każdej czekolady przekazywana jest na cel umożliwiania peruwiańskim dzieciom regularnej obecności w szkole. Dzieciom, pracującym w ceglarni. Zotter co jakiś czas angażuje się w podobne akcje - było tak w przypadku pysznej Yummy! Meals For Schools, dzięki której pomagał dzieciakom w Birmie.


Chocolate Banana charakteryzuje się niezwykłą prostotą jak na Zottera. To 40% mleczna czekolada nadziewana kremem bananowym (zawierającym suszone banany). Jedyna ekstrawagancja to warstewka malinowej czekolady znajdująca się pod główną kuwerturą. Zotter ostatnio bardzo polubił takie posunięcia. O ile w wielu tabliczkach zdaje się to zbędne, tak w Chocolate Banana - stało się kluczowe i przełomowe. Czekoladę kupiłam oczywiście poprzez biokredens.pl, tak jak wszystkie moje Zottery.


Czekolada pachniała słodko mlecznie-kakaowo, a także wyraźnie bananowo z miodową i malinową nutą. Ganasz zdawał się być nieco bardziej żółty od bananowego kremu obecnego w Peanut Butter and Banana. Nadal był dość lekki, ale mimo wszystko więcej w nim było struktury i masy. W przekroju nadzienie prezentowało się naprawdę smakowicie. Cienka warstwa malinowej czekolady nie odróżniała się mocno na pierwszy rzut oka od mlecznej kuwertury, ale z kęsa na kęs dawała coraz mocniej o sobie znać.

W smaku nadzienie było o wiele przyjemniej bananowe niż w Peanut Butter and Banana. Mniej było bananowego zamulenia, a więcej lekkiej naturalności - słodkiej, ale nie wymuszonej. Tutaj miód doskonale podkreślał naturalny smak banana, zgrywał się też dobrze z cytrynowym muśnięciem. Bananowy smak był pyszny w swej prostocie, nieprzekombinowany, nie ponad miarę podkręcony doborem przypraw. Klasyczny banan, który po prostu musiał spójnie zgrać się z zawadiacką mleczną czekoladą o 40% zawartości kakao. Nie czułam potrzeby zamienienia jej na kuwerturę o wyższej zawartości kakao. To niemalże dziecięce połączenie doskonale spisało się na górskim szlaku, ale nie odczułam nadmiaru słodyczy (jak na przykład w Pineapple Cream). A gdy dodamy do tego jeszcze jeden element...


Warstewka malinowej czekolady. Zastanawiało mnie, po co ona w ogóle się tam wzięła. Jak już wspomniałam powyżej, okazało się, że jednak miała ogromny wpływ na całą kompozycję. Malinowy smak i jego naturalny bukiet, mocno aromatyczny i przyjemnie kwaskowaty - dokładnie taki, jak w Labooko Raspberry - tak świetnie przełamał bananową słodycz, że zdało się to posunięciem wręcz genialnym. Bez tego dodatku być może Chocolate Banana próbowałaby swą słodką prostotą przytłoczyć, ale drobny udział malin ani przez chwilę na to nie pozwolił. To pierwszy raz w nowych Handscooped, kiedy dodatkowa warstwa innej czekolady pod kuwerturą czyni tak ogromną różnicę i naprawdę wzbogaca całość.

Takie niespodzianki lubię. Czekolada, po której najmniej się spodziewałam, okazała się najsmaczniejszą spośród trzech Handscooped zabranych na ostatni górski wyjazd. W końcu wśród bananowych czekolad miło wspominać nie będę jedynie Labooko Banana, ale jeszcze tą delikwentkę...



A oto kilka pejzaży z czeskich Zaworów - po zdobyciu Rogu przechodząc przez Przełęcz Chełmską znaleźliśmy się w Czechach. Tu przez Libną i Zdonov kierowaliśmy się w stronę Bukovej Hory, a dalej Mieroszowskich Skał - by powrócić do naszego punktu wyjścia, malowniczej wsi Łączna.



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, suszone banany, syrop cukru inwertowanego, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, suszone maliny, miód, lecytyna sojowa, koncentrat soku cytrynowego, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydzana, cukier), wanilia, sól.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 514 kcal.
BTW: 3,5/33/50

piątek, 8 grudnia 2017

Akesson's Madagascar Bejofo Estate 100% Criollo ciemna


Po wielkim zawodzie, jaki sprawiła mi mleczna Akesson's Brazil Fazenda Sempre Firme, chciałam szybko dać szansę Akesson's na zrekompensowanie się. Rzuciłam się od razu na głęboką wodę - ostatnio często degustowałam setki, toteż sięgnęłam po Madagascar Bejofo Estate 100% Criollo. To stóweczka wykonana z madagaskarskiego Criollo wyhodowanego w regionie Bejofo. Zastanawiam się, jaką tak naprawdę posiadałam czekoladę, bowiem na stronie internetowej Akesson's spotykam tabliczkę o nazwie Madagascar Ambolikapiky Plantation Criollo 100%, taką też recenzowała Kimiko. Jest ona także obecnie dostępna w sklepie Sekretów Czekolady, gdzie swego czasu kupiłam swoją Bejofo. Informacje na opakowaniu na temat nagród zdobytych przez Bejofo są odmienne od tych na Ambolikapiky, więc nadal pozostaję zdezorientowana - to te same czekolady, czy zupełnie inne?


Przejdźmy jednak do esencji, czyli recenzji samej czekolady. Tabliczka o harmonijnie głębokiej barwie, wcale nie aż tak ciemnej jak można to było sobie wyobrazić - pachniała sugerując tłustość. Pomyślałam najpierw o mocno tłustym kefirze, ale woń tej czekolady była zdecydowanie bardziej złożona. Pomyślałam o mokrym drewnie i grzybach, o wilgoci lasu tropikalnego.

W ustach Bejofo zachowywała się niezwykle jak na setkę. Ani nie zalepiała mocno, ani nie ściągała od pierwszej chwili. Po prostu gładko rozpuszczała się w buzi, ale nie w sposób sugerujący przeholowanie z tłuszczem kakaowym. Rozpuszczała się jak dobra czekolada o wyższej zawartości kakao, ale nie jak setka. Dzięki tak przyjemnej konsystencji wyłapywanie nut smakowych przebiegało inaczej, niż w przypadku pozostałych czekolad 100%. Skoro struktura nie przytłaczała, można było w pełni cieszyć się bogactwem kakao. A było z czego się cieszyć...


Mój Ukochany zwrócił uwagę na inne główne nuty niż ja. On postawił na mocną paloność przeplatającą się z kwaskiem, tytoniem, pieprzem i innymi przyprawami. Ja kontynuowałam grzybowe skojarzenia, które to stały się dla mnie na tyle obrazowe, bym mogła opisać je jako masywne i miąższyste podgrzybki z maślakami podane w kwaśnej śmietanie. Nuty sosu grzybowego pojawiały się do samego końca degustacji. Coś, czego nigdy nie wyczuwałam w madagaskarskim kakao, ta grzybowość, która była jakby maksymalnie podkręconymi akcentami mokrego drewna i mokrej ziemi.

Poza tym kawowa goryczka i kwaśność kefiru były nutami przeplatającymi się ze sobą, co jest dla Madagaskaru typowe. Jednakże zarówno gorycz jak i kwas nie wchodziły na poziom typowy dla setek. Były bardziej rozmyte, ułożone. Pojawiała się także soczysta pomarańcza, no i... coś, czego nigdy wcześniej nie spotkałam w takim wymiarze w setce. SŁODYCZ. Pełnowymiarowa słodycz.


Słodycz wychodzi spod wszystkich tych nut, wychyla się zza mgiełki tytoniu, szczypty przypraw, grzybowo-nabiałowej wilgoci. Uderza i pieści. Jest w pełni namacalna, jednak nie jest to słodycz typowo cukrowa (wiadomo - cukru tu nie ma), ani nie nawet miodowa. Po zastanowieniu się uznałam, że przypomina ona podkręconą naturalną słodycz orzechów nerkowca. Jeść setkę z tak wyraźnie zaznaczoną słodyczą było doświadczeniem niebywałym, niezapomnianym. Wraz z Mężem uznaliśmy, że to najciekawsza stówka, jakiej dotychczas próbowaliśmy.

W gruncie rzeczy, bardzo przydałaby mi się wiedza, co się stało z Bejofo 100%. Okazała się bowiem wyjątkową stówką, niezwykle oryginalną, wciągającą, arcysmakowitą. Jej degustacja była doświadczeniem, do którego chce się wracać. To czekolada, którą chciałabym móc polecić, jako spektakularną czekoladę o 100% zawartości kakao. Tylko, że... pozostaję w stanie dezorientacji.


Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa 100%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 609,7 kcal.
BTW: 9,72/55,57/17,97

środa, 6 grudnia 2017

Zotter Pineapple Cream mleczna 40% nadziewana kremem ananasowym i czekoladą karmelową


 Gdy minęło już kilka godzin dalszej górskiej wędrówki po degustacji Zotter Peanut Butter & Banana, postanowiliśmy sięgnąć po następnego nadziewanego Zottera tego dnia. Pineapple Cream otworzyliśmy przesiadując w drewnianej wiacie na szczycie Lesistej Wielkiej (którą zdobyliśmy także podczas naszego poprzedniego wyjazdu). Tę mleczną czekoladę nadziewaną ananasowym kremem i karmelową czekoladą obstawiałam jako kolejną faworytkę wśród najnowszych Handscooped od Zottera zakupionych przez biokredens.pl. W końcu tak bardzo kocham ananasy, a Piña Colada wraz z Pineapple and Cashew Nuts należą do ścisłej czołówki ulubionych Handscooped. Dlaczego więc z Pineapple Cream miałoby być inaczej?


Kompozycja pachniała pysznie ananasowo i karmelowo, jednakże z naciskiem na karmel, doprawiony wanilią i cynamonem. Ananas w zapachu odznaczał się przesadną słodyczą, jak wyjęty z solidnie dosłodzonego syropu. W przekroju jasny ananasowy krem różnił się w zasadzie tylko kilkoma tonami od warstewki karmelowej czekolady, położonej pod kuwerturą mleczną o 40% zawartości kakao. 

Ananasowy krem był dość puchaty i delikatny, ale nie rozkosznie gładki. Krył w sobie strukturalne kawałeczki ananasa, jednak nie wydawały mi się one tak wyraziste, jak w Pineapple and Cashew Nuts. Naturalna ananasowość uwodziła, jednakże coś uparcie ją modyfikowało, nie pozwalając mi w pełni czerpać przyjemności ze smakowania ulubionego owocu.


Winowajcą była warstwa karmelowej czekolady. Słodka, palona, podkręcona wanilią i cynamonem - w normalnych warunkach byłaby dla nie smakowita, ale nie w połączeniu z ananasem. Ananas, którego słodycz jest bardzo specyficzna i soczysta, zagubił gdzieś swój charakter właśnie w połączeniu z karmelową czekoladą. Niby jest jej niewiele, ale przynosi efekt. Gdy do tego dodamy kuwerturę z mlecznej czekolady o dość niskiej zawartości kakao, robi się prawdziwy problem - jest po prostu zbyt słodko. Ulubiona słodycz ananasa staje się tym bardziej nienaturalnie koncentratowa. Gdybym jadła Pineapple Cream w domu, a nie na górskim szlaku, przypuszczalnie odebrałabym ją jako nieznośnie słodką...


Wykonaną w podobnej koncepcji czekoladą była Handscooped Raspberry, jednak tam cienka warstwa białej czekolady tak nie przeszkadzała - w końcu główną kuwerturę stanowiła siedemdziesiątka, a samo malinowe nadzienie również nie było wybitnie słodkie (a raczej bardziej kwaskowate). Pineapple Cream widziałabym bez karmelowej czekolady, z ciemną czekoladą jako kuwerturą - myślę, że taka prosta kompozycja w pełni by mnie zadowoliła. Tym razem odczułam lekki zawód...


A tu już zdjęcia z niedzielnych wędrówek, tym razem w paśmie Zaworów. Mieliśmy szczęście do rozstąpienia się mgły w kilku urokliwych miejscach widokowych. Powyżej widać Chełmiec z podejścia na Róg, a poniżej... panorama Gór Kruczych, Rudaw Janowickich i Karkonoszy (okolice Przełęczy Okraj) z przeciwległego zbocza Rogu.





Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, koncentrat ananasowy, suszone ananasy, syrop cukru inwertowanego, pełne mleko w proszku, mleko, miazga kakaowa, proszek karmelowy (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), odtłuszczone mleko w proszku, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia, cynamon.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 494 kcal.
BTW: 3,6/29/55

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Morin Pérou Piura Lait 48% mleczna


Jakże przyjemnie usiąść wraz z Mężem i Najlepszą Przyjaciółką z kawą i dobrą czekoladą w niedzielnie południe, leniwie regenerując się po całonocnej imprezie! Tak się składa, że ostatnio próbowaną przeze mnie tabliczkę francuskiej marki Morin dzieliłam się również z moją Przyjaciółką, więc miała okazję zaznajomić się nieco z tą wyjątkową marką. Tym razem sięgnęłam po Pérou Piura Lait 48%, czyli mleczną czekoladę o 48% zawartości kakao, pochodzącego z leżącego na północy Peru regionu Piura. Już dawno temu miałam okazję degustować ciemną interpretację tego kakao, wykonaną przez Morina (jeszcze w poprzedniej szacie graficznej). Dlaczego właśnie Morina wybrałam ponownie do podzielenia się z większą ilością osób niż tylko mój Mąż? To wiecie już z recenzji Bonnat Surfin - 100 g czekolady pozwala na przyzwoity poczęstunek! Kocham duże i solidne tabliczki z manufaktury Morin!

Morin Pérou Piura Lait 48% zakupiłam w niezastąpionym sklepie Sekretów Czekolady.


Tak, solidna tabliczka podzielona na klasyczne kostki, jej ciepła jasna barwa... Już sam wygląd rozbudza apetyt, a co dopiero zapach. Nasza Pérou Piura Lait 48% pachniała kozim mlekiem, co tak często spotykam w dobrych mlecznych czekoladach - gdy szlachetne kakao spotyka się z mlekiem przy wyważonym udziale cukru. Odnaleźliśmy tu również nuty karmelowe i lekko kokosowe, a także zwiastujące obecność owocowości w kwestii smaku. Na pewno nie spodziewaliśmy się wysokiego poziomu słodyczy.

Wracając jeszcze do samych ziaren, producent na stronie internetowej wskazuje, iż po tej tabliczce należy się spodziewać karmelowości i lekkiej kwaśności. Plantacje, z których pochodzi wykorzystane tutaj kakao, są częściowo nawadniane. Grupa producentów opiekujących się uprawami szkoliła się w wenezuelskim regionie Chuao - procesy związane z zajmowaniem się ziarnem po zbiorze wyglądają tak samo jak tam. Uprawa w regonie Piura jest organiczna i daje w 35% białe ziarna.


Czekolada rozpuszcza się powoli, przede wszystkim przez wzgląd na masywność kostek. Ma dość znaczne ciało, wypełnia usta nie do końca gładką masą, ale przyjemną i klarowną - na pewno nie można tu mówić o proszkowości czy piaskowości. Nie tworzy jednak błogiego błotka, jest w swej strukturze mocno wypośrodkowana. Przez tą swoją masę z początku zdała mi się być znacznie tłusta. Gdy dodamy jeszcze początkowy silny akcent koziego mleka przechodzący po chwili w specyficzną goryczkę - przestraszyłam się, że mleczna Pérou Piura okaże się podobna do mlecznej Akesson's Brazil Fazenda Siempre Firme 55% (która wybitnie mi nie smakowała). Na szczęście czekolada od Morin prędko zmieniła swój bukiet - poszedł on w zupełnie inną stronę.


Mało słodka w typowo cukrowy sposób, mleczna bardziej w sposób kozi niż krowi - a mimo to zdecydowanie karmelowa. Masywna, ale nie przesadnie tłusta. Z wyrazistą goryczką pojawiającą się przy przełykaniu rozpuszczanego kęsa - kojarzącą się dość nietypowo, bowiem z mocno podprażonymi wiórkami kokosowymi. Tłustość i ciało tej czekolady doskonale pasowała mi do kokosa, do skarmelizowanych wiórków, pełnych aromatu. Świeższe nuty owocowe, lekko kwaśne, pojawiające się obok tej goryczki przywodziły na myśl także skórkę pomarańczy. Wyczuliśmy również wędzoność sera, co odrobinę przybliżyło Piurę do fenomenalnej mlecznej Tibitó Meta.

Wyważona i nie jakoś bardzo szałowa, ale jednak zapadająca w pamięć. Przyjemna do degustacji z przyjaciółmi - zawiera ciekawe nuty łatwe do wyłapania, bez konieczności szczególnego skupienia się nad nią. Moja pierwsza mleczna czekolada od Morin wypadła całkiem miło, szczególnie dzięki ciekawej transformacji w stronę prażonego kokosa. Okazała się idealnie dobrana do sytuacji, podtrzymując dzięki temu mój wyjątkowy sentyment do marki Morin.


Skład: ziarna kakao, pełne mleko, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 48%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 8,4/42,2/41