wtorek, 13 czerwca 2017

Amedei Toscano Red ciemna 70% z truskawkami, wiśniami i malinami


Po przejściu Bukowego Berda przy rozgałęzieniu szlaku prowadzącego dalej do wsi Muczne - ułożyliśmy się pośród jagodziska z kolejną tabliczką czekolady. Mając przed sobą przepiękny, rozległy widok mogłam przytulać Ukochanego i zajadać się wraz z nim czekoladą. Cóż za beztroska! Tego dnia czas nad nie naglił ani trochę. Nie obawialiśmy się nawet grzmotów na horyzoncie, rozdzierających parne powietrze - wszak do szlaku prowadzącego w dół przez las mieliśmy już tylko maleńki kawałek.

Sięgnęliśmy po ostatnią tabliczkę włoskiego Amedei, jaką miałam w swych zapasach - kupioną jak wszystkie moje czekolady tej marki za pośrednictwem sklepu Sekretów Czekolady. Ostatnio często gęsto zasypywałam Was recenzjami Amedei, stąd już pewnie zdążyliście się przyzwyczaić do moich mieszanych uczuć dotyczących bądź co bądź prestiżowej marki. Wobec dziś opisywanej tabliczki żywiłam pewne nadzieje, szczególnie przez wzgląd na dodatek czerwonych liofilizowanych owoców: truskawek, malin i wiśni. Jak łatwo można dostrzec po rozpakowaniu tabliczki, owoców jest bardzo dużo. A że liofilizacja jest bardzo wdzięcznym procesem pozwalało mi to przypuszczać, że smak owoców przyćmi mi nawet niezbyt udany smak ciemnej czekolady (tutaj o klasycznej, 70% zawartości kakao nieokreślonego pochodzenia - przypuszczalnie jest to blend).



Rzeczywiście nie zawiodłam się na Toscano Red, przez co była ona pozytywnym zwieńczeniem mojej dotychczasowej przygody z Amedei (a czekolad tej firmy do spróbowania pozostało mi już niewiele). Cudownie pachniała miksem czerwonych owoców podkreślonych owocowymi nutami kakao. Ów aromatyczny bukiet tym mocniej uwydatniał się w pełnym słońcu. Gdybym miała do czynienia z inną czekoladą niż Amedei, mnogość owoców traktowałabym być może jako wadę. Tymczasem byłam już lekko zrezygnowana czekoladami od Amedei, toteż świetnie spreparowanych czerwonych owoców pożądałam jak najwięcej.


Nie rozdrabniałam się na oddzielanie i osobną identyfikację wiśni, truskawek i malin. Zresztą, zapewne byłoby to trudne (i w gruncie rzeczy do niczego nie potrzebne). Jędrne i miękkie owoce tworzyły razem świetną, smakowitą mieszankę, w istocie bardzo dobrze spajającą się z ciemną czekoladą - nie pogardziłabym ponownie takim smakołykiem na górskim szlaku. W domu doszukiwałabym się więcej charakteru samej czekolady, co niechybnie prowadziłoby mnie do poirytowania. W przepięknej górskiej scenerii relaks z Toscano Red był idealny! Tabliczkę polecam każdemu, kto gustuje w owocach w ciemnej czekoladzie. Ja na pewno kiedyś skuszę się na Toscano Blond, czyli odpowiednikiem z brzoskwiniami i morelami - wierzę, że również świetnie spisze się na szlaku. Póki co czuję, że i tak muszę nieco odpocząć od Amedei...


W dalszej części wpisu przygotowałam dla Was szereg zdjęć z naszego spaceru przez Bukowe Berdo...





















Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone owoce 10% (truskawki, wiśnie, maliny), wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.

niedziela, 11 czerwca 2017

Zotter Miracles & Tales kawowa i cynamonowy nugat w orzechów włoskich


Po przeczytaniu recenzji Kimiko dotyczącej Zotter Miracles & Tales wiedziałam, że muszę kupić ten zestaw dwóch tabliczek, których bardzo chciałam spróbować. Beztrosko zamówiłam swój duet Labooko Contest na biokredens.pl jeszcze jesienią, wraz z kilkoma gwiazdkowymi tabliczkami i... co? Moja Miracles & Tales okazała się połączeniem Coffee i Cinnamon Nuts, zamiast Milky White i Cinnamon Nuts... No cóż, najbardziej zależało mi na Cinnamon Nuts, ale zdziwienie i tak było spore. W końcu okładka wygląda identycznie jak w wariancie Kimiko. Co mam zrobić, muszę Zotterowi wybaczyć. I tak była to moja pierwsza okazja na spróbowanie samodzielnej Labooko Coffee (wcześniej coś na jej kształt skosztowałam w Mitzi Blue Coffee + Caramel).


Naszą degustację w okolicy Przełęczy Goprowskiej rozpoczęliśmy właśnie od wersji kawowej. Jedzona niespiesznie w bieszczadzkim słońcu sprawiła nam dużo przyjemności. Choć z Coffee + Caramel wiążę niesamowicie miłe wspomnienia (wszak to jedna z czekolad jedzonych na kolumbijskiej plantacji kawy), w pamięć zapadło mi szczególnie przełamywanie smaku mlecznej kawy przez karmel. Tu było przecież inaczej i w trakcie bieszczadzkiej degustacji nawet nie myślałam o Coffee + Caramel. Odkrywałam sobie Coffee na nowo, delektując się słodyczą delikatnej, mleczno-waniliowej kawy, gładziutko rozpuszczającej się w ustach. Dla tej prostej przyjemności, skłonna jestem zakupić kiedyś Labooko Coffee (a po Milky White również sięgnę z ciekawości).


Na koniec zostawiłam sobie barrrrdzo pociągającą mnie Cinnamon Nuts. Kocham orzechy włoskie, kocham też cynamon - ów nugat wydawał się być stworzony dla mnie. Zwłaszcza, iż próbowany w zeszłym roku Nougsus Walnut Nougat tak bardzo mi smakował. Cinnamon Nuts jednak już w samym zapachu wydawał się podejrzany, tłusty w nieco nieprzyjemny sposób. Po smakowitej Coffee moje oczekiwania były duże, a tu kontrast okazał się spory.

Cinnamon Nuts była dla mnie za tłusta. W połączeniu ze specyficzną oleistością spora słodycz i wyrazisty cynamon przyćmiewały mi ukochany smak orzechów włoskich. Naprawdę coś mi mocno nie pasowało w tej czekoladzie, a mój Mąż zgadzał się z moją opinią. Kawałki orzechów nie stworzyły wbrew pozorom mocniejszej struktury tej czekolady i tak zdawała mi się rozlazła, wręcz margarynowa, a jej lekka paloność wcale nie była dla mnie zachęcająca. Dlaczego? Nie sposób jej było porównać z Walnut Nougat. Z drugiej strony, opinia Kimiko jest odmienna. Może z moją tabliczką było coś nie tak? Może kiedyś uda mi się powtórzyć Cinnamon Nuts, aby to zweryfikować...




6 maja po raz ostatni wyszliśmy na bieszczadzki szlak. Weronika podwiozła nas do Wołosatego, skąd ponownie podeszliśmy na Tarnicę - tym razem tylko mój Ukochany i ja. Weronika pojechała odwiedzić koleżankę mieszkającą w gminie Ropienka za Ustrzykami Dolnymi.





Pogoda wspaniale nam dopisywała. Znów mieliśmy cudowne widoki, a na dodatek na szczycie Tarnicy było niebywale zacisznie... Doskonała randka z Mężem! :D








Po zejściu z Tarnicy, na ławce przy chatce widocznej poniżej (przy Przełęczy Goprowskiej) degustowaliśmy dziś opisywany duet czekolad.






A potem podeszliśmy na Bukowe Berdo...



Czekolada kawowa.
Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, ziarna kawy 3%, słodka serwatka w proszku, miazga kakaowa, pełny cukier trzcinowy, kawa w proszku 0,4%, lecytyna sojowa, wanilia, sól.
Masa netto: 35 g.

Cynamonowy nugat z orzechów włoskich.
Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy włoskie 19%, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, proszek sojowy, cynamon 0,7%, lecytyna sojowa, wanilia, sól.
Masa netto: 35 g.

Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 5,8/41/48

piątek, 9 czerwca 2017

La Naya Orange & Juniperus mleczna 54% z olejkiem pomarańczowym i jałowcem


Przedostatnia z pięciu posiadanych przeze mnie tabliczek La Naya z dodatkami przedstawiała się wyjątkowo ciekawie. Wszystko za sprawą przyprawy, z którą nigdy dotąd nie spotkałam się w czekoladzie, co najwyżej w doprawieniu mięs i generalnie potraw wytrawnych. Mowa o jałowcu. Prócz tego, w mlecznej czekoladzie o 54% zawartości kakao miejsce dla siebie znalazł olejek pomarańczowy. Tabliczkę - kolejny element w całym obrazie, na który składają się poszczególne opakowania w kolekcji - zakupiłam oczywiście w sklepie Sekretów Czekolady.

Czekolada prezentowała się przepięknie, jak na La Naya przystało - to górskie uformowanie tabliczki jakże doskonale pasuje do degustacji na szlaku! Obecności dodatków nie było w czekoladzie widać, ale od razu było je czuć. La Naya Orange & Juniperus pachnie bardzo specyficznie, trudno to opisać. Smakowity mleczno-kakaowy aromat miesza się z wyrazistą, jakby żywiczną wonią.



Nasza La Naya bardzo miło, powoli i maślanie rozpuszczała się w ustach - niestety w pewnej mierze przez udział masła klarowanego... Nie mniej jednak, sam proces był przyjemny, zwłaszcza, że wiązał się z pieszczeniem kubków smakowych oryginalnymi nutami. Pomarańcza, tak często oklepana i wręcz ordynarna w czekoladach, tu została przełamana niesamowitym jałowcem. Ziołowo-leśny akcent położony na pomarańczy rzeczywiście tworzył iluzję żywicy. Mleczność i subtelna słodycz czekolady nie pozwalała nam odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z wyrobem wytrawnym. To nadal była słodka mleczna czekolada, ale z prawdziwym tchnieniem lasu. Warto wypróbować Orange & Juniperus jako ciekawostkę, choć ja drugi raz chyba wolałabym sięgnąć po Honey & Bread Crumbs.


A w takiej oto uroczej miejscówce przyszło nam jeść La Naya Orange & Juniperus.


Zejście z Głębokiego Wierchu do Nowego Łupkowa, po przekroczeniu granicy lasu, zaoferowało nam zupełnie nowe widoki. Nadal znajdowaliśmy się na pustkowiach, lecz tym razem pośród łąk i strumieni. Raz po raz wyrastała przed nami stara jak świat kapliczka...


...bądź nowiutkie efekty pracy bobrów.


A takiego oto delikwenta spotkaliśmy przy schronisku Koniec Świata.




Stary cmentarz w Łupkowie to niezwykle urokliwe miejsce...




A takie harce odbywały się w naszym degustacyjnym strumyczku :)


Spokojna, prosta droga... Czysta radość!


Wracając autem z Nowego Łupkowa kupiliśmy przeróżne, przepyszne nalewki regionalne w jednym z punktów sprzedaży bieszczadzkiej nalewkarni, o której wspominałam w ostatniej recenzji Surovital.

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, masło klarowane, jałowiec 0,6%, lecytyna sojowa non-GMO, olejek pomarańczowy.
Masa kakaowa min. 54%.
Masa netto: 80 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 573 kcal.
BTW: 9/42/37