wtorek, 17 stycznia 2017

Zotter Pineapple + Coconut ananasowa z kokosowym dyskiem


Analogicznie jak w poprzednim wpisie - dziś zaprezentuję Wam czekoladę zjedzoną 5 grudnia, zaś wydarzenia opisane pod jej recenzją będą pochodziły z 4 grudnia.

Kolejnym duetem spośród nowości Zottera w kolekcji Mitzi Blue jest Pineapple + Coconut. Tak jak w przypadku Coffee + Caramel, szczególnie urzekła mnie grafika umieszczona na opakowaniu. Poza tym, zestawienie smakowe lepiej pasowałoby do wybrzeża Kolumbii i drinków pinacolada, lecz w końcu i tu - w górskim regionie - miałam okazję spróbować wybornych ananasów. Moja sympatia zarówno do ananasów, jak i do kokosa, dawała szansę Pineapple + Coconut do stania się jednym z ulubieńców wśród najnowszych Mitzi Blue zakupionych przez
biokredens.pl. 

 Szczerze ucieszyłam się z zastosowanych tutaj proporcji. Ananasa nigdy za wiele, a choć kokos również jest pyszny, to Zotter nie popisał się chociażby w Labooko Coconut. Przypuszczałam, że i tutaj kompozycja kokosowej czekolady może być podobna - w składzie naszej Mitzi Blue tak jak w wyżej wspomnianej Labooko również znajduje się ryż.


Kompozycja mnie nie zawiodła. Ananasowa czekolada nie poraziła mnie wprawdzie totalną soczystością i w pełni autentyczną słodyczą - ale po spróbowaniu świeżych kolumbijskich ananasów nic innego już nie będzie dla mnie ideałem. Miałam wrażenie, że mleko temperowało nieco tak żywiołowe usposobienie ananasa, ale w końcu inaczej nie dało się zrobić tej czekolady, nie przesadzajmy. Dobry tłuszcz kakaowy, dzięki któremu czekolada lekko rozpuszczała się w ustach, również łagodził ananasowy szał. Mimo to, nadal ananasowy dysk pozostawał rześki, przyjemny, smaczny. Jeśli ananasowa Labooko będzie znów dostępna, na pewno się na nią skuszę.

A co z kokosowym dyskiem? Szczerze? Nieco przepada pośród ananasowego uroku. Jest dość delikatny i w sumie ciężko mi określić, jak bardzo podobny jest do Labooko Coconut. Jedzony wraz z cząstkami ananasowej czekolady nadaje jej dodatkowego uroku, ale solo... Ot, łagodny, kokosowo-mleczny smaczek, o którym ciężko mi cokolwiek więcej powiedzieć. Niestety, tak to już jest z Mitzi Blue... Proporcje w tych czekoladach są nieubłagane i dość często z różnych powodów mi przeszkadzają.






4 grudnia obudziły nas śmiechy mieszkańców pobliskiej miejscowości Santa Isabel, którzy wczoraj przybyli do Termales Canon wraz ze zmierzchem. Od samego rana zażywali odżywczej kąpieli. Prędko do nich dołączyłam, rozkoszując się ponownie ciepłem wody i cudnymi widokami dookoła. Napiłam się też integracyjnie rumu z współtowarzyszami kąpieli ;). Wyszłam z wody dopiero wtedy, gdy Eduardo zawołał na śniadanie.



Tak się złożyło, że wraz z ekipą z Santa Isabel do Termales Canon zawitali chłopacy z lokalnej telewizji. Zastając parę z dalekiej Polski w tak mimo wszystko mało popularnym turystycznie miejscu, postanowili przeprowadzić z nami wywiad :)


Po zwinięciu namiotu wyruszyliśmy w drogę powrotną do La Primavera. Wytracaliśmy stopniowo wysokość mijając skały obrośnięte ogromnymi porostami (cóż za czyste powietrze) oraz podziwiając całe mnóstwo frailejonów. Osobnik widoczny na zdjęciu poniżej miał ze spokojem ponad 5 metrów, czyli liczy sobie na pewno ponad pół tysiąclecia...


 Doszliśmy do rozległej doliny, nazwanej Doliną Przyjemności. Dzisiaj jest to tak naprawdę pastwisko dla chowanych tutaj stad bydła, co w gruncie rzeczy nie powinno mieć miejsca w Los Nevados... Wszędzie tutaj, zamiast krótko przystrzyżonej trawki - powinno rosnąć paramo. Zresztą, później mieliśmy okazję spotkać kolejne niemiłe skutki działalności człowieka na tym terenie. Poczerniałe frailejones, które przeżyły kilka podpaleń...



Po drodze spotkaliśmy również kilka jaskiń Lopeza, które często służą jako schronienie dla turystów przed atakiem na Nevado del Tolima.


Dalej mijaliśmy Laguna El Elcanto, które widzieliśmy w dali podczas podejścia z La Primavera do bazy pod Nevado del Tolima. Chcieliśmy nad jeziorem zjeść sobie na spokojnie lunch, niestety nasze plany pokrzyżował deszcz.



Pod koniec drogi przedzieraliśmy się znów przez paskudne błoto. W końcu dotarliśmy do La Primavera, które było już świątecznie ozdobione. Przyznam, że Kolumbijczycy mają większego świra od Polaków jeśli chodzi o świąteczne dekoracje.



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszony ananas 11%, odtłuszczone mleko w proszku, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), wiórki kokosowe 2%, proszek kokosowy 1% (mleko kokosowe, maltodekstryna), lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sól, wanilia, lecytyna słonecznikowa.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 570 kcal.
BTW: 2,3/36/59

niedziela, 15 stycznia 2017

Zotter Oranges + Bananas pomarańczowa z bananowym dyskiem



Dziś recenzowaną czekoladę jedliśmy dopiero 4 grudnia, zaś w tym wpisie znajdziecie relację z wydarzeń 3 grudnia. Eduardo zapewnił nam na nasze wycieczki taką ilość słodyczowej wałówki, iż po czekolady sięgałam nie z konieczności (potrzeba zjedzenia czegoś słodkiego), lecz z chęci delektowania się nimi w spokoju, z ładnym widokiem. Na przykład w takich warunkach, jakie widzicie na zdjęciu powyżej - w Dolinie Przyjemności, ale więcej o niej przeczytacie dopiero pojutrze. Teraz czeka Was sama czekolada, a potem... Nevado del Tolima!

 Oranges + Bananas to kolejna nowa propozycja Zottera w kolekcji Mitzi Blue, dostępna w biokredens.pl. Tak jak w przypadku Coffee + Caramel zastosowano bardzo proste połączenie dwóch smaków, tym razem w ogóle nie posiłkując się miazgą kakaową. Duży dysk to biała czekolada pomarańczowa, zaś mały dysk - biała czekolada bananowa. W składzie odnajdziemy spory udział jogurtu w proszku. Żałowałam, że proporcje w tej czekoladzie nie są odwrócone. Wszak Labooko Banana (wprawdzie na 99% o nieco innym składzie) bardzo mi smakowała, zaś pomarańczowy dysk w Happy Buzz niestety nie sprostał moim oczekiwaniom.


W Oranges + Bananas najpierw spróbowałam dominującego pomarańczowego dysku i... odetchnęłam z ulgą. Okazał się o wiele bardziej przystępny, niż mały dysk z Happy Buzz. Rozpościerał nad tabliczką przyjemny, lekko jogurtowy aromat, z naturalną pomarańczową nutą. Pomarańcza okazała się być tu wyrazista, lecz nieprzesadzona, bez sztucznych i przesadzonych posmaków. Ot, po prostu cytrusowe orzeźwienie, delikatna soczystość. Spory wpływ na smak pomarańczowej czekolady miał jogurt, który dodawał jej rześkości, ale także płynniej spajał smakowo pomarańczę z mlekiem i tłuszczem kakaowym. Nic nie przeszkadzało mi w tej pomarańczowej czekoladzie, spokojnie rozpuszczającej się i umiarkowanie słodkiej.

 Następnie przeszłam do bananowego małego dysku i... eh, cała nasza trójka zgodnie stwierdziła, że i tak czy siak wygrywa on w tym duecie. Bananowej czekolady mogłoby być o wiele więcej! Wyrazista słodycz banana, jego autentyczny aromat, tak wspaniale odnalazły się w delikatnej białej czekoladzie. Choć nie była to kubek w kubek Labooko Banana, poczułam tchnienie tamtej przepysznej tabliczki. W Kolumbii banany są bardzo popularne - występuje tu wiele ich odmian, które podaje się na różne sposoby - tym bardziej uznanie Eduardo dla bananowej czekolady było dla mnie istotne.

Choć całość wypadła całkiem smacznie, nie mam wątpliwości, iż odwróciłabym w tej Mitzi Blue proporcje. Całym sercem jestem za bananem!



3 grudnia o drugiej w nocy zadzwonił budzik Eduardo, śpiącego w sąsiedniej komorze namiotu. Rytmiczne krople deszczu uderzające w ścianki namiotu kazały nam odwlec na później wyjście. Eduardo wiedząc, że mamy jeszcze zapas czasu i że nasze tempo nie jest najgorsze - przestawił budzik na później. Później jednak nadal padało...

Trzeba było podjąć decyzję. Wraz z Mężem jednogłośnie stwierdziliśmy, że z cukru nie jesteśmy i w ostateczności idziemy w deszcz - oby tylko u góry nie zamienił się on w śnieżną zawieruchę. Gdy po energetycznym śniadaniu, ubrana już w górskie ciuchy wyczołgałam się z namiotu - jak na zawołanie deszcz ustał. Niepewni, co będzie dalej - maszerowaliśmy do góry. Gdzieś na granicy paramo i skał zaczęło świtać.






Stąpaliśmy po skałach miejscami pokrytymi cienką warstwą świeżego śniegu. Droga nie sprawiała żadnych trudności, szybko rozkręciliśmy się i nabraliśmy wiary, że jednak pogoda nie pokrzyżuje nam planów. Pobliskie szczyty fragmentami odsłaniały się nam spośród obłoków, tworząc wraz z ośnieżonymi skałami niesamowite impresje.



Prędzej niż się spodziewałam doszliśmy do granicy lodowca. Ubraliśmy kaski, uprzęże, raki. Związaliśmy się liną. Dopiero co wyjęci z buchającej życiem krainy niekończącej się zieleni, teraz wtopiliśmy się w niemal martwy, biało-szary zimny świat. Tak piękny był fakt, że jedno i drugie miałam tam, w Kolumbii, niemal na wyciągnięcie ręki.






Spokojnie, rytmicznie wchodziliśmy do góry po lodowcu. W końcu ukazało się naszym oczom rozległe wypłaszczenie - śmiałam się, że jest niczym boisko do piłki nożnej. Oto szczyt! Właśnie zdobyliśmy Nevado del Tolima ~5200 m n.p.m., kolejny z pokrytych lodowcem wulkanów położonych na terenie Parku Narodowego Los Nevados.




Przy robieniu sobie pamiątkowych zdjęć na szczycie mieliśmy sporo szczęścia - jeszcze coś było widać. Chwilę później, gdy wybraliśmy się na rekonesans w poszukiwaniu krateru - wszystko zostało spowite mlecznobiałymi chmurami. Ciężko było zorientować się w takiej bieli. Z racji, że zamiast krateru natrafialiśmy jedynie na przerażające szczeliny, postanowiliśmy po ponownym nawróceniu na szczyt rozpocząć bezpieczne zejście.



Gdy już po zdjęciu raków schodziliśmy po skałach, dopadł nas deszcz. Prócz tego pierońskiego deszczu zejście nie przysporzyło nam żadnych problemów. Dość szybko znaleźliśmy się w namiocie, gdzie ucinając sobie drzemkę czekaliśmy, aż przestanie padać. Po dwunastej, gdy już tylko kropiło - zabraliśmy się za zwijanie namiotu. Część pakunków zostawiliśmy na miejscu zabezpieczając je - wkrótce gospodarz La Primavera miał po nie przyjść wraz z mułem. My zaś wyruszyliśmy w dalszą drogę. Około trzech-czterech godzin marszu dzieliło nas od miejsca, gdzie mieliśmy spędzić kolejną noc. Maszerowaliśmy zboczami Nevado del Tolima przez paramo...




...aż w końcu dotarliśmy do naszego celu - Termales Canon. Z głębi wulkanu spływają tutaj gorące, bogate w minerały wody - które tworzą naturalne termalne kąpielisko! Czyż można sobie wyobrazić coś przyjemniejszego po zdobyciu pięciotysięcznika, niż zanurzenie się w cieplutkiej wodzie, w tak pięknym otoczeniu? Szybko rozbiliśmy namiot, by jak najprędzej móc oddawać się błogiej kąpieli. Aż do zmroku...



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone pomarańcze 9%, jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku, suszone banany 2%, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), wanilia, sól.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 578 kcal.
BTW: 2,7/38/55

piątek, 13 stycznia 2017

Bonnat Asfarth ciemna mleczna 65%


Kolejną (i ostatnią już) czekoladą, którą degustowaliśmy podczas wizyty na plantacji kawy Don Manolo, była mleczna Bonnat Asfarth wykonana z indonezyjskiego kakao (dokładniejszym miejscem pochodzenia jest Sumatra). Jak to Bonnat ma w zwyczaju w przypadku swych mlecznych czekolad, Asfarth charakteryzuje się bardzo wysoką, bo aż 65% zawartością kakao. Pierwsze moje doświadczenie z mlecznym Bonnatem było spektakularne. Java totalnie mnie zauroczyła, toteż przy najbliższej okazji zamówiłam w Sekretach Czekolady także Asfarth. Bardzo kusiła mnie choćby sama możliwość porównania dwóch ciemnych mlecznych czekolad wykonanych z kakao pochodzącego z różnych indonezyjskich wysp.

 Asfarth okazała się ciemniejsza od Javy. W przekroju bardziej przypominała nugat, niż jednolitą solidną masę. Pachniała mocno przydymionymi owocami obtoczonymi w ogromnej ilości... śmietanki. O tak, wyjątkowa kremowość Asfarth dała o sobie znać już w sferze zapachu.


Na kremowość tej czekolady zwracają uwagę wszyscy recenzenci w sieci, także nasza Kimiko. U Kimiko owa kremowość została wręcz potraktowana jako wada. Wiem, że Bonnat nie szczędzi tłuszczu kakaowego w swych czekoladach i jestem już do takiej konsystencji i posmaku przyzwyczajona. Nie mniej jednak, tak wybitna kremowość może szokować i nie każdemu przypadnie do gustu. Inaczej było w przypadku moich współtowarzyszy degustacji. Asfarth wywołał zamieszanie w Don Manolo, tabliczka została spałaszowana co do kosteczki.

 Asfarth w swej kremowości jednoczy łagodność mleka z wyrazistym charakterem sumatrzańskiego kakao. Samo kakao niesie ogromny bagaż wrażeń - od nut cytrusowych, przez słodkie truskawki, aż po winne oliwki. Nie sposób opisać, w jak wyrafinowany sposób odnalazły się one pośród tony skóry, tytoniu, dymu, kawy, ziemi. Słodycz tej czekolady, z jednej strony tak aksamitnie jasna i oczywista, podszyta jest niepokojącym mrokiem, niebezpieczeństwem. Nie była w 100% błoga i orgazmiczna jak Java, gdzie orzechy i karmel zaprowadziły mnie wprost do nieba - tu po rozkosz idzie się z przebojami po drodze.

Jedno jest pewne - muszę kiedyś powrócić do Bonnat Asfarth, bowiem moja tabliczka rozeszła się w mgnieniu oka niczym świeże bułeczki, wśród westchnień czekoladowej przyjemności. Mało tego, kolejnym wyzwaniem będzie dla mnie Bonnat Surabaya - trzecia wariacja na temat ciemnej mlecznej czekolady z indonezyjskiego kakao.



2 grudnia po śniadaniu w La Primavera, znów część bagaży przytroczyliśmy do grzbietu muła. Sami zaś, spokojnym krokiem, ruszyliśmy w głąb Parku Narodowego Los Nevados. Nevado del Tolima leży w nim tak samo jak zdobyta już przez nas Nevado del Santa Isabel. Tym razem dostaliśmy się do parku od innej strony.

W dali widoczne jest opuszczone gospodarstwo Japan. Jeśli kiedyś wyemigruję do Kolumbii i założę gdzieś własną plantację kakao bądź kawy - nazwę ją Polonia ;)


Tempo tego dnia miałam wyjątkowo spokojne. Nie potrafiłam odrzucić od siebie tysiąca kłębiących się w głowie myśli, które chcąc nie chcąc - nadawały moim nogom ciężkości. Na szczęście nigdzie nie musieliśmy się spieszyć.

W dali Laguna El Elcanto.

 W końcu dotarliśmy do miejsca, stanowiącego naszą bazę wypadową na Nevado del Tolima. Nasze bagaże już tu na nas czekały. Rozłożyliśmy namiot - w ostatniej chwili zdążyliśmy przed deszczem. Skryci w namiocie zjedliśmy lunch, a potem chłopacy ucięli sobie drzemkę. Ja korzystałam z kolejnej idealnej chwili na lekturę. Gdy w końcu przestało padać, mogliśmy wyjść na zewnątrz i podziwiać cudowną panoramę, jaka się przed nami odsłoniła.

Po lewej szczyt Paramillo del Quindio. Niestety nie mieliśmy kiedy wejść na niego, a szczególnie pięknym doświadczeniem na pewno jest podziwianie wielobarwnych formacji skalnych występujących na tej górze.


Piękny widok na Nevado del Santa Isabel oraz dymiący Nevado del Ruiz.

Nasz cel nadal pozostawał za chmurami.

 Dobra widoczność utrzymywała się aż do zmroku. Próbowałam nasycić się krajobrazami z całych sił. Po zachodzie słońca Eduardo przyrządził nam smaczny i sycący obiad. W namiocie panowała atmosfera spokojnego oczekiwania. O drugiej w nocy czekała nas pobudka i rozpoczęcie drogi na sam szczyt Nevado del Tolima...


Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, mleko w proszku.
Masa kakaowa min. 65%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 626 kcal.
BTW: 8/49/40,5