sobota, 7 października 2017

Zotter Africa ciemna 75% Madagaskar z rodzynkami i dyskiem z białej czekolady


Mitzi Blue Africa zakupiłam w biokredens.pl z myślą o zabraniu jej na górski szlak, tak jak praktycznie wszystkie ostatnio nabyte czekolady Zottera z tej serii. Na Africę miałam szczególną chęć, bowiem w mej pamięci majaczyło, iż duży dysk został w niej wykonany z kongijskiego kakao. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po otwarciu opakowania zobaczyłam, iż do wytworzenia ciemnej czekolady 75% użyto kakao z Madagaskaru. W zasadzie powinnam się tego spodziewać. W końcu Labooko Congo 68% już jakiś czas nie występuje w ofercie Zottera, a ja głupia żywiłam nadzieję, że sobie odświeżę kakao z Kongo w zotterowskiej interpretacji. No nic, musiałam się zadowolić Madagaskarem 75%, którego to zresztą w formacie Labooko próbowałam całkiem niedawno. W Africa madagaskarska ciemna czekolada występuje wraz z małym dyskiem z białej czekolady doprawionym cynamonem i wanilią. Gładką taflę ciemnej czekolady urozmaica także kilka dużych i soczystych rodzynek.


Duży dysk okazał się idealnym repetytorium z Labooko Madagascar 75%. W zasadzie nie pozostaje mi nic innego, jak odesłać Was do tamtej recenzji. Miło było powrócić do tych specyficznych smaczków, jednakże wydaje mi się, że kongijska słodka soczystość bardziej spójnie skomponowałaby się z jędrnymi rodzynkami i błogą białą czekoladą. Madagaskar to jednak feeria kwaśności i ziemistości, nut bardzo specyficznych - w połączeniu w tak słodkimi dodatkami jak w Africa dało się odczuć pewien dysonans. Same rodzynki były świetnej jakości, z lekkim winnym akcentem, bez cienia suchości - po prostu pyszne. Biała czekolada, tak jak sie tego spodziewałam, ukazała obłędną słodycz i typową "zotterowość" - głębia przesłodkiego mleka (niczym skondensowane z tubki!) została mocno doprawiona cynamonem i wanilią.

Africa z pozoru zdaje się być prostym, nawet klasycznym połączeniem - to powinno się udać. To madagaskarskie kakao narobiło jednak sporo zamieszania i... chciałabym, żeby Zotter kiedyś zrobił tę Mitzi Blue ponownie. Kontrasty u Zottera są normą, ale tu nie jest to spektakularne zderzenie przeciwnych mocy.



Dodam, że Africę jedliśmy na czeskim szczycie Smrk, co bez mojej świadomości rozpoczęło nową tradycję. Dlaczego? Rok temu na Smrku także jedliśmy madagaskarską czekoladę!

A powyżej już relaks na szczycie Pytlácké kameny, w drodze powrotnej do Jizerki. Szlak po czeskiej stronie prowadzący z Smreka do tej malowniczej wioski chciałam przejść już dawno, no i wreszcie się udało. Pytlácké kameny są zdecydowanie najciekawszym punktem na tej trasie.


Z Jizerki pojechaliśmy na nocleg do Świeradowa. Nie obyło się bez obfitej kolacji w moim ukochanym Cynamonowym Słoniu, o którym mogliście poczytać już rok temu (gdy zawitałam do niego pierwszy raz). Jak widać powyżej, pyszne mango lassi piłam całą twarzą ;). 

Niedziela 10 września przywitała nas deszczem. Tego dnia planowaliśmy zrobić moją ulubioną pętlę z Hejnic, czeskimi Izerami. Przeszkodził nam nie tylko deszcz, ale i zamknięcie przejścia granicznego w Czerniawie. Zmieniliśmy więc plany, zaliczając znane nam sprzed lat Wysoką Kopę i Wysoki Kamień (pętelka z Rozdroża Izerskiego). Na tym drugim zjedliśmy przedwczoraj opisywaną czekoladę.

Szlak był zdecydowanie krótszy, niż planowany z Hejnic. O czternastej byliśmy z powrotem w Świeradowie. Dobrze, bo to akurat godzina otwarcia Cynamonowego Słonia! Mogliśmy w spokoju delektować się posiłkiem, a potem bez pośpiechu ruszyć w drogę powrotną do domu. Z naszej izerskiej randki...




Po trekkingu w deszczu rozgrzała nas herbata z mlekiem i cynamonem. Potem każdy z nas wsunął po dwa przepyszne dania, a na koniec delektowaliśmy się cudnymi lodami robionymi pod zamówienie Cynamonowego Słonia. Moim absolutnym faworytem okazał się wariant... cynamonowy, jak to na Cynamonowego Słonia przystało!

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, rodzynki, pełne mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, wanilia, lecytyna sojowa, sól. cynamon.
Masa kakaowa w czekoladzie ciemnej min. 75%.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 570 kcal.
BTW: 8,1/41/37

czwartek, 5 października 2017

Original Beans Esmeraldas Milk 42% mleczna z Ekwadoru


Minął już dobry rok od czasu moich zakupów w Smakowych Inspiracjach. Taki ze mnie marny blogger, że większość recenzji produktów wówczas zakupionych dopiero przede mną... Ba, czekolady jeszcze czekają na swoją kolej w degustacji. Dla mnie osobiście nie jest to wielka strata, a wręcz przeciwnie - Original Beans należy sobie dawkować. Dotąd wszystkie tabliczki tej marki, których miałam okazję spróbować, wywołały na mnie piorunujące wrażenie. Były bogate, aksamitne, idealnie czekoladowe - warto na nie czekać. Przy okazji wypadu na randkę w Góry Izerskie pewnego wrześniowego weekendu postanowiłam zabrać ze sobą jedną z wytęsknionych mojej uwagi Original Beans.

Wybór padł na wersję zawsze dobrze spisującą się w górach, to znaczny na wariant mleczny. Oczywiście nie był to byle jaki wariant (Original Beans nie ma byle jakich czekolad!), lecz tabliczka stworzona w 42% z ekwadorskiego kakao Arriba wyhodowanego pośród lasów deszczowych w rejonie Esmeraldas. Wiedziałam, że nie zjem jej nigdzie w pośpiechu, w napadzie cukrowego głodu, lecz znajdę gdzieś pośród gór chwilę na refleksję. Tak też było. Otworzyliśmy Esmeraldas Milk w niedzielnie przedpołudnie na szczycie Wysokiego Kamienia, korzystając z przerwy między opadami deszczu. Niebo było dla nas łaskawe, akurat idealnie dobierając nam czas na degustację.



W polskiej blogosferze recenzje Esmeraldas Milk pojawiły się już u Kimiko i Olgi. Dla mnie ta czekolada była definicją tego, czego oczekuję po mlecznej czekoladzie z podobnym pułapem kakao. Sam jej zapach sugerował znaczną słodycz, lecz nie bez udziału charakternego kakao - pachniało przede wszystkim karmelowo, a dalej owocowo (klimaty dojrzałych truskawek i jabłkowego musu). Aromat działał na apetyt niesamowicie pobudzająco!

Nie zawiodłam się na boskiej konsystencji czekolady, która w ustach rozpuszczała się idealnie. Aksamit, gładkość, powoli uwalniana pełnia smaku. Tylko dobra mleczna czekolada potrafi tak osaczyć swą błogą słodyczą, zdetronizować. Już po pierwszej kostce wiedziałam, że ta czekolada jedzona na pół z Mężem to będzie dla nas za mało. Esmeraldas Milk wciąga po czubek głowy w swą miękkość. Zalewa totalnie mleczno-karmelową głębią, jakże czystą i szlachetną w smaku, a jednocześnie tak rozbrajająco uroczą i... prostą. To jest bowiem nuta przewodnia kompozycji, umiejętnie przełamana szczyptą soli morskiej. Sól morska dodana tutaj jakby mimochodem, tak zgrabnie podkręca karmelowość czekolady, iż wydaje się, że lekka słoność wypływa z samego kakao.



Gdzieś dalej pojawia się wyczuwalny w sferze zapachu kosz dojrzałych truskawek, słój jeszcze ciepłego jabłkowego musu, a także aromatyczny słodki banan. Original Beans gra bez jakiejkolwiek fałszywej nuty, prezentując nam czekoladę generalnie mało złożoną w smaku, ale obłędnie smaczną. Intensywna karmelowość wraz z nutami słodkich owoców oraz niebywałą aksamitnością, przywodzą na myśl również domowej roboty budyń podany z prawdziwym syropem owocowym.

Jak dobrze, że kolejne tabliczki Original Beans jeszcze czekają na swoją kolej - to będą na pewno przepyszne doświadczenia. W Smakowych Inspiracjach czeka na mnie za to jeszcze niezakupiona Papua Kerafat, ale skuszę się na nią zapewne dopiero wówczas, gdy w internetowym sklepie pojawi się nowość od Original Beans - czekolada z kolumbijskiego kakao.



 Sobotni poranek 9 września przywitaliśmy w czeskiej wiosce Jizerka, w której to czas się zatrzymał. Weszliśmy na górujący nad wsią szczyt Bukowiec (powyżej fotka ze szczytu, a poniżej sylwetka samego Bukowca widziana ze wsi), po czym ruszyliśmy szlakiem biegnącym do granicy z Polską.


Piękna Izera oddziela w tych okolicach Polskę od Czech.


Mijając schronisko Orle doszliśmy znanym nam sprzed lat szlakiem do rozległej Hali Izerskiej. Pogoda dopisywała. W oddali dostrzec można było Szrenicę i Śnieżne Kotły.


Zatrzymaliśmy się na chwilę w Chatce Górzystów. Kiedyś zastawimy tak książkami całe nasze mieszkanie..


Jeśli Chatka Górzystów, to oczywiście biszkoptowe naleśniki z serem i jagodami! Po takim posiłku pomaszerowaliśmy dalej, w stronę Stogu Izerskiego. W jego okolicach ponownie przekroczyliśmy granicę polsko-czeską, po raz trzeci zdobywając szczyt Smrk. Tam zjedliśmy czekoladę, której recenzja pojawi się pojutrze...


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, masa kakaowa, sól.
Masa kakaowa min. 42%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 570 g.
BTW: 8/39/50

wtorek, 3 października 2017

Zotter Panama 35% mleczna


Mleczną czekoladę wykonaną przez Zottera z panamskiego kakao zakupiłam w biokredens.pl, z myślą o porównaniu jej z ciemną Labooko Panama 72%. Uwielbiam takie zestawienia, o czym zresztą przekonacie się jeszcze w kolejnych recenzjach dzieł kolumbijskiego Tibitó. Panama 32% stworzona została z kakao Cocabo, tradycyjnie uprawianego w panamskich lasach deszczowych, z daleka od zmartwień dzisiejszej cywilizacji. Kooperatywę Cocabo tworzą panamskie plemiona Ngobe i Bugle. Pielęgnując przyrodę i tradycję, tutejsi ludzie założyli ją w 1952 roku. Zaczęto od 19 farmerów, a dziś kooperatywa liczy sobie około 3000 rodzin. Żyjąc w północno-zachodniej Panamie, w regionie Bocas del Toro, kultywują jedno z największych skupisk plantacji kakao na terenie ich państwa.


Nie ukrywam, że wiele spodziewałam się po tej czekoladzie. Nie, nie dlatego, że była to moja ledwie druga czekolada z Panamy (po Morin Panama 70%). Nie, nie dlatego, że mogłam ją porównać z Labooko Panama 72%. Także nie dlatego, że Panama leży blisko mojej umiłowanej Kolumbii. Po prostu, ciągle miałam żywo w pamięci jedzoną rok temu Zotter Brazil 35%. Ta mleczna czekolada rozłożyła mnie na łopatki swą oryginalnością. Panamę 32% charakteryzował praktycznie ten sam skład co Brazil 35% (oczywiście pomijając pochodzenie kakao!). Z tego powodu, obecność miazgi kakaowej dopiero na piątym miejscu w składzie zupełnie mnie nie niepokoiła, bowiem Brazil 35% nie przeszkadzało to w byciu doskonałą.

Panama 32% zaskoczyła mnie niezwykle jasną barwą - mieszanką cappuccino i brzoskwini. Jej siostra, Brazil 35% również była jasna, ale chyba nie aż tak. Nasza panamska czekolada z wyglądu bardziej przypominała twór biały niż mleczny. Ponadto niezwykle intensywnie pachniała cynamonem (w końcu zawierała w sobie zarówno cynamon, jak i wanilię), a poza tym w aromacie przypominała jakieś turbo maślane ciastko. Ciastkowe wrażenie potęgowała także nuta sugerująca słoność.



Pierwsze wrażenia płynące z degustacji Panama 35% są niebiańskie. Czekolada rozkosznie miękko rozpuszcza się w ustach, otulając podniebienie słodyczą lodów karmelowo-jogurtowych z uwodzicielską domieszką soli. Urzeka mocą cynamonu i wanilii. Gdy jednak podczas kolejnych kęsów czekałam na coś bardziej charakterystycznego dla samego kakao... nie doczekałam się. Słodycz wkrótce wskoczyła na poziom przebijający niejedną białą czekoladę. Podczas dalszego przebiegu degustacji od białej czekolady wyróżniała ją dla mnie jedynie nieco mniejsza tłustość. Panama 35% w porównaniu do bogatej Brazil 35% wypadła niesamowicie blado i po jakimś czasie miałam jej już dosyć - zostałam totalnie zasłodzona i nic poza tym. Mój Mąż był wprawdzie zachwycony, ale... on miał po prostu ochotę na coś słodkiego. Ja byłam żądna kakaowych przygód, przedzierania się przez panamską dżunglę. A tu Zotter z tak niezwykłego kakao stworzył zwykłego słodziaka!


Z racji, że miałam otwartą Zotter Ecuador 100%, zdobyłam się na mały eksperyment. Miałam już serdecznie dość inwazyjnej słodyczy Panama 35%, więc postanowiłam ją czymś przełamać. To był strzał w dziesiątkę. Słodki karmel z cynamonem i wanilią połączył się z paloną mocą kakao, z tym wszystkim, o czym przeczytaliście w recenzji Ecuador 100%. Rozpuszczając w buzi jednocześnie po kawałku z obu czekolad zamarzyłam o Mitzi Blue wykonanej z dwóch tak skrajnych części. A jeszcze lepiej, gdyby oba rodzaje czekolady wystąpiły w jakiejś tabliczce w formie przeplatanki.

To przykre, że Panamę 35% uratował taki eksperyment... Naprawdę spodziewałam się po niej zupełnie czegoś innego. Z utęsknieniem spoglądam na jeszcze nienapoczętą Panama 72%, która na pewno pokaże mi uroki panamskiego kakao. Niestety, rzetelnego i ciekawego zestawienia z wersją mleczną raczej na pewno nie będzie.



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, miazga kakaowa, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, cynamon, sól.
Masa kakaowa min. 35%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 584 kcal.
BTW: 5,5/39/52

niedziela, 1 października 2017

Tibitó Putumayo ciemna 70%


Zapoznając się z ofertą kolumbijskiej marki Tibitó nie oddalamy się mocno od Tumaco. Dziś opisywana czekolada powstała z kakao wyhodowanego w kolumbijskim departamencie Putumayo, graniczącym z Nariño (w którym to leży Tumaco). Putumayo graniczy już nie tylko z Ekwadorem, ale i z Peru. Stolicą departamentu jest miasto o dźwięcznie brzmiącej nazwie Mocoa.

W przeciwieństwie do pozostałych tabliczek Tibitó, jakie udało mi się zakupić w Kolumbii, do ciemnej Putumayo nie dorwałam mlecznej pary. Szkoda, że nie dane mi będzie porównanie dwóch interpretacji kakao z Putumayo, przynajmniej na razie.


W naszej czekoladzie przejrzeć się można było niczym w lustrze. Była soczyście brązowa z przebłyskami granatu i czerwieni, o bardzo gładkiej powierzchni. Pachniała delikatnie, ale prażoność w tej woni zdecydowanie dominowała, co sugerowało, że ziarnom użytym do stworzenia tabliczki nie szczędzono temperatury.

Pierwszy kęs okazuje się twardy i gumowaty zarazem, trochę jak kauczuk. Z drugiej strony kryje się w niej sporo drobnej proszkowości, która ukazuje się szczególnie mocno podczas powolnego rozpuszczania w ustach. Tak, jakbym jadła przypieczony cukier puder. Przez to doznanie zdawało nam się, że przy dmuchnięciu w tabliczkę rozsypie się ona w czekoladowy pył. Na początku degustacji uderzają w nas przede wszystkim prażone nuty, przede wszystkim orzechowe i kawowe. Putumayo zaprezentowało nam je w formie mocno skoncentrowanej. W początkowym etapie zdawało mi się nawet, że nasza tabliczka nie będzie się prawie wcale różnić od Tibitó Tumaco (co mnie smuciło, bowiem oczekiwałam kolumbijskiej różnorodności).


Po chwili jednak spod dymu z ogniska i palonej kawy, coraz to mocniej na prowadzenie wybijały się orzechy. Nasza mgiełka z cukru pudru, okręcana językiem w zbite kulki, poczęła przypominać porządny nugat z orzechów laskowych. Nugatowe wrażenie narastało, aż do spektakularnego apogeum, bardzo intensywnie orzechowego. Ta zmiana była dla mnie miłym zaskoczeniem.

To jednak nie koniec metamorfozy. Orzechy wzbogaciły się o nowe nuty. Oto przed nami aromatyczny olejek różany, a dalej porządnie wysmażona, wręcz przypalona konfitura z płatków róży. W ustach pojawiło się ściąganie przywołujące na myśl taniny z mocnej czarnej herbaty, ale po chwili zwykła czarna herbata stała się zbyt błaha. To było jeszcze coś innego. Brniemy w konfiturę z jarzębiny oraz suszoną czarną porzeczkę. W końcu dochodzimy do końcowego efektu, bardzo ciekawego i oryginalnego - wrażenie długo parzonej, liściastej zielonej herbaty.


To, jak Putumayo zmieniała się podczas degustacji niezwykle mnie urzekło. Na początku tak podobna do sąsiadki z Tumaco, potem pokazała walory rzadko wyczuwalne w innych czekoladach. Bardzo chciałabym kiedyś porównać dzieło Tibitó z inną czekoladą z tego regionu. 

Skład: masa kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 40 g.