środa, 8 marca 2017

Zotter Brazil Nut Nougat with Jungle Pepper ciemna mleczna 60% nadziewana nugatem z orzechów brazylijskich i białą czekoladą z dzikim pieprzem


Jestem ogromna fanką orzechów, a do ścisłej czołówki moich ulubieńców należą orzechy brazylijskie. Od jedzenia ich w ogromnych ilościach powstrzymuje mnie jedynie ryzyko przedawkowania selenu (choć przy orzechach brazylijskich w surowej czekoladzie od Surovital jest to szczególnie trudne). Niegdyś Zotter skusił mnie nugatem z orzechów brazylijskich w swojej Verjuice Green Grapes, jednakże owa tabliczka okazała się dla mnie dużym rozczarowaniem. W serii Nougsus Zotter posiada nugat z tych orzechów, ale jeszcze nie miałam okazji go zamówić. Gdy w nowej kolekcji Handscooped pojawiła się przepięknie opakowania Brazil Nut Nougat with Jungle Pepper byłam wniebowzięta, zwłaszcza, że nugat grał tam główną rolę. Tak jak zachwycona ową tabliczką Kimiko, również ja zdobyłam ją dzięki niezawodnemu biokredens.pl.


Wzbogacenie tabliczki o cienką warstwę białej czekolady pełną dzikiego czarnego pieprzu Voatsiperifery stanowiło dla mnie dodatkowy wabik. Zastosowany tutaj pieprz pochodzi z indyjskiego Parku Narodowego Kerala (ów zakątek znam dobrze z wyśmienitej Zotter Labooko India 62%). Nie mniej jednak, po przekrojeniu tabliczki najbardziej zachwycił mnie fakt, iż rzeczywiście nugat stanowi tutaj gwóźdź programu, totalnie dominując. Już sam widok miąższystego i zbitego nugatu z orzechów brazylijskich, oblanego ciemną mleczną czekoladą o 60% zawartości kakao był dla mnie cudowny. Nareszcie doczekałam się takiej tabliczki!


Zapach Brazil Nut Nougat with Jungle Pepper był zachwycający - w naturalny sposób intensywnie orzechowy, i co ważne, typowo brazylijsko orzechowy. To aromat nie do podrobienia, nie do pomylenia z żadnym innym. Gdy dodamy to tego wspaniałą jak zawsze woń ciemnej mlecznej czekolady od Zottera oraz intrygującą pieprzność - naprawdę chce się jeść.

Nugat okazał się być niebywale sycący i esencjonalny. Swą strukturą był na tyle masywny, iż przypominał zwarte masło orzechowe, na dodatek idealnie dosolone. Dla mnie, fanki orzechów brazylijskiej, była to jedna z najsmaczniejszych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. A do tego otoczka z pysznej czekolady... Naprawdę, już sam nugat w czekoladowej polewie mógłby mi towarzyszyć na górskich wyprawach jako przesmaczny dopalacz, ale także z chęcią wracałabym do tych pyszności podczas degustacji przy kawie. Trudno mi sobie wyobrazić bardziej udany nugat z orzechów brazylijskich. To było intrygująco intensywne i naturalne, w pełni sprostało moim oczekiwaniom i wymaganiom.


Zotter chciał nas jeszcze mocniej rozpieścić... Niewyróżniająca się na tle boskiego nugatu cienka warstewka białej czekolady kryje w sobie kolejny skarb. Drobinki pieprzu, czasem całkiem wyraźnie wyczuwalne w strukturze, nadają kompozycji egzotycznych, oryginalnych nut. Nie jest to zwyczajna pieprzność, ale kryjąca ze sobą tajemnicę, niebywały aromat, trudne do opisania akcenty. To idealnie zgrywająca się z orzechami i czekoladą pikantność, która do tego świetnie dopasowuje się z wanilią wyczuwalną w kompozycji, co zauważyła także Kimiko.

Brazil Nut Nougat with Jungle Pepper jest dla mnie jedną z lepszych nowych Handscooped, niemalże wymarzoną i idealnie skrojoną pod mój gust. Zakochałam się w tej tabliczce i jestem niezwykle wdzięczna Zotterowi za stworzenie tej perełki.


Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy brazylijskie, pełne mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, masło, dziki pieprz, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, cynamon.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 567 kcal.
BTW: 7,2/37/46

poniedziałek, 6 marca 2017

La Naya Strawberries, Cinnamon & Chili ciemna 65% z truskawkami, cynamonem i pieprzem kajeńskim


 Zbliżała się połowa lutego, a ja dopiero co wykaraskałam się z ciągnącego się w nieskończoność przeziębienia. Nareszcie można było uznać remont naszego pokoju za skończony, a ten nieustannie zabierał weekendy mojemu Mężowi (podczas gdy ja próbowałam się wyleczyć). Na weekend przed Walentynkami już rozpierała nas energia - trzeba było ruszyć w góry! Z racji zimowej aury obraliśmy szlaki dobrze nam znane, w naszych pierwszych górach - Karkonoszach - do których pałamy wyjątkowym sentymentem.

Po przyjeździe do Karpacza w sobotni poranek 11 lutego niezwłocznie ruszyliśmy na szlak - była godzina ósma. Przemierzana wiele razy trasa spod świątyni Wang na Polanę rozruszała nasze spragnione gór ciała. Na Polanie zorganizowaliśmy szybką przekąskę, po czym ruszyliśmy w prawo na Pielgrzymy. Szlaki były praktycznie puste pomimo ferii, co było dla mnie miłym zaskoczeniem. Przy Pielgrzymach wyjęliśmy termos z kawą i urządziliśmy przerwę na czekoladę. Jedną z tabliczek jakie zabrałam na ten wyjazd była La Naya Strawberries, Cinnamon & Chili - czyli moje pierwsze doświadczenie z litewską marką La Naya, której to asortyment odnalazłam w sklepie Sekretów Czekolady.



Pięć tabliczek z dodatkami (bez deklaracji pochodzenia ziaren kakao) wydane zostało przez La Naya w specjalnie, pięknie opakowanej serii. Opakowania ułożone obok siebie tworzą obrazek, dokładnie taki. Niewątpliwie zestaw może stanowić doskonały prezent. Ja owe czekolady zakupiłam ze szczególną dedykacją na wyprawy w góry - do domowych degustacji pozostawiłam tabliczki single-origin od La Naya. Tym ciekawiej, iż wykonanie tabliczek La Naya ma wyjątkowo górski charakter, co możecie zobaczyć na zdjęciach. Przez ów fakt czekoladę niezbyt dobrze dzieli się na części (szczególnie, jeśli chce się ją podzielić równo), ale urody nie można jej odmówić.

Ciemna czekolada o 65% zawartości kakao zawiera w sobie dodatek liofilizowanych truskawek, przyprawiona jest także cynamonem i pieprzem kajeńskim. Po rozpakowaniu smakołyku byłam ciekawa, czy nie ujrzę posypki po płaskiej stronie tabliczki. Nie było jej. Po przełamaniu czekolady również nie dostrzegłam udziału jakichkolwiek dodatków wewnątrz czekoladowej masy. Dodatki zostały po prostu mocno rozdrobnione i wkręcone w czekoladową taflę. W tym wypadku trudno mówić o ocenie smaku samej czekolady - dodatki stały się jej integralną częścią.



Nasza La Naya pachniała przede wszystkim mocno truskawkowo. Skojarzyła mi się z aromatem intensywnie kakaowej owsianki podanej z odmrożonymi truskawkami - moim wspomnieniem lata - którą jadam ze smakiem w zimowy czas. Kakaowe nuty czerwonych owoców mieszały się z wonią autentycznych truskawek, tworząc jedność. W domowych pieleszach ów fakt zapewne by mnie denerwował - samo kakao nie ma szansy zagrać tu solo. Przyjemnie, że czekolada nie była nazbyt słodka - truskawka pozostała po prostu truskawką, położoną na kakaowym tle. Autentyczność smaków była oczywista i natrętny cukier nie mieszał się w dialog kakao i truskawek.

Kakaowo-truskawkowy duet powoli rozlewa się na podniebieniu, byśmy w końcu mogli poczuć cynamonowe muśnięcie. To bardzo przyjemne doznanie. Cynamon wypływa spod truskawek, spaja się czekoladę, dopełnia magii duetu, nadając jej subtelnie rozgrzewającego charakteru. Z czasem, raz po raz pojawiają się pikantniejsze akcenty pieprzowe. Jako fanka pikantnych smaków z chęcią życzyłabym sobie ich więcej, jednakże mam obawy, iż większa ilość pieprzu kajeńskiego mogłaby zaburzyć bądź co bądź delikatną i harmonijną kompozycję. To nie było zestawienie kontrastów jak w Zotter Hot Stuff, lecz historia przyjaźni kilku wyrazistych charakterów, które wspólnie tworzą atmosferę ciepła i bezpieczeństwa.



Zaskoczył mnie fakt, jak długo pozostał w moich ustach posmak tej czekolady. Rozgrzewał mnie delikatnie od środka, gdy od Pielgrzymów podchodziliśmy na Słonecznik, wyżej i wyżej, wychodząc z lasu w strefę coraz to niższej kosodrzewiny, poddając się coraz silniejszemu mroźnemu wiatrowi. Przy Słoneczniku moje policzki były tak samo zmarznięte, jak powierzchnie skał. Wciągnęłam kominiarkę i zdjęłam zamarznięte okulary, by dalej podążać jedną z moich ulubionych tras - tzw. Drogą Przyjaźni - w stronę Śnieżki. Tego dnia nie było mi dane widzieć nic prócz mgły i palików wyznaczających szlak. Nie dostrzegłam w dole Kotła Wielkiego Stawu, wobec którego żywię pewne pragnienia, ani też jednego z najpiękniejszych widoków w Karkonoszach na Kocioł Małego Stawu. To nic. Monotonny marsz pod wiatr był i tak doskonałym sposobem na rozgonienie wszelkich trosk.



Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, liofilizowane truskawki 4,8%, cynamon 0,95%, lecytyna sojowa non-GMO, pieprz kajeński 0,15%.
Masa kakaowa min. 65%.
Masa netto: 80 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 551 kcal.
BTW: 7/40/36

sobota, 4 marca 2017

Zotter Cheesy Chocolate ciemna mleczna 60% nadziewana ganaszem z sera topionego, orzechów włoskich, białej jogurtowej czekolady z jabłkowym octem balsamicznym


Dzisiaj przed Wami jedna z najbardziej intrygujących propozycji spośród nowych Zotter Handscooped zakupionych przeze mnie w biokredens.pl. Miała to być tabliczka wypełniona prawdziwym serowym nadzieniem - nie sernikowym, tylko właśnie serowym! Ciemna mleczna kuwertura o 60% zawartości kakao otula wnętrze wypełnione rzemieślniczym serem topionym powstałym w austriackiej Styrii. Oprócz sera, nadzienie składa się z nugatu z orzechów włoskich, białej jogurtowej czekolady i jabłkowego octu balsamicznego. Wszystko doprawione zostało mocą przypraw - chili, wanilią, anyżem, cynamonem, solą i cytryną. W składzie udział swój ma także soja.


Gdy po przekrojeniu tabliczki na pół zauważyłam niemalże zupełnie jednolite jasnobeżowe nadzienie zdziwiłam się, porównując je ze zdjęciem zaprezentowanym na stronie producenta (są na nim ewidentnie dwie warstwy). Zresztą, na fotografiach u Kimiko Cheesy Chocolate również wydaje się mieć jedną warstwę nadzienia.

Wiedziałam, że przewrotny Zotter zafunduje nam w tej tabliczce coś wyjątkowego, nieoczywistego. W recenzji Kimiko odnajdziemy porównanie do camemberta zamkniętego w tabliczce czekolady. Zaś ja wraz z Moim Mężem - mieliśmy zupełnie inne, zaskakujące skojarzenia. Jakie?


Już sam zapach Cheesy Chocolate niebywale kojarzy się nam z... piwem, a dokładniej z podwędzanym stoutem np. Smoky Joe. W smaku odnaleźliśmy kontynuację tego skojarzenia, które zostało z nami jako dominujące aż do końca degustacji. Oczywiście bez żadnych problemów i domysłów odnaleźliśmy tutaj smak samego sera, który balansował gdzieś pomiędzy skondensowanym serkiem homogenizowanym, dobrej jakości topionym a esencjonalnym wędzonym serem. Właśnie owe wędzone nuty oraz kremowa konsystencja przypominająca pianę w syropowym stoucie tak zdecydowanie prowadziły nas w stronę piwa. Gdy dodamy do tego jeszcze bogactwo smaku wprowadzone przez samą czekoladę, niby-słodowe nuty wyraźne dzięki orzechom włoskim i soi - wszystko składa się na wspaniałą piwną iluzję. Zatapiamy się w czekoladowo-serowym asfalcie, w intrygującym aromacie palonego drewna, starego i szlachetnego.


Czekolada oferuje nam jeszcze więcej. Czekoladowo-serowa fuzja dalej kojarzy się nam z... grillowaną kiełbasą, mocno okopconą. Podano ją z musztardą - skojarzenie to występuje zapewne dzięki obecności balsamicznego octu jabłkowego.

Cheesy Chocolate była dla mnie niezwykle smaczną, bardzo nieoczywistą tabliczką. Dzięki swej kremowej konsystencji i feerii zmieniających się, oryginalnych smaków - szybko znikała, ale chciało się jej więcej i więcej. To kolejny genialny eksperyment Zottera i bodaj jedna z najbardziej udanych nadziewanych nowości.


Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, mleko, ser topiony (ser, śmietana, woda, cytrynian trisodowy), syrop cukru inwertowanego, orzechy włoskie, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, soja w proszku (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), pełny cukier trzcinowy, koncentrat soku cytrynowego, sól, jabłkowy ocet balsamiczny, lecytyna sojowa, wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat cytrynowy, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon, chili Bird's eye, anyż.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 506 kcal.
BTW: 8,2/35/39

czwartek, 2 marca 2017

Idilio Origins 3ero Seleccion Cata Ocumare ciemna 72%


Po degustacji cudownej Idilio Origins 2ndo Seleccion Amiari Meridena z wielką ciekawością sięgnęłam po sygnowaną numerem 3 tabliczkę szwajcarskiej marki, kolejną zakupioną dzięki Sekretom Czekolady. Idilio Origins 3ero Seleccion Cata Ocumare tak jak poprzedniczka zawiera 72% wenezuelskiego kakao, czas konszowania również wyniósł długie 48 godzin. Tym razem jednak czekoladnicy zabierają nas do innego regionu Wenezueli, a mianowicie w okolice magicznego Ocumare de La Costa, leżącego na atlantyckim wybrzeżu. Tutaj, w Hacienda Cata, kilku gospodarzy wspólnymi siłami uprawia kakao Criollo Ocumare. Ich kakao rośnie w towarzystwie różnorodnych owoców tropikalnych, co ma niewątpliwie wpływ na jego bukiet. Dopiero po degustacji obejrzałam w internecie zdjęcia z Ocumare de La Costa i... szczęka mi opadła. W takie bowiem miejsca przeniosła mnie tabliczka Cata Ocumare podczas jej smakowania...


Czekolada ku mojemu zdziwieniu okazała się być niezwykle jasna, bardzo ciepła w swej barwie, niczym ziemia i ogień (a przez co nieco "madagaskarska". Na tyle jasna, że można by się pomylić i uznać ją za mleczną czekoladę. Podczas mojej pierwszej degustacji Idilio Origins byłam zachwycona zapachem tabliczki - również tutaj doznałam zachwytu. Aromat Cata Ocumare jest taki jak jej barwa - jasny i ciepły, pełen radości, sugerujący słodycz i gładkość. To aromat bardzo owocowy, wypełniony słońcem, delikatnymi kwiatami, kojarzący się z jakimś słodkim subtelnym naparem z ziół i owoców. Na Cocoa Runners przyrównano tę nutę do herbaty z rumianku i jestem gotowa się z tym zgodzić, jednak na pewno ów napar wzbogaciłabym o owoce i może szczyptę cynamonu (gwoli uściśnienia - na Cocoa Runners opisywano tabliczkę 7imo, która od 3ero różni się jedynie dodatkiem kakaowych nibsów).


Idilio Origins po raz kolejny urzekło mnie aksamitem czekolady, połączonym z jej pełnym ciałem, kompleksowością i głębią. Cata Ocumare nie jest niezwykle dynamiczna, zmienna i zaskakująca - przenosi mnie w jedno miejsce - właśnie na ciepłe wybrzeże - gdzie celebruję chwilę składającą się ze spójnych elementów. W tej tabliczce w smakowity sposób mleczny aksamit i owocowo-kokosowa słodycz przeplatają się z agresywniejszymi nutami drewna, skóry, kawy, przypraw i tytoniu. Cata Ocumare jest niczym mocne perfumy naniesione na gładką i miękką skórę.


Toteż właśnie znajdujemy się na egzotycznej plaży. Powoli zbliża się zmierzch. Gdzieś przy wydmach pali się ognisko (zastanawiające, że właściwie dość często czekolady podczas degustacji zabierają mnie do ogniska na plaży). Przy ognisku kręci się grupa osób, w większości tubylców, wręcz autochtonów - młodych ludzi, którzy z jednej strony podążają za trendami cywilizacji, a z drugiej są w pełni świadomi i dumni ze swojej historii. Ja gdzieś wmieszana w ten barwny tłum nie mogę oderwać oczu od jednej dziewczyny, której rozgrzana popołudniowym słońcem skóra opalizuje w świetle tańczących ogników.


Dziewczyna właśnie z szerokim uśmiechem na twarzy skończyła jeść sałatkę przyrządzoną z różnorakich owoców z przewagą ananasa. Teraz sięgnęła po połówkę kokosa i przez słomkę popija odżywczą wodę z jego wnętrza. Tlące się drewno roznosi wokół upajający aromat w niezwykle sensualny sposób mieszający się ze świeżą morską bryzą oraz wonią kokosa i owoców. Ja jednak, totalnie wyostrzonymi zmysłami, i tak przede wszystkim czuję zapach jej skóry. Ona cała emanuje młodością i świeżością, a jednocześnie jest tak bardzo swobodna i pewna siebie, że w tej niebywałej słodyczy kryje się nuta niebezpieczeństwa.

Degustacja czekolady była rozkoszowaniem się skórą. Gładką tak, że sprawiającą wrażenie świeżo nabalsamowanej mieszanką mleka i kokosowego masła. Na tym przesłodkim aksamicie odznaczyły się wyraźnie nuty egzotycznych owoców, świadczące niezbicie o pochodzeniu dziewczyny, a także o jej wrodzonym radosnym usposobieniu. Na tym tle pojawia się jednak intrygująca, świeżo palona kawa pełna kwaskowatych nut. Kawa, jaka urosnąć może tylko pośród dziczy wzgórz. Pojawia się tytoń, który uwypukla naturalny, typowo skórzany zapach - sprawiając, że jeszcze bardziej świdruje on w nozdrzach. Czujemy przyprawy - pieprz, cynamon i łagodzącą wszystko intrygującą wanilię - pławiące się w niby delikatnym rumianku, a może białej herbacie? Albo naparze z liści koki? Odznaczone niczym piętno na skórze mocne aromaty świadczą o tym, że to nie jest tylko delikatna młoda dziewczyna. Jest w niej szaleństwo, pewność siebie, seksapil, egzotyka będąca dla niej czymś naturalnym, ale i też powodem do dumy. Tak, jakbym właśnie chłonęła jej feromony.


Cóż tu więcej opisać... Póki co, Idilio Origins zdaje się zamykać pełne zmysłowości momenty w swoich tabliczkach. Z wielką ciekawością sięgnę po kolejne szwajcarskie interpretacje wenezuelskich ziaren - swym szlachetnym smakiem tak niesamowicie pobudzające wyobraźnię...

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 80 g.