piątek, 23 grudnia 2016

Domori Canoabo ciemna 70%


Jakże to smutny dzień, gdy z Magicznej Szuflady wyciągnęłam dwie ostatnie 25-gramowe tabliczki z "genetycznej" serii Criollo od Domori, zakupionej poprzez Sekrety Czekolady... Nie wiem, kiedy kolejny raz zasmakuję w tych niezwykłych czekoladach prestiżowej włoskiej marki. Przedostatnią czekoladą wykonaną z ziaren kakao wyhodowanych na wenezuelskiej plantacji Hacienda San Jose była Canoabo. Canoabo to kolejny podgatunek Criollo, który dzięki dbałości Domori o genetykę możemy smakować zupełnie solo. W tym wypadku, to rzeczywiście w 100% zasługa Domori, że Canoabo zostało uchronione przed wyginięciem dzięki uprawom na Hacienda San Jose. Według producenta ma to być czekolada elegancka i niezwykle gładka, kryjąca w sobie nuty maślanego kremu, daktyli i migdałów.


Canoabo była nieco bledsza i mniej żywa w kolorze niż jedzona tuż po niej Puertomar, ale trudno je ze sobą bezpośrednio zestawiać, bowiem Puetomar posiada więcej o 5% masy kakaowej (Canaobo ma standardowe 70%). Nasza Canoabo pachnie słodziutko, naprawdę cudownie! Jest to aromat wręcz pudrowy i cukierkowy, kojarzący się z różem, niewinnością, beztroską... To idealnie błogi zapach, w który można wwąchiwać się bez przerwy!


W kontraście to tak błogiego zapachu, czekolada w konsystencji okazuje się szklista, znacznie twarda. Nie przeszkadza to jednak wcale w łatwym i szybkim wydobyciu z niej słodyczy, tak samo cudnej jak zwiastował to zapach. Czekolada jest przy tym bardzo lepka, gliniasta, kleista - struktura jakże charakterystyczna dla Domori. Canoabo okazuje się być mimo to jedną z łagodniejszych Domori z kolekcji Criollo. W zasadzie, to po prostu skojarzyła mi się z bardziej wyrazistą Porcelaną.

Wyraźnie odczytaliśmy tu wszelkie nuty typowe dla Porcelany. Mamy więc francuskie śniadanko: maślane, przypieczone rogaliki, malinowa konfitura, świeżo mielona kawa. Wśród boskiej słodyczy rzeczywiście pojawiają się elementy daktylowe. Ponadto ma myśl przyszła nam również bułka z masłem czekoladowo-migdałowym podana na ciepło, a także gorący czekoladowy budyń. Gdzieś pod koniec wyczuwalne są soczyste, bardzo słodkie pomarańcze.


Praktycznie brak tu ściągania czy ostrych nut. Canoabo jest pyszna w swej prostocie, ale chwilami aż za dużo tu różu. Mój Mąż odniósł wrażenie, iż w większej ilości mogłaby być męcząca. Oboje zgodnie doszliśmy do wniosku, iż z wielką chęcią spróbowalibyśmy walorów Canoabo w tabliczce 80%. Mniejsza ilość cukru prawdopodobnie nadałaby czekoladzie większej mocy, a to urokliwe kakao ukazałoby zapewne wyraźniej swój smakowity charakter.


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 25 g.

środa, 21 grudnia 2016

Michel Cluizel Noir Infini 99% ciemna z wanilią, cynamonem i imbirem


13 listopada po powrocie z gór mieliśmy ochotę na prawdziwego kakaowego kopniaka. Ostatnio moja Magiczna Szuflada wzbogaciła się w nieco czekolad o barrrdzo wysokiej zawartości kakao (stówki, stówki, stówki!), ale jedna nieco odstawała spośród nich. W niedzielne południe postawiliśmy właśnie na tego odmieńca. Dziś przed Wami prosto z francuskiej manufaktury Michel Cluizel tajemnicza Noir Infini 99%. Skarb w moje rączki dostał się dzięki niezastąpionym Sekretom Czekolady.

Cienka 70-gramowa z charakterystycznym dla Michel Cluizel zdobieniem kostek posiada mocno nasyconą ciemną barwę mieniącą się fioletowymi przebłyskami. Nie wiadomo, z jakich ziaren kakao została wykonana Infini, ale za to jesteśmy dokładnie poinformowani, co stanowi ów 1% składu nie będący surowcem kakaowym. W jednym procencie mieszczą się cztery elementy: cukier trzcinowy, wanilia, cynamon i imbir.



W sieci znajdziemy sporo recenzji Noir Infini 99%, ale w zdecydowanej większości dotyczą one 30-gramowej wersji z dawną szatą graficzną. Są to recenzje sprzed dobrych paru lat, nie będę się więc do nich bezpośrednio odnosi - choć wydaje mi się, iż pomimo upływu czasu jest to nadal ta sama czekolada.

Infini pachnie wilgocią i tłustością, zdaje się być śliska. Jednoznacznie skojarzyła mi się z tłustym sernikiem z rodzynkami, podanym w towarzystwie mocnej kawy. Przy pierwszym kontakcie z podniebieniem przytłacza ściąganiem niczym w niezwykle esencjonalnej espresso, jednak jest pozbawiona natrętnej suchości. Ma w sobie mnóstwo tłustości, gładkości, aksamitu. Jest zupełnie inna od ostatnio próbowanych przeze mnie stówek. Mój Mąż w pierwszej chwili stwierdził, że nie będzie w stanie zjeść zbyt dużo tej czekolady, lecz... prędko zmienił zdanie.



Czekolada okazała się nie być aż tak ciężka. Wciągała coraz mocniej z każdym kęsem. Była wyważona, a pomiędzy taninowym ściąganiem i kawową goryczą, prażonym drewnem i dymem - nieustannie przewijało się uwodzicielskie muśnięcie słodyczy. Również w smaku pojawiło się wyraźne skojarzenie z sernikiem upieczonym na bardzo tłustym, niesamowicie drobno zmielonym twarogu. W serowej masie zatopione zostały jędrne rodzynki, a także... borówki amerykańskie, suszony ananas i delikatne płatki kokosa.


Cudnie gładko rozpuszczała się w ustach i to z takim efektem, jakby wraz z każdym muśnięciem języka wysysało się tę odrobinę cukru mieszczącego się w składzie. Ta iluzja słodyczy nieustannie powraca i być może to ona w dużej mierze warunkuje uzależniający charakter tej czekolady. Nieco masochistyczne ściąganie staje się niczym wobec tego usilnego poszukiwania słodyczy pośród tłustej, turbokakaowej mazi. Ah, jakże idealna byłaby ta czekolada przy 95% kakao! Mam wrażenie, że przy odrobinę większej zawartości cukru walory kakao eksplodowałyby z jeszcze większą siłą.


Aksamit i miękkość tej czekolady w połączeniu z jej bukietem kojarzyły się nam z miękkim drewnem, świeżym i nieco żywicznym. Infini jest mocna, ale bez przesady. Jest intrygująca niczym kobieta: zdecydowana i łagodna zarazem. Trudno określić, co wnosi do kompozycji mały udział przypraw, czy pewne nuty nie płyną po prostu z bogactwa kakao. Tak, jak czasem w przypadku urodziwej kobiety trudno orzec, co wynika z naturalnej urody, a co z podkreślenia makijażem. Powtórzę się - niesamowicie pragnę tej czekolady w wersji 95%. Myślę, że wtedy rozwikłałabym wiele jej tajemnic...


Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, wanilia burbońska, imbir, cynamon.
Masa kakaowa min. 99%.
Masa netto: 70 g.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Zotter Lemon Polenta ciemna 60% nadziewana ganaszem z kaszy kukurydzianej z cytryną, brandy z cukru trzcinowego, migdałami i przyprawami


Gdy 12 listopada zeszliśmy w końcu na żółty szlak przy samym Przyborowie postanowiliśmy, że w najbliższej wiacie przystanku autobusowego zorganizujemy sobie degustację czekolady, popijając ją resztą kawy z termosu. Wiata była jedynym sensownym miejscem ku temu, bowiem nieustannie zacinał śnieg. Z plecaka wyjęłam niezbyt zimową propozycję od Zottera, która za to miała wprowadzić trochę słońca w ten zamglony dzień. Dziś przed Wami kolejna nadziewana nowość od austriackiego mistrza czekolady - Lemon Polenta (zakupiona jak zawsze dzięki biokredens.pl).

Gwoli ścisłości, tak naprawdę nie jest to nowość, lecz wielki powrót. Lemon Polenta była już niegdyś dostępna w ofercie Zottera; jej recenzję (opakowanie z inną szatą graficzną) można znaleźć na Chocablog. Zapewne producent wprowadził pewne zmiany w składzie i proporcjach, dlatego trudno będzie porównywać te dwie recenzje.




Gładziutka ciemna czekolada o 60% zawartości kakao przykrywa gwoździa programu - kaszę kukurydzianą (polentę) w towarzystwie cytryny. ów niebanalny duet uświetniony został jeszcze przez brandy z cukru trzcinowego, migdały oraz szereg przypraw: sól, wanilię, cynamon, płatki róż oraz chili. Samej cytryny jest w naszym smakołyku naprawdę sporo: 5% soku cytrynowego, 3% koncentratu owego soku, a ponadto mamy jeszcze olejek cytrynowy i proszek cytrynowy. Brzmi jak orzeźwiająca bomba!

Czekolada pachnie orzechowo-owocowym bogactwem kakao okraszonym alkoholem oraz pomarańczowo-cytrynową świeżością. Wąchając Lemon Polenta poczułam się tak, jakby ktoś mi przed nosem obierał ze skóry pomarańcze i wyciskał sok z cytryn. Tłuściutka i soczysta ciemna czekolada o dziwo nie przesiąkła za mocno tak intensywnie zapowiadającym się nadzieniem. Nadal możemy bez przeszkód cieszyć się jej bogactwem solo i w zasadzie warto to zrobić choć przez chwilę, bowiem wyraziste nadzienie rzeczywiście przyćmiewa nieco smaczną czekoladę przy degustowaniu całości bez podziału na części.


Żółciutko-beżowe nadzienie sprawia wrażenie sypkości - są to w końcu posklejane różnymi dodatkami ziarenka polenty. Przekrój moim zdaniem wygląda przepięknie i bardzo apetycznie. W konsystencji wyraźnie wyczuwa się grudki kaszy ugotowanej na miękko, zlepionej słodkim migdałowo-mlecznym kremem. W uroczym przekroju widać także obecność licznych przypraw, które na początku degustacji uderzają bardzo mocno, zdając się wręcz dominować w całej kompozycji. Tak jednak nie było. Już po chwili przekonujemy się, iż najistotniejsza jest tutaj CYTRYNA.


Cytryna zaskakująco zgrywa się z łagodną polentą otoczoną słodkim kremem z wyrazistymi przyprawami. Bez skrupułów atakuje swą autentycznością, rześką kwaśnością - momentami aż do przesady. W połączeniu z grudkami kaszy zdaje się smakować niczym oranżada w proszku, ale taka bardziej naturalna niż ta, którą doskonale pamiętamy z dzieciństwa. Przebrzmiewający raz po raz alkoholowy posmak przywołuje na myśl cytrusowy, dość lekki drink z palemką. 

Lemon Polenta to bardzo oryginalne i dość odważne połączenie. Trudno mi było sobie wyobrazić, jak będzie smakował taki zestaw. Tymczasem Zotter po raz kolejny mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się aż takiej przyprawowości, tak wyważonego alkoholu, tak przyjemnej w konsystencji polenty otoczonej kremem, no i... tak mocnej i pysznej zarazem cytryny. Warto spróbować!


Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, sok cytrynowy 5%, mleko, syrop inwertowany, kasza kukurydziana 3%, koncentrat soku cytrynowego 3%, brandy z cukru trzcinowego, migdały, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, wanilia, cynamon, olejek cytrynowy, płatki róż, chili Bird's eye, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier).
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 488 kcal.
BTW: 6,8/34/37

sobota, 17 grudnia 2016

Amedei Toscano White biała 29%


12 listopada wstaliśmy na tyle wcześnie, by po ubraniu się i zjedzeniu śniadania zaczęło świtać. Z Korbielowa mieliśmy podjechać autem pod dworzec PKP w Jeleśni, skąd rozpocząć się miała nasza trasa, mniej więcej zaplanowana następująco (z Przyborowa mieliśmy drałować wzdłuż drogi bądź spod schroniska Lasek zejść na skróty przez las na Pewel Wielką). Jakież było nasze zdziwienie, gdy po wyjściu w pensjonatu przyszło nam odśnieżać auto... Na dodatek śnieg cały czas sypał... No cóż, w końcu to już listopad! Choć górki niskie, to i tutaj miało już prawo zawitać zima!

Śnieg wcale nie nastroił nas negatywnie. Dopiero gdy rozpoczęliśmy podejście na Janikową Grapę, pierwszy szczyt w Paśmie Pewelskim od strony Jeleśni - zrobiło się niemiło. Widoczność okazała się być niemal zerowa, wszystko spowijała mgła. A mi tak zależało na podziwianiu widoków z Pasma Pewelskiego... W porastających te skromne szczyciki lasach jest tyle przedświtów, z których to miałam oglądać wiele innych już wcześniej zdobytych przez nas pasm. Niestety nic z tego nie wyszło. Po prostu maszerowaliśmy wśród śniegu i mgły.

Gdy dochodziliśmy już do szczytu Gachowizny zachciało nam się słodkiego. Przystanęliśmy na niedużej polance, powiesiliśmy plecaki na gałęziach drzew i wyciągnęliśmy termos z kawą oraz czekoladę. Amedei Toscano White świetnie pasowała do śnieżnej i mglistej aury.


Zakup tej białej czekolady od włoskiego Amedei zaproponował mi Piotr z Sekretów Czekolady podczas wiosennej degustacji w Łodzi. Byłam sceptycznie do niej nastawiona po recenzji Kimiko, jednakże po wypróbowaniu wersji z pistacjami wydawało mi się, że również wariant bez dodatków przypadnie mi do gustu.

 Wiem, że światło ma duży wpływ na odcień czekolady na zdjęciu, ale barwa Toscano White na fotografiach Kimiko i moich zdaje się naprawdę znacznie różnić. Moja tabliczka wydaje się być mniej żółtawa, bardziej przyjazna w wyglądzie. Nie wydawała mi się również bardzo woskowa, raczej przypominała mi zestaloną, bardzo gęstą śmietanę. Zapach także sugerował gęstą i tłustą śmietanę. Miał też w sobie pewien element niczym w kozim serku. Aromat nie wydawał mi się bardzo ciężki, ani też przesadnie słodki. Miał w sobie coś intrygującego, niepasującego mi do białej czekolady.


W konsystencji nasza Amedei okazała się być... lepka, jak niektóre ciemne czekolady. Dobrze rozpuszczała się w ustach, ale, no właśnie... To nie był aksamit typowej bieli. Lepkie masło z dobrym mlekiem w proszku? Trudno powiedzieć. Poza tym, miała w sobie jakiś perfumowy sznyt, często spotykany w ciemnych czekoladach.

W smaku zdawała mi się być bardzo mocno śmietanowa, co nieco dziwnie wypadało w kontraście z wanilią. Pojawiała się tu nawet iluzja słoności. Czułam, jakby czekolada została zrobiona na miksie ryżowego mleka i tłustego jogurtu - wszystko to przez pojawianie się nietypowych słodkawych nut, maślano-śmietanowej tłustości i delikatnego kwasku. Poziom słodyczy jak na białą czekoladę był dość niski.

Zgodzę się z Kimiko, że to biel specyficzna, trudna do porównania z jakąkolwiek inną. Jednak na pewno bym jej nie wyrzuciła... Mnie Toscano White zaintrygowała i z chęcią powróciłabym do niej jeszcze raz - mam wrażenie, że zaskoczyłaby mnie czymś nowym przy drugim podejściu.



Po degustacji prędko dotarliśmy na Przełęcz Hucisko i do leżącej w niej wioski Hucisko. Na jej terenie znajduje się o dziwo ładnie wyremontowana stacja trasy turystycznej kolei biegnącej przez Karpaty.


Z Huciska doszliśmy do Koszarawy, gdzie jedząc drugie śniadanie pod zadaszeniem przystanku autobusowego podjęliśmy decyzję o zmianie trasy. Zabrakło by nam czasu na podejście na Lachów Groń i Czerniawę Suchą. Ba, może by nie zabrakło - ale w takiej mgle i tak nie mielibyśmy specjalnej przyjemności ze zrobienia tego szlaku. Poza tym, skrócenie drogi na Pewel Wielką spod Lasku na pewno musiałoby się odbyć w ciemnościach, co w mgle byłoby tym trudniejsze. Zdecydowaliśmy, że pomaszerujemy wzdłuż szosy w Koszarawie aż do miejsca, gdzie przecina ona żółty szlak Lachów-Lasek i pójdziemy bezpośrednio na Lasek.

 
Jeden z nielicznych widoków na tej trasie...

A takie miłe znaki prowadziły nas w stronę Schroniska Lasek...

Klimatyczne schronisko pod Laskiem (Łoskiem).

Na szczycie Łoska.

 Na zamglonej i zaśnieżonej polanie szczytowej Łoska było tak zacisznie, że momentalnie zeszło ze mnie wszelkie ciśnienie związane z tym, że odpuściliśmy sobie wejście na dwa szczyty. Zrelaksowałam się na maksa, co bardzo mi sie przydało, bowiem kawałek dalej zgubiliśmy szlak i schodziliśmy na czuja w dół aż do samego Przyborowa. Stamtąd, przy rozejściu szlaku, na który w zeszłym roku w listopadzie wchodziliśmy udając się do Korbielowa po zdobyciu m.in. Małej Mędralowej czy Kalików Groń - szliśmy już wzdłuż szosy aż do Jeleśni, do auta. Później czekała nas kolejna pyszna kolacja w korbielowskiej Karczmie Pod Borami...

Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, wanilia.
Masa kakaowa min. 29%.
Masa netto: 50 g.