sobota, 7 listopada 2015

Zotter Basmati Rice with Saffron ryżowa nadziewana ryżem basmati i białą ryżową czekoladą z szafranem i octem malinowym


Najnowsze czekolady Zottera urzekły mnie swoją różnorodnością i pomysłowością. Zresztą, jakże mogło by być inaczej - w końcu to Zotter, kopalnia czekoladowych eksperymentów! Jednym z nowych wariantów, który od razu przykuł mój wzrok, była ryżowa Zotter Handscooped inspirowana pewną potrawą, a mianowicie ryżem basmati z szafranem. I choć ekipa z Czekolady Zotter Polska poinstruowała mnie, że ten Zotter jest cholernie specyficzny, nie wahałam się przed zakupem. Ba, jeszcze bardziej podkręciło to moją ciekawość.

Ryżowa kuwertura o 50% zawartości kakao kusiła, bo miałam już w końcu bardzo miłe doświadczenia z Labooko Contest Rice Dark & White. Choć basmati z szafranem nigdy nie jadłam, to ryż basmati solo cenię za oryginalny, kwiatowo-orzechowy bukiet. Jest to szlachetna odmiana uprawiana głównie w Indiach, która przed obróbką może dojrzewać nawet parę lat - a wtedy już w ogóle staje się wielkim rarytasem dla koneserów. W czekoladzie Zottera oczywiście znalazł się normalny ryż, ale otoczenie go niebanalną czekoladą i tak czyni go wyjątkowym.

O wyjątkowości samego szafranu nikogo przekonywać nie muszę. Jest to najdroższa przyprawa świata, wyrabiana ze znamion słupków kwiatu Crocus sativus. Głównym producentem jest Iran, lecz popularność zdobył w wielu narodowych kuchniach - chociażby marokańskiej czy indyjskiej. Ze względu na kosztowność, w wielu potrawach zostaje podmieniany na kurkumę. Kurkuma równie dobrze barwi, ale nie nadaje specyficznego posmaku. Nie miałam w swym życiu świadomych doświadczeń z daniami doprawionymi szafranem, stąd moja rozbudzona ciekawość przed wypróbowaniem szafranowej czekolady. Zresztą, Basmati Rice with Saffron to nie jedyna zotterowska wariacja na temat szafranu. W ofercie znajdują się jeszcze tabliczka Saffron and Pistachos oraz Balleros Walnuts with Saffron.



Po naszą ryżowo-szafranową czekoladę sięgnęliśmy tego samego dnia, co po tajemniczą panienkę, którą zaprezentuję pojutrze. Zotter stał się naszym podwieczorkiem po 28-kilometrowym spacerku pieszo na... cmentarz. Oto jak łączyć przyjemne z pożytecznym w momencie, gdy na Wszystkich Świętych planuje się wyjazd w góry.

Przykładając nos do soczyście brązowej, wpadającej w czerwień tafli, wyczuwamy o dziwo alkohol. Jeszcze raz spojrzałam na skład, ale alkoholu się nie doszukałam. Uznałam więc, że to po prostu iluzja, chochlik wyrządzony zapewne również przy udziale samego kakao. Po chwili zresztą, alkoholowe wrażenie umyka pod doznaniami związanymi z wąchaniem dobrze przyprawionej, orientalnej potrawki z ryżu.



Ogromną zaletę Basmati Rice with Saffron jest gruba jak na Zotter Handscooped warstwa czekolady. Po podważeniu nożem odchodzi ona łatwo od nadzienia solidnym płatem, przez co bez problemu możemy posmakować jej samej. Od razu powracają miłe wspomnienia związane z Rice Dark, bo to właśnie na niej bazuje kuwertura. Ciekawa fuzja bukietu kakao z posmakiem ryżowego kleiku jest tutaj podszyta jeszcze wyraźną kwaśnością. Mam wrażenie, że nadaje ona jeszcze większej orientalności całej kompozycji. Próbowana wraz z warstwą nadzienia, mimo wszystko słodka czekolada przynosi kubkom smakowym prawdziwą ulgę bowiem... wnętrze Basmati Rice with Saffron jest totalnie zakręcone.

Jak widzicie na zdjęciach, nadzienie ma przepiękną, żywo żółtą barwę. Jest ono bardzo wilgotne (wręcz mokre) i posiada konsystencję kleiku dla dzieci. Z rozkoszą zanurzyłam nim zęby i o ile konsystencja jest naprawdę zachęcająca, to smak wręcz mnie zszokował. Ryż? Ok, mamy tu ryż. Jako basmati niekoniecznie bym go zidentyfikowała, ale jednocześnie nie mówię nie. Cudnie wilgotna masa przesiąknięta jest bowiem czymś octowo-aptecznym. Szczerze powątpiewałam, czy jest to sprawka tylko i wyłącznie szafranu. Doczytałam, że w składzie znajduje się również ocet malinowy. Jasny gwint, mam wrażenie, że sporo on tu namieszał i jestem potwornie ciekawa, jak smakowałaby ta tabliczka bez jego udziału. Tymczasem musiałam się zadowolić tym co obecnie zaoferował nam Zotter.



Smak żółtego wnętrza był potwornie specyficzny. Przyszła nam na myśl popsuta bombonierka, jodyna oraz syrop na gardło na bazie alkoholu. Poczułam się jak w szpitalu, albo - jeszcze dosadniej - u dentysty. Dokładnie tak, jakby chwilę temu dentysta coś grzebał mi przy zębach. Ja się dentysty nie boję, ale osoby panikujące na samą myśl o wizycie u stomatologa mogą doznać traumy po spróbowaniu tej czekolady.

Nie wiem, kto był głównym winowajcą tej sytuacji - szafran czy ocet malinowy? Może oboje w duecie poczynili ten sadystyczny występek? Szlag, dla mnie Basmati  Rice with Saffron było nieziemsko ciekawym doświadczeniem i wgryzałam się w czekoladową taflę z maniacką zawziętością - ale liczę się z tym, że większość z Was by tą tabliczką pluła. Czegoś takiego nie dostarczyła mi jeszcze żadna czekolada. Jestem ciekawa, jak długo ryżowo-szafranowy wariant przetrwa w ofercie Zottera. To jest absolutnie szalone... Kto jeszcze ma odwagę spróbować?


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), miazga kakaowa, napój ryżowy, syrop cukru inwertowanego, ocet malinowy, ryż basmati, sól, lecytyna słonecznikowa, szafran, wanilia.
Masa kakaowa min. 50%. 
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 459 kcal.
BTW: 2,3/29/47

czwartek, 5 listopada 2015

Bellarom Milk Chocolate Meets Neo śmietankowa z ciastkami kakaowymi



19 października - nie dość, że pełnia jesieni, to jeszcze poniedziałek. Tego dnia opublikowałam na blogu recenzję neapolitanki Michel Cluizel Los Ancones i cały czas byłam myślami przy tej czekoladzie, co prędzej czy później zaowocowało apetytem na kakao. Około południa będąc u klienta nieustannie musiałam przeganiać myśli związane z wgryzieniem się w aromatyczną kostkę brązowego narkotyku. Raz, że w końcu trzeba było rzetelnie pracować, a dwa - i tak nie miałam niczego dobrego przy sobie. Nie było też szansy na pospieszne nabycie takiego czekoladowego ratunku, o jaki mi chodziło. Fatalna sytuacja.

Gdy w końcu już wyjechałam od klienta, i tak czy siak skierowałam auto ku Lidlowi. Planowałam sięgnąć po którąś z ciemnych tabliczek J.D. Gross, nawet kosztem mydlanego posmaku - po prostu byłam żądna kakao i chciałam choć w małym procencie zaspokoić moją fanaberię. Na sklepowej półce rzuciła mi się jednak w oczy nigdy wcześniej nie spotkana Bellarom, o której bardzo pochlebnie wypowiadały się Czoko, Kimiko i Czekosfera. Choć ta czekolada tym bardziej nie pasowała do wzoru tabliczki na jaką akurat miałam ochotę, to wiedząc o jej niezbyt łatwej dostępności w Lidlach postanowiłam ją zakupić. Ponadto, w pamięci miałam bardzo miłe doświadczenia związane z Bellarom Rich Chocolate. Jak już wspominałam przy recenzji ww. czekolady, producentem Bellarom jest Weinrich, odpowiedzialny również za cenioną w blogosferze markę Vivani.



Jeszcze na parkingu przed Lidlem rozpakowałam czekoladę z kartonika i grubego, poręcznego sreberka. Chyba zawsze powinnam robić zdjęcia na bloga w samochodzie, bo jakoś wyjątkowo ładnie mi wyszły... Na dzień dobry dotarł do mnie jedwabisty, śmietankowo-słodki zapach. Kojarzył mi się z płynnym kremem, aż ostentacyjnie dotknęłam tabliczki, czy aby na pewno nie jest roztopiona. Oczywiście wszystko było z nią w jak największym porządku.

Już przy Rich Chocolate marka Bellarom uwiodła mnie dużymi i grubymi kostkami, tworzącymi dwustu gramową, pięknie wyglądająca tabliczkę. Tutaj obfite i ozdobne kostki również sprawiały pozytywne wrażenie i bardzo zachęcały do konsumpcji. Od spodu tabliczki dostrzec można mnogość sporych kawałków ciemnych ciasteczek. Nigdy nie byłam fanką markiz, stąd Oreo i jego podróbki nie są dla mnie przysmakiem, aczkolwiek tego typu ciastka wyzbyte białego kremu wydają mi się o wiele bardziej przystępne. Bogactwa zatopionego w tafli dodatku nie można tej czekoladzie odmówić.



Wgryzłam się w pierwszą kostkę i już wiedziałam, że konsystencja tej czekolady będzie przyjemnością. Bardzo łatwo rozpuszczała się w ustach, w miły maślany sposób. Kawałki ciastek wcale w tym procesie nie przeszkadzały, bowiem same były dość miękkie, w minimalny sposób chrupkie. O samych ciastkach napiszę więcej za chwilę, bowiem najpierw warto skupić się na czekoladzie.

Zdecydowanie czuć w niej wysoki udział śmietanki w proszku. To ona nadaje jej jedwabistość, której prorokiem był już zapach. Całość była jednak dla mnie zbyt słodka, a wyraźnych kakaowych nut ciężko mi było się doszukać. Mimo wszystko była ona bardziej kakaowa w smaku niż mleczne warianty naszych pospolitych marek, lecz większą moc kakao wyczuwam nawet w mlecznych Lindtach (choć masy kakaowej jest w nich mniej niż tu). Pojawia się tu drobna nuta wanilii i generalnie można tą czekoladę scharakteryzować jako to, co ludzie nazywają "prawdziwą niemiecką mleczną czekoladą". Bardzo słodko, lecz nie ohydnie, z przyjemnymi smaczkami.



Kawałki ciastek również nie wnoszą do kompozycji wiele kakaowości, za to umiejętnie urozmaicają strukturę tabliczki, nie zaburzając przy tym jej aksamitności. Są delikatne, choć nierozlazłe - mają zbity i wilgotny charakter, miękko-kruchy. Przypominają mi raczej ciastka typu amerykanki, a nie markizy - a to przy mojej awersji do tych drugich stanowi zdecydowany plus. No i co najważniejsze - nie ma tu żadnego paskudnego kremu!

Choć odjęłabym tej czekoladzie nieco słodyczy, to jest ona po prostu smaczna. Nie zaspokoiła mojego aptetytu na głębię kakao, ale w swym przedziale cenowym stanowi ciekawy wariant, no i ma taką błogą konsystencję. Nie mówiąc już o tym, że to na pewno najlepsza ciasteczkowa czekolada (popularniejszych marek), jaką było dane mi jeść. W starciu z Rich Chocolate ciastkowy wariant Bellarom przegrywa jednak z kretesem. To tam śmietankowość wraz z kakao poczyniła naprawdę wiele dobrego - tutaj w dokończeniu dzieła przeszkodził cukier.


Całe szczęście, że tego dnia udało mi się wcześniej wrócić z pracy - to znaczy jeszcze przed zapadnięciem zmroku (to było przed zmianą czasu na zimowy). No i że po południu nie padało... Dopełnieniem jesiennej terapii był bowiem dopiero dziesięciokilometrowy marsz z kijkami po mojej ukochanej Dębinie.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, ciastka kakaowe 18% (mąka pszenna, cukier, tłuszcz palmowy częściowo utwardzony, kakao w proszku, syrop glukozowy, odtłuszczone mleko w proszku, żółtko jaja w proszku, węglany sodu, difosforany, sól, aromat), śmietanka w proszku 13%, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku 4%, serwatka w proszku, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat waniliowy.
Masa kakaowa min. 33%.
Masa netto: 200 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 545 kcal.
BTW: 6,6/33,4/53,8

wtorek, 3 listopada 2015

Zotter Apples & Carrots with Ginger mleczna nadziewana jabłkiem, marchwią i imbirem



Wkraczamy w typowo jesienno-zimową strefę Zotterów... Wprawdzie dziś opisywany wariant nie należy ani do edycji jesiennej, ani do świątecznej (znajduje się w ofercie podstawowej), ale połączeniem smaków pasuje do panującej pory roku. Wszak to właśnie jesienią na straganach w pełnej krasie królują jabłka - teraz najtańsze, najobfitsze w odmiany. Jabłko to owoc bardzo mi bliski - zjadany codziennie w pracy, obecnie i dwa razy dziennie. Ponadto pyszny mus jabłkowy ze starej odmiany jabłoni rosnących w naszym ogrodzie często gości w moich porannych owsiankach. Jest też najlepszym towarzyszem do grubaśnych naleśników smażonych przez mojego Tatę. A marchew? Jako warzywo okopowe również przeżywa swoją świetność chłodniejszą porą. O ile surówka z marchwi i jabłka, jaką może przywodzić na myśl dziś opisywana czekolada, już dawno nie gościła na moim stole - to lubię jadać gotowaną marchew w połączeniu z kaszą jaglaną i olejem lnianym. Imbir? Wszak przyprawy korzenne to najlepszy sposób na rozgrzanie się drogą pokarmową (nie licząc napojów wyskokowych ;)). Apples & Carrots with Ginger z zasady bardzo trafiała w moje gusta.


To, co kryje się pod mleczną kuwerturą w ciepłym odcieniu brązu, zawierającą 50% masy kakaowej - pachnie marcepanowo. Takie skojarzenia budzi zapach tabliczki jeszcze przed jej podzieleniem na pół i obnażeniem wnętrza. Marcepanowy aromat dziwi, bo w składzie nie figurują migdały pod żadną postacią. Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że woń kojarząca się z marcepanem to element alkoholowy, wynikający z zawartości jabłkowego brandy w recepturze. Nie lubicie marcepanu i nie chcecie czytać dalej? Spokojna głowa - marcepanowa iluzja nie pojawi się w dalszych etapach degustacji.

Przełamanie tabliczki na pół ukazuje nam miąższyste, dwuwarstwowe nadzienie. Tak naprawdę, trochę zamieszania przysporzyła nam próba identyfikacji, gdzie marchew, a gdzie jabłko. Wielokrotnie wyższy udział jabłka w składzie (suszone jabłka 16% i sok jabłkowy 5%) niż suszonej marchwi (2%) sugerował, że górna warstwa to jabłkowy mus, zaś marchwiowe drobinki zatopione są w białej masie na dole. To samo mówił opis produktu. Smak dyktował jednak co innego - nuty jabłkowe i marchwiowe przeplatały się na płaszczyźnie obu warstw, dokładnie tak jak we wspomnianej wyżej surówce z jabłka i marchwi. Nie będę na siłę wyjaśniać tego sporu, bo wiem, że smaki z jednej warstwy po prostu mogły przenikać do drugiej. Zajmę się opisem tego, czego czułam - po prostu.



Górna warstwa nadzienia to wspaniały, naturalny mus na bazie wysokiego udziału jabłek. Jest wspaniale gładki i miękki, kojarzy się z kremową szarlotką. Co jakiś czas przebrzmiewa tu posmak marchewki, co w ciekawy sposób urozmaica sprawę i świetnie zgrywa się z jabłkiem. Pojawia się również nuta żurawiny. Co ważne - połączenie smakowe nie budzi skojarzeń z cukierkami dla koni, tak jak w czekoladzie Frucht & Sinne.

Dolna warstwa jest białym gładziutkim kremem, w którym dominują nuty mleczne, ryżowe i... kokosowe. Antyfan kokosa może się zdziwić, bowiem wraz z marchwiowymi miękkimi opiłkami zostały tu zatopione delikatne kokosowe chrupki. Całość podlana została kokosowym mleczkiem. Kremowa kokosowość z marchwiowym tupnięciem dominuje w białym ganaszu.




Niesamowita jest struktura całej Apples & Carrots with Ginger. To niezwykle kremowa kompozycja, przypominająca jogurtowy deser. W ustach smakołyk staje się bardziej płynny, niż na to wygląda - rozpływa się szybko i niebiańsko gładko. Również sama mleczna czekolada jest bardzo kremowa, a przy tym odrobinkę chrupie pod naporem zębów, co funduje nam wspaniałe wrażenia w komplecie z rozkosznym rozpuszczaniem się wnętrza. Chrupki kokosowe i opiłki marchwi, i tak czy siak bardzo delikatne i miękkie - nadają jakiejkolwiek stałej struktury bosko rozlewającemu się na podniebieniu wnętrzu.

Nad całością tej błogo rozpuszczającej się kompozycji króluje nienachalna, lekka miodowa słodycz. O dziwo, imbiru jest tu bardzo mało. Całość to świetny, delikatny jesienny deser - kremowa szarlotka z niewielką dozą korzennych przypraw. Apples & Carrots with Ginger okazała się czekoladą nadzwyczaj gładką, subtelną. Mój Mąż stwierdził nawet, że niesamowita kremowość tabliczki jest wręcz jej wadą - bo przez to błogie rozpuszczanie się w ustach barrrdzo szybko się skończyła...


Antyfani alkoholu w słodyczach również powinni być zadowoleni - jabłkowe brandy praktycznie w ogóle się tutaj nie odznacza alkoholowym posmakiem, a jedynie podkreśla lekko rozgrzewający efekt i uwydatnia jabłkowość.

Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałam się, że będzie to aż tak anielska czekolada. Myślałam, że z racji zaszczytnej obecności w nazwie, imbir da tutaj czadu. Tymczasem przebrzmiewał tylko w tle, nadając wszystkiemu typowo jesiennego klimatu. Jego znikoma obecność trochę mnie zawiodła - jako zapaloną fankę korzennych przypraw - co nie zmienia faktu, iż Apples & Carrots with Ginger to kompozycja przemyślana, przystępna i smakowita.

PS 1: Wpis miałam już gotowy nim swoją recenzję tej czekolady opublikowała Kimiko - postanowiłam nic nie zmieniać u siebie po lekturze jej opinii. 

PS 2:  Z gór wróciłam z całą masą niezapomnianych wrażeń. Pierwszy górski wpis pojawi się dopiero za 10 dni - najpierw czas na czekolady wypróbowane jeszcze przed wyjazdem.

Skład: surowy cukier trzcinowy, suszone jabłka 16%, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop glukozowo-fruktozowy, pełne mleko w proszku, sok jabłkowy 5%, mleko, miód, suszona marchew 2%, jabłkowe brandy 2%, żurawina, odtłuszczone mleko w proszku, proszek ryżowy (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), imbir 1%, mleko kokosowe, chrupki kokosowe, koncentrat cytrynowy, proszek kokosowy (mleko kokosowe, maltodekstryna), oliwa w oliwek, sól, lecytyna sojowa, wanilia, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 447 kcal.
BTW: 4,4/24/50

niedziela, 1 listopada 2015

Menakao Bright & Citrusy ciemna 63% z limonką kaffir i różowym pieprzem


Dziś mam dla Was kolejną propozycję od niezwykłego Menakao - madagaskarskiej manufaktury, w której to każdy etap produkcji toczy się na tej magicznej wyspie - od uprawy kakao, aż po pakowanie tabliczek. Wydawało mi się, że 63-procentowa Bright & Citrusy będzie dobrze pasować do jesiennej aury za oknem - dodatek różowego pieprzu sugerował choćby lekko rozgrzewający efekt. Pod znakiem zapytania był dla mnie udział limonki kaffir (czyli combavy), bo nigdy dotąd nie miałam do czynienia z tą rośliną. Jak się okazuje, combava używana jest głównie w kuchni indonezyjskiej i tajskiej, ale stosuje się jedynie jej skórkę oraz liście. Owoce i sok są zbyt cierpkie, by znalazły swoich fanów. Wprawdzie Bright & Citrusy była opisywana przez Czoko już dwa lata temu, ale dla mnie nadal ta tabliczka była niczym czysta karta. Zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Nim przejdę do opisu degustacji, przyjrzyjmy się przez chwilę postaci sportretowanej na froncie opakowania. Jest to kobieta Betsimisaraka, a nazwa ta oznacza "wiele i nierozłącznie" - to najliczniejsza grupa ludności zamieszkująca wschodnie wybrzeże Madagaskaru. Ludzie Ci żyją w regionie bogatym w tropikalne lasy deszczowe, gęste i pełne bujnej roślinności. Z Betsimisaraka nierozerwalnie łączy się taniec, podobny do polinezyjskiego - z powolnymi, rytmicznymi ruchami bioder.


Bright & Citrusy dwukrotnie została wyróżniona przez angielską Guild of Fine Foods w konkursie Great Taste Awards. Czy my również potrafiliśmy docenić ta czekoladę? Wypakowana z szczelnego czarnego plastiku, obnażyła przed nami swoją czerwonawą barwę i rozbudziła w sobie zapach mocno przyprawowy. Zaskoczyła mnie cytrusowość uderzająca w pierwszym momencie ze sporą mocą (w końcu skądś w nazwie znalazł się człon Citrusy), zaś po chwili przychodzi pieprz nieco kręcący w nosie. Aromat jest niebanalny - pikantny, a przy tym rześki. Jednoznacznie kojarzył mi się z orientem i dusznym zapachem stoisk z przyprawami. Jednocześnie gdzieś w głowie świdrowało porównanie do gałki muszkatołowej.

Po przełamaniu tabliczki już wiem, że zastosowane dodatki zostały zmielone i wtopione w jej wnętrze. W ustach pierwszym wrażeniem smakowym jest owocowa słodycz. Aby jednak owocowość była w pełni autentyczna i surowa, zaraz do głosu dobija się kwaśność. Jest to kwaśność cytrusowa, a także porzeczkowa. Pieprz gdzieś tam próbuje przebrzmiewać, ale specyficzna cytrusowość uparcie go łagodzi. Rozpuszczając w buzi pierwszy kęs przychodzi do nas dziwaczne wrażenie rześkości. Tak, ta czekolada na pierwszy rzut charakteryzuje się bardziej efektem chłodzącym, niźli rozgrzewającym. Próbujący dojść do głosu pieprz odrobinę w tym wszystkim miesza, co doprowadza do złudzenia ostrej mięty pieprzowej, a także do aromatycznej trawy cytrynowej.


Stwarza to iluzję połączenia ziół, do których nie bardzo jesteśmy przyzwyczajeni. To jest niczym smaki z odległych kuchni świata. Jest to z jednej strony pociągające i intrygujące, a z drugiej zawiera w sobie sławetny "pierwiastek obrzydliwości". Pikantności jako takiej tu nie ma - przynajmniej w pierwszej połowie degustacji - zamiast tego pojawia się po prostu pieprzowy smak, wynurzający się spod dziwacznej, cytrusowo-porzeczkowej feerii.  

Próbując skupić się na samej czekoladzie mamy nie lada problem. Równomiernie wtopione w nią intensywne dodatki sprawiają, że chowa się ona pod ich naporem. Czekolada sama w sobie zdaje się być słodka, rześka, owocowa, z właśnie takim cytrusowo-porzeczkowym kwaskowatym zacięciem. Jest wyważona i nieprzesadzona, także pod względem konsystencji - nie wydaje się być ziarnistą, ani też nazbyt uładzoną - w ustach rozpuszcza się dość dobrze sprawiając wrażenie czegoś pomiędzy. Nie zalepia, a mimo to stanowi bazę, na której dodane przyprawy działają bardzo dobrze. Na końcu pojawia się waniliowość, co może być efektem ubocznym pieprzowych nut.


Gdy już wydaje się nam, że Bright & Citrusy odkryła przed nami swe tajemnice, zaczyna się stawać jeszcze ciekawsza. Dodatki wydają się jeszcze bardziej intensyfikować swoje siły. Aż mnie to denerwowało, bo gdy chciałam skupić się na samej czekoladzie, dziwaczna fuzja combavy i pieprzu upominała się o swoje coraz brutalniej. Dużo się tu dzieje. Z porzeczkowej słodyczy przechodzimy coraz mocniej w stronę kwasu, typowo cytrusowego, ale coraz mocniejszego. Po paru kostkach okazuje się, że pieprz solo też ma coś do powiedzenia, bowiem zaczyna już drapać w gardle. Ciekawe, co by się stało, gdyby pieprzu zastosowano tu jeszcze więcej. Spod rześko-ziołowych drażniących nut nowymi pokładami nieustannie uwalnia się cytrusowość - tak, że zaczynam już wątpić, czy płynie ona z limonki kaffir, czy też z bogactwa madagaskarskiego kakao.

Z upływem czasu Bright & Citrusy staje się coraz to bardziej męcząca. Gonitwa dziwacznego połączenia dodatków z aromatem kakao doprowadza połączenia kubków smakowych z mózgiem do frustracji. Ponadto, mój Mąż i ja możemy sobie podać rękę z Czoko - ta czekolada również nie pasowała nam do kawy. Kawa w jej towarzystwie wydawała się być paskudnymi popłuczynami, co również zaburzało mi komfort degustacji (bo po prostu lubię czyścić sobie kubki smakowej jakąś nienachalną kawą). Po zakończeniu kosztowanie tej czekolady czułam się trochę przytłoczona tym, co się działo. Z jednej strony nie było tu przesady, a jednak coś burzyło mi czekoladową harmonię. Przyznam, że Bright & Citrusy najmniej mi smakowała z dotąd próbowanych Menakao. Było to ciekawe doświadczenie, ale nie chciałabym go już powtarzać.


Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa non-GMO, różowy pieprz, limonka kaffir.
Masa kakaowa min. 63%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 595,5 kcal
BTW:  11/41,82/44,28