środa, 23 września 2015

Grand Candy Grand's ciemna nadziewana likierem


 Jeszcze dwa wpisy temu komunikowałam, że to pożegnanie z relacjami z Armenii, a tymczasem... no, może nie jest to do końca prawda. Owszem, nie będą to już sprawozdania ze szlaków, ale opisy tabliczek, które pochodzą z największej armeńskiej fabryki słodyczy, czyli Grand Candy. W Erywaniu znajduje się aż 20 sklepów-kawiarni Grand Candy, a oprócz tego ich produkty można spotkać praktycznie w każdym sklepiku na terenie Armenii. Nasz przewodnik Serzh podczas wspólnego picia herbaty i zajadania Lindt Papaya w wiosce Hovk dowiedział się o mojej czekoladowej pasji. Gdy kolejnego dnia opuścił na chwilę auto aby kupić chleb w magicznym Alaverdi, wrócił do nas z trzema tabliczkami od Grand Candy. Przyznam, że sama z siebie bym ich nie kupiła. Przeszła mi już bezkrytyczna mania zbieractwa wszystkiego co inne i nowe, o czym zresztą wspominałam już w pierwszej notce o Armenii. Takim prezentem nie mogłam jednak pogardzić.

Tabliczki z Grand Candy przyleciały z nami do Polski. Tą dziś opisywaną otworzyliśmy kolejnego dnia po powrocie do domu. W sobotnie przedpołudnie zasiedliśmy wraz z moimi Rodzicami do kilkugodzinnej prezentacji zdjęć z wyprawy. Wspomnienia snuły się w nieskończoność, a towarzyszyła im czekolada z Grand Candy oraz trzyletnie brandy Ararat. I tak, jak brandy nie lubię, tak tym razem wolałam je zamiast czekolady... O szczegółach poczytacie już za chwilę.



 Pozostałe rzeczy widoczne na powyższym zdjęciu to dwa wina z jednej z piwniczek Areni (tej, gdzie zatrzymaliśmy się na degustację). Wino widoczne na lewo od brandy jest półwytrawne, pochodzące z bardzo obfitego w plony roku 2008. Na mój język, wina z Areni charakteryzują się specyficznym ziołowym posmakiem. W końcu odmiana winogron tam występująca jest rzeczywiście unikatowa. Wino po prawej to prezent dla Rodziców - zrobione zostało w owoców granatu.  Tak, jak nie lubię półsłodkich win - tak to smakowało wręcz obłędnie, niczym odświeżająca esencja z granatu. Maleństwa ułożone po bokach butelek to ziołowe mikstury (w płynie i suszu) zakupione w erywańskim muzeum Matenadaran.

 Pierwsza otwarta sprezentowana nam przez Serzha tabliczka okazała się być w gruncie rzeczy czymś na kształt pralinek - czy też po prostu nadziewanej czekolady podzielonej z góry na kostki niczym Schogetten. Sztywne opakowanie z małym okienkiem, prosto i elegancko wykonane - kryje w sobie 18 grubych czekoladek ułożonych na kartonikowej podstawce. Nazwa produktu to: "High quality chocolates with liquor filling" - owo "high quality" od razu wzbudziło we mnie nutkę podejrzliwości, kojarząc mi się z wszystkimi polskimi tanimi markami, chwalącymi się nie wiadomo jaką jakością. To, że spełnia się jakieś tam lokalne certyfikaty nie oznacza od razu wysokiej jakości... No ale cóż, może rzeczywiście te czekoladki o łącznej masie 160 g nie grzeszą jakością i są wyjątkowe?


 Wiem, że dla wielu z Was obecność alkoholu dyskwalifikuje nadziewaną czekoladę. O ile w przypadku Zotter Handscooped z dodatkiem różnego rodzaju alkoholi macie czego żałować, tak tutaj naprawdę moglibyście sobie z czystym sumieniem odpuścić. Studiując skład produktu przed przegryzieniem pierwszej kostki wyobraziłam sobie, że będzie to deserowa czekolada (zawartości masy kakaowej nie podano...) wypełniona alkoholowym kremem opartym na skondensowanym słodkim mleku. Na chemii widocznej dalej w składzie mimochodem się nie skupiałam, lecz widok zbitego, czerwonawego nadzienia skłonił mnie do wgłębienia się, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy.

Generalnie, trochę nie chce mi się wierzyć w kolejność składników zadeklarowaną na opakowaniu. Pierwsze miejsce dla miazgi kakaowej przy tak obfitym nadzieniu? Ok, no chyba, że weźmiemy pod uwagę fakt, iż zaraz po produktach kakaowych w składzie znajdują się substancje słodkie: prócz cukru są to syrop glukozowy i skondensowane słodzone mleko. Ciekawostką jest podanie na opakowaniu oprócz standardowej tabeli wartości odżywczych udziału poszczególnych witamin (PP, A, E, C, B1 i B2) oraz minerałów (Na, K, Ca, Mg, P, Fe). Jak dla mnie, zabawnie to wygląda na takiej czekoladzie, no ale może armeńskie prawo wymaga takich informacji. Tym śmieszniej, gdy przyjrzymy się stojącej w składzie chemii.



Mamy tert-butylohydrochinon, będący syntetycznym przeciwutleniaczem. Zasadność jego zastosowania jest dla mnie wątpliwa biorąc pod uwagę fakt, że trwałość czekolady jest i tak dość krótka (cztery miesiące od daty produkcji). Jest to związek, który zjedzony raz w kilku kostkach czekolady na pewno nam nie zaszkodzi, ale w większych ilościach zaburza pracę tarczycy i nerek. Ponadto, jest zakazany w Japonii. I po co coś takiego w czekoladzie, no po co?

 Za czerwonawą, i moim zdaniem zupełnie nie potrzebną barwę nadzienia odpowiadają dwie substancje: koszenila oraz azorubina. O ile stosowanie koszenili, czyli wyciągu z czerwcy (takie owady) zupełnie mnie nie razi (wszak to naturalny barwnik) - to azorubinę Grand Candy mogło sobie darować. Nawet kosztem większej dawki koszenili, którą i tak wszyscy wcinają w owocowych jogurtach oraz wielu innych produktach. Azorubina to barwnik syntetyczny, groźny w większych ilościach dla chorych dla astmę, wywołujący nadpobudliwość, kancerogenny dla zwierząt. O ile wyżej wspomniany przeciwutleniacz jest zakazany jedynie w Japonii, tak azorubina prócz Kraju Kwitnącej Wiśni zakazana jest również w Kanadzie, USA i Wielkiej Brytanii. Naprawdę, ta czekolada obyłaby się bez czerwonej barwy nadzienia, zwłaszcza, że to przecież nie jest produkt "o smaku" czerwonych owoców.

Skoro prześwietliliśmy już podejrzane aspekty składu produktu czas przejść do kwestii smaku. Ciemna czekolada sama w sobie właściwie smaku... nie ma. Na szczęście nie niesie ze sobą proszkowego filmu pozostawianego na podniebieniu, ale jest po prostu papierowa, nijaka. Nawet trudno mi określić, w jakim stopniu jest słodka, gorzka czy kwaśna. Wydaje mi się, że bez towarzystwa nadzienia naprawdę czułabym się, jakbym wgryzała się w kartonikowe opakowanie.

Nadzienie pomimo swoich wad czyni produkt zjadliwym. Ma ono konsystencję gęstej marmolady, a w smaku jest śmietankowo-alkoholowo-cukrowe (dokładnie w takiej kolejności). Dodatek spirytusu i rumu wyczuć można bez najmniejszych problemów, jednkaże jest on złagodzony przez słodkie skondensowane mleko, które czyni odbiór czekolady przyjemniejszym. Połączenie nijakiej deserówki z sztuczno-śmiesznym nadzieniem budzi skojarzenia ze starymi bombonierkami. Starymi we wszystkich słowach tego znaczeniu - zarówno pochodzącymi z poprzedniej epoki, jak i po prostu przeterminowanymi.

Jestem straszna, skoro jeśli już częstuję jakąś czekoladą moich Rodziców, to pada akurat na takiego potworka. Niemniej jednak, jest to produkt armeński, a jaką inną czekoladę wypadałoby otworzyć przy zdawaniu relacji z wyjazdu do Armenii? Zastanawiam się, jakie wrażenia przyniosą pozostałe dwie tabliczki z Grand Candy, które otworzę tej jesieni w Beskidzie Żywieckim. Mam już jeden niezaprzeczalny plus - posiadają o wiele prostszy skład, bez żadnych haczyków.

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier, syrop glukozowy, skondensowane słodzone mleko, olej roślinny, tert-butylohydrochinon (antyoksydant), kwas cytrynowy, alkohol etylowy, wanilina, lecytyna, rum, naturalny aromat, czerwień koszenilowa, azorubina. 
Masa netto: 160 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 464 kcal.
BTW: 4,1/23,6/61,2

poniedziałek, 21 września 2015

Zotter Jellied Strawberries mleczna nadziewana truskawkowym ganaszem i truskawkową galaretką


Zatęskniliście już za recenzjami Zottera na moim blogu? Bo ja tak! Po powrocie z Armenii poczułam tęsknotę za testowaniem kolejnych czekolad mojego ulubionego na tą chwilę producenta. W końcu tyle jest jeszcze do odkrycia w jego asortymencie! Naprawdę mam nadzieję, że też brakowało Wam tutaj Zottera - jego czekolady pojawiać się będą teraz praktycznie co drugi wpis.

Jellied Strawberries to przedostatnia posiadana przeze mnie tabliczka z serii Spring Specials, a ostatnia taka w kolekcji wiosennych Handscooped. Po ostatniej recenzji truskawkowej Studentskiej przez chwilę zrobi się na moim blogu turbotruskawkowo. Pewnie niektórych z Was z tego powodu przejdą dreszcze. O ile Studentska u osób nietolerujących truskawkowych słodyczy może wzbudzić wstręt, to obrzydzenie przy Jellied Strawberries mogłabym uznać jako objaw choroby... Bo jak można nie lubić świeżych truskawek???!!!
 


 Truskawkowe słodycze częstokroć kojarzą się z przebarwionymi i przearomatyzowanymi ulepkami. W zasadzie patrząc na truskawkowe propozycje od najpopularniejszych producentów to rzeczywiście tak jest. Wiedziałam, że Zotter nie zaserwuje nam czegoś takiego, wszak to zupełnie inny level. Po doświadczeniu z niesamowicie seksualną Strawberry + Pineapple & Pepper zacierałam rączki na myśl, w jakiej odsłonie tym razem ukaże się nam truskawka. Owoc, którym w sezonie zajadam się na tony.

 W tym wypadku Zotter zaklął truskawkę w formę galaretki oraz ganaszu. Galaretki to motyw przewijający się często w tegorocznej Spring Specials. Spotkaliśmy ją w Miracolous Chokeberry oraz w Elderflowers. Nie lubicie truskawek w słodyczach, ale jeszcze bardziej nie cierpicie galaretek? Zapomnijcie o swoich uprzedzeniach i czytajcie dalej.


 Po rozpakowaniu czekolady dociera do nas urzekający zapach. Oto przed nami mleczna czekolada na bazie górskiego mleka, o 40% zawartości masy kakaowej. Dobrze wiem, że mleczny Zotter to gwarancja rozkoszy podniebienia. I tak w istocie jest - czekolada jest słodziutka, a przy tym bogata w kwiatowe i palone nuty. W Jellied Strawberries trudno opisywać samą czekoladę bez zespojenia jej z nadzieniem, bowiem aromaty wnętrza dogłębnie spenetrowały czekoladową kuwerturę, tworząc z nią jednolitą i zgraną kompozycję.

Serce Jellied Strawberries stanowi cienka ciemnobordowa galaretka, okolona jeszcze cieńszą warstwą białej czekolady. Ten chwyt jest już sprawdzony u Zottera i pozwala na oddzielenie galaretki od różniącego się konsystencją ganaszu. Dominującym elementem nadzienia są właśnie dwa grube płaty truskawkowego ganaszu, ułożone tuż pod czekoladową kuwerturą. Barwa ganaszu jest zaskakująco naturalna i przypomina chwilę odstaną w garnku zaraz po smażeniu domową konfiturę. Doskonale pamiętam, że podobnie wyglądała truskawkowa warstwa w boskiej Strawberry + Pineapple & Pepper, toteż moje kubki smakowe zaczęły szaleć z pożądania w związku z tym skojarzeniem. Jeść!



W Jellied Strawberries truskawki stanowią aż 21% składu. To musiało znaleźć swoje odzwierciedlenie w smaku! Świeże truskawki 12%, koncentrat truskawkowy 4%, suszone truskawki 4%, skoncentrowana pulpa truskawkowa 1%... Truskawkowa inwazja! Tak, naprawdę, przegryzając się przez wszystkie warstwy doznajemy truskawkowego uderzenia. Ganasz stanowi jego esencję. To prawdziwe, soczyste truskawki, bez zbędnego podrasowywania natury. Na dodatek sama czekolada podkręca wręcz wrażenie jedzenia domowego słodziutkiego dżemu, odrobinę przypalonego. A może to truskawki podkręcają czekoladę? Paloność i owocowość to nuty płynące również z samej czekolady, a truskawki spajając się z nią sprawiają, że doznania intensyfikują się. Chwilami odczuwałam, że to czekolada przepada pod naporem truskawki, ale teraz wiem, że to był po prostu zgrany i mocny duet.

Płatki waniliowej i subtelnej białej czekolady pozwalają płynnie przejść nam do galaretki, która okazuje się być nad wyraz delikatna. Tak, jest ona o wiele delikatniejsza od wspominanych powyżej Zotterów z galaretkami. Jak widać na zdjęciach poniżej, również posiada bardzo naturalną barwę, niczym lekko przypalona konfitura. Absolutnie nie można jej porównać z cukierkowymi truskawkowymi galaretkami. To było coś diametralnie innego zarówno w smaku, jak i w konsystencji.



Całość okazała się być wyważona, mimo wszystko spokojna, spójna - gdzieś na granicy pomiędzy słodkością a wytrawnością. Prosta słodycz mieszała się z kwiatowością, owocowością, mlecznością i przede wszystkim - z palonością. Magiczna przeplatanka cech płynących z czekolady oraz z ganaszu zauroczyła mnie swoją smakowitością i przystępnością. Ahh... Uwielbiam zotterowskie eksperymenty!
 
Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, truskawki 12%, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, koncentrat truskawkowy 4%, suszone truskawki 4%, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, cytryna, koncentrat truskawkowy pulpa 1%, pektyna jabłkowa, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy, sól, wanilia, suszone jagody, cynamon.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 454 kcal.
BTW: 4,1/27/49

sobota, 19 września 2015

Orion Studentska mleczna z truskawkami, orzechami arachidowymi i galaretkami



Dziś przed Wami ostatni wpis połączony z relacją z mojego urlopu. Już czy może w końcu? Powiem szczerze, że im dalej od naszego powrotu z Armenii, tym coraz trudniej opisywało mi się spędzony tam czas. Już dawno wkręciłam się w wir obowiązków i serce mi się krajało, gdy każdego wieczora siadałam i próbowałam ubrać w słowa wakacyjne wspomnienia. Teraz wrócę do opisywania samych czekolad, na szczęście o wiele bardziej absorbujących niż te jedzone na wyjeździe. I tak aż do kolejnego wypadu w góry.

Ostatnią zabraną w podróż tabliczkę nie otworzyliśmy w Armenii, lecz w Gruzji. Wylatywaliśmy do Polski z Tbilisi, dlatego mieliśmy okazję liznąć odrobinę tego państwa. Jedynie zdjęcie zawartości opakowania zrobiłam już na lotnisku w Warszawie, ponieważ pierwsze kostki truskawkowej Studentskiej zostały skonsumowane nocą, w kiepskim oświetleniu. Oczekiwanie na odbiór bagażu w ojczyźnie było jedynym momentem na zrobienie szybkiej fotki, a także na doładowanie się resztką czekolady przed odebraniem auta z parkingu.


 
Najnowsze Studentskie z czerwoną porzeczką i jagodą pojawiły się już na moim blogu. Na koniec zostawiliśmy wersję z truskawkami. Dobrze, że nie zabrałam jej do plecaka na wyprawę w Góry Gegamskie, bo niechybnie zamieniłaby się w papkę, tak jak poprzedniczki. Aż dziw bierze, że Orion wcześniej nie pokusił się na wypuszczenie Studentskiej z truskawkami - wszak to tak popularny owoc w słodyczach (wiem, że przez wielu z Was również przez ten fakt znienawidzony).

Nad fatalnym składem Studenstkiej nie będę snuć niekończących się narzekań, bo w końcu pomimo niego nadal świadomie kupuję te tabliczki i zjadam je ze smakiem. Truskawkowa Studenstka kryje jednak w sobie pewną ciekawostkę. Po pierwsze, wyróżniające Studentską galaretki w tej wersji zawierają w sobie  koncentrat truskawkowy, a więc ewidentnie są truskawkowe. Muszę przyznać, że w smaku różnica ta jest wyczuwalna - nie są to klasyczne Studenstkie galaretki z cytrusowym zacięciem. Coś za coś - to zabawne, ale w samych czerwonych, "truskawkowych" cząstkach truskawek już nie ma. Mamy za to suszoną żurawinę i barwiący koncentrat z czarnego bzu. Truskawkowość owocowych cząstek uzyskana została tylko i wyłącznie za pomocą aromatu.

Muszę przyznać, że ta czekolada wyróżniała się na tle porzeczkowej i jagodowej koleżanki. Mleczna czekolada nadal była słodka i kiepska, jak zawsze - no i jak zawsze dziwacznie wciągająca. Koncentrat truskawkowy zawarty w galaretkach czynił je odmiennymi, ale nadal pysznymi. Bardzo lubię galaretki w Studentskich, a te tutaj miały w sobie delikatny, beztroski element. Wzbudzał we mnie jakieś miłe skojarzenia - pewnie związane z jakimś sztucznym żarciem z dzieciństwa - ale mimo wszystko było to miłe.

Owocowe cząstki były rzeczywiście bardziej żurawinowe niż truskawkowe. Może i dobrze, bo przy truskawkowych galaretkach mamy szansę na nieco urozmaicenia. Miękkie, praktycznie wcale nie gumowate - czyniły czekoladę tak przyjemnie słodko-owocową, iż moja słabość do Studentskich po raz kolejny została przypieczętowana. Oczywiście, gdy dodamy do tego podprażone orzechy arachidowe, stanowiące jak zawsze kropkę jak i, to... Eh, znów wiem, że cokolwiek by się nie działo - zawsze z chęcią będę zabierać w góry te badziewne Studentskie :).




Po opisywanych w poprzednim wpisie monastyrach czekała nas już tylko podróż autem do granicy armeńsko-gruzińskiej. Tam pożegnaliśmy się z naszym drogim Serzhem, pieszo pokonaliśmy granicę i przesiedliśmy się do gruzińskiej taksówki. Nim jednak to nastąpiło, przejeżdżaliśmy przez armeńskie miasto Alaverdi, które totalnie mnie zauroczyło swoją nietypowością i niesamowitym, post-apokaliptycznym klimatem. Możecie go poczuć na poniższych zdjęciach... Alaverdi, pomimo swego przepięknego położenia w sercu zielonych gór, jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast w Armenii. Wszystko to przez znajdującą się tam hutę miedzi. Nad wzgórzami Alaverdi unosi się smog, zaś z jednego z szczytów wystaje kopcący komin, co na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie wulkanu. Brzydota i piękno w jednym, kraina kontrastów. Gdy dodamy do tego jeszcze stare bloki mieszkalne postawione tuż na zboczu przepaści, na której to skalistej ścianie znajdują się jaskinie - otrzymujemy obraz miasta, które zapada w pamięci na zawsze. Szkoda, że tylko tamtędy przejeżdżaliśmy. Z chęcią spędziłabym tam choćby jedną dobę.

Po pożegnaniu z Serzhem i przekroczeniu granicy, taksówka zawiozła nas do samego centrum Tbilisi. Było po dwudziestej, a nasz samolot odlatywał dopiero przed piątą rano. Taksówkarz wziął nasz bagaż na przechowanie i mogliśmy zadzwonić po niego o dowolnej godzinie, aby zawiózł nas na lotnisko. Mieliśmy kilka godzin dla siebie w Tbilisi. Kilka godzin, które dało nam do zrozumienia, jak wielka przepaść istnieje między Armenią a Gruzją. W stolicy Gruzji czuliśmy się jak w europejskim mieście, oczywiście mimo wszystko z zachowaniem tamtejszej specyfiki. Na każdym kroku sklepy i lokale z winami, całe miasto przepięknie oświetlone, centrum zadbane i dopieszczone w każdym szczególe, zabytki wyeksponowane, muzyka na ulicach, imprezy... Aż trudno mi to wszystko opisać. Na dodatek piękny widok na panoramę miasta ma się na wyciągnięcie ręki - znad rzeki Kury kursuje kolejka linowa na wzgórze Sololaki, na którym to znajdują się kościół Mama Dawiti, pomnik Matki Gruzji oraz twierdza Narikala. Tbilisi nocą jest czadowe! Wiem, że pewnie jeszcze kiedyś zaznam tego miasta w dzień... Bo o ile nie mam pewności, czy do Armenii jeszcze wrócimy (choć Serzh zaprasza... a Górski Karabach kusi i czeka, Serzh z chęcią by się tam z nami wybrał - a po drodze zahaczyłoby się o monastyr Tatev) - to góry Gruzji wciąż stoją przed nami otworem, zupełnie nam jeszcze nieznane...

Po pierwszej w nocy trafiliśmy na lotnisko, gdzie musiałam się troszkę zdrzemnąć. W końcu czekający nas lot trwał tylko trzy i pół godziny, a z Warszawy musiałam bezpiecznie zawieźć nas do domu...





Skład: cukier, galaretki (cukier, syrop glukozowy, woda, koncentrat truskawkowy 6%, pektyny, kwas cytrynowy, cytrynian sodu, tłuszcze roślinne: palmowy, kokosowy; wosk karnauba, aromaty naturalne), orzechy arachidowe, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, cząstki truskawkowe (suszona żurawina, cukier, kwas cytrynowy, aromat truskawkowy, koncentrat z czarnego bzu, olej słonecznikowy), miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz shea, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, tłuszcz mleczny, laktoza, suszona serwatka, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów laskowych.
Masa kakaowa min. 27%.
Masa netto: 180 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,7/28,4/56,7

czwartek, 17 września 2015

Lindt Papaya mleczna nadziewana papają i mlecznym kremem

 

 Dziś przed Wami ostatnia z trójki nowych egzotycznych nadziewańców od Lindta. Mowa o wersji z papają - o egzemplarzach z acai oraz mango i marakują pisałam już wcześniej. Opcja z papają była o tyle kusząca, że nigdy nie jadłam czekolady z jej dodatkiem - prócz świetnej Heidi Mexico, gdzie oprócz papai znalazła się guawa i chili. Ponadto, w wersji solo świeżej papai nigdy nie kosztowałam, miałam do czynienia tylko z owocem kandyzowanym. Wiem, że kiedyś Łowicz miał w swej ofercie dżem z papają i marakują, ale jego kiepski skład zawsze odstręczał mnie od kupna. Lindt Papaya miał więc być prawdziwym papajowym testem, aczkolwiek po doświadczeniach z pozostałymi czekoladami z tej serii moja nadzieja na zjedzenie czegoś naprawdę pysznego stała się nikła.

Poniżej możecie zobaczyć zdjęcia relacjonujące degustację Lindt Papaya. O jej szczegółach wspominałam już w poprzedniej notce. Fotka, na której trzymam kostkę czekolady została wykonana na tarasie naszej kwatery w Hovk, gdy mgła nie była jeszcze na tyle intensywna, by zasłaniać sąsiadujące domy. Gdy wybraliśmy się na spacer, nie było widać już nic. Lindt Papaya podzielona została pomiędzy mojego Męża, przewodnika Serza, gospodynię Wirginię i mnie. Jedząc raptem ćwierć tabliczki zostałam i tak wystarczająco zasłodzona.



Spod jak zawsze smacznej mlecznej lindtowskiej czekolady znów atakowała nas cukrowa pułapka. Mleczny zbity krem niczym mnie nie porywał - po prostu nie przepadam za takimi nadzieniami. Całe szczęście, że u Lindta było ono po prostu cukrowo-mleczne, a nie margarynowe, jak to bywa w Wedlu czy Milce. Podobna do dżemu papajowa warstwa byłaby naprawdę ciekawa, gdyby choć odrobinę bardziej ją zestalono, no i zdecydowanie mniej posłodzono... Posmak papai jest tutaj bardzo charakterystyczny i naprawdę smakowicie kuszący - cukier jednak skutecznie go tłamsi. Już nawet wybaczyłabym Lindtowi ten mleczny krem - chciałabym, aby zatopił w nim kawałki kandyzowanej papai. Po prostu zapragnęłam smaku tego owocu. Tymczasem Lindt tylko zwiódł mnie na pokuszenie i pozostawił niedosyt.

Niestety, muszę ocenić tropikalne nadziewańce Lindta jako jedną z najgorszych serii tej marki. Domyślam się, że może znajdzie się wielu fanów takiej konsystencji nadzienia i wysokiego poziomu słodyczy, ale ja nie tego oczekuję od Lindta. Płynne nadzienia u Lindta zdają egzamin tylko w alkoholowej kolekcji. I tyle. No to teraz czas na dalszy ciąg relacji z urlopu ;).



W czwartkowy poranek opuściliśmy Hovk po śniadaniu i pożegnaniu z naszymi gospodarzami. Wraz z Serzhem udaliśmy się do miasteczka Idjewan. Tam zwiedziliśmy lokalne muzeum etnograficzne, choć w sumie zwiedzanie to dużo powiedziane. Choć pracowały w nim trzy kobiety, żadna nie wykazała nami zainteresowania i nie potrafiła odpowiedzieć na żadne pytanie. Nie mówiąc już o tym, że zabrakło jakichkolwiek opisów eksponatów w innym języku niż ormiański. W sumie to popatrzyliśmy sobie co tam jest i tyle. Najciekawsze wydały mi się rozpadające schody prowadzące do muzeum.

Potem spacerowaliśmy po ogrodzie dendrologicznym w Idjewanie, nad którym królował widoczny na zdjęciu zdezelowany diabelski młyn. Ogród w sumie wyglądał podobnie jak owa karuzela - bardzo zaniedbany, a szkoda... Widać, że mało kto z zewnątrz odwiedza to miasto.




Na ten dzień mieliśmy jeszcze zaplanowane zwiedzanie dwóch monastyrów: Sanahin i Haghpat. Leżą one w wioskach o tych samych nazwach. Te dwie miejscowości od lat konkurują ze sobą, co widoczne jest nawet w ich nazwach. W Sanahin znajduje się monastyr starszy od Haghpat o 10 lat, a "Sanahin" oznacza nie mniej i nie więcej co: "nasz jest starszy". Jakby 966 rok kontra  967 rok robiły aż tak wielką różnicę :). Powyżej dwa kadry z Sanahin. Na szczęście wzięto się za jego remont, bo wkrótce krzewy i drzewa całkowicie zajęły by dachy...


Z Sanahin zaliczyliśmy trekking do Haghpat, podziwiając odmienne już krajobrazy - nadal górskie, ale bogatsze w roślinność, bardziej zielone. Monastyr Haghpat, zostawiony na koniec - wywarł na mnie bodaj największe wrażenie. Nie swoim położeniem, ale właśnie samym sobą. Może i przez to, że mieliśmy okazję podejrzeć mszę odprawianą w ormiańskim obrządku. Kilku wiernych, śpiew, niesamowita akustyka... Ciary szły po plecach. Te mury ewidentnie mają duszę.



Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 15%, cukier inwertowany, miazga kakaowa, papaja 3%, odtłuszczone mleko w proszku 3%, olej palmowy, koncentrat soku z papai 1%, syrop glukozowy, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, laktoza, naturalne aromaty, pektyna, wanilina.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 507 kcal.
BTW: 6/28/57