Źródło: przegladhandlowy.pl
Deszczowe i mgliste dni w pracy to zło. Nie dość, że człowiek wciska wtedy w siebie margarynowego Wedla, rozsmarowując topiącą się w palcach pseudo-kakaową breję na kierownicy służbowego auta - to jeszcze wjeżdża do pierwszego lepszego marketu, w akcie desperacji kupując byle jakie przecenione czekolady na zapas. Tja, na zapas, jakby brzydka jesienna pogoda miała zwiastować rychły kataklizm, na który trzeba sporządzić awaryjne zapasy ;). Tym oto durnowatym sposobem, zdobyłam dwie 100-gramowe tabliczki Wawel. Dość nowe propozycje - mleczna z ciasteczkami Petit Beurre oraz deserowa z nadzieniem jogurtowo-jagodowym. Nie muszę wspominać, że mój Mężczyzna opierniczył mnie, że kupuję takie czekolady? ;)
Jak możecie się domyślać, opisywana dziś czekolada nie stała się częścią kawowo-miłosnego rytuału, w który zazwyczaj wplatamy nasze degustacje kakaowych skarbów. Wawel Petit Beurre została podzielona na pół - zarówno ja, jak i mój Ukochany zjedliśmy ją w pracy. A po wszystkim podzieliliśmy się wrażeniami (o ile w ogóle doznania związane z konsumpcją tego produktu można nazwać wrażeniami ;)).
Wawel? Ze względu na Michałki darzę tą markę odrobiną sympatii (co z tego, że białe Michałki są oblane tanim substytutem białej czekolady, skoro i tak są pyszne? ;)). Nie ma co, ogólnodostępne cukierki robią na pewno lepsze od Wedla. Herbatniki Petit Beurre? Któż ich nie zna! Dla mnie to jeden ze smaków dzieciństwa. Uwielbiałam je szczególnie pokruszone, wymieszane ze startym jabłkiem. To, że finalnie posypywałam ową miksturę jeszcze toną cukru - możemy pominąć ;).
Czekolada Wawel Petit Beurre swoją nazwą przywołuje wspomnienie beztroskiego dzieciństwa, ale na tym dobre rzeczy się kończą. Otwierając opakowanie, nieco się zaskoczyłam - zapach przypomina mleczną Goplanę (kolejny dziecięcy sentyment). Czuć lekko maślany aromat herbatników. Hm, to niby dobrze, prawda? Niestety, jest to tylko chwilowe odczucie. Już po sekundzie zdaję sobie sprawę, że ta tabliczka to kolejny marny przeciętniak.
Mleczna czekolada jest w smaku bardzo słodka - ale jest to dla mnie słodycz łatwiej tolerowana, niż w polskiej Milce. Po rozpuszczeniu kostki w ustach, cukier czuć mocno na podniebieniu - to takie specyficzne, nieco wkurzające uczucie... Może nie było by tak źle, gdyby nie fakt, że w buzi pozostaje również posmak margaryny. Po jakiego grzyba Wawel wrzucił do tej czekolady tłuszcze roślinne inne niż kakaowy? Wystarczy, że na bazie tłuszczu palmowego wypieczone zostały Petitki...
A kawałki Petitków (Petitek?) są bardzo małe. Niby jest ich sporo, ale tak właściwie to nic wielkiego do całej kompozycji nie wnoszą. No może nieco ułatwiają przebrnięcie przez tą słodko-tłusty twór. Ktoś wpadł na pomysł, ktoś go zrealizował - ale wszystko zostało zrobione po łebkach, na odwal się. Kurczę, a po doświadczeniu z wedlowskim KarmelLove już nikt mi nie powie, że masówka z zasady musi być byle jaka!!!
Jak możecie się domyślać, opisywana dziś czekolada nie stała się częścią kawowo-miłosnego rytuału, w który zazwyczaj wplatamy nasze degustacje kakaowych skarbów. Wawel Petit Beurre została podzielona na pół - zarówno ja, jak i mój Ukochany zjedliśmy ją w pracy. A po wszystkim podzieliliśmy się wrażeniami (o ile w ogóle doznania związane z konsumpcją tego produktu można nazwać wrażeniami ;)).
Wawel? Ze względu na Michałki darzę tą markę odrobiną sympatii (co z tego, że białe Michałki są oblane tanim substytutem białej czekolady, skoro i tak są pyszne? ;)). Nie ma co, ogólnodostępne cukierki robią na pewno lepsze od Wedla. Herbatniki Petit Beurre? Któż ich nie zna! Dla mnie to jeden ze smaków dzieciństwa. Uwielbiałam je szczególnie pokruszone, wymieszane ze startym jabłkiem. To, że finalnie posypywałam ową miksturę jeszcze toną cukru - możemy pominąć ;).
Czekolada Wawel Petit Beurre swoją nazwą przywołuje wspomnienie beztroskiego dzieciństwa, ale na tym dobre rzeczy się kończą. Otwierając opakowanie, nieco się zaskoczyłam - zapach przypomina mleczną Goplanę (kolejny dziecięcy sentyment). Czuć lekko maślany aromat herbatników. Hm, to niby dobrze, prawda? Niestety, jest to tylko chwilowe odczucie. Już po sekundzie zdaję sobie sprawę, że ta tabliczka to kolejny marny przeciętniak.
Mleczna czekolada jest w smaku bardzo słodka - ale jest to dla mnie słodycz łatwiej tolerowana, niż w polskiej Milce. Po rozpuszczeniu kostki w ustach, cukier czuć mocno na podniebieniu - to takie specyficzne, nieco wkurzające uczucie... Może nie było by tak źle, gdyby nie fakt, że w buzi pozostaje również posmak margaryny. Po jakiego grzyba Wawel wrzucił do tej czekolady tłuszcze roślinne inne niż kakaowy? Wystarczy, że na bazie tłuszczu palmowego wypieczone zostały Petitki...
A kawałki Petitków (Petitek?) są bardzo małe. Niby jest ich sporo, ale tak właściwie to nic wielkiego do całej kompozycji nie wnoszą. No może nieco ułatwiają przebrnięcie przez tą słodko-tłusty twór. Ktoś wpadł na pomysł, ktoś go zrealizował - ale wszystko zostało zrobione po łebkach, na odwal się. Kurczę, a po doświadczeniu z wedlowskim KarmelLove już nikt mi nie powie, że masówka z zasady musi być byle jaka!!!
Dla mnie to był przeciętniak, z dwojga złego do przejścia. Mój Facet zdecydowanie surowiej ocenił tą czekoladę. Śmierdziała mu margaryną, była słodkim ulepkiem i z ledwością się przemęczył aby ją zjeść. Co jeszcze mogę dodać od siebie? Hah, jeśli jesteście spragnieni herbatników w czekoladzie wkrótce opiszę inny produkt, godniejszy polecenia... Ależ się zdziwicie! ;)
Skład: cukier, ciasteczka 20% (mąka pszenna, cukier, tłuszcz palmowy, skrobia pszenna, cukier inwertowany, sól, wodorowęglan amonu i wodorowęglan sodu, masło, aromat), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, shea), tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, aromat.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 536 kcal.
BTW: 6,7/31,6/56,1



