sobota, 5 listopada 2016

Zotter Caramel Milk biała karmelowa


8 września po długim spacerze w centrum Grenady popołudniem pojechaliśmy autobusem do Malagi, by tam spędzić ostatnią noc w Hiszpanii. Nim jednak podzielę się z Wami kilkoma migawkami z tego nadmorskiego miasta, czas na recenzję ostatniej czekolady zabranej ze sobą na nas wyjazd, a zjedzonej jeszcze w Grenadzie. Gdzieś na murku, w parku okalającym Alhambrę rozpakowaliśmy Zotter Caramel Milk, zakupioną przez biokredens.pl.

Opakowanie tej Labooko jest karmelowe do potęgi entej, a jednak przedstawiona na grafice postać jakoś niespecjalnie do mnie przemawia. Andreas H. Gratze potrafi utożsamiać w czekoladami Zottera o wiele ciekawsze postacie, niż ten chłoptaś w... piżamie? Jednakże nie należy oceniać czekolady po opakowaniu, a sama nazwa Caramel Milk brzmiała bardzo apetycznie, więc bez jakichkolwiek uprzedzeń przystąpiliśmy do degustacji.


Caramel Milk powstała z połączenia doskonałej jakości tłuszczu kakaowego, surowego cukru trzcinowego i mleka od tyrolskich krów, które... zostało skarmelizowane (a dokładniej skarmelizowano występującą w nim laktozę). Dzięki temu otrzymaliśmy białą czekoladę nie z dodatkiem karmelu, ale stworzoną na bazie karmelowego mleka. Wszystko zostało doprawione wanilią, solą i cynamonem.

Czekolada ma bardzo ciepły kolor, lecz nie jest on typowo karmelowy, a raczej lekko złotawy. Pachnie obezwładniająco niczym najlepsze mleczne karmelki, doprawione prawdziwą wanilią. Ah, takie cukierki po prostu nie istnieją, ale na szczęście mamy Zottera! Z jednej strony, zapach sugerował znaczną słodycz, a z drugiej - coś wyjątkowego, może nawet odrobinę orientalnego.


Czekoladowa sztabka złota w istocie smakuje niebywale słodko, ale jest to słodycz naprawdę warta grzechu. Z czystym sumieniem mogę polecić ją każdemu, kogo napadnie chcica na cukier, a jednocześnie marzy o braku wyrzutów sumienia po zjedzeniu małego co nieco. Caramel Milk to czysta mleczno-karmelowa rozkosz. Rzeczywiście, mleczność w pełni spaja się tutaj z karmelowością, tak, jakby mleko występowało zawsze w takiej formie. Smak nieco trąci Werther's Original, ale przypomina też bardzo dobre krówki. Jest bosko karmelkowo.

Mimo tak dosadnej słodyczy złotko ma w sobie przyprawowy pazur. Wanilia gra na karmelowym tle piękną melodię, odczuwamy również drobną szczyptę soli podkreślającą karmelowość, no i jak zawsze niezawodny cynamon - mój król przypraw.

Trochę szkoda, że nie zjedliśmy tej czekolady gdzieś na górskim szlaku - byłaby idealnym słodkim dopalaczem. Caramel Milk otula ciepłem słodyczy i bardzo chciałabym porównać ją z klasyczną White Chocolate. Może kiedyś będę mieć ku temu okazję, ale ten duet... no to byłaby już iście anielska słodycz. Tak anielska, że aż przewrotnie - niebezpieczna!



Malaga późnym popołudniem nosiła jeszcze na sobie znamiona całodziennego skwaru. Wszystko dookoła było nagrzane, mury parzyły. Choć promenadowy klimat jest nam zupełnie obcy, jeszcze przed zmrokiem postanowiliśmy przywitać się z Morzem Śródziemnym.





Po zachodzie słońca udaliśmy się na spacer po centrum miasta. Najpierw trafiliśmy na mury twierdzy, z której rozpościerał się cudowny widok na port i część miasta. Od razu przypominałam sobie nasze wieczorne zwiedzanie Tbilisi...





...a potem w nieskończoność krążyliśmy niezliczonymi wąskimi uliczkami pełnymi lokali i bawiących się ludzi. Chłonęliśmy miasto tak długo, aż w końcu zmęczenie dało się nam we znaki.  Wróciliśmy na plażę, gdzie chcieliśmy się przespać, jednak zimny wiatr nie pozwoliłby nam nawet zmrużyć oka. Koniec końców, włóczyliśmy się po mieście aż do pierwszego porannego autobusu na lotnisko... Tam na parę godzin rozłożyliśmy swoje maty na podłodze, a w południe wylecieliśmy w podróż powrotną do Polski...


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 31%, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól, cynamon.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 585 kcal.
BTW: 7,7/40/48

czwartek, 3 listopada 2016

Amedei 9 ciemna 75%


Mając ograniczone fundusze po przybyciu do Granady postanowiliśmy nie szukać tu żadnego motelu. Poza tym, po kilku dniach spędzonych na pustkowiach Sierra Nevada chcieliśmy jeszcze choć chwilę móc delektować się ciszą. Postanowiliśmy wrócić więc na jeszcze jedną noc na camping Las Lomas pod Guejar Sierra - tam, gdzie zaczął się nasz trawers gór Sierra Nevada. Zatoczenie koła uczciliśmy wieczorem butelką lokalnego wina. Rano zaś, po niespiesznym śniadaniu i powolnym spakowaniu się, zaparzyliśmy kawę. Usadowiliśmy się na trawie w cieniu drzew, z widokiem na tamę i rozpakowaliśmy wyjątkową czekoladę.

Musieliśmy się rozpieścić. 9 to jedna ze sztandarowych tabliczek spod skrzydeł włoskich mistrzów Amedei, w Polsce możliwa do kupienia w Sekretach Czekolady. Dlaczego właśnie 9? Otóż, 75% czekolada jest blendem ziaren kakao z aż 9 plantacji kontrolowanych przez Amedei. Można rzec, że cały czekoladowy świat został zamknięty w jednej tabliczce. Czy takie posunięcie stworzy chaos, czy też harmonię? Inni czekoladowi blogerzy (1, 2, 3, 4) odnaleźli w 9 wiele różnorakich nut, koniec końców zawsze oceniając ją wysoko i nazywając bardzo zbalansowaną. Jak wraz z Mężem odebrałam 9, rozkoszując się nią w leniwe przedpołudnie w pięknych okolicznościach przyrody?


Delikatna, niezbyt ciemna tabliczka o czerwonawych przebłyskach pachniała nam przede wszystkim orzechami. Wydawało mi się, jakbym wąchała idealnie gładkie masło z orzechów laskowych i migdałów. Poza tym, gdzieś w tle pojawiały się subtelne kwiaty, aromatyczna kawa i soczyste owoce. Jednakże już sama orzechowość wystarczająco podsyciła mój apetyt na 9.

 Po zanurzeniu pierwszego kęsa w ustach pragnęłam, by ta chwila beztroskiego wylegiwania się na hiszpańskiej trawie trwała wiecznie. Czekolada okazała się być idealnie gładka i przecudownie rozpuszczała się w buzi. Momentalnie zalała podniebienie przyjemną kakaowo-mleczną słodyczą i niebywałą orzechowością. Była niewymownie delikatna. Gdy dziś wspominam 9, to nadal jawi mi się ona jako nierealnie gęste, miękkie i gładkie masło z orzechów laskowych i migdałów. Przepyszne orzechy dominują nad wszystkim, a same migdały smakują niczym świeże zerwane z migdałowca.


Raz po raz, zza rogu grzecznie wychylają się inne nuty. Pojawiają się morele, dojrzałe maliny, bardzo delikatne cytrusy (aż niemożliwie delikatne), lekki kwiatowy poniuch, subtelna kawowa paloność i goryczka, waniliowe muśnięcie. Mimo to, ów blend okazał się tak harmonijny i jednolity, że aż niewyobrażalny. Już sama jej miękkość zachwycała, choć przyznam, iż mój Mąż nie rozpływał się nad nią aż w takim stopniu jak ja. Dla mnie 9 była niczym doskonały tort orzechowy z najlepszej cukierni, który ktoś kupił mi jako nagrodę za trawers Sierra Nevada. Bardzo chciałabym kiedyś wrócić do tej czekolady, przywołać wspomnienia i jeszcze raz zanurzyć się w tej czekoladowej harmonii i miękkości.


Po takim błogim lenistwie w towarzystwie pysznej czekolady wcale nie chciało się nam wyjeżdżać do tłocznej i upalnej Granady. W końcu jednak wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy na spontaniczne zwiedzanie miasta.








Najsłynniejszą atrakcję Granady - arabski warowny zespół pałacowy Alhambra - zdołaliśmy ledwo co liznąć z zewnątrz. Bilety na zwiedzanie w dniu 8 września były już wykupione co do jednego...

Najlepiej spacerowało się wąskimi, klimatycznymi uliczkami...

... na końcu jednej z nich nagle wyrosła monumentalna Katedra Santa María de la Encarnación.

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 50 g.

wtorek, 1 listopada 2016

Chocolate Organiko ciemna 70% Dominikana z kwiatem soli morskiej z Ibizy


Zbliżając się do oznakowanego wierzchołka Pena Caballera 2188 m n.p.m. nie mogliśmy dać wiary własnym oczom. Cóż to za nieruchoma postać ukrywa się za słupem pomiaru wysokości? Czyżby ktoś umieścił tu posąg górskiej kozicy? Nie... To był prawdziwy górski kozioł, jeden z tych, które tak wiernie towarzyszyły nam podczas całej wyprawy. Dumny, spokojnym krokiem oddalił się dopiero wtedy, gdy dotarliśmy już praktycznie na sam wierzchołek. W cieniu skał urządziliśmy sobie małą przerwę. Dawkowaliśmy wodę, która powoli się nam kończyła. Choć wytraciliśmy już sporo wysokości, nadal nie było widać żadnego strumienia. Wręcz przeciwnie. Skwar narastał, a roślinność zdawała się być coraz to bardziej wysuszona.






W końcu, po kilku dniach wędrowania bezdrożami, dotarliśmy do szlaku GR prowadzącego w stronę opuszczonego schroniska Casa Tello. Maszerując w dół zapętloną szeroką ścieżką odnaleźliśmy źródełko - chłodna, świeża woda była dla nas prawdziwą ulgą. Gdy doszliśmy do samego Casa Tello (którego lata świetności już dawno minęły), również skorzystaliśmy z dobrodziejstwa wody płynącej prosto z gór. Postanowiliśmy odpocząć w cieniu rosnących wokół schroniska drzew i posilić się czekoladą.

Gdy w lutym podczas powrotu z Meksyku kupowałam dwie tabliczki hiszpańskiej marki Chocolate Organiko na lotnisku w Madrycie za nic nie spodziewałam się, iż jedna z nich wróci ze mną do Hiszpanii. Opis mlecznej czekolady z pomarańczą i kardamonem wypuszczonej spod skrzydeł tej marki znajdziecie tu. Przypomnę, że wszystkie czekolady Chocolate Organiko tworzone są w niewielkiej madryckiej manufakturze, wyłącznie z organicznego kakao pochodzącego z Dominikany. W tabliczce jedzonej przy Casa Tello dominikańskie kakao miało szansę dać popis - było go tu 70%. Dodatek kryształków soli morskiej z Ibizy okazał się oczywisty na pierwszy rzut oka, bowiem białe iskierki mieniły się na ciemnobrązowym tle niczym księżycowy pył.


Choć dominikańskie kakao już nie raz mnie zaskoczyło, ba, nawet w mlecznej Chocolate Organiko potrafiło mnie zaciekawić - dziś opisywana czekolada już w samym aromacie wydała mi się nijaka. Pachniała... po prostu czekoladowo, dość ciężko, nieco kwiatowo i kawowo. Rozpuszczała się w ustach gładko, ale bez fajerwerków i wyjątkowo subtelnych doznań. Kojarzyła się z mocno skondensowanym czekoladowym syropem używanym w niezbyt wyrafinowanych kawiarniach. Nuty kwiatów czy kawy próbowały się tu przebijać, tworząc pewne goryczkowo-perfumowe tło, ale nie były one na tyle silne, by przebrnąć w pełni przez czekoladową pospolitość. Naprawdę, czekolada sama w sobie niczym mnie nie ujęła. Była na tyle zwyczajna, że jej degustacja w upale nie przynosiła niemal żadnej radości - a bardziej dynamiczna czekolada na pewno by jej przysporzyła.

Jedynym ciekawym elementem była sól, choć wbrew pozorom wcale nie było jej wiele. Spodziewałam się większych kryształków, które eksplodowały by w buzi bogactwem minerałów. Słonawy posmak przynosił ukojenie w upale, ale w żaden istotny sposób nie wpływał na podniesienie walorów czekolady. Sól potrafi doskonale zgrać się z dobrą czekoladą, ale tutaj oba elementy żyły zupełnie osobno, bez wzajemnego zrozumienia się. Mimo wszystko jestem ciekawa, jak odebrałabym inne ciemne czekolady od Chocolate Organiko. Podczas wrześniowego pobytu w Hiszpanii nie zakupiłam jednak żadnych tutejszych czekolad, ale może jeszcze kiedyś będę mieć okazję, by oddać się głębszej eksploracji w tej dziedzinie.


Po degustacji zeszliśmy poniżej Casa Tello, gdzie czekał nas niesamowity widok. Kaskady wodospadów spadały pośród bujnej roślinności, tak odmiennej od tej widzianej jeszcze chwilę temu w nieco wyższych partiach gór. Jakże żałowaliśmy, że pod schroniskiem dokładnie wysmarowaliśmy się kremem z filtrem UV - to miejsce idealnie nadawało się do błogiej kąpieli! Powstrzymaliśmy się przed wskoczeniem do chłodnej wody, poprzestaliśmy jedynie na napiciu się. Ruszyliśmy dalej. A poniżej wody było jak na lekarstwo...


Nasza droga spod wodospadów aż do miasteczka Lanjaron była prawdziwą męczarnią. Choć mijaliśmy urokliwe gospodarstwa (w większości opuszczone), choć zmieniające się krajobrazy urzekały nas swoim pięknem - upał był nie do zniesienia, a nasze stopy miały już dość! Wręcz piekły się w wysokich górskich butach po około 2000 metrach nieustannego schodzenia w dół. Ta wędrówka okupiona została bolesnymi pęcherzami. Gdy już w końcu zeszliśmy do malowniczego Lanjaron, wprost nie mogliśmy opić się wody z wodopoju.


Choć na pewno można by było spędzić miło czas w ślicznym i leniwym Lanjaron, my po odnalezieniu przystanku autobusowego poczekaliśmy na nim na najbliższy transport do Granady. Tym samym, nasz trawers gór Sierra Nevada został zakończony! Nasze powykrzywiane i zepsute kijki trekkingowe skończyły swoją misję. Do klimatyzowanego autobusu wsiedliśmy już bez nich...


Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, kwiat soli morskiej 0,2%.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 497,1 kcal.
BTW: 10/37,9/28,1

sobota, 29 października 2016

Pralus Djakarta Criollo - Trinitario 75% ciemna


Noc z 6 na 7 września spędziliśmy samotnie w schronie nad jeziorem Caballo. Nie było sensu rozbijać tutaj namiotu, gdyż wiatr szczególnie mocno dawał się we znaki. W schronie zaś było zacisznie i przestronnie. Przyznam, że to właśnie tam spało mi się najlepiej. Schrony w Sierra Nevada są niesamowite. Zazwyczaj posiadają kilka izb, ale Caballo był malutki, jednoizbowy. Turyści zostawiają tu trwałe pożywienie, lekarstwa, rozpałkę itp., aby zbłąkany wędrowiec mógł bezpiecznie spędzić noc.


Relaks w górach z górską książką - nie ma nic przyjemniejszego!


7 września czekał nas powrót do cywilizacji. Po śniadaniu i posprzątaniu po sobie schronu ruszyliśmy w drogę, mijając po prawej monumentalny Cerro del Caballo. Bliskość doliny i powolne wytracanie wysokości sprawiła, iż pomimo suchej aury spotykaliśmy coraz więcej roślinności. To już nie była kraina skał.



Pierwszą przerwę na czekoladę urządziliśmy sobie przysiadając na samotnym głazie, na którym wygrzewaliśmy się w promieniach porannego słońca. Z plecaka wyjęłam Pralus Djakarta 75%, zakupioną poprzez Sekrety Czekolady. Pragnęłam porównać ją z Pralus Indonesie 75%, która okazała się być naprawdę mocnym doznaniem. Kolejna jawajska propozycja francuskiej manufaktury posiada w sobie łagodzącą domieszkę kakao z Ghany. Podobny zabieg został zastosowany także w Pralus Caracas 75%. Djakarta jest więc połączeniem jawajskiego Criollo oraz ghańskiego Trinitario (strona internetowa Pralusa mówi o Forastero... jak jest naprawdę?).


Czekolada prezentowała się pięknie. Nie mogłam oprzeć się pokusie sfotografowania jej na tle skał - tak pięknie jej przekrój komponował się z górską surowością. Jej ciemny brąz był żywy i cudnie iskrzył się w blasku słońca, zaś rzeźbione wnętrze zdawało się być zarówno surowo-skalne, jak i soczyste. W porównaniu do Indonesie jej zapach okazał się o wiele delikatniejszy. Odnaleźliśmy tu wprawdzie ziemię, dym i kawę, ale wszystko to okryte było sporą dawką niewinnej słodyczy, zaskakująco kojarzącej mi się ze... słodką wonią róż.



Przy pierwszym ugryzieniu Djakarta okazuje się być dość proszkowa i sucha, a przy tym ściągająca. Pomimo ściągania gorycz czy kwaśność nie wysuwają się tutaj na pierwszy plan, co było nietypowe. Słodycz od razu dopieszcza nasze kubki smakowe. Smak jest przewrotny tak jak faktura. Niby jest słodko, ale jednocześnie z pazurem. Drapieżne nuty czają się gdzieś w tle i nieustannie próbują dość do głosu. Mowa tu o charakternym, ziemisto-dymnym ściąganiu, które próbuje dotrzymać kroku słodyczy przypominającej posłodzony sok z dojrzałych cytryn. Właśnie dlatego, owo ściąganie pozostawia po sobie ciekawą, znaczną dozę świeżości. Wszystko to doprawione jest czymś na kształt słodkich perfum, co ponownie kojarzy mi się z delikatnym różanym olejkiem, a także z jabłkami pochodzącymi z jabłoni bardzo starych odmian (mam takie w ogrodzie).


Specyficzna szorstkość wraz z oryginalną słodyczą oraz istotną rześkością tworzą iluzję chłodnego mlecznego napoju. Wraz z Mężem pomyślałam o maślance. Nie jesteśmy osamotnieni w nabiałowych skojarzeniach - generalnie dość podobne opinie do naszych znaleźć można w recenzji na blogu One Golden Ticket. Cytrusy, maślanka, ziemia... Djakarta coraz bardziej zaczęła przypominać Madagaskar. No cóż, wszak dzięki fuzji Pralusa znaleźliśmy się gdzieś pomiędzy Ghaną a Jawą - może właśnie trafiło na Madagaskar... Pralusowa Djakarta to taka czekoladowa maślanka, nieco przewrotna, na pewno o wiele przystępniejsza od Indonesie. Mrok Jawy został tu skutecznie rozświetlony.


Po degustacji ruszyliśmy dalej w dół. Z każdym metrem - coraz cieplej, coraz mniej wietrznie. Minęliśmy gdzieś Cuerda de Lanjaron 2465 m n.p.m. i posuwając się niżej paradoksalnie zdawaliśmy się przybliżać do słońca.



Skład: ziarna kakao, czysty tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 100 g.