sobota, 15 października 2016

Michel Cluizel Maralumi ciemna 64%


Noc spędzona nad Lavaderos De La Reina minęła nam spokojnie, no może prócz wieczornych nieznośnych skurczy mięśni nóg mojego Męża. Na szczęście podczas kolejnych dni ta paskudna przypadłość już się nie powtarzała. Rankiem 4 września wstaliśmy wypoczęci, a przywitała nas wspaniała pogoda, wręcz oczywista tutaj o tej porze roku. Po śniadaniu i zwinięciu obozu przygotowałam do degustacji kolejną czekoladę - ot, trzeba było się doładować przed podejście, jakie czekało nas za chwilę. Po skosztowaniu poprzedniego dnia mlecznej Maralumi od Michel Cluizel chciałam jak najprędzej porównać ją z wersją ciemną (obie zakupione poprzez Sekrety Czekolady).

Nasz obóz nad Lavaderos De La Reina na ponad 2600 m n.p.m.

 Francuska czekolada o 64% zawartości kakao z Papui Nowej Gwinei cechowała się specyficznym zabarwieniem o różano-wiśniowym odcieniu. Okazała się być bardzo twarda, co zapewne zostało nasilone przez to, iż noc była dość zimna. Pachniała podobnie do swojej mlecznej siostry, choć akcenty kwiatowe przeważały tutaj nad kawowymi, mieszając się z aromatem zmurszałej gleby. Moje wrażenia były dość podobne do tych opisanych na blogu One Golden Ticket.

Gdy poddana ciepłu języka czekolada traci swoją twardość zaczyna rozpuszczać się przyjemnie bagienkowato, z dużą dozą świeżości. Powoli uwalnia swoją kwaśność odrobiny cytrusów, by dalej przejść w palono-drewnianą słodycz aż po kawowo-ziemistą goryczkę. Gorycz kawy odznacza się szczególnie na końcu, lecz czekolada jest przy tym wszystkim kwieciście orzeźwiająca.


Tak jak w wersji mlecznej istotą rolę odgrywa tutaj kawa, jednakże w wariancie ciemnym wyraźnie do głosu dochodzą także inny nuty. Większe znaczenie mają tu m.in. owoce leśne, bardzo dojrzałe, na granicy przejrzałości. Stanowią one o tym, iż czekolada gdzieś po środku degustacji wydaje się być bardzo słodka, co jest dodatkowo podkreślone przez specyficzną dusznawą paloność. Owa słodycz zdaje się być nieco perfumowana. W tym miejscu pomyślałam także o kwiatach i ziemi, które przecież dały znać o sobie wyraźnie w zapachu. Wtedy miałam w głowie pełen obraz tej czekolady, który ułożył mi się w jedną scenkę.

Przeniosłam się do kawiarni położonej w jakimś egzotycznym kraju. Nie wiem dlaczego pomyślałam akurat o Tajlandii, choć przecież mogło to by być zupełnie inne miejsce. Wnętrze jest mocno oszklone, wykonane ze starego drewna. Ktoś non stop mieli kawę, serwując świeżo wykonane napary w eleganckiej porcelanie. Wszędzie, na każdy stoliku, a również w donicach pod sufitem - rosną w pulchnej glebie dorodne kolorowe kwiaty. Są tak jędrne, iż niemal wylewają się z donic, a wzruszona gleba wysypuje się na stoły wyglądając niczym fusy z wylanej przez przypadek kawy.

 
Ziemia i kawa przypominały mi o Zotterze Papua New Guinea, zaś owoce leśne o czekoladzie Bahen & Co. wykonanej z kakao z tego odległego kraju. Dla Cluizela charakterystyczne zaś okazały się kwiaty. Chciałabym odkryć Papuę Nową Gwineę wraz czekoladą od jeszcze innego producenta. Ciekawe, co jeszcze by zaprezentowała...

Tymczasem po degustacji przyszło mi odkrywać zupełnie coś innego. Choć pierwszym szczytem zdobytym w trawersie Sierra Nevada miał być dla nas Pico de Jerez 3090 m n.p.m., to jednak spod naszego miejsca obozu wyruszyliśmy najprostszą dla nas wtedy drogą pod górę.



Tym samym, wdrapaliśmy się na zbocze Cerro Pelado 3143 m n.p.m., by bezpośrednio z niego podejść na szczyt Tajos Negros 3115 m n.p.m. Tam spotkaliśmy Hiszpana, który wybrał się na samotną wędrówkę. Nieźle zaskoczyła nas jego obecność, już przyzwyczailiśmy się do samotności w Sierra Nevada. Dalsza trasa prowadziła nas granią na kolejne trzytysięczniki, których 4 września zdobyliśmy wiele, niemalże raz za razem. Widok na otaczającą nas pustkę był niezwykle wyciszający.





Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, wanilia burbońska.
Masa kakaowa min. 64%.
Masa netto: 70 g.

czwartek, 13 października 2016

Michel Cluizel Maralumi mleczna 47%


W końcu dotarliśmy do schronu El Molinillo położonego na wysokości 2420 m n.p.m. Rozejrzeliśmy się, jaką drogę powinniśmy dalej obrać, bowiem nie było to wcale oczywiste. Szlak, którym mieliśmy przetrawersować główny masyw Sierra Nevada nie był oznakowany - bez mapy, kompasu i oczu dookoła głowy nie da się iść. Na tym etapie wiedzieliśmy, że po prostu nadal trzeba piąć się... pod górę. Najpierw jednak przysiedliśmy na głazach przy schronie i posililiśmy się czekoladą.

Wybrałam kolejną mleczną propozycję Michel Cluizel, po niedawno próbowanej madagaskarskiej Mangaro 50% (wszystkie czekolady Michel Cluizel zakupiłam poprzez Sekrety Czekolady). Dziś opisywana Maralumi różni się od niej o 3% mniejszą zawartością kakao oraz przede wszystkim odmiennym pochodzeniem ziaren. O ile z madagaskarskim ziarnem miałam już sporo do czynienia, tak z tym pochodzącym z Papui Nowej Gwinei ledwo co się zapoznałam. Dwie czekolady z tamtego regionu, których miałam okazję próbować, bardzo różniły się od siebie (Zotter i Bahen & Co.). Co takiego zaserwuje nam Michel Cluizel zarówno w mlecznej, jak i w ciemnej Maralumi? Cóż, zacznijmy od mlecznej, porównując ją z Mangaro, którą jadłam również w górach, ale w jakże odmiennych warunkach!


Wydaje mi się, że pomimo nieco mniejszej zawartości kakao, mleczna Maralumi jest nieco ciemniejsza od Mangaro. W zasadzie, to także w zapachu zdała się ciemniejsza... Mniej tu było lekkości, a więcej przysadzistych perfum. Maralumi również miała w sobie wiele palonych nut, ale wydawały się one bardziej goryczkowe, kawowe i roślinne. Naturalnie wszystko to przykryte było mlekiem, co sprytnie modyfikowało i zapewne łagodziło niesione przez kakao nuty.

Pierwszy kęs swą strukturą przypomniał mi o boskiej mlecznej Mangaro. Ta czekolada również bardzo dobrze rozpuszczała się w ustach, śmietankowo i aksamitnie. Czerpałam przyjemność z samej błogiej konsystencji, lecz już po chwili wiedziałam, że pozostałe doznania będą odmienne od tych serwowanych przez madagaskarskie cudo. Maralumi wydała mi się mnie słodka i mimo wszystko mniej błoga niż Mangaro, miała w sobie więcej niepokojących oraz poważnych nut. 

Przyznam rację Kimiko, która już wcześniej recenzowała mleczną Maralumi - jest tu intrygujący akcent lekko przegniłych leśnych owoców, który mi skojarzył się także w przesadzonym aromatem polnych kwiatów, duszną łąką położoną przy zabagnionych, leniwie płynących strumykach. Przede wszystkim, najbardziej w tej czekoladzie zdetronizowała mnie KAWA.


Choć nam kawa w termosie już się skończyła, to czułam się tak, jakbym rzeczywiście kosztowała kawę, i to taką świeżo zmieloną. Kawa, tak jak kozie mleko w Mangaro, była tu dla mnie motywem przewodnim, absolutnie dominującym. Mleczność tylko podkreślała jej palono-ziemiste nuty. Właśnie, mleczna Maralumi także mocno kojarzyła mi się z wilgotną ziemią. Generalnie była bardzo wilgotna w sposób zarówno łąkowy (bagno, polne kwiaty), jak i leśny (owoce leśne, zmurszała ściółka). Zaintrygowała mnie na tyle mocno, że na kolejną degustację zaplanowałam wersję ciemną, by jak najprędzej zestawić ze sobą nuty występujące w tych dwóch tabliczkach z Papui Nowej Gwinei.

Swą powagą, swego rodzaju majestatem i tajemniczością mleczna Maralumi doskonale zgrała się z otaczającym nas krajobrazem. Na pewno magicznie nocowałoby się w El Molinillo, ale my mieliśmy jeszcze trochę drogi przed sobą tego dnia...




 

My zaplanowaliśmy swój nocleg przy Lavaderos De La Reina (Łaźnie Królowej) na 2683 m n.p.m. Oglądając w sieci zdjęcia i filmiki z tego miejsca byliśmy urzeczeni wodnymi kaskadami spływającymi z gór i malowniczym jeziorem w pobliżu którego pragnęliśmy rozbić namiot. Zbliżając się coraz bliżej głównej grani Sierra Nevada, u której stóp mieliśmy odnaleźć Lavaderos De La Reina byliśmy nieco zakłopotani. Szumu wody nie słyszeliśmy praktycznie wcale.



Gdy w końcu dostrzegliśmy miejsca kojarzone z fotografii wszystko stało się jasne. Śnieg w górnych partiach gór już dawno stopniał. Wzburzone potoki i energiczne wodospady były teraz jedynie wodą płynącą ciurkiem, zaś jezioro zamieniło się w oczka wodne. Nic nie szkodzi. I tak było cudownie w tym zacisznym, samotnym miejscu. Jak przystało na królową i tak wykąpałam się zupełnie nago pod wodospadem górskich łaźni.



To gdzie rozbijamy namiot? :)

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, wanilia burbońska.
Masa kakaowa min. 47%.
Masa netto: 70 g.

wtorek, 11 października 2016

Zotter Tequila with Salt and Lemon ciemna 70% z solą nadziewana czekoladowym ganaszem z tequilą i kremem cytrynowym


W sobotę 3 września planowaliśmy wstać wcześnie rano, jednak Hiszpania zaskoczyła nas całkowitą ciemnością o godzinie, o której w Polsce ze spokojem moglibyśmy już krzątać się wokół namiotu bez światła czołówek. Zdrzemnęliśmy się więc jeszcze chwilę aż do świtu. Po śniadaniu złożyliśmy namiot, zapakowaliśmy wszystko do plecaków i przed wymarszem z campingu postanowiliśmy jeszcze doładować się kawą i czekoladą.

Choć dopiero co poprzedniego wieczoru degustowaliśmy nadziewanego Zottera, rankiem trzeba było uskutecznić powtórkę z rozrywki. Choć preferuję przeplatanie ulubionych Zotterów innymi czekoladami wspominany w poprzedniej notce granadzki skwar wywarł pewien wpływ na część zabranych na wyprawę czekolad. Drugą po Scotch Whisky tabliczką, która zdawała się najciężej przetrwać upał była Tequila with Salt and Lemon. Ba, ona wyglądała bodaj najgorzej - a nie zdecydowałam się na jej otwarcie poprzedniego wieczoru, bo musiałam jej dać czas na zestalenie przez noc. Na szczęście rozpakowanie tabliczki sprawiło mi ulgę - nie było tak źle. Choć kuwertura wyglądała na lekko zmęczoną życiem, warstwy nadzienia zdawały się być niemal nienaruszone. Dzielna czekolada!


Czekolada oczywiście przypominała nam o naszej meksykańskiej wyprawie w lutym tego roku, ależ sentymentalnie się zrobiło! Wprawdzie w Meksyku nie raczyliśmy się tequilą, ale powiązania są naturalne. Po wersji z whisky to kolejna alkoholowa Handscooped z podstawowej oferty Zottera, zakupiona jak zwykle poprzez biokredens.pl. Tequila with Salt and Lemon była recenzowana przez Kimiko już dawno temu - jak zawsze zapraszam do porównania naszych wrażeń. Choć gdy pierwszy raz czytałam jej recenzję do głowy od razu przyszło mi skojarzenie z Zotter Caipirinha, to przy samej degustacji już w ogóle nie myślałam o tej czekoladzie. Tequila with Salt and Lemon to indywidualna osobliwość.

Byłam zaskoczona mnogością kryształków soli pstrzących się na zewnętrznej warstwie kuwertury stworzonej z ciemnej czekolady o 70% zawartości kakao. Tabliczka pachniała bosko - z jednej strony intensywnie odznaczał się bardzo odświeżający, niemal drinkowy aromat alkoholowo-cytrynowy, zaś z drugiej pełnię bogactwa ukazywała sama czekolada. Czekolada była głęboka a w aromacie, orzechowo-kawowa, słodko esencjonalna. Po podzieleniu tabliczki na pół okazało się, iż czekoladowa kuwertura jest naprawdę grubaśna, co bardzo mnie ucieszyło. Pod jej górną warstwą plasował się dość cienki paseczek cytrynowego kremu, zaś pod nim solidny płat soczysto-miąższystego ganaszu czekoladowego z dodatkiem tequili. Był on o kilka tonów jaśniejszy od samej czekolady, sugerując udział mleka. Wraz z iskrzącymi się kryształkami soli całościowy wygląd tabliczki wyglądał oryginalnie i niesamowicie apetycznie.


Biorąc pod uwagę rozmieszczenie kryształków soli zaniechałam próbowania kuwertury solo. Wiedziałam, że w tym wypadku wszystkie warstwy tabliczki muszę koniecznie wypróbować jako całość. Wydaje mi się, iż miałam w tym słuszność. To, co zniewalało aromatem, w smaku miało być prawdziwą bombą orzeźwienia i energii. Przed wyruszeniem w góry w upalny dzień doładowanie się taką czekoladą było strzałem w dziesiątkę.

Przegryzając się przez chrupiącą, łatwo poddającą się pod naporem zębów czekoladę zostajemy uraczeni kakaową soczystością, wykwintną słodyczą, mieszanką orzechów, kawy oraz kwiatowego nektaru. Doprawienie tego grubymi kryształami soli jeszcze mocniej uwydatnia smakowitość samej czekolady. Dalej zanurzamy się w gładkim (choć dość zwartym) cytrynowym kremie - naturalnie pysznym, przyjemnie kwaskowatym, lekko słodkim niczym w drinku czy lodach. Cytryna była cudnie rześka, co znów zostało wspaniale podkreślone przez sól i genialnie zgrywało się z żywiołową czekoladą.


W końcu docieramy do ganaszu stworzonego na bazie mlecznej czekolady. W tym momencie smak kompozycji osiąga pełnię. Czekoladowość sięga zenitu, a mleczny posmak stanowi element łagodzący. Nareszcie do głosu dochodzi gwoźdź programu - tequila. Wprawdzie alkoholowa nuta przebrzmiewała gdzieś w tle cały czas, przenikając przez wszystkie warstwy tabliczki, lecz teraz doszliśmy do jej właściwej lokalizacji. Tequila zaskakuje swym żywym smakiem, jeszcze bardziej podkręcającym rześkość. Alkohol o specyficznym posmaku dopełnia czekoladę, sól, cytrynę - gra z wszystkim w idealnej harmonii. Kompozycja bosko soczyście rozpływa się w ustach, a kryształki soli pękają w nich niczym mineralne bomby. Bogactwo czekoladowych składników wraz z rześkością cytryn i tequili bez tej soli chyba byłoby niepełne.

Jeszcze długo po degustacji czułam w ustach energetyzującą świeżość. Tequila with Salt and Lemon to głęboko przemyślana, niesamowicie udana kompozycja. Wybiegnę w przód i napiszę, iż z zabranych do Hiszpanii alkoholowych Zotterów to właśnie ta tabliczka najbardziej mnie urzekła. Tak bardzo się cieszę, iż upał mocniej jej nie zniszczył - to byłaby duża strata. Ta konkretna tabliczka była świetnym wyborem przed trasą, w którą za chwilę mieliśmy ruszyć z ciężkimi plecakami...



Z campingu Las Lomas maszerowaliśmy pod górę wzdłuż szosy, która zaprowadziła nas do Guejar Sierra - niezwykle urokliwej miejscowości będącej bramą do naszego właściwego szlaku. Chłonęliśmy urok leniwie płynącego tam życia, pomiędzy stylowymi zabudowaniami porośniętymi raz po raz drzewkami granatu. Zapytaliśmy o drogę do Lavaderos De La Reina - i choć nasz cel tego dnia był jeszcze wiele kilometrów przed nami, a my nie potrafimy mówić po hiszpańsku - bez problemu otrzymaliśmy pomoc. Gdy wyszliśmy już spośród zabudowań Guejar Sierra z dwa razy udało nam się zatrzymać pojedynczych mieszkańców przejeżdżających koło nas samochodami upewniając się, czy dobrą drogę obieramy. Zawsze szło się dogadać, choć oni dla odmiany nie posługiwali się wcale angielskim.




Psiaki bardzo chciały pójść z nami, na szczęście mieszkający nieopodal właściciel wracający z góry autem prędko się odnalazł.

W dali widać Guejar Sierra, skąd rozpoczęliśmy naszą drogę.


Guejar Sierra oddalało się, a my monotonnie podchodziliśmy drogą pod górę w coraz to większym upale. Wokół nas rosły migdały, czarne jak noc czereśnie i nieprzyzwoicie słodkie od słońca jeżyny. Mijaliśmy wiele opuszczonych zabudowań, aż w końcu jedyną otaczającą nas roślinnością były suche trawy. W końcu, po dobrych kilku godzinach, dotarliśmy do miejsca, gdzie perspektywa całkowicie się zmieniła. Stanęliśmy na grzbiecie Lomas De Los Cuartos skąd ukazał się nam widok na główną grań Sierra Nevada wraz z najwyższymi szczytami - nasz cel na kolejne dni.




Szliśmy dalej, teraz przede wszystkim w otoczeniu skał i coraz uboższej roślinności. Wypatrywaliśmy najbliższego punktu orientacyjnego na naszej trasie tj. schronu El Molinilio. Minęliśmy po drodze jedną parę schodzącą w dół, poza tym już na ponad 2000 m n.p.m. byliśmy całkowicie sami.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, masło, tequila 6%, syrop kukurydziany, mleko, koncentrat cytrynowy 1%, odtłuszczone mleko w proszku, sól 0,2%, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, cynamon.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 513 kcal.
BTW: 6,3/37/34

niedziela, 9 października 2016

Zotter Scotch Whisky ciemna 70% nadziewana ganaszem z whisky


Potrzebujecie słońca? No to teraz zaserwuję Wam słońce! Zupełnie spontanicznie, niemalże z dnia na dzień kupiliśmy za 500 zł w obie strony bilety lotnicze z Katowic do Malagi i... ruszyliśmy na tygodniowy urlop w stronę słońca. Było to wprawdzie na początku września, gdy i u nas jeszcze było ciepło, lecz myślę, że tak ciepłymi fotografiami nieco rozjaśnię Wam teraz jesienne dni.

Oczywiście wraz z Mężem nie wybraliśmy się do Hiszpanii by wylegiwać się na plaży! Zabraliśmy namiot, śpiwory i maty, spakowaliśmy plecaki. W Maladze po przylocie kupiliśmy kartusze z gazem i od razu obraliśmy kurs na Granadę, gdzie dostaliśmy się autobusem. Pomimo cudnych widoków wokół bujanie klimatyzowanego autobusu utuliło mnie do snu. Upał był niemiłosierny, podczas tej podróży naprawdę bałam się o stan czekolad, które zabrałam ze sobą... Jak się później okazało, niektóre Zottery doznały lekkich naruszeń pierwotnej formy, ale nie doszło do żadnej tragedii. Pozostałe czekolady pozostały praktycznie nienaruszone. Trzymanie czekolad na dnie plecaka, owiniętych szczelnie w kilka warstw ubrań naprawdę daje radę.

W Maladze na przystanku autobusowym, po kupnie kartuszy.

W dniu przyjazdu (tj. 2 września) nie było czasu na zwiedzanie pięknej Granady. Dość sprawnie wykonaliśmy przesiadkę do kolejnego autobusu, który zawiózł nas do przedproża urokliwej miejscowości Guejar Sierra. W drodze, gdy autobus przeciskał się przez leniwe wąskie uliczki innej górskiej wioseczki Pinos Genil nabrałam pewności, że eksploracja Hiszpanii będzie niezwykłą przygodą. Jak już wyżej wspomniałam, autobusem nie dojechaliśmy do centrum Guejar Sierra. Wysiedliśmy wcześniej, przy campingu Las Lomas. Należy on do sieci umożliwiającej ludziom uprawianie turystyki campingowej nie tylko na terenie Hiszpanii, ale i we Francji.


Prześlicznie położony, tuż nad zalewem z zaporą, u stóp gór Sierra Nevada - był naszym pierwszym hiszpańskim miejscem noclegowym. Rozbijając nasz stary tani namiot na wydzielonym polu mieliśmy jeszcze dostęp do bieżącej wody i prądu, a nawet do basenu, gorącej wody w łazience oraz restauracji. W najbliższych dniach czekało nas wyzbycie się tych luksusów.



Oddaliśmy się relaksowi. Już po kolacji (kuchenka turystyczna poszła w ruch - pomimo obecności restauracji miała to być dla nas podróż po kosztach i woleliśmy przezornie oszczędzać każde euro) zasiedliśmy na trawniczku z widokiem na zalew, gdzie postanowiliśmy porozkoszować się czekoladą. Czekoladą, która przez opakowanie wydawała się najbardziej dostać w kość podczas upałów panujących w andaluzyjskich miastach.

Miejsce degustacji :)

A tu składanie namiotu o poranku dnia następnego...

 Mowa o zotterowskim nadziewańcu Scotch Whisky "Highland Harvest". Choć tabliczka rozmiękła, to po jej rozpakowaniu i przekrojeniu okazało się, że jej stan nie jest najgorszy i nadaje się do użytku. Myślę, że jej miękkość nie wpłynęła źle na nasz odbiór czekolady, a może nawet nadała akurat tej tabliczce jeszcze nowych walorów. Scotch Whisky zamówiłam na biokredens.pl wraz z kilkoma innymi alkoholowymi Zotter Handscooped - wszystkie je zabrałam ze sobą do Hiszpanii, tak więc czeka Was mała seria recenzji. Dziś opisywaną czekoladę recenzowała również Kimiko i myślę, że jest to w tym momencie najlepszy materiał porównawczy do mojej recenzji. Pozostałe opisy Scotch Whisky mają już kilka lat, a wiadomo, że Zotter lubi modyfikować swoje dzieła. Nie mniej jednak, warto przeczytać sobie także polskojęzyczną recenzję z bloga "Facet i Kuchnia" napisaną w 2013 roku.


Poddana ciepłu Scotch Whisky zamieniła się wręcz w czekoladowo-alkoholowy krem, kusząco soczyście brązowy. Bardziej zbite nadzienie na fotografiach u Kimiko u mnie przypominało gładziutką, mazistą masę, spajającą się z czekoladą. Scotch Whisky pachniała wybornie jak na mój gust. Zbożowo-alkoholowe nuty whisky mieszały się z bogactwem ciemnej czekolady o 70% zawartości kakao. Było tu sporo wanilii, palonego karmelu, kawy, skóry, aromatycznego drewna, nieco tytoniu. Dużo, dużo ciepła i soczystości zarazem. Siedząc wraz z Mężem pod koroną drzewa, wpatrując się w cudny widok przede mną i wąchając tę czekoladę - zrobiło mi się po prostu przytulnie.


Choć obaj przytoczeni wyżej recenzenci uznali Scotch Whisky za zbyt mało charakterną ja muszę przyznać, iż ujęła moje serce. Być może lekka zmiana konsystencji tak wpłynęła na moje odczucia, nie wiem. Mięciutkie nadzienie rozpływało się w ustach tworząc w nich aksamitną gęstwinę. Rozpościerało rozgrzewający posmak alkoholu, który można było zidentyfikować jako whisky bez głębszego zastanawiania się. Nie jestem znawcą whisky, lubię jednak wypić sobie w dobrym towarzystwie nieco tego trunku, wyłącznie z lodem, bez chrzczenia colą czy innym paskudztwem. Zbożowo-waniliowy posmak ze specyficzną karmelowością i skórzano-drewianymi akcentami przebijał się nieustannie przez nienarzucające się czekoladowe tło. Rzeczywiście, można to przyrównać do trufli z alkoholem, lecz bardzo osobliwych.

To, że Kimiko nazwała zastosowaną tu kuwerturę jako niezbyt bogatą mogę uważać za zaletę. Niesie ze sobą klasyczny czekoladowy smak z mnóstwem kawowych nut, co stanowi świetne tło dla alkoholowo-czekoladowego, maślanego ganaszu z mnóstwem drobnych niuansów. Whisky i czekolada przenikają siebie nawzajem, tworząc razem rozkosznie słodki, aromatyczny duet, pełen miękkości i soczystości. Ja zostałam urzeczona i z chęcią powróciłabym kiedyś do tej czekolady - tym razem zasiadłabym do degustacji ze szklaneczką whisky. No i może przetestowałabym tabliczkę w bardziej zestalonej formie.


Przytulnie rozgrzewająca Scotch Whisky utuliła nas do snu w naszym namiocie. Kolejnego dnia czekał nas pierwszy wymagający dzień wędrówki - początek trawersu gór Sierra Nevada.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, whisky 10%, tłuszcz kakaowy, syrop kukurydziany, pełne mleko w proszku, masło, mleko, sól, wanilia. 
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 532 kcal.
BTW: 7,3/37/35