Źródło: http://www.wedel.pl/czekolady-duze/creme-brulee
Po niezwykle udanej degustacji KarmelLove z solonymi orzeszkami, zostałam przepełniona nadzieją, że może Wedel się poprawił. Postanowiłam sięgnąć po jedną z tabliczek z innej najnowszej serii Wedla - inspirowanej włoskimi i francuskimi deserami. Miałam w ogóle nie kupować niczego z tej edycji, no ale dzięki KarmelLove Wedel złapał mnie w sidła zakupoholizmu. Ene-due-rabe i spośród Panna Cotta, Tiramisu i Creme Brulee, w moje łapki wpadł ostatni twór.
Jak głosi napis na plastikowym opakowaniu dużej 289-gramowej tabliczki "Creme Brulee to krem ze śmietanki i żółtek z warstwą chrupiącego karmelu na wierzchu. Jest klasykiem wśród wykwintnych deserów, po raz pierwszy został opisany już w 1691 r. w książce kucharskiej słynnego francuskiego szefa kuchni Francois Massialota." Możecie mi powiedzieć, jak to się stało, że NIGDY nie jadłam creme brulee? Może dlatego, że sama nie umiem zrobić, a bywając w restauracjach zawsze na deser wybieram ciasto lub lody (najlepiej dwa w jednym :D). Jeśli jednak prawdziwe creme brulee ma wzbudzać podobne wrażenia smakowe, jak wyrób Wedla - to ja podziękuję. Zdecydowanie wolę kojarzyć ów deser w interpretacji czekoladowej z Lindt Excellence Creme Brulee.
Nie podejrzewajcie mnie o paskudne obżarstwo - historia degustacji tej tabliczki będzie długa, bowiem podejść do niej było wiele - nim opakowanie zostało całkowicie opróżnione. W moim przypadku - pierwsze podejście miało miejsce podczas jazdy autem w deszczowy i ponury dzień, gdy każda dawka cukru pochodząca z czegokolwiek czekoladowego była w stanie poprawić mi humor. Ostatnie podejście - podczas samotnych, popołudniowych rozkmin przy mocnej czarnej i gorzkiej kawie. Mój Facet miał z Creme Brulee jeszcze gorzej. Skosztował owego wynalazku w pewien niedzielny poranek, w który to planowo naszym kawowym towarzyszem miał być Zotter. Ja jednak umierałam w łóżku z grypą żołądkową i cokolwiek innego do jedzenia niż rzadka kaszka nie wchodziło w grę. Podsunęłam więc Lubemu pod nos kawałek Wedla. Biedaczysko, zwyzywał mnie - nie dość, że sam, to jeszcze takie świństwa musiał jeść... ;)
Świństwa, no właśnie, świństwa. Warstwa czekolady w Creme Brulee jest mdła i naprawdę kiepska, choć z dwojga złego chyba bardziej podeszła mi od Milki (a jednak!). Nadzienie jest urozmaicone, to fakt - choć na przykład mój Mężczyzna nie czuł żadnego urozmaicenie, a jedynie cukier i margarynę. Ja nie potraktuję sprawy aż tak jednoznacznie, mimo iż rzeczywiście cukru i margaryny tutaj nie brakowało...
Górna warstwa nadzienia to ciemna pasta karmelowa. Chwała bogu, że ma ona stałą konsystencję - w zasadzie gdyby połączyć ją z lepszą czekoladą, orzechami i solą - mogłaby dać coś całkiem przyzwoitego. Owa pasta składa się głównie z zagęszczonego słodzonego mleka, ale w swym składzie posiada również całkowicie utwardzony tłuszcz palmowy. Zaklinam Was, dodawanie takich paskudztw do czekolady powinno być karalne! Niestety, udział margarynowych wynalazków odbija się w całokształcie smakowym produktu, ale o tym za chwilę...
Dolna warstwa nadzienia ma białą barwę, no i niestety składa się przede wszystkim z tłuszczy roślinnych (tu mamy grzech połowiczny, bowiem utwardzono je częściowo, a nie całkowicie ;)). Mleczne składniki występują w składzie dopiero później, a szkoda - bo margaryna ostro je przyćmiewa. Niestety, zostaje w ustach ten obleśny posmak...
Całe szczęście, w białej warstwie oprócz podłej margaryny mamy jeszcze coś fajnego - płatki karmelowe. Te łatwe do zauważenia brązowe przecinki przyjemnie chrupią i... ratują sytuację. Albo słodycz wypaliła mi już kubki smakowe, albo pod koniec degustacji rzeczywiście wyczułam, że momentami niosą one ze sobą nutkę goryczki palonego cukru. Wiecie, taka odrobina przyjemności w morzu męczarni ;).
Wedel Creme Brulee to jedna z tych czekolad, która jest tak podła, że podczas jej jedzenia włącza się syndrom pożeracza cukru. Pakujesz do ust kolejne kostki, zupełnie beznamiętnie, niczym w transie - a potem boli Cię od tego brzuch i przez kilka godzin odbija Ci się tłustą breją. Swoją drogą, te kostki z wybrzuszeniem w kształcie kwiatka tudzież rozety zupełnie nie trafiają w moje gusta. Generalnie, ta czekolada kojarzyła mi się z tanimi ciastkami na wagę, wypełnionymi margarynowo-kakaową masą (z naciskiem na to pierwsze). Niestety Wedlu, dałeś ciała. KarmelLove Ci się udało, ale w produkcji dobrych nadziewanych czekolad jesteś daleko za Murzynami.
Jak głosi napis na plastikowym opakowaniu dużej 289-gramowej tabliczki "Creme Brulee to krem ze śmietanki i żółtek z warstwą chrupiącego karmelu na wierzchu. Jest klasykiem wśród wykwintnych deserów, po raz pierwszy został opisany już w 1691 r. w książce kucharskiej słynnego francuskiego szefa kuchni Francois Massialota." Możecie mi powiedzieć, jak to się stało, że NIGDY nie jadłam creme brulee? Może dlatego, że sama nie umiem zrobić, a bywając w restauracjach zawsze na deser wybieram ciasto lub lody (najlepiej dwa w jednym :D). Jeśli jednak prawdziwe creme brulee ma wzbudzać podobne wrażenia smakowe, jak wyrób Wedla - to ja podziękuję. Zdecydowanie wolę kojarzyć ów deser w interpretacji czekoladowej z Lindt Excellence Creme Brulee.
Nie podejrzewajcie mnie o paskudne obżarstwo - historia degustacji tej tabliczki będzie długa, bowiem podejść do niej było wiele - nim opakowanie zostało całkowicie opróżnione. W moim przypadku - pierwsze podejście miało miejsce podczas jazdy autem w deszczowy i ponury dzień, gdy każda dawka cukru pochodząca z czegokolwiek czekoladowego była w stanie poprawić mi humor. Ostatnie podejście - podczas samotnych, popołudniowych rozkmin przy mocnej czarnej i gorzkiej kawie. Mój Facet miał z Creme Brulee jeszcze gorzej. Skosztował owego wynalazku w pewien niedzielny poranek, w który to planowo naszym kawowym towarzyszem miał być Zotter. Ja jednak umierałam w łóżku z grypą żołądkową i cokolwiek innego do jedzenia niż rzadka kaszka nie wchodziło w grę. Podsunęłam więc Lubemu pod nos kawałek Wedla. Biedaczysko, zwyzywał mnie - nie dość, że sam, to jeszcze takie świństwa musiał jeść... ;)
Świństwa, no właśnie, świństwa. Warstwa czekolady w Creme Brulee jest mdła i naprawdę kiepska, choć z dwojga złego chyba bardziej podeszła mi od Milki (a jednak!). Nadzienie jest urozmaicone, to fakt - choć na przykład mój Mężczyzna nie czuł żadnego urozmaicenie, a jedynie cukier i margarynę. Ja nie potraktuję sprawy aż tak jednoznacznie, mimo iż rzeczywiście cukru i margaryny tutaj nie brakowało...
Górna warstwa nadzienia to ciemna pasta karmelowa. Chwała bogu, że ma ona stałą konsystencję - w zasadzie gdyby połączyć ją z lepszą czekoladą, orzechami i solą - mogłaby dać coś całkiem przyzwoitego. Owa pasta składa się głównie z zagęszczonego słodzonego mleka, ale w swym składzie posiada również całkowicie utwardzony tłuszcz palmowy. Zaklinam Was, dodawanie takich paskudztw do czekolady powinno być karalne! Niestety, udział margarynowych wynalazków odbija się w całokształcie smakowym produktu, ale o tym za chwilę...
Dolna warstwa nadzienia ma białą barwę, no i niestety składa się przede wszystkim z tłuszczy roślinnych (tu mamy grzech połowiczny, bowiem utwardzono je częściowo, a nie całkowicie ;)). Mleczne składniki występują w składzie dopiero później, a szkoda - bo margaryna ostro je przyćmiewa. Niestety, zostaje w ustach ten obleśny posmak...
Całe szczęście, w białej warstwie oprócz podłej margaryny mamy jeszcze coś fajnego - płatki karmelowe. Te łatwe do zauważenia brązowe przecinki przyjemnie chrupią i... ratują sytuację. Albo słodycz wypaliła mi już kubki smakowe, albo pod koniec degustacji rzeczywiście wyczułam, że momentami niosą one ze sobą nutkę goryczki palonego cukru. Wiecie, taka odrobina przyjemności w morzu męczarni ;).
Wedel Creme Brulee to jedna z tych czekolad, która jest tak podła, że podczas jej jedzenia włącza się syndrom pożeracza cukru. Pakujesz do ust kolejne kostki, zupełnie beznamiętnie, niczym w transie - a potem boli Cię od tego brzuch i przez kilka godzin odbija Ci się tłustą breją. Swoją drogą, te kostki z wybrzuszeniem w kształcie kwiatka tudzież rozety zupełnie nie trafiają w moje gusta. Generalnie, ta czekolada kojarzyła mi się z tanimi ciastkami na wagę, wypełnionymi margarynowo-kakaową masą (z naciskiem na to pierwsze). Niestety Wedlu, dałeś ciała. KarmelLove Ci się udało, ale w produkcji dobrych nadziewanych czekolad jesteś daleko za Murzynami.
Skład: czekolada mleczna 50% (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu), cukier, pasta karmelowa (mleko zagęszczone odtłuszczone słodzone, syrop glukozowo-fruktozowy, syrop cukru inwertowanego, tłuszcz palmowy całkowicie utwardzony, cukier, glicerol, tłuszcz mleczny, sól, karagen, aromat), tłuszcze roślinne częściowo utwardzone (palmowy, rzepakowy, słonecznikowy, shea), pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, płatki karmelowe 3% (cukier, syrop glukozowy), aromaty, lecytyna sojowa, kurkumina, ekstrakt z papryki.
Masa kakaowa min. 29%.
Masa netto: 289 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 520 g.
BTW: 5,1/29,1/58,6




