środa, 24 września 2014

Zotter Marillen-Butterbrot mleczna nadziewana kremem morelowym i kremem z wódki z białego chleba


Gdy drżącymi rękoma przeglądałam po kolei czekolady Zottera w sklepie w Innsbrucku, Marillen-Butterbrot od razu wpadła mi w oko. Nazwa była na tyle ciekawa, że nie zagłębiając się w skład produktu zdecydowałam się go kupić. Morele i maślany chleb? Morele jako składnik nadzienia - rozumiem jak najbardziej, a na dodatek bardzo bardzo lubię te owoce. Ale maślany chleb? Czyżby Zotter pokruszył czerstwe kromki i oblał czekoladą, zamiast poczęstować nimi konie? ;) Otóż nie! Moje zdziwienie było jeszcze większe, gdy doczytałam o co w tym wszystkim chodzi.

 W składzie znajduje się "Weissbrotschnaps" czyli w wolnym tłumaczeniu wódka z białego chleba. Wpisując powyższe wyrażenie w google natrafiłam na stronę producenta owego dziwactwa. Oprócz wódki z białego pszennego chleba możemy kupić również taką z chleba pełnoziarnistego (pewnie zdrowsza, haha ;)). Domniemam, że jest to lokalny niemiecki wyrób - pierwszy raz spotkałam się z czymś takim. Ciekawe, prawda?

Samego trunku nie miałam okazji skosztować, ale za to trzymałam w łapkach czekoladę, która miała go w składzie 5%. Bogatsi w wiedzę, w jakiej formie chleb znalazł się w tabliczce czekolady - nadal nie mieliśmy zielonego pojęcia, czego się po niej spodziewać. Po rozwinięciu sreberka mogliśmy się zaciągnąć przyjemnym kakaowo-mlecznym zapachem, okraszonym nutą migdałów i suszonych moreli. Aromat alkoholu był praktycznie niewyczuwalny.

Forma tabliczki to oczywiście nadal niepodzielona na kostki, gruba tafla. Producent na opakowaniu informuje nas o dwóch warstwach nadzienia, jednak moje oko dostrzega jedną masę w odcieniach jasnego pastelowego brązu i morelowego beżu. Zmysł smaku sugeruje zaś, że składniki rzeczywiście zostały porozkładane w różnych proporcjach w spodniej i wierzchniej części nadzienia.

Nie przypuszczałam, iż z każdym kolejnym kęsem Marillen-Butterbrot będzie nam serwować aż tak mistrzowską, bogatą roszadę smaków. Mamy tutaj tyyyyle wszystkiego, że pozwalając rozpuścić się kawałkowi czekolady w ustach, co chwila napotyka nas coś nowego. Cienka warstwa świetnej jakościowo mlecznej czekolady stanowi kropkę nad i. Mój Mężczyzna jednoznacznie stwierdził, że poskąpienie czekoladowej polewy jest dla nadziewanych tabliczek Zottera dobrodziejstwem. Nadzienie jest na tyle bogate i smakowite, iż należy je chłonąć, bez tłumienia go solidną dawką wykwintnej czekolady. Nie do końca się z tym zgodzę - w końcu czekolada zawsze powinna być najważniejsza...

Nadzienie to przede wszystkim maślano-mleczna delikatność, pośród której co rusz napotykamy na coraz to kolejne intensywne smaki. Pojawiają się morele - posmak zarówno tych suszonych, jak i świeżych. No i na dodatek czujemy w buzi ich drobne kawałki. Mamy mielone migdały, które jak widać na dobre wpisują się w konwencję nadziewanych czekolad Zottera. Jeśli ktoś nie lubi migdałów, to po prostu ma pecha...

Ponadto, zbożowe klimaty pojawiają się w tej czekoladzie często. Koronnym wśród nich jest oczywiście chleb. Dodatek Weissbrotschnapsa przejawia się posmakiem podobnym do kwasu chlebowego, rozmoczonej piętki wypieczonego chleba. Alkohol, który ze sobą niesie - znów możemy potraktować jako sprytną przyprawę podkręcającą zmysły - bowiem za żadne skarby nie czuć tutaj ordynarności wódki! Osoby nieprzepadające za połączeniem czekolady i alkoholu absolutnie nie muszą się bać tego wyrobu. Kolejnym zbożowym elementem w zotterowskiej układance jest kasza kukurydziana. Kasza kukurydziana? A i owszem! I to taka przyrządzona z masełkiem! Być może to siła autosugestii, ale ja znalazłam miejsce dla kaszy wśród feerii doznań smakowych, jakie niosła Marillen-Butterbrot.

Podkręćmy jeszcze to wszystko szczyptą wanilii, cynamonu i kroplą soku z cytryny - a otrzymamy zaskakującą, oryginalną kompozycję. Nie mam pojęcia, jak Zotter wpadł na coś takiego. Jak wymyślono to, że tak dziwaczna kompozycja będzie naprawdę spójna i smakowita. To wieloskładnikowe, dopracowane danie. Kłaniam się w pas i już nie mogę się doczekać kolejnych atrakcji, jakich dostarczy nam Zotter.

Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, wódka z białego chleba pszennego 5%, miazga kakaowa, pełne mleko, migdały, puree z moreli 3%, masło 2%, odtłuszczone mleko w proszku, suszone morele 2%, kasza kukurydziana, nierafinowany cukier trzcinowy, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, sól kuchenna, ziarna wanilii, cynamon, płatki róż, cytryna w proszku.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.

niedziela, 21 września 2014

Wenschitz Sparkling Travel ciemna nadziewana białą truflą z mango i szampanem


Odkrywania twórczości austriackich czekoladników ciąg dalszy... :) Produkty Wenschitz od razu przykuły moją uwagę na sklepowej półce innsbruckiego sklepu. Trudno nie zawiesić oka na tak... kiczowatych opakowaniach, które mimo wszystko opatrzone są w ładne i oryginalne nazwy własne wyrobów. Sparkling Travel? O tak, nasza tegoroczna podróż w Alpy była pełna "sparkliness" (jeśli uciekać się do chyba trochę zapomnianego słowa oznaczającego radość i energię życia). A poza tym, dlaczego jeszcze czekolada Wenschitz miała być sparkling - musująca/iskrząca się? Ponieważ zawiera w sobie szampan. Szampan, mango, ciemna czekolada i trufla z białej czekolady... Połączenie na tyle ciekawe i wyjątkowe, że musiałam je wypróbować.

Otwarcie kartonika wprowadziło nas w niemałe zaskoczenie. Czekolada nie jest owinięta w papierek ani sreberko. Została podzielona na 4 prostokąty i opakowana w dwie wzorzyście wytłoczone, plastikowe tacki. Tacka spodnia opatrzona została w logo firmy, zaś tackę górną - tak jak czekoladę - podzielono na 4 części. Ozdobny wzór wyżłobiony na każdej z nich jest idealnym odzwierciedleniem wzoru zdobiącego każdą z czekoladek. Nadal nie możecie sobie tego zobrazować? Dobra, zrobię wyjątek od reguły i wkleję zdjęcie tabliczki... ;)


Wygląd elegancki i oryginalny, ale co dalej? Powiem szczerze, że i tak czy siak pierwszy rzut oka na powierzchnię tabliczki nie był najprzyjemniejszy. Naprawdę nie lubię, gdy czekolada się tak świeci. Zawsze kojarzyć mi się to będzie z tanimi pralinkami, choć może nie powinno... Przykładając nos bliżej czułam tylko i wyłącznie zwykłą ciemną czekoladę. Dobrą, ale nie zapowiadającą eksplozji smaków. Poza tym, w aromacie nic a nic nie zapowiadało, że w środku tabliczki kryje się jakiekolwiek nadzienie... A przecież nazwa produktu sugeruje, że wnętrze będzie naprawdę wyraziste.

Po pierwszym kęsie okazuje się, że warstwa czekolady jest pooookaźna. Mamy przyjemną goryczkę, wyważoną słodycz ale... kurczę, jest przeciętnie. Sam fakt 70-procentowej zawartości kakao sprawia, że czekoladę dobrze się je, ale fajerwerki nie wybuchły, ani fanfary nie rozbrzmiały. Bogactwa kakao to tu nie było. Paradoksalnie, mój Mężczyzna uznał, że... coś za mało czuć tu kakao :D.

 Nadzienia jest naprawdę mało i na dodatek jest nierówne - umieszczone w czekoladowych prostokątach jakby po przekątnej. W miejscach, gdzie jest do najmniej - praktycznie NIC nie czujemy. Ot, biało-żółtawe stałe nadzienie, o niezidentyfikowanym smaku. Czy też właściwie bez smaku... Trufla z białej czekolady? Mango? SZAMPAN??? :o

Dopiero tam, gdzie warstwa nadzienia jest grubsza, możemy wyczuć parę jego niezaprzeczalnych zalet. Po pierwsze, ma bardzo przyjemną konsystencję gęstego, lecz lekkiego musu. Po drugie - no w końcu czuję mango. Delikatne, ale jednak. Nie jakieś sztucznie pudrowe i nachalne - naturalna owocowa nutka. Ale zdecydowanie była ona zbyt subtelna, aby przebić się przez smak ciemnej czekolady - która znowuż wcale nie była jakaś nadzwyczajna.

Mam bardzo mieszane uczucia co do tego produktu. Był smaczny, ale oczekiwałam czegoś innego. Przede wszystkim spodziewałam się, że czekolada sama w sobie bardziej mnie urzeknie. Było jej sporo, więc mogła swobodnie dać nam popis - a ona tylko grzecznie się nam ukłoniła. Z drugiej strony, po tak ekstrawaganckim opisie nadzienia mogłam wiele wymagać. Mango powinno zaatakować mnie swoją soczystością, a przy tym spójnie łączyć się z goryczą kakao. Trufla z białej czekolady winna załagodzić wszystko swoją aksamitną słodyczą - tymczasem tą jasną masę trudno było zidentyfikować jako powstałą z białej czekolady. Zawartość szampana pozostaje uznać mi jako perfidny chwyt marketingowy - nie mam pojęcia, gdzie, jak i w którym momencie winnam go poczuć. Prawda jest brutalna - muszę zaprzeczyć tezie, że wnętrza nie ocenia się po opakowaniu. Tutaj i na zewnątrz, i w środku - mamy sporo KICZU.

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, śmietana, syrop glukozowy, puree z mango, pełne mleko w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, Marc de Champagne, woda, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.

środa, 17 września 2014

Lindt Holunderbeere-Milchcreme mleczna z nadzieniem z czarnego bzu i mlecznym


Jakimś cudem w Magicznej Szufladzie zawieruszyła się ostatnia tabliczka z moich pierwszych internetowych zakupów czekoladowych. To nie tak, że o niej zapomniałam. Po prostu non stop pojawiały się produkty, które trzeba było prędzej zjeść ;). Z różnych powodów. Koniec końców, termin ważności Holunderbeere-Milchcreme zbliżał się nieubłaganie, więc w pewne sobotnie przedpołudnie zapadła decyzja - Lindcie, dzisiaj czas na Ciebie! Tak się złożyło, że Lindta z czarnym bzem degustowaliśmy akurat wtedy, gdy owoce czarnego bzu zaczęły dojrzale prezentować się na krzewach :).

Tym samym, ową degustacją zakończyliśmy testować lindtowską kolekcję Mit Liebe gemacht. Owocowo-mleczną kolekcję, bardzo udaną. Spodziewałam się, że Holunderbeere-Milchcreme nie przebije fenomenalnego mandarynkowego serniczka - ale mimo to wiedziałam, że będzie smacznie. W końcu wariacje na temat wiśni i agrestu także trzymały poziom. Dlaczego więc w przypadku bzu miałoby być inaczej? :)

Mleczna czekolada Lindta nie zawodzi, jest taka jak zawsze - delikatna, aksamitna, intensywnie mleczna, wyciągająca z kakao najsubtelniejsze nuty. Dolna mleczna warstwa nadzienia ponownie jest neutralna i niestety obfita w tłuszcze roślinne... To dla mnie oczywiste, że przy większym udziale masełka ta część tabliczki dużo by zyskała. 

Za to górna warstwa wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Obrazek na opakowaniu sugeruje, że on ma żelową konsystencję. W rzeczywistości wcale tak nie było. To był bardzo gęsty i zbity mus, w ciemnym odcieniu granatu. Aż spojrzałam na skład, czy aby na pewno Lindt nie podrasował go jakimś bajerem. Ale nie - mamy tylko i wyłącznie czarny bez - w formie koncentratu oraz suszu. No fakt, wszak barwa czarnego bzu jest rzeczywiście intensywna i trwała.

Owocowa warstwa niosła ze sobą kwaskowate orzeźwienie, coś pomiędzy czarną porzeczką a ciemnym winogronem (takim z naszych polskich ogrodów :)). Było smacznie i nie pogniewałabym się, gdyby nadzienie składało się tylko i wyłącznie z owocowej warstwy. Mmm... O tak! Te mleczne wypełniacze można by było sobie darować, kiedy sam czarny bez oferuje tak wiele przyjemności. Choć rzeczywiście - w przypadku czarnego bzu - trafniejsze było zastosowanie mlecznego, a nie jogurtowo-twarogowego nadzienia. Tak samo postąpiono w przypadku czekolady agrestowej - przy dodatku jogurtu w proszku całość byłaby nader kwaskowata. Ah... I tak czy siak, jasny gwint, mleczna czekolada Lindta czule otuli każde nadzienie. Z Lindtem niemal zawsze jest milutko... ;)

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowo-fruktozowy, miazga kakaowa, koncentrat soku z czarnego bzu 5%, czarny bez 2,8%, olej kokosowy, olej palmowy, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, koncentrat soku cytrynowego, syrop glukozowy, lecytyna sojowa, laktoza, naturalne aromaty, pektyna, ekstrakt słodu jęczmiennego.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 485 kcal.
BTW: 5,9/27/54

niedziela, 14 września 2014

Zotter Walnuss-Marzipan ciemna mleczna czekolada nadziewana orzechami włoskimi i marcepanem


Po Zotter Walnuss-Marzipan sięgnęłam w Innsbrucku z dwóch powodów. Pierwszy i najbardziej błahy - po prostu uwielbiam marcepan. Marcepanu nigdy dość! Drugi powód był dla mnie istotniejszy - Walnuss-Marzipan miała być kolejnym etapem w moich poszukiwaniach idealnej czekolady z orzechami włoskimi. Pokuszę się o stwierdzenie, że hmm... bardziej od marcepanu wielbię jednak orzechy włoskie. I o ile łatwo znaleźć jest czekolady z marcepanem, o tyle tabliczek z orzechami włoskimi jest o wieeeele mniej. A gdy już są, to dodatek orzechów włoskich jest w nich symboliczny lub/i słabo wyczuwalny. Pokładałam duże nadzieje w Walnuss-Marzipan, choć subtelność Rosen Marzipan nie do końca przekonywała mnie do tego, że poczuję tak pożądaną przeze mnie MOC orzechów. 

Mleczna czekolada o wysokiej (bo aż 50-procentowej) zawartości kakao pokrywa nadzienie znów w niezadowalającej ilości. Tym razem jednak łatwiej mi to przeboleć, bowiem ów kakaowo-mleczny raj wybornie zgrywa się z orzechowym wnętrzem. Żałuję, że nie mogę zatopić się w grubej warstwie pysznej czekolady, ale z drugiej strony czuję, że kakaowy kopniak i tak czy siak podkreśla walory nadzienia. I mimo wszystko jest wyraźny. Argh, a pełne czekolady Zottera jeszcze daleko w kolejce do degustacji...

Czekolada czekoladą, ale jeśli chodzi o orzechowe nadzienie to... chyba odnalazłam ideał. Albo przynajmniej było to cudo bardzo do ideału zbliżone. Mamy dwie warstwy. U góry marcepan - tak jak w przypadku Rosen Marzipan - nieprzesłodzony, przez co walory migdałów zostały maksymalnie uwypuklone. Był pyszny, ale to, co Zotter umieścił na dole zasługuje na miano orzechowego arcydzieła... Tak, dolna warstwa to zmielone orzechy włoskie. Podprażone i skarmelizowane. Nieziemsko wyraziste i aromatyczne. Poczułam się, jakbym zanurzyła nos w lnianym worku pełnym dopiero co zmielonych, świeżych orzechów włoskich. To było TO! Zbita jednolita masa, która przyjemnie i delikatnie chrzęściła pod zębami. Orzech włoski na maksa. Nie do pomylenia z czymkolwiek innym. W końcu poczułam ulgę, zaspokojenie - znalazłam to, czego szukałam :). I żałowałam, że z każdym przepysznym kęsem mój orzechowy raj uciekał...

A co z pozostałymi elementami nadzienia? Soja w proszku stanowi swoiste spoiwo, a poza tym nadaje całości kolejnych orzechowych nut smakowych. Dodatek rumu nie jest mocno wyczuwalny. Można go raczej potraktować jako przyprawę, która ma odrobinę podkręcić percepcję smaku. Znajdujący się na samym końcu listy składników anyż przepadł w tej orzechowej intensywności. I może dobrze, bowiem nie każdy toleruje ową przyprawę. Być może stał się elementem niepostrzeżenie dodającym kompozycji jeszcze większego wyrazu? :) . 

Całość prócz niesamowitej orzechowości i głębi kakao kojarzyła mi się nieco z aromatem leśnego igliwia. No wiecie, z czymś takim potwornie odurzającym w zapachu, ale harmonijnym, przyjemnym i naturalnym jednocześnie. Po Beerenemulsion in Weiss Zotter znowu dał czadu, fundując nam bardzo mocne doznania. Te dwie tabliczki to prawdziwe mistrzostwa jeśli chodzi o nadzienia. Żadnych wypełniaczy, żadnego zasłaniania się cukrem - po prostu 100% autentycznego smaku.

Skład: cukier trzcinowy, marcepan 20% (migdały, cukier trzcinowy, cukier inwertowany), tłuszcz kakaowy, orzechy włoskie 12%, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, rum, syrop glukozowo-fruktozowy, masło, soja w proszku (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), sól kuchenna, ziarna wanilii, lecytyna sojowa, anyż.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 553 kcal.
BTW: 8,2/38/41