poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Orion ciemna z nadzieniem wiśniowym i kakaowo-orzechowym


 Muszę przyznać, że chyba jeszcze nigdy moja Magiczna Szuflada nie była tak wypełniona czekoladowymi skarbami, jak teraz. Wszystko to ze względu na fakt, iż pierwszy raz skusiłam się na dwa spore zamówienia czekolad przez Internet. Dodatkowo, w zapasie mam jeszcze kilka tabliczek zakupionych uprzednio w Almie. W Międzynarodowy Dzień Czekolady postanowiliśmy otworzyć największą tabliczkę, jaka znajdowała się w wypełnionej po brzegi Magicznej Szufladzie.

Orion. Ciemna z nadzieniem wiśniowym i kakaowo-orzechowym. Duży format 240 g. Tabliczka wzięta jakoby "na doczepkę" do innego zamówienia, aby wykorzystać w pełni opłatę za przesyłkę. Bo w jeśli w tym roku będę w Czechach, to nie będę mieć czasu uganiać się za słodyczowymi zakupami - a czekolady Oriona inne niż Studentskie również zawsze wzbudzały moją ciekawość. Zresztą, wspomnienie o próbowanym niegdyś mlecznym Orionie z nadzieniem jagodowo-twarożkowym tylko pobudzało mój apetyt na więcej. Spośród dostępnych u internetowego sprzedawcy jedynie trzech dużych tabliczek Orion, wybrałam właśnie tą - ze względu na to, że miała to być czekolada gorzka.

Rzut okiem na listę składników po odebraniu przesyłki sprawił mi duży zawód. Po pierwsze, gorzka czekolada to zdecydowanie zbyt dużo powiedziane. 40% masy kakaowej - to ma być gorzkie? Poza tym, cała lista surowcowa produktu pozostawia wiele do życzenia. W porównaniu do wyżej wspomnianego Oriona twarożkowo-jagodowego, skład jest naprawdę kiepski. Przede wszystkim mam na myśli bardzo duży udział tłuszczy roślinnych. No trudno. W końcu moje ulubione Studentskie też nienagannym składem nie grzeszą. Podczas samej degustacji starałam się więc nie sugerować moją wiedzą na temat tego, z czego zrobiono ów produkt.

Po otwarciu plastikowego opakowania tabliczka prezentuje się aż zbyt ładnie. Duże, grube, ciemne kostki są jakby w nienaturalny sposób nabłyszczone. Jeśli chodzi o zapach, owszem, na pierwszym planie utrzymuje się kakao - jednak zdecydowanie nie jest to głęboki aromat ciemnej czekolady. Bardziej kojarzy mi się z tańszymi pralinkami, aczkolwiek nie jest to aromat odrzucający. Wręcz przeciwnie - całość mimo wszystko zachęca do spróbowania.

Wgryzamy się w grubaśną kostkę. Sama czekolada jest bardzo przeciętna, aczkolwiek nieprzesłodzona. Kryje w sobie zbite kakaowe nadzienie, które barwą niewiele różni się od koloru czekolady. Ciemne nadzienie na całe szczęście nie pozostawia w ustach posmaku margaryny. Również nie jest najwyższych lotów, ale nie niesie ze sobą przykrych wrażeń. Nazwanie go "kakaowo-orzechowym" jest sporym nadużyciem - 1% pasty z orzechów laskowych jest zupełnie niewyczuwalny. 

Górna część wnętrza kostki wypełniona jest wiśniowym nadzieniem o konsystencji gęstej konfitury. Niestety, nie jest ono tak intensywnie owocowe, jak w przypadku tabliczki jagodowo-twarożkowej. Łatwo wyczuć, że są to wiśnie, ale nie jest to bardzo zdecydowany smak. Wiśniowa nuta zlewa się spójnie z kakaowymi elementami kompozycji, ale nie dostarcza wyjątkowych doznań smakowych, jakich można by się spodziewać po takim połączeniu.

Mój Ukochany i ja zgodnie stwierdziliśmy, że podczas degustacji tej tabliczki czuliśmy się, jakbyśmy jedli kakaowe ciasteczka z wiśniową konfiturą. Nie wykwintne wypieki, ale najzwyklejsze ciastka. Sam pomysł na połączenie jest bardzo ciekawy, ale zdecydowanie lepiej jadło by mi się prawdziwą gorzką czekoladę z kakaowo-maślanym nadzieniem i odrobiną wiśniowego akcentu. W przypadku Oriona całość jest smaczna, ale przeciętna - i jak wspomniałam wyżej - bardziej ciasteczkowa, niźli czekoladowa. Koniec końców, w przeciągu całego Międzynarodowego Dnia Czekolady opędzlowaliśmy na współę całą 240-gramowaą tabliczkę, więc nie było aż tak źle. Przypuszczam, że o wiele trudniej było by nam przebrnąć przez nowe nadziewane dokonania Wedla o podobnej gramaturze. Podsumowując - opisywana dziś czekolada ni to ziębi, ni to grzeje... Da się zjeść, ale nie ma czego wspominać.

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, nadzienie wiśniowe (cukier, syrop glukozowy, wiśnie 8,5%, skoncentrowany sok wiśniowy 8,5%, glicerol, woda, karagen, kwas cytrynowy, cytrynian sodu, skoncentrowany sok z czarnej marchwi, aromat), odtłuszczone mleko w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, tłuszcze roślinne (shea, sal, illipe, kokum gurgi, z pestek mango), tłuszcz mleczny, pasta z orzechów laskowych 1%, lecytyna słonecznikowa, polirycynooleinian poliglicerolu, kwas cytrynowy, aromat.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 240 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 547 kcal.
BTW: 4,9/34/53,4

piątek, 11 kwietnia 2014

Dolfin mleczna z zieloną herbatą



Czekolady Dolfin od dawien dawna są obiektem moich zakupowych zainteresowań. Kiedyś postanowiłam sobie, że wypróbuję całego asortymentu tabliczek tej belgijskiej manufaktury, jaki jest dostępny w delikatesach Alma. Tym bardziej dziwi fakt, że dotąd na blogu pojawiły się dopiero trzy smaki sygnowane marką Dolfin! Owszem, zwracam uwagę na promocje, ale pech chciał, że obniżona cena na Dolfiny zbiegała się zazwyczaj z moim pustym portfelem... Podczas ostatniej promocji wzięłam się w sobie i postanowiłam nadrobić zaległości. Wybór dwóch tabliczek do wypróbowania na najbliższy czas okazał się być nie lada wyzwaniem. Co tu wziąć? W końcu zdecydowałam się na dwie czekolady herbaciane.

Zielona herbata? Jeden z produktów, który towarzyszy mi na co dzień. Ciężko mi wyobrazić sobie codzienność bez co najmniej jednego półlitrowego kubka zielonej herbaty. Jeśli chodzi o czekoladę, dodatek zielonej herbaty należy potraktować jako bardzo oryginalny. Zresztą, jakakolwiek herbata rzadko pojawia się w tabliczkach, w przeciwieństwie do kawy. A przecież takie fuzje otwierają cały ogrom możliwości! Dotąd tylko raz spotkałam się z zieloną herbatą w czekoladzie. Była to biała tabliczka marki Wagner, o wyjątkowym wyglądzie i zaskakującym smaku. Dolfin kusił jednakże wyższą zawartością zielonej herbaty w swojej czekoladzie, niźli uczynił to Wagner. Byłam bardzo ciekawa, jakie rozwiązanie zastosowali Belgowie.

Zawsze wychwalać będę oryginalne i eleganckie opakowanie tabliczek Dolfin. Warto kupić sobie choć raz ich produkt, nawet tylko ze względu na to, aby dobrać się do środka ;). Docierając do niedużej tabliczki podzielonej na 6 pasków, zostajemy porażeni bardzo apetycznym zapachem. Kakao i mleko. Solidne uderzenie. Mmm... Ale gdzie ta herbata? Gdybym w aromacie doszukiwała się herbaty... Cóż, można spróbować... Może coś gdzieś było... Eh, sami widzicie, to jest szukanie na siłę.

Czekolada dostarcza mega przyjemnych doznań smakowych. Jest bardzo bardzo mleczna i bardzo bardzo kakaowa. Delikatna i mocna zarazem. Bajeczna. Prosty skład, dobrej jakości surowce. Można by jeść i jeść i jeść, bo jest pyyyszna... No ale właśnie... Gdzie znowu ta herbata?

Drobne opiłki zielonego suszu są wprawdzie widoczne we wnętrzu tabliczki, ale nic poza tym. Dodatku zastosowano zdecydowanie za mało, gdyż został on całkowicie przyćmiony przez intensywność świetnej mlecznej czekolady. Dziwnie. Z jednej strony tabliczka bardzo mi smakowała, ale z drugiej nie mogę czuć się usatysfakcjonowana tą degustacją. Chciałam w końcu poczuć zieloną herbatę, ale tego nie doświadczyłam. Szkoda. Nie wiem, może moje kubki smakowe są mało czułe i przywykły już do codziennych dawek zielonej herbaty, nie będąc wrażliwymi na niuans zawarty w tej tabliczce. Nie wiem, może ktoś inny by tu wyczuł coś ponad to, że mamy do czynienia z bardzo dobrą mleczną czekoladą. Eh... Pozostaje mi tylko sprawdzić, czy ciemny Dolfin z dodatkiem earl grey okaże się być wyrobem bardziej charakterystycznym.

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, zielona herbata sencha 5%, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 32%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 548 kcal.
BTW: 7,2/32,9/51

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Reber ciemna z pralinowym nadzieniem migdałowo-rumowym



W poprzedniej notce opisującej mleczną czekoladę marki Reber (wypełnioną nadzieniem z orzechów laskowych) wspomniałam, że zakupiłam w Almie jeszcze jedną tabliczkę wyprodukowaną przez tą austriacką firmę. Była to opisywana dziś tabliczka ciemna, z 60-procentową zawartością kakao. Muszę przyznać, że to na nią pierwszą zwróciłam uwagę - to ona była dla mnie atrakcyjniejsza na sklepowej półce. Stało się tak nie tylko ze względu na wyższy kakaowy woltaż, ale również przez to, iż migdały wygrywają u mnie w konfrontacji z orzechami laskowymi. Poprzednia degustacja tabliczki wyprodukowanej przez twórców pralin z Mozartem była przyjemna, aczkolwiek nie dostarczyła nam wyjątkowo porywających wrażeń. Tego spodziewałam się również po tej czekoladzie. Choć miałam cichutką nadzieję, że może będzie to jakaś rewelacja... W końcu pralinowe nadzienie migdałowo-rumowe, otoczone ciemna czekoladą - brzmi naprawdę kusząco.

Wygląd produktu jest jeszcze atrakcyjniejszy, niż w przypadku tabliczki mlecznej. Grube kostki zostały starannie i szczegółowo wygrawerowane, co przynosi bardziej spektakularny efekt na tabliczce ciemnej niż na mlecznej. Zapach również uświadamia nam, że Austriacy chcą, abyśmy otwierając ich wyrób poczuli się wyjątkowo. Gorzka czekolada z wyraźnym alkoholowym akcentem i delikatną migdałową nutą - wykwintność pierwszego sortu. Przynajmniej tak by się mogło wydawać. Ale co dalej? No właśnie, przejdźmy do smaku...

Ciemna czekolada jest dobrej jakości - nie jest przesłodzona, ale również nie jest arcywyjątkowa - ot, smaczna 60% tabliczka. Spod tej apetycznej czekoladowej pierzynki ukazuje się nam nadzienie, które także posiada ciemnobrązową barwę. Jego konsystencja jest bardzo przyjemna. Ciężko nazwać ją bardzo zbitą, ale nie jest na pewno płynna. Można rzec, że cechuje się sporą plastycznością, lekką ciągliwością, a przy tym miękkością. Należy przyznać, że nadzienie jest bardzo dobrej jakości - wystarczy spojrzeć na skład surowcowy. Nie tylko nie użyto tłuszczy roślinnych, ale również nie spotkamy tu wszechobecnego w dzisiejszych czasach syropu glukozo-fruktozowego. Śmietanka, masło i skondensowane mleko wiodą prym, nadając wnętrzu aksamitności. Spora dawka rumu (8,1% w nadzieniu) jest mocno wyczuwalna i tworzy dość radykalne w smaku trio wraz z kawą i kakao. Na pewno nie jest to połączenie dla osób nietolerujących alkoholowych pralin. Mi smakowało i nie miałam najmniejszego problemu z sięganiem po kolejne kostki...

Jedynym zawodem, jakiego mogę się doszukiwać w tym produkcie, jest zdecydowanie zbyt mała zawartość migdałów. Duży udział rumu skutecznie przyćmiewa ich smak. Na pewno z przyjemnością spróbowałabym pralin z ciemnej czekolady kryjących w sobie takie samo nadzienie, jak w tej tabliczce. Ale w środku powinien się wtedy jeszcze znajdować cały migdał... Oj tak, wtedy to byłby smak na bogato! :)


Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kawowa śmietanka, masło, słodzone skondensowane mleko, rum (8,1% w nadzieniu), pełne mleko w proszku, migdały (2,5% w nadzieniu), sorbitol, inwertaza, laktoza, lecytyna sojowa, naturalne aromaty (rum, migdały).
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 543 kcal.
BTW: 5,8/36,4/44,9

piątek, 4 kwietnia 2014

Nczekolada ciemna z imbirem


Z każdą kolejną degustacją Nczekolad podkręcaliśmy zawartość masy kakaowej. Tabliczka z warszawskiej pracowni, która jako ostatnia została wyciągnięta z Magicznej Szuflady celem skonsumowania - zawiera aż 80% kakao. Prawdziwa gorzka czekolada. Wisienka na torcie na zakończenie przygody z Nczekoladą.  

 Rzadko zdarza mi się jeść produkty z tak wysokim kakaowym woltażem. Wynika to być może z tego, że wcale nie są łatwo dostępne. Rzadko też można natrafić na tak mocno naładowane kakao czekolady z jakimikolwiek dodatkami. Wiem jednak, że pójdę w tym kierunku i tego typu produktów poszukuję...

Ponadto, wielokrotnie wspominałam, że uwielbiam korzenne przyprawy, a więc ta tabliczka była dla mnie nie lada gratką. Duże kawałki prawdziwego imbiru zatopione w gorzkiej czekoladzie - żadnych oszustw w postaci samego imbirowego aromatu. Żadnych cukrowych "imbirowych cząstek" ze szczątkową zwartością imbiru. Imbir! I tyle!

 Po powąchaniu tabliczki i przyrównaniu jej do deserowej Nczekolady - od razu czuć, że ten wyrób jest o parę poziomów wyżej. Turbokakao. Trudno mi jednak jeszcze doszukiwać się jakichś oddzielnych aromatów, charakteryzujących same ziarna. Po prostu czułam ogromną dawkę kakao. Barrrdzo apetyczną.

Smak jest niezwykle czysty i zadziwiająco delikatny. Nie przeszkadza tutaj żadna kwaskowatość, ani też gorycz nie do zniesienia. Jest to prostu bardzo wyrafinowana, głęboka słodycz. 

Kawałki imbiru są różnej wielkości, więc z różnym natężeniem odczuwa się ta przyprawę. Mocno rozgrzewające kłącze z cytrusową nutą - łącząc się z intensywnym kakao - tworzy treściwy, topiący lody duet. Muszę przyznać, że ta czekolada byłaby dobrym rozwiązaniem na mroźny zimowy wieczór. Na szczęście mamy już wiosnę, ale tylko dla takich smakołyków zima mogłaby trwać dłużej ;). Proste, ale naprawdę solidne wykonanie. Bardzo dobra rzecz.

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, proszek kakaowy o zredukowanej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa, wanilia), imbir.
Masa kakaowa min. 80%.
Masa netto: 100 g.

PS Odpowiem publicznie na jeden z ostatnich anonimowych komentarzy - z propozycją o dodawaniu zdjęć produktu, a nie tylko opakowania. Nie. Pierwotna koncepcja mojej czekoladowej strony zostaje taka a nie inna - po wsze czasy. Choćby miało to być blokadą dla rozwoju jego popularności - trudno. To moje miejsce w sieci i moje smakowanie czekolady. Nie wyobrażam sobie podczas miłych chwil z Ukochanym przy kawie fotografować kostki czekolady i zastanawiać się nad ładnymi ujęciami na bloga... To nie moja działka i nie moja bajka.