Dzisiaj przed Wami ostatnie egzemplarze z zestawu neapolitanek belgijskiej firmy Dolfin, który to otrzymałam od Olgi z livingonmyown.pl. Jako, że jestem wielką miłośniczką orzechów, od nugatowych wariantów oczekiwałam najwięcej. Niestety, rysunki na opakowaniach obu nugatowych wersji wprowadzają w błąd. Widzimy na nich zarówno orzechy laskowe, jak i migdały - natomiast w składzie występują jedynie te pierwsze. Mówi się trudno i żyje się dalej. Tuż po wypróbowaniu czystej mlecznej i mlecznej kawowej, sięgnęłam po mleczną nugatową miniaturkę.
Lait Nougatine, tak jak pozostałe mleczne warianty, zawiera 38% masy kakaowej. Ma ciepły brązowy kolor typowy dla mlecznych Dolfinów. W zapachu ponownie pojawiają się charakterystyczne kwiatowe perfumy, wzbogacone o delikatną nugatową mgiełkę. W smaku orzechy laskowe od razu się odznaczają. Zostały zatopione w czekoladzie w formie małych drobinek, które jednakże w żaden sposób nie zaburzają rozpuszczania się w ustach mlecznej czekolady. Mojemu Mężowi trafił się nawet jeden spory kawałek orzecha, naprawdę solidny w porównaniu do reszty maleństw. Przyznam, że kawa lepiej komponowała się z oryginalną perfumowością mlecznego Dolfina, toteż po wypróbowaniu przystępnej (lecz przeciętnej) Lait Nougatine, nadal w czołówce mlecznych neapolitanek z tego zestawu stawiam Lait Cafe.
Lait Nougatine, tak jak pozostałe mleczne warianty, zawiera 38% masy kakaowej. Ma ciepły brązowy kolor typowy dla mlecznych Dolfinów. W zapachu ponownie pojawiają się charakterystyczne kwiatowe perfumy, wzbogacone o delikatną nugatową mgiełkę. W smaku orzechy laskowe od razu się odznaczają. Zostały zatopione w czekoladzie w formie małych drobinek, które jednakże w żaden sposób nie zaburzają rozpuszczania się w ustach mlecznej czekolady. Mojemu Mężowi trafił się nawet jeden spory kawałek orzecha, naprawdę solidny w porównaniu do reszty maleństw. Przyznam, że kawa lepiej komponowała się z oryginalną perfumowością mlecznego Dolfina, toteż po wypróbowaniu przystępnej (lecz przeciętnej) Lait Nougatine, nadal w czołówce mlecznych neapolitanek z tego zestawu stawiam Lait Cafe.
Noir Nougatine o 60% zawartości kakao, po wyjęciu z opakowania nie sprawiała wrażenia tak bardzo starej jak pozostałe ciemne neapolitanki. Pachniała intensywnie dusznymi perfumami z orzechowym olejkiem, co wcale nie wydawało mi się kuszącym aromatem. Okazała się być chrupka i twarda jednocześnie, chyba najtwardsza spośród wszystkich. Niestety, nie aż tak stary wygląd okazał się być złudny. W smaku Noir Nougatine to starość do potęgi entej. Ta czekolada była po prostu niesmaczna - wiórowata, pozostawiająca posmak stęchłych orzechów. Aż dziwne, że czekolada z orzechami może nie smakować! Ufam, że ów wariant wypuszczony prosto z linii produkcyjnej jest smaczniejszy, ale w tym przypadku pozostawił po sobie niesmak. Zwłaszcza, że został próbowany jako ostatni ze wszystkich Dolfinów...
Powróćmy do o wiele przyjemniejszych rzeczy - dalszej relacji z naszych Walentynek spędzonych w meksykańskiej Choluli! Gdy już w końcu oderwaliśmy się od kawiarnianych stolików, obserwując wrzawę karnawałowego tłumu, udaliśmy się na targowisko Mercado De San Pedro w poszukiwaniu tutejszej czekolady. Koniec końców, zakupiliśmy jedynie ziarenka chia, a czekolady spróbowaliśmy... przy bramie kościoła Convento De san Gabriel. Meksykanka w średnim wieku handlowała ręcznie robionymi grubymi krążkami czekolady. Przeznaczone są one przede wszystkim do miksowania z mlekiem i podawania w postaci płynnej. Próbowałam kawałek takiej czekolady i hmm... konsystencją przypominała mi Zotter Cacao Nature 75% with Muscavado Sugar Crackers. Była wprawdzie od niej bardziej miękka i dużo słodsza, ale miała podobną niejednolitą konsystencję. Ktoś sobie nieźle szalał pracując na kamieniu metate. Wyrób nie przypadł mi do gustu, a że nie mam w zwyczaju pijać czekolady, nie zakupiłam egzemplarza dla siebie.
Wstępując po drodze do licznych sklepików z pamiątkami, dotarliśmy w końcu do stóp Wielkiej Piramidy w Choluli, będącej największą objętościowo piramidą na świecie. Jej aztecka nazwa to Tlachihualtepetl - Sztuczna Góra - i to sformułowanie naprawdę dużo o niej mówi. Gdy Hiszpanie dotarli do Meksyku w 1519 roku, był to po prostu zarośnięty szczyt. Aż wierzyć się nie chce, że tak potężny stożek to dzieło rąk ludzkich. Jeszcze przed Aztekami, budowaną ją dokładając kolejne warstwy, a w jej wnętrzu znajduje się sieć korytarzy. Dziś jedynie część piramidy jest odsłonięta. Na jej szczycie wybudowano kościół, jeden z wielu w Choluli. Zupełnie nie miałam ochoty na podziwianie tamtejszych kościołów wiedząc, z czym wiązało się "przywleczenie" chrześcijaństwa do Meksyku. Nie mówiąc już o tym, jak konkwistadorzy zmasakrowali samą Cholulę. Skupiłam się na monumentalnym wyglądzie samej Wielkiej Piramidy oraz na rozległych widokach, jakie się z niej rozciągały. Popijałam wodę kokosową wprost z kokosa i rozkoszowałam się słońcem...
Dalej, spacerując licznymi uliczkami Choluli, co chwila natrafialiśmy na kotłujących się karnawałowych przebierańców, paradujących po mieście przy akompaniamencie wystrzałów z broni czarnoprochowej oraz radosnej muzyki. Szczególnie mocno podobały mi się przebrania z barwnymi podobiznami ludzkich wcieleń Popocatepetl i Iztaccihuatl. Mogłam w nieskończoność krążyć po Choluli, chłonąc jej jakże pozytywny klimat. W końcu jednak ponownie poczuliśmy głód i, wiedzeni ciekawością kolejnych pozycji z menu, wróciliśmy do La Casa Rua, w której to tego samego dnia spożyliśmy obfite śniadanie. Tym razem, mój Mąż zdecydował się na fajitas de pollo, czyli kawałki kurczaka w towarzystwie kolorowych papryk, cebuli i przypraw, zapieczone pod serem, podawane z tortillami. Ja zamówiłam sycącą sopa azteca, czyli zupę na bazie pomidorów z wkładem z awokado i kawałków tortilli. Pyszności! Jakże tęsknię za tymi smakami...
Spacerowaliśmy po Choluli jeszcze długo, lecz i tak nie skusiliśmy się na nocne szaleństwo. Wszystko dlatego, że kolejnego dnia o jedenastej godzinie miał przyjechać po nas Moises i mieliśmy ruszyć ponownie w góry. Czekały nas kolejne wyzwania. Wyspaliśmy się w pachnącej pościeli, a rano znów udaliśmy się na rynek celem skonsumowania śniadania. Niestety, byliśmy tam na tyle wcześniej, iż mało która restauracja była otwarta. Żałowałam, że nie zatrzymaliśmy się na jakimś ulicznym meksykańskim żarciu, bo podane nam w nieodwiedzonym wcześniej lokalu fajitas de pollo bardzo nas zawiodło. Zaserwowano nam je w europejskim stylu - z bułkami zamiast tortilli (!!!) i z pomidorowym sosem ledwo dorównującym przyprawowością polskim "pikantnym" ketchupom. Serce mi się krajało, na szczęście jeszcze miałam okazję dogodzić sobie w Meksyku lepszym jedzeniem. Ale o tym później... W kolejnym wpisie ponownie tematem przewodnim będą góry!
Spacerowaliśmy po Choluli jeszcze długo, lecz i tak nie skusiliśmy się na nocne szaleństwo. Wszystko dlatego, że kolejnego dnia o jedenastej godzinie miał przyjechać po nas Moises i mieliśmy ruszyć ponownie w góry. Czekały nas kolejne wyzwania. Wyspaliśmy się w pachnącej pościeli, a rano znów udaliśmy się na rynek celem skonsumowania śniadania. Niestety, byliśmy tam na tyle wcześniej, iż mało która restauracja była otwarta. Żałowałam, że nie zatrzymaliśmy się na jakimś ulicznym meksykańskim żarciu, bo podane nam w nieodwiedzonym wcześniej lokalu fajitas de pollo bardzo nas zawiodło. Zaserwowano nam je w europejskim stylu - z bułkami zamiast tortilli (!!!) i z pomidorowym sosem ledwo dorównującym przyprawowością polskim "pikantnym" ketchupom. Serce mi się krajało, na szczęście jeszcze miałam okazję dogodzić sobie w Meksyku lepszym jedzeniem. Ale o tym później... W kolejnym wpisie ponownie tematem przewodnim będą góry!
Lait Nougatine.
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe 7%, wanilia, lecytyna sojowa.
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe 7%, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 4,5 g.
Noir Nougatine.
Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 4,5 g.


































