niedziela, 20 marca 2016

Dolfin Lait Nougatine mleczna z karmelizowanymi orzechami laskowymi i Noir Nougatine ciemna z karmelizowanymi orzechami laskowymi


Dzisiaj przed Wami ostatnie egzemplarze z zestawu neapolitanek belgijskiej firmy Dolfin, który to otrzymałam od Olgi z livingonmyown.pl. Jako, że jestem wielką miłośniczką orzechów, od nugatowych wariantów oczekiwałam najwięcej. Niestety, rysunki na opakowaniach obu nugatowych wersji wprowadzają w błąd. Widzimy na nich zarówno orzechy laskowe, jak i migdały - natomiast w składzie występują jedynie te pierwsze. Mówi się trudno i żyje się dalej. Tuż po wypróbowaniu czystej mlecznej i mlecznej kawowej, sięgnęłam po mleczną nugatową miniaturkę.

Lait Nougatine, tak jak pozostałe mleczne warianty, zawiera 38% masy kakaowej. Ma ciepły brązowy kolor typowy dla mlecznych Dolfinów. W zapachu ponownie pojawiają się charakterystyczne kwiatowe perfumy, wzbogacone o delikatną nugatową mgiełkę. W smaku orzechy laskowe od razu się odznaczają. Zostały zatopione w czekoladzie w formie małych drobinek, które jednakże w żaden sposób nie zaburzają rozpuszczania się w ustach mlecznej czekolady. Mojemu Mężowi trafił się nawet jeden spory kawałek orzecha, naprawdę solidny w porównaniu do reszty maleństw. Przyznam, że kawa lepiej komponowała się z oryginalną perfumowością mlecznego Dolfina, toteż po wypróbowaniu przystępnej (lecz przeciętnej) Lait Nougatine, nadal w czołówce mlecznych neapolitanek z tego zestawu stawiam Lait Cafe.


Noir Nougatine o 60% zawartości kakao, po wyjęciu z opakowania nie sprawiała wrażenia tak bardzo starej jak pozostałe ciemne neapolitanki. Pachniała intensywnie dusznymi perfumami z orzechowym olejkiem, co wcale nie wydawało mi się kuszącym aromatem. Okazała się być chrupka i twarda jednocześnie, chyba najtwardsza spośród wszystkich. Niestety, nie aż tak stary wygląd okazał się być złudny. W smaku Noir Nougatine to starość do potęgi entej. Ta czekolada była po prostu niesmaczna - wiórowata, pozostawiająca posmak stęchłych orzechów. Aż dziwne, że czekolada z orzechami może nie smakować! Ufam, że ów wariant wypuszczony prosto z linii produkcyjnej jest smaczniejszy, ale w tym przypadku pozostawił po sobie niesmak. Zwłaszcza, że został próbowany jako ostatni ze wszystkich Dolfinów...

  
Powróćmy do o wiele przyjemniejszych rzeczy - dalszej relacji z naszych Walentynek spędzonych w meksykańskiej Choluli! Gdy już w końcu oderwaliśmy się od kawiarnianych stolików, obserwując wrzawę karnawałowego tłumu, udaliśmy się na targowisko Mercado De San Pedro w poszukiwaniu tutejszej czekolady. Koniec końców, zakupiliśmy jedynie ziarenka chia, a czekolady spróbowaliśmy... przy bramie kościoła Convento De san Gabriel. Meksykanka w średnim wieku handlowała ręcznie robionymi grubymi krążkami czekolady. Przeznaczone są one przede wszystkim do miksowania z mlekiem i podawania w postaci płynnej. Próbowałam kawałek takiej czekolady i hmm... konsystencją przypominała mi Zotter Cacao Nature 75% with Muscavado Sugar Crackers. Była wprawdzie od niej bardziej miękka i dużo słodsza, ale miała podobną niejednolitą konsystencję. Ktoś sobie nieźle szalał pracując na kamieniu metate. Wyrób nie przypadł mi do gustu, a że nie mam w zwyczaju pijać czekolady, nie zakupiłam egzemplarza dla siebie.





Wstępując po drodze do licznych sklepików z pamiątkami, dotarliśmy w końcu do stóp Wielkiej Piramidy w Choluli, będącej największą objętościowo piramidą na świecie. Jej aztecka nazwa to Tlachihualtepetl - Sztuczna Góra - i to sformułowanie naprawdę dużo o niej mówi. Gdy Hiszpanie dotarli do Meksyku w 1519 roku, był to po prostu zarośnięty szczyt. Aż wierzyć się nie chce, że tak potężny stożek to dzieło rąk ludzkich. Jeszcze przed Aztekami, budowaną ją dokładając kolejne warstwy, a w jej wnętrzu znajduje się sieć korytarzy. Dziś jedynie część piramidy jest odsłonięta. Na jej szczycie wybudowano kościół, jeden z wielu w Choluli. Zupełnie nie miałam ochoty na podziwianie tamtejszych kościołów wiedząc, z czym wiązało się "przywleczenie" chrześcijaństwa do Meksyku. Nie mówiąc już o tym, jak konkwistadorzy zmasakrowali samą Cholulę. Skupiłam się na monumentalnym wyglądzie samej Wielkiej Piramidy oraz na rozległych widokach, jakie się z niej rozciągały. Popijałam wodę kokosową wprost z kokosa i rozkoszowałam się słońcem...



Dalej, spacerując licznymi uliczkami Choluli, co chwila natrafialiśmy na kotłujących się karnawałowych przebierańców, paradujących po mieście przy akompaniamencie wystrzałów z broni czarnoprochowej oraz radosnej muzyki. Szczególnie mocno podobały mi się przebrania z barwnymi podobiznami ludzkich wcieleń Popocatepetl i Iztaccihuatl. Mogłam w nieskończoność krążyć po Choluli, chłonąc jej jakże pozytywny klimat. W końcu jednak ponownie poczuliśmy głód i, wiedzeni ciekawością kolejnych pozycji z menu, wróciliśmy do La Casa Rua, w której to tego samego dnia spożyliśmy obfite śniadanie. Tym razem, mój Mąż zdecydował się na fajitas de pollo, czyli kawałki kurczaka w towarzystwie kolorowych papryk, cebuli i przypraw, zapieczone pod serem, podawane z tortillami. Ja zamówiłam sycącą sopa azteca, czyli zupę na bazie pomidorów z wkładem z awokado i kawałków tortilli. Pyszności! Jakże tęsknię za tymi smakami...

Spacerowaliśmy po Choluli jeszcze długo, lecz i tak nie skusiliśmy się na nocne szaleństwo. Wszystko dlatego, że kolejnego dnia o jedenastej godzinie miał przyjechać po nas Moises i mieliśmy ruszyć ponownie w góry. Czekały nas kolejne wyzwania. Wyspaliśmy się w pachnącej pościeli, a rano znów udaliśmy się na rynek celem skonsumowania śniadania. Niestety, byliśmy tam na tyle wcześniej, iż mało która restauracja była otwarta. Żałowałam, że nie zatrzymaliśmy się na jakimś ulicznym meksykańskim żarciu, bo podane nam w nieodwiedzonym wcześniej lokalu fajitas de pollo bardzo nas zawiodło. Zaserwowano nam je w europejskim stylu - z bułkami zamiast tortilli (!!!) i z pomidorowym sosem ledwo dorównującym przyprawowością polskim "pikantnym" ketchupom. Serce mi się krajało, na szczęście jeszcze miałam okazję dogodzić sobie w Meksyku lepszym jedzeniem. Ale o tym później... W kolejnym wpisie ponownie tematem przewodnim będą góry!

 
 

Lait Nougatine.
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe 7%, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 4,5 g.

Noir Nougatine.
Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 4,5 g.

piątek, 18 marca 2016

Zotter G.Nuss.Tafel Trauben-Nuss biała nadziewana nugatem z orzechów laskowych z orzechami laskowymi, rodzynkami, nerkowcami i migdałami


"Welcome to Cholula" - obudziły mnie słowa Moisesa. Wcześniej, podczas jazdy samochodem z La Joya, tylko momentami otwierałam oczy. Byłam ciekawa kolejnych meksykańskich krajobrazów, jakie było nam dane mijać, lecz zmęczenie wygrywało. Dopiero w naszej Choluli moje oczy otworzyły się szerzej. To tu, zaledwie 15 km od dwumilionowego miasta Puebla, mieliśmy spędzić Walentynki, będące dla nas dniem regeneracyjnym. Tylko ja i mój Mąż.

Hotel, gdzie zazwyczaj HG Mexico rezerwuje miejsca dla swoich gości, był już całkowicie zajęty. Poszukiwanie innego lokum - hotelu Maria Sofia - gdzie ostatecznie zabukowano dla nas miejsca, zajęło nam trochę czasu. Moises krążył urokliwymi uliczkami Choluli, a my już obieraliśmy plan, gdzie też wybierzemy się dziś wieczorem, no i oczywiście gdzie ruszymy kolejnego dnia. W końcu dotarlismy do hotelu, pożegnaliśmy się z Moisesem (nie na zawsze!) i z dziką radością udaliśmy się pod prysznic.

Podczas rozpakowywania naszych manatków, postanowiliśmy sięgnąć po czekoladę. Trauben-Nuss to trzecia i ostatnia tabliczka z zotterowskiej serii G.Nuss.Tafel. Gdy kupowałam owe trio, właśnie w tym wariancie pokładałam największe nadzieje. Wszystko dlatego, iż już dawno temu urzekło mnie zdjęcie przekroju Trauben-Nuss zamieszczone w sklepie internetowym Zottera. Jest to najbogatsza pod względem składu tabliczka z tej kolekcji. Czy to będzie stanowić o jej sukcesie? Szkoda tylko, że posiadłam wersje z opakowaniami w starej szacie graficznej - nowe wydają się być atrakcyjniejsze.


W rzeczywistości, tabliczka zawodzi zdecydowanie zbyt małą zawartością bakalii. To widać już na pierwszy rzut oka. Zauważamy raptem kilka małych rodzynek, parę orzechów laskowych, z dwa ogromne nerkowce i... ani jednego migdała. Pomyślałam, że być może masa migdałowa została wtopiona wprost w czekoladę, ale nazwa produktu mówi o nugacie z orzechów laskowych. Migdały powinny występować tu w całości, tak jak nerkowce i część orzechów laskowych. Chyba zakupiłam wybrakowaną tabliczkę. Na linii produkcyjnej komuś się nie sypnęło...

Jak mniemam, wnętrze tabliczki to mleczna czekolada o podwyższonej zawartości kakao wzbogacona w masę z orzechów laskowych. Całość, wraz z zatopionymi w nugatową czekoladę bakaliami, polana została cienką warstewką białej czekolady. Wyglądało to całkiem ładnie, na pewno oryginalnie, ale taką małą ilość białej czekolady można traktować raczej jako ozdobnik, a nie element mający znacznie wpłynąć na odbiór kompozycji. Przynajmniej tak mi się wydawało przed poczynieniem pierwszego kęsa...


G.Nuss.Tafel Trauben-Nuss pachnie przecudownie, bardzo nugatowo i bardzo przyprawowo. Jest to naprawdę zapach nie do zapomnienia! Wystarczy spojrzeć na skład, by wszystko stało się jasne. Wanilia, kardamon, anyż, cynamon. To najmocniej doprawiona tabliczka z całego tria. O ile w Mandel przyprawowość w połączeniu z karmelem zdawała się być przystępna niemal dla każdego, tak tutaj jestem gotowa stwierdzić, że jej intensywność może komuś przeszkadzać. Jedno jest pewne - fani korzennych przypraw, na dodatek w czekoladowo-orzechowych połączeniach - będą zachwyceni!

 Przegryzając się przez całą czekoladę dominującym wrażeniem jest po prostu korzenny nugat z orzechów laskowych. Smakowity, oryginalnie i porządnie doprawiony, bardzo naturalnie orzechowy. Orzechowość podkreślona jest przez lekką paloność kakao. Konsystencją przypomina standardową deserową czekoladę - rozpuszcza się w ustach w sposób wyważony, nie zalewając totalnym aksamitem - ale za to w tym wypadku zalewając feerią smaków! Tak jak wspominałam, cienka warstwa delikatnej białej czekolady nie wnosi wiele do tak charakternej kompozycji, lecz wraz ze swoją słodyczą świetnie zgrywa się z przyprawami. Mimo wszystko, gdyby jej nie było, tabliczka prawdopodobnie niewiele by straciła. Prawdopodobnie... Bo może właśnie to delikatne przełamanie było kluczem do sukcesu?

Na pewno największym zawodem w G.Nuss.Tafel Trauben-Nuss jest dodatek bakalii. Rodzynki nie są wprawdzie karłowatymi suszkami, ale życzyłabym sobie, aby były ciut większe i bardziej soczyste. Jedynie ich ilość wydawała mi się wystarczająca. No dobrze, może liczba orzechów laskowych też się zgadza. W końcu znalazły się one również w czekoladowej masie, więc 11% składu jakoś by się uzbierało. Monstrualne, potwornie smakowite nerkowce - akurat po jednym dla mnie i dla Męża - biorąc pod uwagę ich niebiański smak również życzyłabym sobie ich więcej. A migdały? One zostały w moim egzemplarzu przemilczane, więc może i ja przemilczę tę sprawę... Ciekawe tylko, czy zmiana szaty graficznej opakowań równa jest bardziej pieczołowitemu przykładaniu się do rozmieszczania dodatków w czekoladzie.




 Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na miasto. Klucząc po uliczkach Choluli dotarliśmy na centralny plac. Z dala widać było słynną Wielką Piramidę, ale na nią mieliśmy się udać dopiero kolejnego dnia. Teraz priorytetem było dla nas znalezienie restauracji, gdzie zjemy coś dobrego i sycącego. Z racji, że rejon Puebla słynie z mole poblano, wiedziałam, że i tutaj muszę wypróbować tego specjału. Wcześniej już parę razy go próbowałam - potrawa podbiła moje serce. Czym jest mole poblano? Ogólnie rzecz biorąc, jest to czekoladowo-pomidorowy sos z ogromem przypraw pikantnych i korzennych, najczęściej podawany z kurczakiem. Dodatki do tego dania to meksykański ryż lub enchiladas. Przyznam, że mi najbardziej zasmakowały wersje z dodatkiem numer dwa. W pięknie urządzonej La Casa De Mixiote na migi dogadaliśmy się z kelnerami i zjedliśmy nasz pierwszy posiłek w Cholula. Straszne dla mnie było to, że pomimo tak długiej trasy zrobionej tego dnia nie byłam w stanie zjeść całej porcji... Moje zmęczenie było zbyt duże, potrzebowałam regeneracji. Tego dnia udaliśmy się spać dość wcześnie, pragnąc skupić się na Choluli kolejnego dnia. Zwłaszcza, iż widzieliśmy, co się szykuje...


Następnego dnia rano, przed wyjściem na miasto, urządziliśmy sobie degustację opisywanych już Dolfinów. Czułam, że po wyspaniu się, mój organizm będzie żądał nadrobienia kalorii... Na walentynkowe śniadanie udaliśmy się do Casa Rua położonej przy centralnym placu. Cholula leżąca na 2150 m n.p.m. tego dnia kąpała się w słońcu, więc oczekiwanie na naszą potrawę przegryzając nachosy z genialną zieloną salsą było czystą przyjemnością. Spokojne jeszcze miasto przygotowywało się do wielkiego wydarzenia - Karnawału. Tego dnia, do Choluli zjeżdżają się grupy muzyków z całego rejonu Puebla i Tlaxcala - jedynie po to, by bawić się, chwaląc lokalne tradycje! Jeszcze w cichej atmosferze celebrowaliśmy ogromne śniadanie. Jasny gwint, dlaczego ja nigdzie nie zapisałam nazwy tego dania? Kawałki przeróżnych mięs, podane z pastą fasolową, nopales (opuncją), cebulą, tortillami i zieloną salsą. Nie wiem, gdzie my to zmieściliśmy, ale właśnie takiej wyżerki było mi trzeba dzień po zdobyciu Izztaccihuatl!



Z racji, że boskie słońce coraz to bardziej raziło mojego Męża w oczy, po śniadaniu wróciliśmy na chwilę do hotelu po przeciwsłoneczne okulary. Po drodze minęliśmy sklep z ubraniami, gdzie od razu moją uwagę przykuła kolorowa tunika z Fridą Kahlo. Gdy ją przymierzyłam, mój Mąż ani chwili się nie zastanawiał - tego ciepłego dnia paradowałam już w nowej tunice, która stała się moją ulubioną rzeczową pamiątką z Meksyku. Stamtąd mieliśmy udać się pod Wielką Piramidę, ale... zachciało nam się kawy. Ruszyliśmy z powrotem na główny plac, tym razem wybierając inny lokal. Totalny relaks! Popijaliśmy kawę z kahluą i anyżem, przyglądając się, jak plac zaczyna tętnić karnawałowym życiem. Kolorowe stroje, nawiązujące do tradycji. Ogromny radosny hałas mieszających się dźwięków granych przez różne zespoły. Istna słoneczna gorączka! Wystrojone konie, ciągłe wystrzały, olbrzymia radość. Na dodatek odkryliśmy, że w naszym lokalu serwują meksykańskie piwa rzemieślnicze. Zarażeni atmosferą karnawału niezwłocznie przystąpiliśmy do degustacji. Obserwując radosną wrzawę nie mieliśmy wtedy ochoty nigdzie się ruszać! To się nazywają Walentynki!

Nie martwcie się, w kolejnym wpisie pokażę Wam cudowną Cholulę także w nieco mniej biesiadno-leniwej odsłonie! Zapraszam!

Jedno z próbowanych przez nas meksykańskich piw rzemieślniczych postanowiło przebrać się za Popocatepetl ;)


 



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe 11%, rodzynki 8%, nerkowce 4%, migdały 4%, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia, kardamon, anyż, cynamon.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 631 kcal.
BTW: 7/39/37

środa, 16 marca 2016

Dolfin Lait mleczna i Lait Cafe mleczna z kawą


Po degustacji niezbyt porywającego tria ciemnych neapolitanek Dolfin z dodatkami, przyszedł czas na wersje mleczne. Najpierw sięgnęliśmy po klasyka - pełną czekoladę mleczną - Lait. Miłym zaskoczeniem był fakt, iż zawiera ona więcej niż popularne 30% kakao. Mamy tu do czynienia z 38% zawartością masy kakaowej, lecz miazga kakaowa znajduje się dopiero na czwartym miejscu w składzie.

Wyjęta z opakowania nie wygląda tak staro jak ciemne warianty. Cechuje się dość głęboką barwą, całkiem atrakcyjną. Zarówno w zapachu, jak i w smaku, odczuwamy znaczną perfumowaną nutę, w kwiatowym tonie. Wszystkie uprzednio jedzone Dolfiny kojarzyły mi się z czymś perfumowanym, lecz w czystej mlecznej ów efekt zdaje się być jeszcze bardziej nasilony. Czekolada nie rozpuszcza się w ustach w mgnieniu oka, robi to powoli, lecz skutecznie i całkiem przyjemnie (choć z coraz to bardziej nasilającą się słodyczą). 

Dziwne jest to, iż nie wyczuwa się tu typowej głębokiej mleczności. Podwyższona zawartość kakao o perfumowanym zacięciu sprawia, że Dolfin Lait zdaje się być czymś przyprawiona. Nie wiem, jak ten specyficzny posmak zostałby przeze mnie odebrany, gdyby przyszło mi zjeść większą ilość tej czekolady. Nie była to prawdziwa rozkosz podniebienia, a raczej coś dziwacznego. Olga w swojej recenzji zidentyfikowała tu nutę marcepanową, co mi nie do końca pasuje, ale może trzeba by było iść dalej tym tropem.


Po klasycznej mlecznej przyszedł czas na Lait Cafe. Od poprzedniczki różni się ona jedynie dodatkiem kawy, zawartość masy kakaowej jest taka sama. Na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od wersji czystej, ale już jeden niuch pozwala ją rozszyfrować. Co za zaskoczenie! Owszem, jest to kawa - na szczęście autentyczna i przyjemna, o milion mil oddalona od Heidi Iced Coffee. Ponadto, prócz kawy czuć tutaj przyprawy. Tak, jakby dodano chili i nieco korzeni. Oczywiście w składzie widnieje tylko wanilia, cała reszta to iluzja.

Czekolada rozpuszcza się w ustach podobnie jak poprzedniczka, zostawiając na języku delikatne kawowe drobinki. Kawa zdecydowanie przejmuje stery w smaku i wydobywa z czekolady wyraźną mleczność, której brakowało mi w wersji czystej. Jest naprawdę bardzo kawowo, na jeden z najlepszych sposobów. Świetna, charakterna kawa zamieniła przeciętną mleczną czekoladę w coś naprawdę smacznego. Przyprawowość w zapachu ma swoją kontynuację w smaku - Lait Cafe smakuje jak naturalny kawowo-kakaowy napar z chlustem tłustego mleka, doprawiony chili, cynamonem, kardamonem i innymi cudami. Prawdopodobnie to wrażenie wynika z dziwnej perfumowości czekolad Dolfin, która na tle kawy zaczyna smakować właśnie w taki sposób. Zdecydowanie, uznaję Lait Cafe za najbardziej udaną z wszystkich wypróbowanych neapolitanek Dolfina (Zofija, chyba podzielasz moje zdanie?).







Dolfin Dolfinem, ale czas dokończyć relację ze zdobycia Iztaccihuatl! Po przeprawieniu się przez lodowiec, podążanie w stronę Los Pecho 5230 m n.p.m. przebiegało już w cudnym słońcu i przy świetnej widoczności. Z lewej w dali widziałam zdobyty już szczyt Nevado De Toluca, z prawej uśmiechała się do mnie również zdobyta La Malinche. Za nią stał majestatyczny Pico De Orizaba, którego szczyt był jeszcze przede mną i... zastanawiałam się, jak sobie z nim poradzę. Im bliżej Los Pecho, tym każdy mój krok okupiony był coraz to większą walką. Dziwne uczucie - kondycyjnie jest ok, nogi nie bolą, ale... każdy oddech jest jakby niepełny.

Jak widzicie na zdjęciach, droga z lodowca na Los Pecho była dość falista - naprzemienne podejścia i zejścia dawały mi w kość, po prostu brakowało mi oddechu. Po zdobyciu każdego wzniesienia musiałam przystawać, brać głębsze oddechy. Gdy do Los Pecho brakowało mi już tylko jedno takie zejście i podejście myślałam, że już nie dam rady. Usiadłam, bezradnie patrząc się w dal. Nawet proces myślenia był już jakiś przytłumiony. Moises podszedł do mnie i zupełnie spokojny dopingował mnie: "Jesteś już tak blisko! Tam na szczycie musimy uczcić moje urodziny! Napij się, zjedz coś - to Ci zrobi lepiej". No tak, z emocji zupełnie zapomniałam, że wypadałoby coś zjeść. Wcisnęłam w siebie banana, bo to jedyne jedzenie, które było w stanie mi wtedy przejść przez usta. Mój Mąż również nie czuł się najlepiej, ale jednak radził sobie dzielniej niż ja.

Tuż za nami podążał pewien Włoch wraz ze swoim meksykańskim przewodnikiem. Startowali z innego miejsca niż my i nie weszli w odpowiednim miejscu na właściwą trasę, dlatego nie spotkaliśmy ich wcześniej. Chciałam być choćby o parę kroków przed nimi na szczycie, co mobilizowało mnie do wytrwałego marszu. W końcu - JEST!!! Najwyższy punkt pięknej Iztaccihuatl zdobyty!




Trzy wulkany widoczne ze szczytu Iztaccihuatl: od lewej Cofre de Perote, Malinche, Pico de Orizaba.

Byłam najszczęśliwsza na świecie. Wybiła godzina 8:30 - dobry czas. Pogodę i warunki mieliśmy idealne. Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć i wzajemnych gratulacjach usiadłam na kamieniu i rozkoszowałam się chwilą. Nawet nie miałam siły, by zaśpiewać Moisesowi "Sto lat", choć on częstował nas urodzinowym ciastkiem. Pomimo zmęczenia tam na górze czułam się tak wspaniale, że chciałam, aby to uczucie trwało wiecznie. Spoglądałam na wydeptaną dalej drogę, w stronę Głowy Iztaccihuatl. Mało kto tam chodzi, ja zupełnie nie dałabym rady tego dnia - a jednak jakaś wewnętrzna siła pchała mnie dalej... Wariactwo! Oczywiście, po odpoczynku i świętowaniu zdobycia Izty, ruszyliśmy w drogę powrotną.

 

 

 

 

W miarę oddalania się od Piersi Izty, czułam się coraz lepiej. Raz, że znajdowałam się już niżej, a dwa - ciśnienie związane z pragnieniem zdobycia szczytu już opadło. Teraz, delektowałam się zupełnie odmienionymi widokami - słońce było już całkiem wysoko. Cały czas miałam też dobry widok na wspaniałego Popo, który jakby na cześć naszego sukcesu buchał salwami gęstego dymu. Będąc z powrotem na Brzuchu Izty o godzinie 10:00, czułam już tylko spokój, pełną harmonię. Byłam już na siłach by zjeść coś konkretniejszego, więc posiliłam się - a uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Warto wspomnieć, że podchodząc pod górę z lodowca w stronę Brzucha, wraz z Mężem zdecydowaliśmy się na założenie raków (w końcu po coś dźwigaliśmy je w plecakach). Myk, myk po lodzie i już byliśmy na górze. Za to Moises uparcie pchał się do góry po kamienistej części podejścia, co przypłacił kilkukrotnym zjazdem w dół. Przynajmniej mieliśmy więcej czasu na kontemplację widoków gdy czekaliśmy na niego, ha!



 Po dojściu do Kolan obraliśmy inną drogę powrotną do schronu Grupo De Los Cien. Była to bardzo komfortowa trasa, bo po prostu zsuwaliśmy się w dół po piargu. Oczywiście, każdy krok trzeba było przemyśleć, żeby nie zsunąć ze sobą większego kamienia - ale i tak zejście było wyjątkowo przyjemne.

Około 11:30 dotarliśmy pod schron. Jacyś mężczyźni przesiadywali na sąsiadujących skałach, pili wino i słuchali spokojnej muzyki - istna sielanka... Obejrzałam się za siebie na trasę, którą nad ranem podchodziliśmy na Kolana i... przeraziłam się. Zdałam sobie sprawę, dlaczego Moises wybrał dla nas inną drogę na zejście z Kolan. Maleńkie punkciki ludzkich ciał wspinały się po paskudnie stromej ścianie, ale żadne moje zdjęcie nie oddało wrażenia, jakie zrobiła ona na mnie na żywo. Wiadomo, to było normalne, niegroźne podejście bez konieczności stosowania zabezpieczeń, ale i tak wzbudzało respekt. Zwłaszcza ze świadomością, iż ufnie podążaliśmy tamtędy po ciemku za przewodnikiem.



Po powiększeniu zdjęcia na horyzoncie widoczny Nevado De Toluca.

Droga spod schronu do La Joya to już czysta trekkingowa przyjemność. Turystów pojawiało się coraz więcej, niemal wszyscy zaopatrzeni byli w śpiwory i karimaty. Była sobota, na niedzielne wejście szykowało się wiele osób. Zastanawiałam się tylko, jak Ci wszyscy ludzie pomieszczą się w schronie Grupo De Los Cien? Wymiana pozdrowień z miłośnikami gór z całego świata, wzajemne uśmiechy - to na nowo pozwalało mi docenić niezwykłą więź, jaka tworzy się między ludźmi w górach. Tam wszyscy stają się równi sobie.

Po dojściu do La Joya w końcu zrzuciliśmy z siebie zakurzone buty i stuptuty. Nareszcie zaśpiewaliśmy "Sto lat" Moisesowi. Dochodziła 14:00 - cała trasa zajęła nam trzynaście godzin. Czuliśmy się spełnieni, szczęśliwi! Spoglądałam na sylwetkę Izty i moje serce przepełniała miłość do tej góry... Wsiedliśmy do samochodu i gdy tylko Moises przejechał kilkaset metrów, od razu zasnęłam. A wiózł nas do miasta Cholula...


 Lait.
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 4,5 g. 

Lait Cafe
Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kawa, wanilia, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 4,5 g.

poniedziałek, 14 marca 2016

Heidi Summer Delight Iced Coffee ciemna nadziewana mlecznym kremem z kawą


Jeśli wczoraj czytaliście recenzję Olgi dotyczącą Heidi Summer Delight Iced Coffee, to możecie się spodziewać, że również ja nie będę szczędziła słów krytyki. Ostrzegam Was, że pomiędzy dzisiejszym opisem czekolady a relacją z górskiej wyprawy odczujecie spory dysonans - coś jak piekło i niebo. Z drugiej strony, Iced Coffee stała się bezpośrednią częścią naszego podejścia na Izztaccihuatl, więc wspomnieć o niej właśnie tutaj po prostu wypada.

Zarówno Citrus Sorbet, jak i Iced Coffee otrzymałam od Olgi. Wystarczyło spojrzeć na zawartość opakowań by wiedzieć, iż coś jest na rzeczy. Citrus Sorbet trafił do nas w ilości dwóch kostek, zaś z tabliczki Iced Coffee lwia część przypadła nam. Wiedziałam, że nie jest to olgowy akt hojności, a raczej desperacji. Gdy wyjęłam czekoladę ze sreberka, a ta samoistnie zaczęła kruszyć się w moich dłoniach pozostawiając na nich margarynowo tłusty film nadzienia - wolałam spróbować od razu choćby kostkę, aby dramatyczne doznania fundować sobie stopniowo.

Pierwsze podejście do Iced Coffee odbyliśmy więc jeszcze w Polsce, przed wylotem do Meksyku. Deserowa czekolada o 50% zawartości kakao miała dziwną, jakby chropowatą teksturę. Spod płaskiego aromatu udającego kakao, przebijała się jeszcze bardziej płaska woń popłuczyn po kawie z mlekiem, bardzo mocno posłodzonej. Źle, oj źle, ale spróbować trzeba było...



Kęs umieszczony w ustach nie za bardzo wie, co ma ze sobą zrobić. Nie chce się aksamitnie rozpuszczać - raczej uparcie przykleja się do podniebienia niczym zwilżona tektura. Czekolada sama w sobie, zgodnie z zapachem, jest potwornie płaska, nijaka, mdła. Gdyby nie cukier i tekturowatość stwierdziłabym, iż jest kompletnie bezsmakowa. Na takim kiepskim tle tym mocniej odznaczał się smak nadzienia, przez co konsumpcja stała się jeszcze trudniejsza...

Nadzienie to margarynowo-cukrowy krem, z plastelinowym zacięciem nieco mniejszym niż w Citrus Sorbet. Zamiast plasteliny, w tym wypadku mamy przede wszystkim karton. Karton, który wraz z posmakiem kilka razy rozcieńczonej wodą kawy rozpuszczalnej z niebotyczną ilością starego mleka i zwietrzałego cukru - wypisz wymaluj przypomina "mrożone kawy" do kupienia w kartonikach ze słomką. Napoje, które kawę mają w składzie daleko w tyle za cukrem i jakimiś odpadami. 


Całość jest obrzydliwie mdła i przykra. To obok Walnut Brownie najgorsza Heidi, jaką przyszło mi jeść. Resztę tabliczki zapakowałam do plecaka z myślą o zjedzeniu jej w pośpiechu gdzieś na górskim szlaku i z nadzieją, że jakoś przeżyję ponowne starcie z tym świństwem. Przeżyłam, ale o tym zaraz. Najpierw rozpocznijmy relację z ataku na Izztaccihuatl od godziny 00:01, dnia 13 lutego 2016.



Gdy o powyższej godzinie zadzwonił budzik, nie byliśmy ani trochę wyspani. W zasadzie, to dopiero jakąś godzinę temu w schronisku Altzomoni położonym na 4200 m n.p.m. zrobiło się względnie spokojnie. Teraz to my, zbierając się do drogi zaburzaliśmy sen wszystkim przybyłym tutaj po nas wspinaczom. Wstawiliśmy na gaz garnek z wodą, aby zrobić sobie śniadanie z liofilizatu oraz kawę i wyszliśmy na zewnątrz. Noc była cicha i ciepła, a niebo czyste i przepięknie gwiaździste. Wspaniała prognoza. Na dodatek nasz przewodnik Moises rzekł: "to będzie dobry dzień, dziś są moje urodziny"! Ah, po prostu wszystko musiało się udać! Byłam straszliwie podekscytowana, w niesamowicie pozytywny sposób.

Po śniadaniu wsiedliśmy do Nissana Moisesa i podjechaliśmy parę kilometrów do punktu wypadowego na Iztę - La Joya 3890 m n.p.m. Tam założyliśmy kaski, zapaliliśmy czołówki i spokojnym tempem ruszyliśmy przed siebie. Było około pierwszej w nocy. Raki nieśliśmy zapakowane w plecakach - trafiliśmy na wyjątkowo bezśnieżną jak na tą porę roku zimę na Izztaccihuatl. Śnieg miał nas czekać jedynie na położonym już powyżej 5000 m n.p.m. lodowcu, ale o tym później...

Na Iztę wchodziliśmy standardową trasą, której kulminacyjna część zwana jest La Arista Del Sol (Grań Słońca). Początkowe podejście było dość łagodne. Stopniowo, coraz to stromiej posuwając się do góry, mieliśmy dojść do wysokogórskiego schronu Grupo De Los Cien. Nim do tego doszło, pokonywaliśmy cztery tzw. okna, będące skalistymi siodłami pozwalającymi przejść na drugą stronę mijanych po drodze wierzchołków. Dzięki temu, naprzemiennie ukazywały się nam niesamowite widoki rozświetlonych miast Puebla i Mexico City. Małą próbkę takiego krajobrazu możecie dotrzeć na zdjęciu powyżej (powiększcie sobie, będzie wyraźniejsze).



Po pokonaniu każdego z okien stawałam się coraz to bardziej zmęczona. Było to zmęczenie zupełnie mi dotąd nieznane. Po prostu czułam, że nieco mnie mdli, a każdy krok muszę okupić głębszymi oddechami. W końcu dotarliśmy do schronu położonego na 4780 m n.p.m. Weszliśmy na chwilę do środka. Wewnątrz było dość duszno, a na piętrowych drewnianych półkach spali wspinacze pragnący nocą zaaklimatyzować się na większej wysokości niż Altzomoni. To właśnie tam, wśród chrapania i biegających po podłodze myszy, wyciągnęliśmy resztkę Heidi Summer Delight Iced Coffee. Poczęstowaliśmy ją Moisesa, w dwójkę nie poradzilibyśmy sobie z tą czekoladą. Ja zjadłam raptem dwie kostki i to chyba nawet nie całe. Czekolada po prostu gęstniała mi w ustach i czułam, jakbym miała przeżuwać ją w nieskończoność.

Po chwili odpoczynku rozpoczęliśmy podejście na Las Rodillas, czyli kolana Iztaccihuatl. Dobrze, że było ciemno i nie widziałam, jak strome jest podejście spod schronu, bo miałabym niezłego stracha. A tak po prostu podążałam równym krokiem za przewodnikiem. Podejście na Kolana po prostu rzuciło mnie na kolana. Dotarliśmy tam o 5:50 (fotka powyżej), a ja czułam się totalnie styrana. Stromizna dała o sobie znać, ale bardziej w kość dawała już wysokość. Las Rodillas liczą sobie ok. 5050 m n.p.m., a więc zdobywając je przekroczyłam po raz pierwszy barierę 5000 m. Na takiej wysokości jest już tylko 50% tlenu dostępnego na poziomie morza.



Popocatepetl widoczny z Brzucha Iztaccihuatl

Po chwili odpoczynku rozpoczęliśmy podejście na Las Rodillas, czyli Kolana Iztaccihuatl. Dobrze, że było ciemno i nie widziałam, jak strome jest podejście spod schronu, bo miałabym niezłego stracha. A tak po prostu podążałam równym krokiem za przewodnikiem. Podejście na Kolana po prostu rzuciło mnie na kolana. Dotarliśmy tam o 5:50 (fotka powyżej), a ja czułam się totalnie styrana. Stromizna dała o sobie znać, ale bardziej w kość dawała już wysokość. Las Rodillas liczą sobie 5010 m n.p.m., a więc zdobywając je przekroczyłam po raz pierwszy barierę 5000 m. Na takiej wysokości jest już tylko 50% tlenu dostępnego na poziomie morza.

Minuta na zaczerpnięcie głębszego oddechu siedząc na ruinach dawnego schronu - czas ruszać dalej! Znajdowaliśmy się już na głównej grani La Arista Del Sol i podążaliśmy w stronę Brzucha Izztaccihuatl - La Barriga. Horyzont powoli się rozjaśniał. W dali ukazały się nam sylwetki dwóch innych wulkanów: La Malinche i Pico De Orizaba. Za nami coraz to wyraźniej rysował się potężny Popocatepetl, uparcie wydobywający z siebie smugę dymu. Nie szło się łatwo, lecz niesamowita aura przedświtu pchała mnie na przód. Jeszcze trochę i staliśmy już na szczycie La Barriga. Dołączyliśmy tam do Meksykanów, którzy podeszli w to miejsce ze schronu Grupo De Los Cien. Oznaczało to, że byliśmy tego dnia jedynymi osobami, które tak wcześnie ruszyły na szlak. Brzuch Iztaccihuatl zdobyliśmy o samiutkim wschodzie słońca. Była godzina 6:40, a ja stałam na szczycie i płakałam ze szczęścia...


 

 

Cień Wielkiej Góry


 

Brzuch nie był jednak końcem naszej drogi. Nie jest on najwyższym szczytem Iztaccihuatl. Jak na leżącą kobietę przystało, najwyższym jej punktem jest Biust - El Pecho, mierzący 5230 m n.p.m. Aby go zdobyć, najpierw musieliśmy przejść przez lodowiec Iztaccihuatl, rozpoczynający się tuż za jej Brzuchem. Z La Barriga do niecki lodowca prowadził bardzo stromy fragment drogi, miejscami jeszcze kamienistej, a miejscami już zaśnieżonej. Zastanawialiśmy się nad założeniem raków, lecz koniec końców... po prostu zjechaliśmy w dół na tyłkach. Przez sam lodowiec w dobrych górskich butach szło się świetnie bez używania raków. Marsz lodowcem był dla mnie chwilą wytchnienia - idąc po płaskim niski poziom tlenu nie dawał się tak bardzo we znaki. Słońce stopniowo wznosiło się coraz wyżej, toteż z sekundy na sekundę zmieniały się krajobrazy widoczne dookoła. Wsłuchiwałam się w muzykę graną przez lód pękający od ciepła wchodzącego słońca i rozglądałam się dookoła, nie mogąc się nacieszyć niewyobrażalnym pięknem.

W końcu opuściliśmy lodowiec i dalej poruszaliśmy się granią, mając jako cel El Pecho. Kruche skały zdobiące wzniesienia pomiędzy brzuchem na biustem miały żółtawy odcień i pachniały siarką. Ów nieprzyjemny zapach w towarzystwie zapierających dech widoków nadawał naszej wspinaczce uroku wręcz kosmicznego, nie z tego świata. A to wszystko jedna i ta sama planeta Ziemia...

Opis wejścia na El Pecho 5230 m n.p.m. oraz zejścia z powrotem do La Joya 3890 m n.p.m. odnajdziecie już pojutrze w kolejnym poście. Zapraszam!


 




Powyżej i poniżej - w tle dymi Popo.

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, kawa 0,4%, ekstrakt z wanilii, aromaty: kawy ze śmietanką i espresso.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 110 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 578 kcal.
BTW: 5,8/36,7/56,2