piątek, 29 sierpnia 2014

Lindt Stracciatella mleczna nadziewana mlecznym kremem z kawałkami czekolady


Lindt Stracciatella jest ostatnią czekoladą z kolekcji Kuhl geniessen, która została nam do wypróbowania. Pojawiła się w sprzedaży najpóźniej ze wszystkich tabliczek z serii inspirowanej lodowymi deserami. Z tego co wiem, jeszcze nie jest dostępna w Polsce (ciekawe, czy będzie...). Jeśli widzieliście ją gdzieś w naszych sklepach - wyprowadźcie mnie z błędu :).

Stracciatellę zostawiliśmy sobie na ostatni dzień festiwalu w niemieckim forcie. Jedliśmy ją już bez zbędnego towarzystwa osób trzecich ;) i bez towarzystwa alkoholu. Ot, On i ja, cichaczem uciekliśmy z pola namiotowego, ze skitraną w kieszeni tabliczką czekolady. Imprezę już czas było kończyć, a cicha i spokojna kawa we dwójkę była najlepszym sposobem na łagodny powrót do rzeczywistości po festiwalowym harmidrze. 

 Nim przejdę do opisywania wrażeń smakowych, Lindtowi znowu należą się baty. Ponownie w nadzieniu mamy więcej tłuszczy roślinnych niż tłuszczu mlecznego. Halo, jeszcze niedawno Lindt potrafił zrobić nadzienia oparte na samym masełku! No ok, póki czekolada nie będzie mi śmierdzieć margaryną, mogę to uchybienie Lindtowi wybaczać (na szczęście widzę, że do takiej wady jest mu nadal bardzo daleko ;)).

Mleczna czekolada Lindta jak to mleczna czekolada Lindta ;) - pachnie niezwykle kusząco, ale ta tabliczka była w aromacie jakby jeszcze słodsza niż zazwyczaj. Warstwę czekolady bardzo łatwo było oddzielić od nadzienia, co jest właściwie unikatowe w tabliczkach Lindta o tym formacie. To w tym przypadku spora zaleta, bo mogę się tą pyszną mleczną czekoladą delektować z osobna - kiedy tylko zechcę. No i mogę zupełnie oddzielnie posmakować nadzienia :).

A nadzienie jest specyficzne. Ogółem całość jest bardzo słodka jak na Lindta, ale jest to nadal przyjemna słodycz. Mleczny biały krem wypełniający czekoladę jest rzeczywiście mlecznym kremem. Jego konsystencja jest genialnie kremowa, niczym gęsta słodka śmietana. No i w zasadzie w smaku faktycznie przypomina śmietankowe lody. Muszę przyznać, że ów krem bardzo przypadł mi do gustu. Szkoda tylko, że zatopionych w nim kawałków czekolady było w gruncie rzeczy niewiele. Mogły być również bardziej wyraziste. Słodki krem zdominował smak wnętrza tej czekolady, a wyraźniejsza nutka kakao odrobinę utemperowała by wszechogarniającą słodycz opisywanego dziś produktu.

Nie była to najlepsza tabliczka z serii Kuhl geniesen, ale pomimo paru uwag będę ją miło wspominać. Teraz w Magicznej Szufladzie mam jeszcze jedną tabliczkę Lindta, będącą wariacją na temat stracciatelli - ale na jej recenzję będzie trzeba jeszcze sporo poczekać.

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, laktoza, aromaty, ekstrakt słodu jęczmiennego.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 574 kcal.
BTW: 7/38/50

wtorek, 26 sierpnia 2014

Lindt Pink Explosion mleczna ze strzelającym nadzieniem malinowym



Seria Nice To Sweet You (lub jak kto woli: Hello, My Name Is...) to w każdej ze swych odsłon bardzo udana, coraz to liczniejsza rodzina produktów Lindta. Każda z próbowanych przeze mnie czekolad z tej kolekcji była wyjątkowa - jedne smakowały bardziej, inne mniej - ale wszystkie trzymały poziom. Przeglądając nową ofertę niemieckiego Lindta na lindt.de od razu rzuciła mi się w oczy Pink Explosion. Nie dostałam jednakże ślinotoku na jej widok (a takowy został wywołany chociażby na sam widok nazwy Apple Crumble ;)). Owszem, lubię maliny, ale totalnie nie wiedziałam, czego się po tej tabliczce spodziewać. Brak obrazu przekrojonej kostki na opakowaniu utrudniał mi wnioskowanie. Spotykając koniec końców Pink Explosion w niemieckim markecie nie wczytywałam się dokładnie w skład produktu, a i tak postanowiłam go zakupić. I tak naprawdę, dopiero po skosztowaniu pierwszego kęsa zrozumiałam, o co w tym wszystkim właściwie chodzi...

Decyzja o otwarciu Pink Explosion na niemieckim festiwalu była bardzo spontaniczna. Poziom glukozy we krwi mieliśmy już znacznie podniesiony po degustacji Erdbeer-Milchcreme, a jednak cała nasza trójka sącząca Berliner Kindl Weisse miała ochotę na prawdziwe insulinowe szaleństwo. Po otwarciu kartonika widzimy, że tabliczka otoczona jest wściekle różowym sreberkiem. Gdy je rozdarliśmy, od razu poczuliśmy przesłodką inwazję malin + jak zawsze cudny zapach mlecznej lindtowskiej czekolady. Efekt tego połączenia to w aromacie totalna landryna. Ale nie jakiś tani badziew z kiosku, tylko coś o wiele bardziej charakternego.

Bardzo byłam ciekawa, jak Pink Explosion wygląda w środku. Z uwagą przegryzłam więc pierwszą kostkę, a tam... rzeczywiście różowa eksplozja! Czekolada w środku wygląda przerozkosznie. Mamy dwie warstwy. Dolna część, jak pewnie się spodziewacie - jest częścią mleczną, o białej barwie. Górna część zaś... No wygląda obłędnie! Ma kolor soczystych świeżych malin, a jej konsystencja jest gładka i kremowa. Absolutnie nie jest to zbite nadzienie, ale na szczęście zdecydowanie trzyma się w ryzach i nie wylewa się nachalnie na zewnątrz. Smakuje pysznie, bardzo słodko, bardzo malinowo. Czyli ponownie słodycz do potęgi entej, ale taka z przytupem, z bajerem. No właśnie, apopros bajerów... Co jeszcze Pink Explosion ma w sobie wyjątkowego?

Moi mili - efekt "strzelania w ustach", dobrze znany z niektórych cukierków oraz limitowanych czekolad Milka - w życiu się nie spodziewałam, że Lindt sięgnie po taki chwyt. A jednak, pozwalając rozpuścić się w ustach kawałeczkom Pink Explosion spotykamy się właśnie w tym specyficznym uczuciem. Warto zaznaczyć, że jest to efekt o wiele bardziej subtelny, niż na przykład w Zozolach. I całe szczęście, bo zupełnie zaburzyłby on przyjemność smakowania pysznej mlecznej czekolady i ciekawego malinowego nadzienia. Tutaj "strzelanie w ustach" jest tylko małym dodatkiem extra, a nie gwoździem programu. Zaskakującym, lecz wyważonym dodatkiem - który czyni Pink Explosion jeszcze bardziej szaloną, dziewczyńską czekoladą. Podobało mi się :). Lindt sprawił mi niemałą niespodziankę.

PS Swoją drogą, jakże nieprzewidywalne są decyzje producentów. Na początku roku, ściągając niemiecki katalog Lindta w wersji pdf, w prezentacji serii Nice To Sweet You nie było żadnej wspominki o Pink Explosion. Zapowiadano za to... Green Explosion :D. Rzućcie okiem, jak wygląda okładka tej nieistniejącej w rzeczywistości tabliczki... Matko i córko, z czym miała być ta czekolada? :D (Link do katalogu na 2014 rok, seria Hello znajduje się na stronach 35-36)

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier inwertowany, tłuszcz mleczny, mleko skondensowane, śmietana, puree malinowe 1%, kawałki malin 1%, lecytyna sojowa, laktoza, sok wiśniowy, koncentrat soku cytrynowego, naturalne aromaty, wanilina, dwutlenek węgla, ekstrakt słodu jęczmiennego.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 542 kcal.
BTW: 6,5/33/54

niedziela, 24 sierpnia 2014

Lindt Erdbeer-Milchcreme mleczna nadziewana kremem truskawkowym i mlecznym


Myślicie, że dzisiaj opisywana czekolada zapoczątkowała degustacje tabliczek zakupionych w Innsbrucku? O nie! Nim sięgnęłam po pierwszy produkt z szalonych austriackich zakupów już zdążyłam zgrzeszyć. I było to grzeszenie z premedytacją. Bo jak można inaczej nazwać kupowanie kolejnych czekolad, gdy ma się już ich kilkadziesiąt w zapasie? :D

 Z racji corocznego wypadu na festiwal do naszych zachodnich sąsiadów, odwiedziłam niemiecki market, wspominany na blogu już nieraz. Efektem tych odwiedzin było 5  tabliczek Lindta w kieszeni... Mój Ukochany lamentował, że oszalałam, że kiedy my to wszystko zjemy... Jego narzekanie ucichło gdy okazało się, iż już na samym festiwalu zjedliśmy trzy z nich ;). Tak więc w najbliższym czasie spodziewajcie się trzech recenzji Lindta. Potem będzie już niemal tylko Innsbruck ;).

Muszę przyznać, że mój zakup w Niemczech był podyktowany nie tylko łakomstwem i czeko-zakupoholizmem. Męczyły mnie wyrzuty sumienia. W Austrii, tuż po wyjściu w pełnymi siatami ze sklepu R.Rajsigl, trafiłam do sklepu Lindta. Obeszłam półki wokoło i NIC nie kupiłam. Byłam wciąż obrażona na Lindta za serię Black&White i ciężko było mi się na coś zdecydować, choć miałam parę tabliczek na oku. Nadal ręce mi się trzęsły z podekscytowania po zakupach w R.Rajsigl i Lindt w tym momencie zupełnie na mnie nie działał. Gdy już ochłonęłam z emocji, poczułam, że go zdradziłam... Musiałam zadośćuczynić, musiałam ;) (booooże, jaka wariatka!!! :D)

 Historia zatoczyła koło. Erdbeer-Milchcreme należy do serii czterech czekolad, z której dotychczas próbowałam tylko jednej. Była to wyśmienita Zitrone-Buttermilch, kupiona dokładnie dwa lata temu również w Niemczech, zjedzona na terenie tego samego festiwalu. 

Erdbeer-Milchcreme jest z jeszcze jednego powodu tabliczką wyjątkową. Została zjedzona w bardzo nietypowych (jak dla nas) warunkach. Po pierwsze, do jej towarzystwa piliśmy nie tylko kawę, ale i Berliner Kindl Weisse. Kwaskowatość tego piwa zaskakująco dobrze komponowała się ze słodyczą nadziewanej czekolady. A właściwie to dwóch czekolad ;). Zaraz po Erdbeer-Milchcreme została otwarta jeszcze jedna tabliczka Lindta. Prawdziwa festiwalowa rozpuuuusta! Podsumowaniem nietypowych warunków degustacji niech będzie fakt, iż oprócz mnie i mojego Ukochanego uczestniczył w niej jeszcze jego kuzyn. A to naprawdę rzadka sytuacja, że dzielimy się czekoladą ;). 

Siedząc na ławeczce w promieniach sierpniowego słońca, każdy z nas po kolei zaciągnął się zapachem czekolady. Truskawka została rozpoznana od razu, nie do pomylenia z innym owocem - wyraźna i naturalna. Do tego oczywiście aromaty zwiastujące przepyszną mleczną czekoladę Lindta, którą tak uwielbiam.

Czekolada jak zwykle rozpływa się w ustach, zostawiając na podniebieniu aksamitny film, z idealnie wyważonego słodkiego duetu kakao i mleka. Dolna biała warstwa nadzienia, nazwana przez producenta mlecznym kremem - jest w rzeczywistości bardzo neutralna. Owszem, mamy tu mleczność, ale nie jest to coś szczególnie wyrazistego. Zdecydowanie ciekawsza jest górna warstwa. Ta część nadzienia ma blado-różową barwę, bogatą w drobinki truskawek. Czujemy tutaj prawdziwą soczystą truskawę, zatopioną w mlecznym koktajlu. Oj tak, mleczny koktajl truskawkowy to dobre porównanie. A takie wnętrze wprost musiało dobrze komponować się z pyszną mleczną czekoladą. Ona opiekuńczo otuli każde nadzienie ;).

W składzie należy przyczepić się przewagi tłuszczy roślinnych nad tłuszczem mlecznym. Bardzo nie lubię, gdy Lindt profanuje w swych nadzieniach masło, poprzez stosowanie znacznego udziału margaryny. Generalnie całość jest mocno słodka, ale jest to słodycz urozmaicona - nie czujemy czystego cukru, lecz właśnie ów owocowy koktajl w delikatnej kakaowej otoczce. Pomimo znaczniej dawki słodyczy, nasz apetyt na więcej nie został pohamowany ;). Po jakiego Lindta sięgnęliśmy tuż po Erdbeer-Milchcreme dowiecie się już wkrótce ;)

Skład: cukier, pełne mleko w proszku 19%, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne, odtłuszczone mleko w proszku 4%, tłuszcz mleczny, truskawki 1%, lecytyna sojowa, syrop glukozowy, laktoza, naturalne aromaty, koncentrat soku cytrynowego, ekstrakt słodu jęczmiennego, koncentrat z szafranu i rzodkiewki.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 565 kcal. 
BTW: 7,5/37/51

czwartek, 21 sierpnia 2014

Manufaktura Czekolady Przewrót Mleczny mleczna z palonym jęczmieniem


Pamiętacie recenzję czekolady Smoky Joe? Parę miesięcy temu, w efekcie kooperacji AleBrowaru, Pinty i Piwoteki Narodowej narodziło się piwo Przewrót Mleczny. I to właśnie do duetu z tym piwem Manufaktura Czekolady stworzyła kolejną czekoladę! :) 

Napaliłam się na tą tabliczkę jak szczerbaty na suchary. Zwłaszcza, że miała to być dopiero moja druga czekolada z Manufaktury. Niestety wiosenne przeładowanie pracą i uczelnią nie pozwoliło mi spróbować Przewrotu Mlecznej w wersji płynnej. Ale czekolady już nie odpuściłam! W lipcu, będąc w Setce dostrzegłam w lodówce kartonik, który czekał na mnie... Bez wahania kupiłam to 55-gramowe cacuszko.

Czekoladę Smoky Joe degustowaliśmy wspólnie z piwem, w tym przypadku jestem stratna... A sam Przewrót Mleczny to piwo nie byle jakie, lecz podwójny czekoladowy stout. Ale z drugiej strony, może dobrze, że go nie próbowałam - gdyby mi nie zasmakowało (choć stouty uwielbiam), zaburzyłoby mi przyjemność czerpaną z kosztowania czekolady. Jakoś muszę się pocieszyć, bo rzeczywiście jestem pewna, że w tym roku piłam kilka o wiele lepszych stoutów niż powyższy ;).

 Co łączy oba Przewroty Mleczne - piwo i czekoladę? Pozwólcie, iż przytoczę poniżej skład piwa. Najpierw oczywiście mamy wodę, a następnie słody: pale ale, pszeniczny, carapilis, wiedeński, czekoladowy pszeniczny. Dodano palonego jęczmienia, płatków owsianych i laktozy. Piwo przyprawiono chmielami Pilgrim i English Golding. No i na koniec, trunek leżakowano z ekwadorskim kakaowcem. Tak więc duet Przewrotów Mlecznych złączyło mleko (w piwie laktoza, w czekoladzie mleko w proszku), dodatek palonego jęczmienia, no i oczywiście KAKAO.

Jeśli chodzi o opakowanie, to jest to typowy dla Manufaktury kartonik przepasany papierową etykietą. W środku jak zwykle historia powstawania czekolad produkowanych w Manufakturze. Na etykiecie zabrakło mi wiadomości o zawartości kakao. Nie mam wątpliwości, że go nie szczędzono - a jednak konkretna informacja jest zawsze w cenie. Poza tym umieszczenie na etykiecie zdania "produkt może zawierać śladowe ilości mleka", podczas gdy w składzie jak byk widnieje mleko w proszku - jest totalnym absurdem.

Rozdzierając otaczającą tabliczkę folijkę już nie możemy się napatrzeć. Bardzo ciemna czekolada (bardzo ciemna jak na mleczną, oczywiście ;)) wygląda naprawdę oryginalnie. Od dołu została klasycznie podzielona na kostki, natomiast z wierzchu obficie posypano ją palonymi ziarnami jęczmienia. Uwielbiam sięgać po czekolady, w których eksperymentuje się z dodatkami. Przewrót Mleczny właśnie taki jest. Ale do samego jęczmienia powrócę za chwilkę...

...najpierw warto skupić się na mlecznej czekoladzie. Kakao jest tutaj mnóstwo i jest bardzo, ale to bardzo bogate. Mnóstwo w nim aromatów: palonych, kawowych, trochę owocowych - ale takich bardziej wytrawnie-owocowych. Mleko w proszku tą całą feerię kakaowej mocy jedynie lekko okrywa kołderką z rozpływającej się w ustach delikatności. Cukier, choć obecny w składzie na pierwszym miejscu, wcale nie czyni czekolady słodką. Po prostu pozostałe składniki mają w sobie tak potwornego smakowego kopa, że cukier staje się niczym. 

Natomiast palony jęczmień przynosi ze sobą intensywnie gorzkie nuty. Czuć tu mocną kawę, ciemne palone słody - no po prostu niczym w dobrym stoucie. Ziarna nie są przesadnie twarde - a raczej przyjemnie chrupiące. Przegryzane w tym samym momencie co czekolada, nadają jej jeszcze wykwintniejszego charakteru. Łagodność mleka w proszku, która mimo wszystko nadal przebija się przez całe bogactwo kakao - zostaje poprzez jęczmień jeszcze mocniej przełamana. 

Bardzo ciekawy, oryginalny produkt. To rzeczywiście jest Przewrót Mleczny - ekstremalna wariacja na temat mlecznej czekolady. Obalone zostaje przekonanie, że mleczna czekolada musi być anielsko subtelna. Tu było więcej piekiełka ;). Przez krainę dymu i sadzy przepłynęła strużka mleczka, dając zniewalający efekt.

Skład: cukier, ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, palony jęczmień.
Masa netto: 55 g.