niedziela, 18 marca 2018

Mashpi ciemna 65% Ekwador z kalamondyną


Mashpi to kolejna czekoladowa marka, której nie poznałabym, gdyby nie nasza podróż do Ekwadoru. Dostając oczopląsu przy czekoladowo-kawowych stoiskach na targu rzemieślniczym w Quito, zdecydowałam się na tylko jedną tabliczkę do Mashpi. Wybór padł na 40-gramową taflę o 65% zawartości kakao Nacional, z dodatkiem owocu, którego nazwa nic mi nie mówiła - kalamondyny. Jak się okazało, kalamondyna jest sztucznie otrzymanym cytrusem, powstałym w wyniku skrzyżowania kumkwatu z kwaśną mandarynką. Natomiast samo Mashpi ma swoją siedzibę całkiem niedaleko od Quito. Szkoda, że doczytałam to już po powrocie do Polski... Może zdołalibyśmy ich odwiedzić.

Co ważne, Mashpi uprawia kakao pośród prawdziwej bioróżnorodności ekwadorskiego lasu. Obok kakaowców rośnie mnóstwo innych roślin, w większości dających smakowite owoce egzotyczne. Niechybnie ma to wpływ na smak ziaren kakao. Zachęcam Was do odwiedzenia strony internetowej Masphi i obejrzenia filmików nakręconych na przepięknej plantacji (choć trudno nazwać to klasyczną plantacją).


Maleńka tabliczka podzielona na niewielkie kostki była na szczęście dość gruba. W przekroju dostrzec można było drobinki kalamondyny oraz znaczną surowość struktury. Po samym wyglądzie spodziewałam się szorstkości. Nasza Mashpi pachniała maślanką i skórką bliżej niezidentyfikowanego cytrusa. W smaku... najpierw narodziła się w mej głowie obawa, że to będzie kompletny niewypał. Najpierw poraziła goryczą, ale gdy po czasie przyzwyczaiłam się do jej dziwactw, poczęłam czerpać prawdziwą przyjemność.


Jej początkowa gorycz skojarzyła mi się z niedojrzałymi mirabelkami i nieco chemiczną ziołowością, jak w miętowych dropsach (pragnących być na siłę naturalnymi). Prędko ten miks dziwactw przerodził się po prostu w surowość kakao, nawet nieco podobnej do tej z Wao Yasuni. Naprawdę, wiele w niej było surowości. Jej struktura zdawała się być nawet nie tyle szorstka, co "glutowata", jakby niedostatecznie rozmieszana - ale mimo wszystko to po prostu jej pasowało.

Drobinki kalamondyny oczywiście odznaczały się w smaku. Były kwaskowate w sposób bardziej ziołowy, niż typowo cytrusowy, co stanowiło prawdziwą ciekawostkę. Odebrałam kalamondynę jako miks mandarynki z limonką, choć po czasie stwierdzam, że kumkwat też musiał wykonać solidną robotę - skoro kojarzyłam naszą Mashpi z masłem mandarynkowym, a takie odczucia budził we mnie również raz w życiu próbowany kumkwat. W połączeniu z surowym, dziwacznym kakao - Mashpi  zaoferowała nam zupełnie nowe doznania.


Kupując Mashpi z kalamondyną obawiałam się, że będzie to jakaś zwykła czekolada z kawałkami nijakich cytrusów. Tymczasem - nie da się porównać tej tabliczki do czegokolwiek innego. Ponadto, przy całej swej dzikości i specyficzności - została naprawdę solidnie zrobiona. Wielka szkoda, że nie kupiłam więcej czekolad od Mashpi. Eksploracja ich dzieł dostarczyłaby mi na pewno wielu zaskakujących doznań.


 Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, suszona kalamondyna.
Masa kakaowa min. 65%.
Masa netto: 40 g.

piątek, 16 marca 2018

La Naya Costa Rica Maleku ciemna 72%


Gdy ponad rok temu zaopatrzyłam się w sklepie Sekretów Czekolady w cały dostępny asortyment litewskiej marki La Naya nie spodziewałam się, że przygoda z tą firmą będzie tak intrygująca. W poprzednich recenzjach tabliczek La Naya nie raz rozpływałam się nad pomysłowością tych czekoladników. Nie będę się więc powtarzać, a skupię się na ostatniej z posiadanych przeze mnie czekolad od La Naya. Była to kolejna single-origin, tym razem z Kostaryki (kolejny kraj na liście moich wymarzonych miejsc do odwiedzenia). Dopisek Maleku przy nazwie oznacza rodzimy kostarykański lud. Choć nie jest to nigdzie wyszczególnione, całkiem możliwe, iż kakao użyte do powstania tej ciemnej 72-ki uprawiała któraś z asocjacji ludzi Maleku. Zwłaszcza, skoro całkowita produkcja kakao w Kostaryce obejmuje jedynie odmiany aromatyczne.


To zabawne, że jako ostatnią z single-origin La Naya wybrałam akurat tą, którą skojarzono ze słowem "zenosyne" - spokrewnionym z przemijaniem. Zenosyne to szybsze odczuwanie czasu wraz z upływem naszych przeżytych lat. Z wiekiem nasz umysł ma stawać się wrażliwszy na cykliczne zmiany natury. Jak napisali sami producenci czekolady, chcieli uchwycić to uczucie zamykając w Costa Rica Maleku delikatną ulotność chwili - aromat krótko żyjących kwiatów, nietrwałe jagody. Nawet opakowanie czekolady jest tak pięknie jagodowe, o tak... Barwa kartonika niesamowicie przyciąga wzrok.


Aromat okazał się mocno kwaskowaty i rzeczywiście skojarzył się z kolorem opakowania - przede wszystkim z intensywnymi czarnymi porzeczkami. W smaku o dziwo porzeczki nie wysunęły się od razu na pierwszy plan - najpierw do boju ruszyły pyszne jagody. Mnóstwo, mnóstwo jagód, po czasie nieco ulizane bitą śmietaną. Struktura czekolady była przy tym dość powściągliwa (choć gładka, ale nie obfitująca w masełkowość), co czyniło jagodowy smak dość statecznym i poważnym.

Dalej ukazały się kolejne nuty runa leśnego - pomyślałam o woni drobnych kwiatków oraz miąższu świeżo zebranych podgrzybków. Szczególnie owe kwiaty przywiodły na myśl las - ale las słoneczny, pełen przestrzeni między drzewami. Taki, po którym swobodnie można biegać bez ścieżek. Las wczesnym latem. W istocie, zrobiło się sentymentalnie.


Jagody z czasem delikatnie przemieniały się w stronę czarnych porzeczek, a bardziej konfitury z tych owoców, którą obłożono słodkawe ciasto naleśnikowe. Pod koniec, gdy smaki mocno już wysyciły podniebienie, pomyślałam również o wyśmienitym soku z jeżyn, pitym tak często w Ekwadorze.

Costa Rica Maleku raczy nas dość jednolitymi, jednoznacznymi nutami - lecz tworzą one piękny, spójny i oryginalny obraz. To czekolada wyrazista, choć mało dynamiczna. Piszę tę recenzję juz parę tygodni po degustacji (oczywiście posiłkując się notatkami), a jednak nadal bardzo dokładnie pamiętam jej smak. Powściągliwa, a mimo to chwytająca za serce.


Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 559 kcal.
BTW: 8/42/32

środa, 14 marca 2018

Wao ciemna 70% Ekwador Yasuni


Po przylocie z Ekwadoru szybko wpadłam w wir codziennych obowiązków. W pierwszy wolny weekend od naszego powrotu postanowiłam sięgnąć po jedną z wielu zakupionych na urlopie czekolad. Wybór padł na ciemną Wao Yasuni 70% nie tylko dlatego, że właściwie była już parę dni po terminie ważności. Ta tabliczka, zakupiona na targu rzemieślniczym w Quito, była naprawdę wyjątkowa. Większość ekwadorskiego kakao hodowana jest na zachodnim wybrzeżu kraju, natomiast Yasuni jest położonym na wschodzie państwa Parkiem Narodowym, obejmującym wilgotny las równikowy - na pograniczu Andów i Puszczy Amazońskiej. Ponadto, czekolada wykonana została na zlecenie firmy Bios przez Stowarzyszenie Kobiet Waorani z Ekwadorskiej Amazonii. Panie pracujące nad czekoladami Wao należą do indiańskiego plemienia Waorani (Huaorani), żyjącego właśnie w Yasuni.


50-gramowa tabliczka miała dość nietypowy wygląd. Podzielona została na drobne, lecz grube kostki, z których każda opatrzona została logo marki Bios (swoją drogą, marki o sporej tradycji wyrobu czekolad na ekwadorskiej ziemi). Zdawała się dość ciemna, nawet jak na 70% kakao. Najbardziej charakterystyczny, a przy tym zabawny był fakt, iż... tafla czekolady była nierówno wylana. To znaczy, iż poszczególne kostki cechowały się różną grubością. To miła ciekawostka, którą w przypadku produkcji przez jakąś renomowaną firmę uznałabym za wielki błąd. Tutaj jes to zupełnie inna historia. Tym bardziej, gdy ów wygląd połączyłam w zapachem.

Czekolada pachniała bowiem tak surowo, że momentalnie przypomniała mi o meksykańskich tabliczkach Maria Tepotzlan. Przywodziła na myśl surowe ziarna kakao, melasę oraz wilgotne czekoladowe ciasto. W smaku także nieustannie kojarzyła się z czekoladowym ciastem, a szczególnie z polewą. Przy tym sprawiała wrażenie sypkości, niczym przy zlepionym piasku. Wydawało się, iż panie Waorani nie operowały w ogóle masłem kakaowym (choć lecytynę sojową dodano - wiele czynników, w tym po prostu łopatologiczna metodyka wykonania, mogły wpłynąć na specyfikę tej czekolady).


Pomimo swej surowości i pewnej sypkości (licznych skojarzeń z wilgotnym piachem), jednocześnie zdawała się lekka i napowietrzana - a przy tym, paradoksalnie dość mocno odczuwało się ciężkość melasy. Kojarzyła się z pumeksem, zastygłą lawą. Co ciekawe, uznałam, że bardzo dobrze smakowałaby podana na gorąco do picia z dodatkiem chili. Myślę, że spisała by się również w woli polewy do dobrego ciasta z orzechami.

Wao Yasuni okazała się bardzo oryginalna i specyficzna. Nieustannie budziła moje skojarzenia z meksykańskim kakao i tamtejszymi czekoladami. Pewnie w dużej mierze zawdzięcza to dość pierwotnemu wykonaniu. Od chociażby Marii Tepotzlan dziś opisywana czekolada była jednak słodsza i... odrobinę balansowała na granicy kiczu. Gdybym nie znała wcześniej choćby wspomnianej już kilka razy Marii Tepotzlan, Wao prawdopodobnie mocno by mnie zszokowała, a może nawet w ogóle nie zasmakowała.


Wao Yasuni to czekolada-ciekawostka. Bardzo, ale to bardzo chciałbym spróbować czekolady z kakao z Yasuni w wykonaniu bardziej profesjonalnej manufaktury. Takiej, która stworzyłaby z tych egzotycznych ziaren tabliczkę w formie bardziej klasycznej. Ciekawe, jakie nuty otworzyłoby wówczas przede mną kakao z tego regionu? To wielka rzadkość, aby móc trafić na wyrób właśnie z tamtych ziaren... Kupiłam perełkę - na zwykłym straganie w Quito...


Skład: kakao, cukier, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 500 kcal.
BTW: 10/30/50

poniedziałek, 12 marca 2018

Mesjokke Stardust mleczna 45% Madagaskar Sambirano z solą i wanilią


Nasza wyprawa do Ekwadoru dobiegała już końca. 10 lutego zostawiliśmy sobie na cały dzień wypoczynku w Machachi, po wyczerpującym wejściu na Chimborazo. Leniwy poranek spędziliśmy w hostelu, powoli pakując się, a potem... degustując czekoladę w ogrodzie. W tak spokojnych warunkach postanowiłam sięgnąć po tabliczkę dotąd nieznanej mi, holenderskiej marki Mesjokke. W swej ofercie mają jedynie 4 czekolady, z których każda jest interesująca i... przepięknie opakowana. Całą czwórkę zakupiłam w sklepie Sekretów Czekolady, a dziś opisywana Stardust, zarówno jeśli chodzi o nazwę jak i projekt opakowania - jest spośród nich bodajże najbardziej pociągająca. Cudowna!


Stardust jest wyjątkowa w każdym calu. Zawiera w sobie 45% ziaren kakao z Madagaskaru. Na drugim miejscu w składzie znajduje się cukier muscavado z Mauritius. Poza tym mamy oczywiście mleko w proszku oraz francuski kwiat soli La Guerande (znany już z Domori Lattesal). Całość doprawiono wanilią.

Czekolada charakteryzowała się jasną barwą, jakby sugerującą z góry cytrusowe klimaty odczuwalne w smaku. Pachniała właśnie lekko cytrusowo, z wyraźną sugestią nabiałową - nie tylko mleczną, ale i ukwaszoną - ot, w końcu to Madagaskar! W przekroju szorstkawa, lecz... w ustach rozpuszczała się uwalniając pełną głębię. Niby podobnie, jak w tabliczkach Manufaktury Czekolady, ale jednak inaczej.



Wraz z ciekawą strukturą zalewającą buzię uderza nas wysoka kwaśność - cytryn, limonek, kefiru, zsiadłego mleka. Było też odrobinę ziemistości, ale mocno przełamanej mlekiem. Madagaskar nie do podrobienia! Słodycz jest tu przy tym bardzo umiarkowana, surowa, palona - cukier muscavado robi swoje. Prędko do gry dołącza się również sól. Okazuje się bardzo wyrazista. Sól niesamowicie komponuje się z tłustym mlekiem i specyficznym kakao. Gdy dodamy do tego jeszcze lekko perfumową wanilię, Stardust przypomina do złudzenia... smak erotycznie spoconej skóry.

Stardust kryje w sobie wiele ciekawych, niebanalnych nut. Na pewno nie można nazwać jej klasyczną mleczną czekoladą. Cieszę się, że usiedliśmy do niej na spokojnie, niespiesznie kontemplując jej dziwactwa. Intryguje mnie, czy pozostałe propozycje od Mesjokke okażą się równie wyjątkowe...

Takie oto urocze jagniątko towarzyszyło nam podczas degustacji Mesjokke Stardust :)


Karnawał w Machachi! Muzyka, gwar, śmiech... i wojna na farby, pianki, jaja, wodę! Wystarczy wejść w rozbawiony tłum by po chwili... stać się pomalowanym! Dumnie nosiłam moje barwy wojenne aż do końca dnia ;)


...także pijąc sok z borojó w ulubionej "soczkowni"...

...oraz opowiadając na targu o tym, jaki w Polsce ugotowano by wieeelki tradycyjny bigos z tak ogromnej kapusty!


Chcąc nieco odpocząć od radosnego zgiełku, udaliśmy się do dzielnicy San Miguel del Pedregal, położonej u samych stóp wulkanu Pasochoa - tam, gdzie zaczyna się andyjski las. Szukaliśmy spektakularnego wodospadu, który miał się gdzieś tam znajdować... Znaleźliśmy dwa, ale małe. Małe, ale własne! :)

Syciłam wzrok zielenią...




Po powrocie do centrum Machachi przekonaliśmy się, że obchody ostatniej soboty karnawału przybrały już bardziej oficjalną formę. To był nasz ostatni wieczór w Machachi... Rano kolejnego dnia wyjechaliśmy do Quito.


W Quito zostawiliśmy bagaże w hostelu, w którym nocowaliśmy na początku naszego wyjazdu. Cały dzień spędziliśmy na spacerach po spokojnym, niedzielnym mieście. Oczywiście nie obyło się bez pożegnalnych litrów pysznych egzotycznych soków. A wieczorem... pożegnaliśmy Ekwador i odlecieliśmy do domu...

Kolejna przygoda życia za nami! Już na zawsze w nas...

Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier muscovado z Mauritius, kwiat soli z La Guerande, mleko w proszku, wanilia, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa. 
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 80 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 547 kcal.
BTW: 10/40/36