środa, 10 maja 2017

Idilio Origins 12imo Finca Torres ciemna 72%


Z Kolumbii przenosimy się do Wenezueli! Sięgnięcie po kolejną tabliczkę szwajcarskiej marki Idilio Origins, zakupionej w sklepie Sekretów Czekolady, było dla mnie ogromną przyjemnością. Wcześniejsze trzy degustacje wystarczyły, by manufaktura korzystająca wyłącznie z wenezuelskiego kakao totalnie zawładnęła moim sercem, przenosząc mnie w niezwykłe miejsca.

12imo Finca Torres to następna czekolada Idilio Origins zawierająca 72% kakao, poddana konszowaniu trwającemu 40 godzin. Tym razem kakao pochodzi z wioski Choroni leżącej w stanie Aragua, na wybrzeżu Morza Karabiskiego. Tam, wśród bujnych lasów deszczowych, Idilio Origins posiada swoją plantację Hacienda Torres, nad którą pieczę trzyma pasjonat Vincente Fuentes. Tabliczka z ziaren z tej plantacji została nagrodzona srebrem Academy of Chocolate w 2011 roku.



Nasza tabliczka okazuje się być dość jasna, o ciepłej barwie z bordowymi przebłyskami, a przy tym matowa i aksamitna w dotyku. Łamie się z głośnym, dźwięcznym trzaskiem. Aromat czekolady jest delikatny, lecz głęboki i na swój sposób rozgrzewający. Od pierwszej chwili skojarzył mi się z lekkim sernikiem pełnym owoców podanym w towarzystwie doskonałej kawy. W woni tej mnóstwo było przestrzeni i świeżości.


Czekolada aksamitnie rozpuszcza się w ustach, pozostawiając jednak subtelny pyłek, przywołujący na myśl drobną warstewkę cukru pudru. Od samego początku uwodzi nas kawową goryczką. To ona wychodzi na pierwszy plan i zostaje z nami już do końca. W zasadzie im dalej w las, tym staje się bardziej intensywna, aż do przejścia w esencjonalne espresso z grubą warstwą uwodzicielskiej kawowej pianki. Kawa gra w Finca Torres pierwsze skrzypce, lecz sernik z owocami znany ze sfery zapachu również pojawi się w bukiecie smaków. Teraz już wiem, że to on został podany do towarzystwa dla kawy, a nie odwrotnie.


Aksamitny, lekki sernik pokryty został maślaną, delikatną kruszonką oraz przyprószony cukrem pudrem. W jego wnętrzu mieści się mnóstwo owoców. Odnajdziemy jędrne i soczyste rodzynki. Pojawią się również miąższyste, aromatyczne brzoskwinie. Zwróciłam szczególną uwagę także na śliwki - te jednak zdają się funkcjonować solo, aż wyobraziłam sobie miąższ przekrojonej na pół dorodnej fioletowej śliwki, jeszcze nieprzejrzałej. Generalnie sugestie producenta co do nut smakowych w przypadku Finca Torras mocno zbiegają się z moimi opiniami.


W porównaniu do innych Idilio Origins, Finca Torras zdaje się być dość poważna i stateczna, spokojna. Nie wiąże się to wcale z jej nudnością, o nie! To po prostu relaks w eleganckiej, starej kawiarni, w której wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Nie jest to jednak europejska kawiarnia, pełna tłoku, wciśnięta gdzieś pomiędzy bank a supermarket. To kawiarnia w wenezuelskiej wiosce. Zadbana, prowadzona z sercem. Siedzę przy stoliku wystawionym na jej froncie i wpatruję się w dziką przyrodę okalającą spokojną wioskę, tak daleką od zamieszek odbywających się obecnie w większych miastach kraju. Na dworze nie jest ani za zimno, ani za ciepło - jest idealnie. Wykwintna goryczka, a dalej kwaśność kawy pieści każdą moją komórkę, zaś mleczna i owocowa słodycz ciasta wprowadza nowe, barwniejsze nuty. Dziękuję Idilio Origins za kolejną niesamowitą podróż, tak prostą i wyjątkową zarazem.


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 80 g.

niedziela, 7 maja 2017

Cacao Hunters Magdalena ciemna 71%


Po eksploracji kolumbijskiego regionu Arauca w interpretacji Cacao Hunters, przenosimy się do depertamentu Magdalena, którego nazwa wywodzi się od przepływającej tamtędy rzeki. Na terenie miasta Aracataca, miejsca urodzenia światowej sławy pisarza Gabriela Garcii Marqueza (twórcy realizmu magicznego) - Cacao Hunters korzysta z dobrodziejstw szkoły kakao Macondo. To właśnie z tej plantacji pochodzą ziarna, z których wykonano dziś opisywaną tabliczkę - Magdalena 71%.

Szkoła kakao Macondo pozwala kultywować lokalną tradycję jednocześnie dając możliwość rozwoju żyjącym w Aracataca społecznościom. Cacao Hunters obiecuje, że zgodnie z duszą Aracataca odnajdziemy w tabliczce Magdalena 71% mnóstwo magii. Czekolada ma nam zaprezentować szereg nut  czerwonych owoców jagodowych, cytrusów i brązowego cukru. Po niebywale cytrusowych tabliczkach z regionu Arauca miałam nadzieję, że w Magdalenie odnajdę też nieco czegoś innego.



Barwa Magdaleny 71% była praktycznie identyczna jak Rio De Oro. Gdybym pomieszała tabliczki podczas wykonywania zdjęć, miałabym problem z ich identyfikacją po samym wyglądzie. Czekolady te jednakże znacznie różniły się aromatem. Magdalena pachniała lekko i świeżo niczym powiew bryzy docierający na słoneczną plażę. Czułam, jakby me nozdrza wypełniała woń słonej, morskiej wody. Zaraz po tym skojarzeniu wyraźnie zidentyfikowałam kokos, a w zasadzie wodę kokosową. Pojawiło się też nieco ananasa. Toż to prawdziwe Karaiby!


Cienka tabliczka zdaje się być delikatna i mocna zarazem, łamiąc się z tak szlachetnym trzaskiem. Magdalena 71% tak jak poprzedniczka posiada boską, aksamitnie-gliniastą konsystencję, wypełniającą całą buzię. Również kwaśność jest tu na wysokim poziomie, jednak nie okazuje się być tak szokująca i zniewalająca jak w Rio De Oro. Nie odnajdziemy tu tyle surowości, a za to pojawia się więcej słodkich nut. Magdalena staje się dla nas o wiele bardziej łaskawa.


Jeśli mowa już o surowości, jedną z przewodnich nut wypływających z gładkiego czekoladowego filmu jest świeży miąższ kokosa oraz woda kokosowa pita wprost z wydrążonego owocu. Rześka miętowa sugestia stojąca tuż za kokosem intensyfikuje plażowe skojarzenia, które pojawiły się już w sferze zapachu. Subtelną słodycz, która czule pieści nasze podniebienia, wraz z Mężem przyrównaliśmy do soczystego ananasa. Pinacolada jak byk, tyle że pozbawiona alkoholowych akcentów. No chyba, że nie do końca oczywistą kwaskowatość (nie na tyle ordynarną jak w Rio De Oro) zidentyfikujemy jako rum.


Kwaśność Magdaleny w najprostszej linii kojarzyła mi się jednak z niedojrzałymi jeżynami, jeszcze twardymi i czerwonymi. Śmietankowy film rozprowadza te bogate, słoneczne nuty po całym podniebieniu. W Magdalenie rzeczywiście było coś bajkowego. Czym innym, jak nie bajką można nazwać przedzieranie się przez kwaskowato pachnący busz pełen niedojrzałych jeżyn, by zostać uderzonym rześką bryzą na tropikalnej plaży - po chwili pijąc już chłodną pinacoladę. Cacao Hunters, jaką Kolumbię mi jeszcze pokażesz?


Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 71%.
Masa netto: 28 g.

czwartek, 4 maja 2017

Zotter Gingerbread mleczna 35% z orzechami laskowymi i przyprawami korzennymi z dyskiem z nugatu z orzechów nerkowca z pieprzem


Po krótkiej przerwie czas dokończyć relację z wielkanocnego wypadu w Gorce. Czekolada, którą zostawiliśmy sobie na powrót do domu, bardziej pasowałaby do śnieżnej aury dnia poprzedniego niż barwna Mango + Wild Berries, no ale akurat wówczas nie zapakowałam jej do plecaka. Mitzi Blue Gingerbread należy jeszcze do bożonarodzeniowej serii Zottera (ja zakupiłam ją oczywiście poprzez biokredens.pl), jednakże jestem tak wielką fanką przypraw korzennych, że piernikowe smaki są dla mnie dobre o każdej porze roku.

Gingerbread zjedliśmy w Lany Poniedziałek w samochodzie, po spacerze z Rabki na Królewską Górę i Grzebień, podążając w kierunku ZOO Safari Borysew. Tabliczka składa się z dużego dysku z mlecznej czekolady o 35% zawartości kakao, w którym to zatopiono kawałki orzechów laskowych. Przyprawiono go także tajemniczą mieszanką przyprawy do piernika oraz kardamonem (hmm, kardamon przecież też może wchodzić w skład przyprawy do piernika, nie wiem dlaczego producent wyszczególnił tylko ten składnik zupełnie osobno). Mały dysk jest nugatem z orzechów nerkowca, który również przyprawiono - tym razem pieprzem.



Gingerbread jest dla mnie doskonałym przykładem na to, jak wiele można wyciągnąć z tak często nieporęcznego kształtu i charakteru Mitzi Blue. Całość pachnie obłędnie - obezwładniająco słodkim i aromatycznym miksem mleka, kakao, orzechów i przypraw. Jak tylko przypomnę sobie tę woń, od razu cieknie mi ślinka. Myślę, że niejedna korzenna Handscooped mogłaby pozazdrościć tego aromatu naszej Mitzi Blue.

Duży dysk okazuje się być przepyszną, zotterowską mleczną czekoladą, gdzie mleko i kakao spotykają się w połowie drogi, tworząc zgrany i uzupełniający się duet. Rozkosznie słodka, aksamitnie rozpuszczająca się masa pieści podniebienie czymś jeszcze - feerią korzennych przypraw, cudnie pasujących do dobrej mlecznej czekolady. Żeby nie było za mało - kompozycję dopełniają chrupiące kawałki pysznych orzechów laskowych, naturalnie intensywnych w smaku. Super sprawa!



To mleczna czekolada stanowi tutaj przewagę zarówno gramaturową, jak i smakową. Mały dysk stanowi kropkę nad i oraz smakowite dopełnienie - dokładnie tak powinny wyglądać Mitzi Blue! Nugat z orzechów nerkowca jest zaskakująco wyrazisty jak na te bądź co bądź łagodne orzechy, zdaje się być niezwykle esencjonalny i miąższysty. Pomysłowo zastosowany tutaj pieprz tak niesamowicie podkręca nerkowce, iż nugat zdaje się być 100% masłem z tych orzechów, jedynie z lekką mleczną nutą.

Bezprzecznie uznaję Gingerbread jako jedną z moich ulubionych Mitzi Blue. Urzekła mnie swoją kompleksowością. Włożono w nią najwięcej, jak tylko się dało. Aż chce się wracać do tej słodko-korzennej kompozycji. Oby Zotter wymyślał jak najwięcej tak udanych i bogatych Mitzi Blue!







Zdjęcia powyżej przedstawiają widoki z wieży na Gorcu, wspominanej w poprzednim wpisie. Niestety nie załapaliśmy się na podziwianie Tatr.




Powyżej - powrót z Gorca na Przełęcz Przysłop w Lubomierzu.

A tu już Lany Poniedziałek - spacer z Rabki na Królewską Górę i Grzebień - za nami Luboń Wielki.

Widok z Grzebienia na Rabkę Zdrój - w oddali Babia Góra.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 19%, miazga kakaowa, orzechy laskowe, orzechy nerkowca 4%, przyprawa do piernika 0,5%, słodka serwatka w proszku, sól, wanilia, pieprz, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, kardamon, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon.
Masa kakaowa min. 35%.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 595 kcal.
BTW: 8/43/43

poniedziałek, 1 maja 2017

Cacao Hunters Rio De Oro ciemna 73%


Nim pojawi się ostatni wpis relacjonujący wielkanocny wypad w Gorce, zarządzam małą przerwę. W ostatnich recenzjach pojawiało się mniej lub więcej Kolumbii, toteż nadal pozostaniemy w tym klimacie. Z wyprawy do Kolumbii przywiozłam głównie czekolady dwóch rzemieślniczych marek, a jedną z nich jest Cacao Hunters. Na blogu pojawiła się już recenzja tabliczki tej marki - mowa o Arauca 70% - jedliśmy ją jeszcze w Bogocie. Mając chęć na kolejne kolumbijskie doznania, postanowiłam w Polsce w pierwszej kolejności sięgnąć po inną czekoladę od Cacao Hunters pochodzącą z regionu Arauca, leżącego przy granicy z Wenezuelą.

Rio De Oro zawiera 73% kakao zebranego na plantacjach okalających meandry rzeki Arauca. Ta 28-gramowa tabliczka według producenta charakteryzuje się "tajemniczymi nutami miodu, nerkowców i mandarynek". Cytrusy, miód i orzechy nerkowca z łatwością odnalazłam w Arauca 70%, spodziewałam się więc, że Rio De Oro będzie w dużej mierze podobna do pysznej Arauca. Tym czasem dziś opisywana tabliczka niezmiernie mnie zaskoczyła...



Swoją drogą szkoda, że nie wszystkie czekolady od Cacao Hunters są tak pięknie opakowane jak Rio De Oro 73%. Solidny, ciekawie zdobiony kartonik z licznymi informacjami wewnątrz jest o wiele bardziej atrakcyjny od ubogiego opakowania chroniącymi m.in. Arauca 70%. 

Tabliczka wydaje się być miękka i bardzo delikatna, choć łamie się z głośnym trzaskiem. Pachnie tak, jakby została wyperfumowana mandarynkowym olejkiem. Niesamowity aromat mandarynek miesza się z gładkim maślanym kremem. Na etapie wąchania bardzo ciężko mi było stwierdzić, co w smaku pokaże nam Rio De Oro. Spodziewałam się jednak, że zaoferuje nam przede wszystkim słodycz. Cóż innego mogłabym oczekiwać po tak intensywnie mandarynkowym preludium?


Przejście z zapachu do smaku jest szokujące i spektakularne. Wraz z gliniastym aksamitem czekolady uderza nas z całą mocą kwaśność, typowa dla kakaowych nibsów, dla surowego ziarna. Surowa, roślinna kwaśność, pełna ziołowych nut skojarzyła mi się z meksykańskimi czekoladami, takimi jak niedawno degustowana Cacao Nativa. Ziołowy kwas sugerowałby obecność kawałków ziaren kakao, jednak czekolada jest niebywale aksamitna (mój Mąż natrafił wprawdzie na jakieś dwie twardsze grudki, ale nie miały one znacznego wpływu na odbiór całości). Zderzenie idealnie uładzonej konsystencji z dzikim, pierwotnym smakiem wprawia w zachwyt i niedowierzanie. To kakaowa dzikość uformowana w idealnie gładką taflę, dopieszczoną w sposób zupełnie niesurowy. Myślę, że gdyby czekolada liczyła sobie więcej niż 28 g, ta wyrazista ziołowa kwaśność mogłaby stać się zbyt przytłaczająca.


Specyficzna kwaśność zdecydowanie dominuje w Rio De Oro 73%. Dopiero później, gdzieś w tle, pojawiają się tak doskonałe w zapachu mandarynki. Gładka konsystencja czekolady sprawia, iż mamy wrażenie, jakby dostało się tu nadzienie wykonane z mandarynkowego smoothie. Zrobiono je z dużych, jednak nie do końca dojrzałych mandarynek - to znaczy nie z tak obłędnie słodkich i soczystych, jakich fanami jesteśmy w Polsce. Oprócz mandarynek odnalazłam również nuty pomelo i grejpfruta sweetie. Miód i nerkowce? Owszem, ale w Arauca 70%. Rio De Oro masakruje kubki smakowe czymś zupełnie innym. Słodkie smaki są tu generalnie dość nikłe, co grzebie moje przypuszczenia nasuwające się po początkowym powąchaniu czekolady.


Rio De Oro 73% okazała się jedną z tych tabliczek, którą bardzo ciężko będzie zapomnieć. Była niezwykła, nietypowa, wyrazista w taki sposób, do jakiego nie za bardzo jesteśmy przyzwyczajeni. Pokazała nam bogactwo kolumbijskich krain - choć w Arauca 70% było również sporo kwaśnych nut, Rio De Oro uwypukliła je ze szczególną mocą, szaleńczo dziką.

Dla kontrastu, tego samego dnia postanowiliśmy spróbować jeszcze innej czekolady od Cacao Hunters. Na recenzję musicie jednak jeszcze chwilkę poczekać...



Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 73%.
Masa netto: 28 g.