czwartek, 7 lipca 2016

Pralus Sao Tome & Principe Forastero 75% ciemna

 Źródło: gourmetboutique.com

Choć czekolad francuskiej marki Pralus nie pojawiło się dotąd wiele na moim blogu, to jestem zdeterminowana w postanowieniu, aby wypróbować cały ich asortyment. Po pierwsze dlatego, że w obu próbowanych dotąd tabliczkach urzekła mnie ich niebywała kremowość w połączeniu ze znaczącą prażonością. Po drugie - możliwość porównania wielu czekolad single-origin wykonanych przez jednego producenta jest dla mnie zawsze bardzo kusząca, bo pozwala nauczyć się wiele o kakao konkretnego pochodzenia. Po trzecie - na blogu Kimiko jest już gęściej jeśli chodzi o wyroby Francois Pralus, a jej recenzje narobiły mi jeszcze większego smaka.

Moim marzeniem jest przede wszystkim wypróbowanie pełnowymiarowych, stugramowych tabliczek Pralus, jednak występowanie poszczególnych single-origin także w mniejszych rozmiarach sprawia, że czasem w moje ręce bonusowo wpadnie pralusowe maleństwo (oczywiście dzięki Piotrowi z Sekretów Czekolady! Dzięki!). Tak było w przypadku trzech rodzajów neapolitanek (5 g), które otrzymałam podczas wizyty w Łodzi. Choć przy tak małej ilości czekolady zawsze mam wrażenie, iż coś mi w niej umknie, mają one niezaprzeczalną zaletę. Bez problemu można na nich urządzić degustację porównawczą z innymi czekoladami. Dziś przed Wami czekoladka z kakao Forastero wyhodowanego na wyspach Sao Tome & Principe - pozostałe dwa maleństwa pojawią się w kolejnych dniach.



W porównaniu do dwóch pozostałych neapolitanek, Sao Tome & Principe zdaje się być najciemniejsza, z licznymi podpalanymi akcentami, a do tego odrobinę błyszcząca (niemal w oleisty sposób). Taką samą oleistość dostrzegła Kimiko w swojej recenzji. Choć ona zwróciła uwagę na słodki, śliwkowo-rodzynkowy aromat, moje odczucia były nieco inne. Przede wszystkim zwróciłam uwagę na wilgoć drewna, mokrą korę, sklejkę. Odnalazłam tu mnóstwo drzewnych aromatów, bardzo mrocznych. Gdzieś w tle majaczyła szczypta pieprzu. Prócz drzewa i pewnej aromatycznej paloności, zapach zdawał się być zapowiedzią słodyczy, głębokiej i ciemnej. W istocie, gdybym miała szansę dłuższego obcowania z tą czekoladą, zapewne dalej doszukiwałabym się owocowych nut, szczególnie w kategorii owoców ciemnych i soczystych.


Łamiąca się z trzaskiem neapolitanka, uwodząca swym głębokim brązem - w buzi tworzy niesamowite błoto, słodkie i ciastowate. Rozpuszczając kęs w ustach najpierw pomyślałam o ciepłej masie do ciasta, a potem o rozgrzanym błocie w lesie. Pomimo swej błotnistości, czekolada i tak zdaje się być chrupka, a przez to zawadiacka. Jest bardzo aromatyczna. Spod gęstego i gładkiego błota przychodzi do nas miód doprawiony pieprzem. Obcujemy z mokrą palonością, niosącą ze sobą dozę kawowo-ziemistej goryczki.


To zdecydowanie są błotno-ziemiste klimaty, wręcz asfaltowe, a przy tym słodkie w sposób miodowo-syropowy, soczysty. Można doszukać się tutaj nut owoców o jakby podpalonych skórkach, jedzonych gdzieś na granicy przejrzałości - śliwek, wiśni, granatu, nieco przesuszonych z wierzchu daktyli. Na końcu pojawia się w ustach akcent pieprzno-cynamonowy, połączony z kremowym rozchodzeniem się na całym podniebieniu. Do głosu dochodzi również lekka kwaskowatość czegoś przypalonego (jak np. przyczerniały spód od ciasta). Mimo tego czekolada pozostawia wrażenie soczystości (oraz gorąca!), a przewijająca się nieustannie kremowość w unikalnym połączeniu z palonością zdaje się być dla mnie czymś typowym dla czekolad Pralusa.


Choć nie było w tej czekoladzie nic wielce szokującego ani niesamowicie wyszukanego, to jednak mam nadzieję, że za jakiś czas uzupełnię jej recenzję po wypróbowaniu tabliczki stugramowej. Co na pewno mogę przyznać - z innymi próbowanymi czekoladami z Sao Tome (Michel Cluizel Vila Gracinda oraz Morin Sao Tome Uba Budo) łączy ją wilgotna oleistość. Pozostałe nuty są już w przeważającej mierze odmienne.

Skład: ziarna kakao z Sao Tome, cukier, czysty tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 75 g.
Masa netto: 5 g.

wtorek, 5 lipca 2016

Menakao Fruity & Bright ciemna 63% z pomarańczą i żurawiną


Droga powrotna z Beskidu Wyspowego do Poznania trwała na dobre. Tym razem, w przeciwieństwie do pierwszej tegorocznej majówki, obawiając się spóźnień nie zatrzymaliśmy się na żadne zwiedzanie po drodze. Jedynym dłuższym postojem była przerwa na obiad pod Wrocławiem. Dzień był dość ciepły, a ja w plecaku miałam jeszcze jedną czekoladę, której nie udało nam się zjeść podczas wędrówek. Mowa o ostatniej z nowości od Menakao (zdobytej dzięki Sekretom Czekolady) - ciemnej tabliczce o 63% zawartości madagaskarskiego kakao, wzbogaconej o owoce pomarańczy i żurawiny. 

Po zakupie kawy na stacji benzynowej skusiliśmy się na otwarcie czekolady, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Ciepło już zaczęło dawać się tabliczce we znaki. Jej poziom roztopienia utrzymywał się jeszcze w granicach przyzwoitości, a każda minuta zwłoki poddawałaby w wątpliwość jakikolwiek sens przeprowadzania degustacji. Kostki i tak już niebezpiecznie szybko topiły się w dłoniach. Wybaczcie brak sensownych zdjęć, ale czekoladę po prostu musieliśmy na gwałt ratować (co w tym przypadku oznaczało bardzo prędkie jej skonsumowanie).


Klasycznie dla Menakao zabarwiona tabliczka (z czerwonymi przebłyskami) tym razem została od spodu posypana sporymi owocami żurawiny, podanymi w całości. Ku mojemu zdziwieniu, kawałków pomarańczy doszukać się nie mogłam, choć czekolada wyraźnie pachniała również tym owocem. W liście składników doczytałam, iż mamy tu do czynienia jedynie ze skórką pomarańczową. Przypuszczam, że została ona zmielona i wtopiona w czekoladową masę. Zresztą, bardzo ciekawe jest dla mnie połączenie akurat tych owoców w tabliczce od Menakao. W końcu nuty czerwonych owoców oraz cytrusów są niebywale charakterystyczne dla tej madagaskarskiej marki (czy dla madagaskarskiego kakao w ogóle). Dodanie tu pomarańczy i żurawin zdaje się być zupełnie nieprzypadkowe i głęboko przemyślane.

Tak, aromat czekolady sam w sobie jest mocno żurawinowo-pomarańczowy, oczywiście z ziemistymi i kefirowymi nutami, lecz dodatek owoców zdecydowanie podkręca pierwszą z nut. Robi to na tyle mocno, iż czekolada pachnie nam niemal mazurkowo. Przypuszczam, że ów aromat może odrzucić część konsumentów. U nas skojarzenia z wielkanocnym mazurkiem były bardzo silne, szczególnie przez wzgląd na charakterystyczną woń skórki pomarańczowej. W zapachu kompozycja sprawia wrażenie bardzo słodkiej, ponownie po części pozbawionej typowej dzikości Menakao, znanej z poprzednich wersji ich czekolad.


Jak możecie zauważyć na zdjęciach ukazujących przekrój przez kostki, owoce żurawiny zostały umieszczone również wewnątrz tabliczki. Przyznam, że wybrano tutaj naprawdę nienagannej jakości okazy. Były jędrne i soczyste, a nie lepkie od cukru i tłuszczu (a takie suszone owoce żurawiny można najczęściej kupić w naszych sklepach). Smakowały autentycznie żurawinowo - dominowała w nich cierpkość i kwaskowatość, choć nie zabrakło również przyjemnej słodyczy. Życzyłabym sobie, aby w każdej czekoladzie z bakaliami reprezentowały one co najmniej taką jakość.

Jak wspominałam już wcześniej, skórka pomarańczowa w mojej opinii stała się jednością z czekoladową masą. Po pierwszym kęsie oceniłam to posunięcie jako błąd. Mazurkowość wyczuwalna w zapachu, w smaku pojawiła się ze zdwojoną siłą. Naturalna cytrusowość madagaskarskiej czekolady została na siłę wyeksponowana przez niemal przesadnie intensywną pomarańczową skórkę. Jej mocny smak zdawał się tłumić wszystko to, co jeszcze można by wyciągnąć z samej czekolady. Typowa ziemistość i kefirowość, gorąca paloność - majaczyły gdzieś w tle, ale ani razu nie wybiły się na pierwszy plan, nawet w finiszu. Gdy dodamy do tego fakt, iż generalnie nowe Menakao są dość mocno uładzone, w dużej mierze pozbawione dawnej dzikości - nie odczuwam z tej degustacji zbyt dużej satysfakcji. Chyba dopiero po Fruity & Bright jednoznacznie zdałam sobie sprawę, iż Menakao nie cieszy mnie już tak, jak kiedyś...


I choć intensywny owocowy smak wypełniał moje usta przez dalszą podróż do domu, nie była to napawająca dziką energią feeria madagaskarskich smaków. Fruity & Bright była zbyt prosta, zbyt mało złożona, w pewien sposób blada. Gdybym nie rozsmakowała się we wcześniejszych dokonaniach Menakao, pewnie by mnie to usatysfakcjonowało. Nie tym razem. Kiedyś dostałam więcej, więc nadal wymagam więcej.

Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier trzcinowy, czysty tłuszcz kakaowy, żurawiny, skórka pomarańczowa, olejek pomarańczowy, lecytyna słonecznikowa.
Masa kakaowa min. 63%.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 597,5 kcal.
BTW: 11/41,82/44,28

niedziela, 3 lipca 2016

Zotter Dark Cuvée 70% with Small Nibs ciemna 70% z nibsami kakaowymi


29 maja był naszym dniem wyjazdu z Beskidu Wyspowego. Jak na złość, pogoda rano była bardzo obiecująca. Nie mogliśmy się jednak za bardzo przejmować. Trzeba było zacisnąć zęby, spakować manatki i po prostu jechać do domu. Nim wsiedliśmy do auta, najpierw trzeba było uświetnić pożegnanie z górami jakąś pyszną czekoladą.

Kupaże dotąd interesowały mnie w mniejszym stopniu niż czekolady single-origin, dlatego gdy Dark Cuvée 70 % with Small Nibs pojawiła się w ofercie Zottera nie zamówiłam jej w pierwszej kolejności (w przeciwieństwie do np. Cacao Nature 75% with Muscavado Sugar Crackers). Koniec końców skusiłam się na nią (i zdobyłam ją oczywiście za pośrednictwem
biokredens.pl), trudno bowiem nie zwrócić uwagi na tak elektryzujące opakowanie. Jako, że postacie umieszczone na okładkach serii Zotter Labooko niemal zawsze odzwierciedlają charakter czekolady, byłam potwornie ciekawa, co zaoferuje mi tajemniczy pan w czerni.


Według opisu znajdującego się wewnątrz opakowania, Dark Cuvée 70 % with Small Nibs to bardzo delikatnie rozpuszczająca się ciemna czekolada z zatopionymi wewnątrz drobną i chrupiącą kakaową śrutą wysokiej jakości. Czekolada powstała na skutek połączenia kilku rodzajów aromatycznego kakao (producent nie przybliża nam dokładnego składu kompozycji), konszowanych wraz z surowym cukrem trzcinowym przez 20 godzin. Prażone ziarna kakao (nibsy) umieszczone w tabliczce zostały mocno rozdrobione (co wzbudzało moje wątpliwości - czy aby na pewno nie staną się wchodzącymi w zęby przeszkadzajkami?). Subtelna czekolada wraz z chrupkimi nibsami miała tworzyć spójną, lecz pełną przeciwstawności kompozycję. Jak osobiście ją odebraliśmy?


Po rozpakowaniu dwóch 35-gramowych tabliczek z firmowych złotek od razu urzekła mnie ich niesamowita, głęboka barwa. Sprawiały one wrażenie wręcz mokrych, niebywale soczystych. Kryły w sobie mnóstwo fioletowo-granatowych refleksów, tak cudnie prezentujących się w wiosennym słońcu. Kolor czekolady jednoznacznie kojarzył się z kolorystyczną tonacją opakowania, co po raz kolejny dowodzi, jak bardzo przemyślane grafiki wykonuje dla Zottera Andreas H. Gratze.

W tym miejscu chciałam zatrzymać się jeszcze na moment. Dark Cuvée 70 % with Small Nibs wybrałam na naszą pożegnalną degustację przede wszystkim dlatego, iż nasza nowa towarzyszka górskich wypraw - Weronika - podczas naszych czekoladowych wędrówek zdążyła już całym sercem pokochać dodatek kakaowych nibsów. Kosztowała ich w Surovital z jagodami goji i nibsami, Valrhona Noir Guanaja Cocoa Nibs oraz Menakao Bold & Intense. Dziś opisywany Zotter był chyba ostatnią czekoladą z kruszonym ziarnem kakao jaki posiadałam w Magicznej Szufladzie.



Zapach momentalnie upoił mnie swym bogactwem. To cała feeria kwiatów i owoców, trudna do opisania, rozmienienia na drobne. To po prostu świeżość i soczystość bujnego ogrodu. Niesamowite, jak bardzo owa woń zgrywała się z faktem, iż czekoladę degustowaliśmy w ogrodowej altanie, pośród śpiewu ptaków. Tak żywy zapach zapowiadał mocne uderzenie w kwestii smaku, toteż nie czekając dłużej włożyłam do ust pierwszy kawałek.

Wystarczy chwila ciepłych pieszczot językiem, by czekolada bosko rozpuściła się, tworząc idealne, gęste i aksamitne błoto. Niebywale aksamitne! Miałam wrażenie, że gdyby nie drobne nibsy trzymające w ryzach konsystencję całej kompozycji, przez to niebiańskie błotko totalnie odleciałabym, zatopiłabym się w nim po samo dno.



Czekolada jest przede wszystkim uroczo słodka i maślana. Najpierw wydaje się, iż nie ma tu ani trochę kwasu i goryczy, lecz potem ukazuję się one nam, ale w najbardziej przystępnych formach - kwaśność wywodzi się z owocowości, zaś gorycz z posmaku kawy. Gorycz w dużej mierz pochodzi również z nibsów, na które natrafiamy, gdy czekolada już całkowicie się rozpuści. Stanowią one spory kontrast w stosunku do niewyobrażalnie błogiej czekolady. Są one bardzo drobne, jednak nie posiadają zbyt ostrych krawędzi. Wiele z nich zdaje się być przepalonych, zbyt mocno podprażonych, przez co sprawiają wrażenie gorzkawej skorupy. Powtórzę, iż bez nich czekolada była by błoga do potęgi entej, wręcz niebezpieczna w tej błogości. Trudno mi wydać ostateczny osąd co do zasadności obecności nibsów w tej kompozycji, szczególnie w takiej a nie innej formie.

Skupmy się teraz na samej czekoladzie, bo prócz niebiańsko aksamitnej konsystencji posiada ona jeszcze wiele innych walorów. W smaku przypomina ona najpierw soczyste owoce zamknięte w maślanej otoczce, jak w jakimś dobrym cieście. Mamy tutaj brzoskwinie, pomarańcze i truskawki. Wszystkie idealnie soczyste i jędrne, żywe! Celebrowałam smak tego niezwykłego owocowego deseru, gdy w pewnym momencie poczułam słodkie młode trawy kołyszące się na rześkim wietrze, wtopione gdzieś pomiędzy żwawy strumień a żywiczny las, ogrzewane z góry łechcącymi promieniami radosnego słońca. Zdałam sobie sprawę, że bogaty i głęboki smak tej czekolady idealnie odzwierciedla to, co wąchałam przez całą naszą majówkową wyprawę w Beskid Wyspowy. To taka upajająco słodka łąka pełna przeróżnych roślin. Woń, od której aż kręci się w głowie. Może to dla Was niewyobrażalne, ale byłam jeszcze bardziej zachwyconą tą czekoladą od momentu, gdy zdałam sobie sprawę, że Zotter zamknął w jej smaku zapach naszej górskiej wycieczki. To nie mógł być przypadek, iż na jej degustację wybrałam akurat ten dzień. Przecież to prawdziwa czekoladowa magia!



Zotter Dark Cuvée 70 % with Small Nibs mogę z czystym sumieniem polecić każdemu. Nawet, jeśli źle ocenicie udział kakaowych nibsów, fundujących mnie samej mieszane doznania - to na pewno zakochacie się w samej czekoladzie. Zotter stworzył wyjątkowe dzieło. Muszę na dobre przeprosić się z kupażami. Umiejętne dobranie mieszanki ziaren zdaje się być jeszcze większym przejawem kunsztu, niż stworzenie smakowitej single-origin, gdzie charakterystyka konkretnego kakao "sama robi robotę", oczywiście przy odpowiedniej ich obróbce. Pozostaje mi tylko zastanawiać się, cóż to za kakaowy miks tak zawładnął moim sercem?

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, nibsy kakaowe 7%, sól.
Masa kakaowa min. 70%.
Czas konszowania 20 godzin.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 534 kcal.
BTW: 8,4/41/32

piątek, 1 lipca 2016

Valrhona Blanc Ivoire Raspberry biała 35% z malinami


Podczas podchodzenia na Cichoń z Przełęczy Słopnickiej upatrzyliśmy sobie miejsce na kolejną degustację czekolady. Łąka leżąca na skraju lasu wyrastającym na zboczu Cichonia zdawała się idealną lokalizacją zwłaszcza, że oferowała odrobinę cienia przy pięknych widokach - a ponieważ słońce już nieźle grzało cień był niezwykle cenny. Rozłożyliśmy się na trawie i wpatrując się w potężną Mogielicę - wyciągnęliśmy czekoladę.


Czas skonsumować ostatnią Valrhonę z zestawu z dodatkami, który zakupiłam na lotnisku w Madrycie. To biała czekolada z malinami, o całkiem imponującej zawartości tłuszczu kakaowego, a mianowicie 35%. Czy po raz kolejny doświadczę naprawdę dobrej białej czekolady? Jak wypadnie dodatek malin, które naprawdę różnie potrafią spisać się w czekoladzie? Miałam w głowie wspomnienie boskiej białej karmelowej Blond Dulcey od Valrhony i marzyłam, by Blanc Ivoire była choć w połowie tak smaczna jak ona.


Po rozpakowaniu tabliczki naszym oczom ukazuje się upstrzona malinowymi drobinkami tafla o kremowym zabarwieniu, przypominającym bardzo tłustą śmietanę. Co ważne - malinowe drobinki to w istocie strzępki suszonych (bądź liofilizowanych) malin, a nie jakieś chemiczne wynalazki o malinowym smaku. Ani ich barwa, ani aromat - nie zostały podkręcone dodatkowymi barwnikami czy aromatami. Zresztą, sam zapach czekolady już nam mówi o autentyczności składników. Malinowa nutka jest bardzo delikatna i naturalna, a pierwsze skrzypce gra słodka i pełna woń śmietankowo-maślanej czekolady z waniliowym muśnięciem.


Choć Valrhona Blanc Ivoire Raspberry nie wstrząsnęła mną jak Blond Dulcey, albo jak niedawno próbowane białe czekolady innych prestiżowych marek - to był to kawał solidnie wykonanej roboty. Czekolada gładko i aksamitnie rozpuszczała się w ustach, niosąc ze sobą znaczną, lecz wyważoną słodycz. Była to słodycz mocno śmietankowa, a dopiero potem maślana. Ta smakowita prostota okraszona była wanilią. Rozpuszczający się kęs sprawiał wrażenie masywnej białej konstrukcji, wrażliwej na ciepło. Nie wiem, jak taka dość oblężniczo zachowująca się słodka biała masa odebrana by była przez nas, gdyby nie dodatek malin.


Ciężko mi było w to uwierzyć, ale dodanie tutaj akurat malin było strzałem w dziesiątkę! Maliny były tak świetnie spreparowane, że smakowały niemalże kubek w kubek jak świeże owoce. Odnalazłam tu cały charakterystyczny malinowy bukiet, z typową dla siebie kwaskowatą świeżością i uwodzicielską perfumowaną słodyczą. Taka prawdziwa malina świetnie przełamywała słodycz i tłustość białej czekolady. Po prostu sprawiła, że produkt nie był przesadzony, nie ciążył w żadną ze stron, nie przytłaczał. Maliny naprawdę mocno podniosły walory czekolady oraz jej przystępność. Co ważne dla osób mających problem z malinowymi pestkami - tutaj ich nie spotkałam.


W końcu osiągnęliśmy szczyt Cichonia. Zdziwieni, zastaliśmy na nim niezłe zamieszanie - dwa zaparkowane samochody terenowe przy których krzątało się kilku mężczyzn. Po chwili okazało się, że mieliśmy niebywałe szczęście. Była to ekipa z odkryjbeskidwyspowy.pl, która właśnie stawiała tabliczki z oznakowaniem szczytów na naszej trasie. Zamieniliśmy kilka zdań czekając, aż zamontują tabliczkę na Cichoniu, po czym zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia pamiątkowe. Roześmiani, ruszyliśmy dalej w stronę Przełęczy pod Ostrą.

Widok na Modyń z okolic Przełęczy pod Ostrą


Po dość stromym podejściu na Ostrą (nazwa zobowiązuje!) też spotkaliśmy naszych znajomych. Tym razem część z nich przyjechała na szczyt na quadzie. Kolejny raz spotkaliśmy ekipę przy następnym szczycie - Jeżowej Wodzie. Tam porozmawialiśmy już trochę dłużej. Serwis odkryjbeskidwyspowy.pl naprawdę ciekawie rozkręca turystykę w tym regionie, choćby przez organizację wielu imprez. My jednak wolimy odkrywać góry w mniej licznym towarzystwie.


Z Jeżowej Wody monterzy tablic udali się autami na Modyń. My również kierowaliśmy tam swoje kroki, lecz było wiadomo, że zastaniemy na szczycie już gotową tabliczkę. Te dwie góry dzieliły bowiem dwie godziny marszu, podczas którego musieliśmy znów zgubić wysokość schodząc do wsi Młyńczyska. Gdy podczas rozmowy z pasjonatami Beskidu Wyspowego napomknęliśmy, iż mamy jeszcze zamiar zdobyć tego dnia Zbludzkie Wierchy, zostaliśmy od tego pomysłu odwiedzeni. Nie było już zbyt wcześnie, a ekipa określiła Zbludzkie Wierchy jako jedyne szczyty w Beskidzie Wyspowym, na które nie udało im się wjechać z tabliczkami. Choć nie są to wysokie górki, to ich zbocza są strome, a niedawno wytyczony czerwony szlak biegnie niezłymi zawijasami.


Całą drogę na Modyń myślałam o Zbludzkich Wierchach. Oczywiście dostałam turbodoładowania, bo w mej głowie siedziało postanowienie, że jednak jeszcze dziś tam pójdziemy, choćbyśmy mieli wracać po zmroku (w końcu od czegoś mamy czołówki). Gdy dotarliśmy już do granicy lasu na zboczu Modyni mocno pociemniało, a nad Gorcami widoczna była burza. Grzmiało. Ów fakt i przypomnienie sobie o rozpadających się butach mojego Męża skutecznie wyleczyły mnie ze Zbludzkich Wierchów tego dnia. Przy ołtarzu znajdującym się na owym skraju lasu zatrzymaliśmy się na posiłek nie wiedząc, czy zaraz nie lunie na nas deszcz.




Modyń zdobyliśmy uśmiechnięci i suchą nogą (burza poszła bokiem...), jednakże z coraz to bardziej zbolałymi stopami. Przede wszystkim dotyczyło to Werki i mnie, które miałyśmy na sobie nowe buty trekkingowe. Wydawało się nam, że są już rozchodzone, aż tu nagle marsz w nich stał się nie do zniesienia. Przy zejściu z Modyni w miejscu, skąd widoczny była cudna panorama Tatr (fotka poniżej) szliśmy akurat fragmentem asfaltu (rozpoczynała się wieś Zbludza) i zdecydowałyśmy się na... pójście boso. I szłyśmy tak dość spory odcinek, także po trawie i kamieniach. Ludzie, ja już zapomniałam, jak cudnie można czuć podłoże stopami... Jak boso chłodzi stopy wilgotna trawa, jak bosa stopa zadziwiająco dobrze trzyma się kamieni. Przyznam, że ten fragment wędrówki sprawił mi niewymowną przyjemność.


Gdy zeszliśmy już do głównej drogi prowadzącej przez Zbludzę do Kamienicy, a dalej do Szczawy - ubrałyśmy już buty. Zdaliśmy sobie sprawę, ile jeszcze drogi nas czeka do auta pozostawionego w Szczawie, nawet jeśli pójdziemy wzdłuż szosy, a nie przez te sakramenckie Zbludzkie Wierchy! Ponieważ lubię spacerować przez górskie wioski marsz i tak sprawiał mi radość. W Kamienicy trafiliśmy nawet na festyn i koncert Libera ;). Za Kamienicą udało się nam złapać stopa, przez co oszczędziliśmy trochę czasu. Do auta i tak dotarliśmy już praktycznie o zmroku. Uff, buty mojego Ukochanego dotrwały do końca! To był kolejny cudny dzień... ale Zbludzkie Wierchy jeszcze kiedyś zaliczę!


Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, maliny 4%, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii.
Masa kakaowa min. 35%.
Masa netto: 85 g.