Po mało pochlebnej opinii na temat Wenschitz Sparkling Travel, do kolejnej tabliczki wyprodukowanej w tej austriackiej manufakturze pochodziłam ze sporym dystansem. W innsbruckim sklepie R.Rajsigl, sięgając po Sensual Seduction, na której to okładce widnieje wyraźny napis "Smoked Whiskey Single Malt" - od razu przed oczami stanęła mi boska czekolada Smoky Joe z Manufaktury Czekolady. I choć za whisky nie przepadam, to piwo i czekolada ze słodem whisky to naprawdę raj dla mojego podniebienia. Właśnie przez te wspomnienia, w sklepie zapałałam do Sensual Seduction wielkim entuzjazmem. Nieszczęsna Sparkling Travel sprawiła, że entuzjazm spadł niemal do zera i miałam duże obawy co do kolejnej tabliczki marki Wenschitz.
Frontalne części opakowań czekolad Wenschitz zdecydowanie przykuwają uwagę, ale w mojej opinii są potwornie kiczowate. Nie wiem, czy wystarczająco wyraźnie widać to na powyższym zdjęciu, ale ubranko panny z opakowania Sensual Seduction jest prześwitujące - pierś widać jak na dłoni ;). Dodajmy do tego instrument smyczkowy i błyskawice - nie no... Gusta są różne, ale dla mnie osobiście grafiki Wenschitz to mała porażka ;).
Jeśli chodzi o wygląd czekolady, Wenschitz również mocno skupił swoja uwagę na tym aspekcie. Tak jak w przypadku Sparkling Travel, wewnątrz kartonika mamy cztery małe tabliczki, otulone dodatkowo z każdej strony plastikowym opakowaniem (niech ekolodzy drżą). Oczywiście Wenschitz musiał podrzucić nam jeszcze jakiś bajer - i tak oto mamy ozdóbki. W poprzedniej tabliczce zdobienia ograniczyły się jedynie do grawerowanych wzorków (zarówno na plastikowej części opakowania, jak i na samej tabliczce) - tutaj mamy dodatkowo szarżę kolorów. Po wyjęciu smakołyku z opakowania od razu stało się jasne, co producent miał na myśli pisząc, iż czekolada jest zarówno ciemna, jak i mleczna.
Producent nieźle się nagimnastykował, aby nadać czekoladzie taki, a nie inny wizerunek. Opakowanie i sam wygląd tabliczki - tęgie głowy nad tym myślały ;). Nieważne, że nie trafiły w moje gusta - w końcu najistotniejszy powinien być smak. No właśnie... Eh, Wenschitz, Wenschitz... Przykro mi, ale po kolejnej degustacji Waszej czekolady jesteście dla mnie przegrani... :(
Czekolada pachnie nijak. Nie ma tu ani dobrej mlecznej czekolady, ani bogatej ciemnej. Nie ma tu aromatu whisky. Jest zapach totalnie przeciętnej pralinki z taniej bombonierki. Kiepskiej czekoladki z odrobinką niezidentyfikowanego alkoholu. Dokładnie jak w podrzędnych bombonierkach, które wręczone jako prezent (na szczęście coraz rzadziej) sprawiają mi niemały kłopot. Jedzenia nie wyrzucam, a głupio mi przekazać taki prezent dalej. Tak, zapach NIC dobrego nie zapowiadał. Gwoli uściślenia, generalnie był to zapach o bardzo słabej intensywności - co czyniło go jeszcze bardziej nijakim. Na szczęście nie ma tu ani śladu po margarynowym smrodku - Wenschitz nie użył w swojej czekoladzie ani grama tłuszczu roślinnego innego niż kakaowy - i za to mu chwała. Przy cenie tej tabliczki podobny chwyt byłby już totalną porażką.
Jak widzicie na powyższym zdjęciu, samo nadzienie wygląda nie najgorzej. Jest go zdecydowanie więcej niż w Sparkling Travel. Nie jest lejące się, ma dość przyjemną, gładką strukturę. Jest śmietankowe i czuć w nim odrobinkę alkoholu - ale w życiu nie dałabym sobie ręki uciąć, że jest to akurat whisky. Dla mnie mogłaby być to kropla zwykłej wódki. Serio. Nie ma w tym nadzieniu nic charakterystycznego i przykuwającego uwagę. Nic, co sprawiłoby, że zapamiętamy ten smak na dłużej. Konsystencja i skład dają radę, ale co z tego, skoro nie pociąga to za sobą ŻADNYCH wrażeń smakowych?
Nad samą czekoladą to już w ogóle można usiąść i płakać. Jakże ciekawie wyglądają z zewnątrz te dwa odcienie brązu - gorzka i mleczna czekolada przeplatają się wzajemnie. Można by oczekiwać od takiej kompozycji ciekawego przejścia ze słodyczy do wytrawności, z delikatnej mleczności do głębokiej otchłani kakao. Tymczasem, nie ma tu żadnej różnicy, ani odrobiny kontrastu. Niczym jedna turbozwyczajna czekolada, zjeść i zapomnieć...
W zasadzie to dobrze, że ta czekolada nie była superwykwintna - degustowaliśmy ją mając za drzwiami siostrzeńców mojego Ukochanego, którzy raz po raz zaglądali co porabiamy. Na szczęście jedliśmy czekoladę z alkoholem, więc tym bardziej nie było mowy o wysępieniu nawet kawałeczka :P. Gdybyśmy tamtego poranka wybrali Zottera do akompaniamentu z kawą, chyba zatłukłabym dzieciaki zakłócające nam spokój degustacji. Cóż, nie jestem łaskawa dla dzieci ;). Ba, nie jestem łaskawa dla nikogo, kto wsadza nos w moje czekolady w innym miejscu, niż mój blog :D.
Wenschitz okazał się bodaj największą porażką, jeśli chodzi o szalone zakupy w sklepie R.Rajsigl. Ta marka to stuprocentowy przerost formy nad treścią. Treść ma być z pozoru wyjątkowa, a jest do bólu nijaka. Ani za słodko, ani za tłusto. Ani za gorzko, ani za mlecznie. Ani rewelacyjnie dobrze, ani definitywnie źle. Nie wiem, jakiego kakao Wenschitz używa w swoich czekoladach, ale jest ono w smaku płytkie. Nadzienia w żaden sposób nam tego nie rekompensowały. Strata pieniędzy i czasu. Szkoda.
POST SCRIPTUM. Mam dla Was świąteczną niespodziankę - następny wpis będzie już pojutrze - w Wigilię :). Zapraszam!
Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, śmietana, miazga kakaowa, syrop glukozowy z pszenicy i kukurydzy, whisky 2%, lecytyna sojowa, wanilia, naturalne aromaty.
Masa kakaowa: w czekoladzie ciemnej 60%, w mlecznej 36%, w białej 28%.
Masa netto: 70 g.










