piątek, 14 lutego 2014

Mount Momami ciemna z marcepanem i czerwonym winem

Źródło: http://www.worldofsweets.de/Schokolade/Mount-momami-Chocolate-Country-frischgeschoepft-Zartbitter-mit-Rotweinmarzipan.html

Dziś opisywaną tabliczkę zakupiłam w Almie i to właśnie ona przykuła mój wzrok jako pierwsza wśród oferty Mount Momami. Koło takiego smaku nie mogłam przejść obojętnie i szczerze powiedziawszy, sięgnęłabym po tę tabliczkę nawet gdyby kosztowała 20 zł (a nie dychę z hakiem). Bez kitu. Wraz z Ukochanym kupujemy piwa po 50 zł, więc i tym razem mogłabym pozować na burżuja, a co! ;) .

Ostatnie degustacje Mount Momami sprawiły, że zakupione przeze mnie produkty tej marki nie mają prawa poleżeć długo w Magicznej Szufladzie. Po prostu musiałam jak najszybciej sięgnąć po kolejny! Na dodatek potwornie byłam ciekawa tego smaku... Ciemna czekolada z marcepanem i czerwonym winem. Jak to bosko brzmi!Z podekscytowaniem otworzyliśmy pudełko, rozerwaliśmy złotko...

... i oto przed nami w pełnej krasie ukazała się solidnie nafaszerowana marcepanowymi kostkami czekolada. Na tyle mocno, że wydawała się być wyższa od poprzednich tabliczek Mount Momami. Niestety mam wrażenie, że odbiło się to pomniejszeniem powierzchni nieregularnego czekoladowego owalu. Cóż począć - deklarowana masa netto zobowiązuje.

Aromat jest taki, jak oczekiwałam. Pomimo 56-procentowej zawartości kakao jest ono dość mocno wyczuwalne w zapachu - sugerując, że jest go więcej. Być może to marcepan podkreśla moc kakao. W końcu marcepan i ciemna czekolada to moim zdaniem jedno z najlepszych połączeń. Intensywny aromat kakao, migdały z alkoholowo-soczystą nutą (charakterystyczny zapach marcepanu), a do tego szczypta wanilii. Niebo. Jedno uwypukla walory drugiego.

 Jeśli chodzi o smak, to cóż... Nie zawiodłam się, ale nie zostałam też zupełnie rozłożona na łopatki. Marcepan w ciemnej czekoladzie po prostu trafia w moje gusta i trudno by mi nie smakował. Marcepanu jest na tyle dużo, że odnosiłam wrażenie, jakbym jadła praliny z marcepanowym nadzieniem, a nie czekoladę z dodatkiem marcepanu. Nie wiem, czy traktować to jako plus, czy jako minus. (Tak tak, dużo powtórzeń słowa "marcepan", ale niedociągnięcie stylistyczne jest adekwatne do sytuacji - marcepan wiódł prym ;))

Jeśli chodzi o dodatek czerwonego wina w proszku, to tak naprawdę nadał on jedynie barwę marcepanowi - bardzo fajny efekt wizualny. Być może delikatnie wzbogacił go o owocowo-wytrawne nuty, ale bez większych niuansów. Pytanie - jakie wino sproszkowano? ;) Tak naprawdę mógł to być nawet najtańszy napój winopodobny, ale co tam... Dodatek wina w tym produkcie to tylko taki bajer - który w smaku naprawdę nie czyni wielkiej różnicy.

Czekolada obowiązkowa do spróbowania dla wszystkich wielbicieli marcepanu. Na pewno sprawi Wam dużo radości. Poszukiwacze innowacji (vide czerwone wino) oraz sceptycy marcepanu - mogą sobie odpuścić :).

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), marcepan z czerwonym winem 30% (cukier, migdały, woda, sorbitol, inwertowany syrop cukrowy, syrop glukozowy, naturalne aromaty, czerwone wino w proszku, inwertaza).
Masa kakaowa min. 56%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 524 kcal.
BTW: 6,1/31,5/50

poniedziałek, 10 lutego 2014

Mount Momami mleczna z żurawiną i nugatem z orzechów laskowych


Dzisiaj przedstawię Wam tabliczkę marki Mount Momami, której w przeciwieństwie do poprzedniczki (pierwszej czekolady tej firmy którą próbowałam) - nie zakupiłam i nie widziałam w Almie. Podczas pewnego słonecznego dnia wybrałam się do niemieckiego sklepu, do którego parę razy w roku spacerujemy celem przejrzenia aktualnego asortymentu czekolad. Efektem ostatniej takiej wyprawy był zakup dwóch nie spotkanych przeze mnie w Almie tabliczek Mount Momami. O dziwo, ze sklepu nie wyszłam z żadnym nowym Lindtem. Generalnie jestem teraz w ciekawej sytuacji - mam Magiczną Szufladę pełną świetnie zapowiadających się czekolad i nie ma wśród nich ani żadnego Lindta! ;)

Mount Momami oferuje nam mleczną czekoladę o 34-procentowej zawartości masy kakaowej, więc możemy być pewni, że te 4% powyżej standardu już odznaczą się różnicą w smaku. To niebywałe - niby nic, a tak wiele znaczy! Jeśli chodzi o skład - nie można mu wiele zarzucić (czekolada bez zbędnych ulepszaczy, klasyczna pasta z orzechów laskowych, całe owoce żurawiny), tak więc z cieknącą ślinką przystąpiliśmy do otwierania eleganckiego pudełka.

Dalsze "dobieranie się" do czekolady było już mniej eleganckie - złotko trzeba było rozerwać, a samą tabliczkę przekroić na dwie części nożem. Asymetria niepodzielonej na kostki tabliczki sprawiła problem z sprawiedliwym podziale smakołyku. Chcąc nie chcąc, komuś z nas musiała przypaść porcja z nieco mniejszą zawartością żurawiny. Kulturalny Mężczyzna odstąpił mi bardziej nadzianą część, więc nie mam na co narzekać ;).

Zresztą mój Ukochany też nie narzekał... Owalna tabliczka pachniała bowiem znakomicie, zapowiadając prawdziwą rozkosz dla podniebienia. Nieśmiertelny klasyk - kakao, orzechy i mleko, ale tym razem w naprawdę mocnym wydaniu. Był to aromat mniej "aksamitny" i lekki niż w przypadku czekolad Favarger - kojarzył się z czymś bardziej wytrawnym i soczystym zarazem. Większa głębia, mniej zalotnej frywolności.

Wpierw zdecydowałam się wgryźć w samą czekoladę, nie zahaczając jeszcze o żurawinę. Mój Mężczyzna aż się przeraził, kiedy w efekcie umieszczenia w moich ustach owego kęsa, wydałam z siebie dłuuuugi głośny pomruk. Jejjj, jakie to było dobre! Po pierwsze - kakao, naprawdę dobre kakao. Umiejętne złagodzenie go pełnym mlekiem w proszku nie doprowadziła to nadmiernego wydelikacenia królewskiego smaku kakao, lecz świetnie go uwypukliło. Kolejny element podrasowania - nugat z orzechów laskowych. Orzechowa pasta została zatopiona wprost w czekoladzie, stanowiąc z nią jedność. Orzech laskowy nie narzucał się w smaku bezpośredniością, raczej harmonijnie wpasował się w naprawdę dobrą mleczną czekoladę. Niuans w postaci orzechowych akcentów stał się jej kolejnym atutem. Pyszne, absolutnie pyszne!

Już jest super, a dodatek suszonej żurawiny jeszcze podnosi smakowitość kompozycji. Nie będę popadać w skrajności - dodatek cukru i oleju jest spotykany w niemal każdej sprzedawanej luzem bądź w paczkach suszonej żurawinie. Najważniejsze jest to, że w czekoladzie Mount Momami dodatek czerwonych owoców o dobrodziejskich właściwościach jest spory - tak, jak sugeruje zdjęcie na opakowaniu. Ponadto, nie są to twarde jak wiór kwaskowate, rozdrobione odpady. Owoce zatopione w czekoladzie są duże, soczyste, aromatyczne - widać, że nie zostały dobrane przypadkowo. Słodycz przeplata się z cierpkością i kwaskowatością, niosąc przyjemne orzeźwienie. Obok orzechów laskowych, żurawina jest kolejnym elementem wplatającym w tabliczkę leśne nuty. Tak smaczne owoce oblane genialną czekoladą - czego chcieć więcej? 

To było drugie podejście do Mount Momami. Drugi zachwyt. Przekombinowany wygląd, co z tego? Smak powala na kolana, a przecież o to chodzi... :)

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa), nugat z orzechów laskowych 20% (orzechy laskowe, cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa), suszona żurawina 20% (żurawina, cukier, olej słonecznikowy).
Masa kakaowa min. 34%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 514 kcal
BTW: 5,8/29,9/55

czwartek, 6 lutego 2014

Karina mleczna kawowo-śmietankowa i biała

Źródło: http://www.lieferello.de/Tafel-Schokolade/Karina-Feine-Kaffee-Sahne-Schokolade-200g.html

 Stoiska ze słodyczami sprowadzonymi zza zachodniej granicy doprowadzają do wniosku, iż Niemcy lubują się w wielkoformatowych tabliczkach o pokaźnej grubości kostki. Firmy takie jak Chateau, Karina czy też marka własna sieci Edeka produkują właśnie takie czekolady, w wielu wariantach smakowych - a jednak propozycje poszczególnych producentów nie różnią się znacznie między sobą. 200-gramową Feine Kaffee Sahne Schokolade marki Karina otrzymałam na imieniny (taki sam smak dostępny jest również w ofercie Chateau i Edeka) i już trochę czasu odczekała w Magicznej Szufladzie nim przyszła kolej na jej konsumpcję. Zazwyczaj trudniej jest mi się z Ukochanym zdecydować na otwarcie takiej tabliczki, bowiem jej konsumpcja jest rozłożona w czasie i trzeba ją sobie dawkować. Choć bywało i tak, że na tyle pokaźne tabliczki ze względu na swój ponadprzeciętny smak zostały pożarte za jednym posiedzeniem ;).

Dziś opisywana tabliczka składa się z dwóch warstw: dolna, kawowo-śmietankowa stanowi 63% całości, zaś górna biała 37%. Po rozdarciu sreberka dociera do nas bardzo kuszący zapach: kawa ze śmietanką, posypana kakao. Ślinianki zaczynają pracować... ;) Produkt podzielony jest na mnóstwo niedużych, lecz grubych kostek, a więc łatwo dawkować sobie porcję słodyczy. Każda z kostek ozdobiona jest z góry grawerem owocu kakaowca, co nadaje tabliczce eleganckiego wyglądu.

Obie warstwy łatwo rozdzielić od siebie, toteż możemy wypróbować smak każdej z osobna. Wpierw jednak wgryzam się w obie na raz. Pierwsze wrażenie jest pozytywne. Odczuwam przyjemną kawową goryczkę, złagodzoną przez śmietankę i słodycz białej czekolady. Na samym początku smaki wyraźnie odróżniają się od siebie, nie są jeszcze przytłumione słodyczą. Bardzo fajny efekt, z którego szczególnie zadowolony był mój Ukochany. Już ten jeden kęs przekonał nas jednak do tego, iż z przyjemnością zjedlibyśmy tabliczkę składającą się w 100% z warstwy kawowo-śmietankowej.

Rozdzielenie kostki na warstwy tylko utwierdziło nas w tym przekonaniu. Dolna warstwa jest naprawdę smaczna, kawa przyjemne osiada na języku. Gdyby masy kakaowej byłoby tu jeszcze więcej, nie pogniewałabym się - całość stałaby się bardziej wytrawna. Nie ma co ukrywać - kawowa część tabliczki jest jej największym plusem.

Górna warstwa smakuje jedynie w połączeniu z dolną warstwą, która swymi wyraźnymi akcentami smakowymi przyćmiewa wady niezbyt górnolotnej białej czekolady. Jedzona solo biała czekolada nie jest wprawdzie najgorsza, nie śmierdzi na kilometr starym tłuszczem, no ale... Właśnie, nie sprawia wrażenia lekkości i aksamitności, których to zawsze szukam w białej czekoladzie. Jest raczej przytłaczająca i tylko parę kroków dzieli ją od przesłodzenia. To właśnie ona stała się głównym powodem, dla którego tabliczka należy do tych, przy których łatwo sobie powiedzieć STOP przed sięgnięciem po nadprogramową kostkę. To dobrze dla naszej tuszy, ale źle dla zmysłów spragnionych prawdziwie wykwintnych, odurzających doznań.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 10,5%, śmietana w proszku 9,5%, miazga kakaowa, serwatka słodka w proszku, kawa 2,5%, laktoza, lecytyna sojowa, aromat.
 Masa kakaowa w czekoladzie mlecznej min. 32%.
Masa netto: 200 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 551 kcal.
BTW: 6,1/34/53,9


niedziela, 2 lutego 2014

Favarger mleczna z miodem i migdałami


Wraz z końcem stycznia minęła sugerowana data przydatności do spożycia zakupionych przeze mnie za pół ceny w Almie czekolad z szwajcarskiej, tradycyjnej manufaktury Favarger. Najwyższy czas, aby skonsumować ostatnią z trzech tabliczek wybranych podczas okazyjnych zakupów. Całkiem prawdopodobne, że to już ostatnia degustacja produktów Favarger w moim życiu. Inne czekolady Avelines dostępne wówczas Almie: mleczna bez dodatków oraz mleczna z karmelem, nie zachęciły mnie na tyle, by je zakupić. Być może sięgnę po Favarger, gdy w promocyjnej cenie pojawią się jeszcze inne tabliczki tej marki. Szczególnie kuszą te w tradycyjnych, przepięknych opakowaniach. Niestety nie widziałam ich dotąd w żadnym sklepie.

Po rozdarciu sreberka tym razem nie poraził nas intensywny zapach orzechów. Poczuliśmy raczej coś na kształt aromatu dobrej jakości kakao na mleku, posłodzonego miodem. Orzechy przebrzmiewały gdzieś w tle. Apetycznie!

 Połączenie migdałów z miodem wzbudzało skojarzenie z Toblerone, jednakże Avelines absolutnie nie była do niego podobna. Pierwszym kęsem przebijamy się przez warstwę wyśmienitej, nieprzesłodzonej mlecznej czekolady - dostając się do pralinowo-kakaowej masy z dużym udziałem pasty z orzechów laskowych. W porównaniu do poprzednich tabliczek, całość nie rozpuszcza się aż tak łatwo w ustach. A wszystko to za sprawą dodatków. 

Migdały oraz miód znajdują się zarówno w górnej, jak i dolnej warstwie kostki. Migdałów w porównaniu do wersji z karmelizowanymi orzechami laskowymi jest mniej. Wydają się one być także bardziej rozdrobnione. Ku mojemu zdziwieniu, wcale mi to nie przeszkadzało. Nadają one strukturze tabliczki przyjemnej, delikatnej chrupkości - dobrze komponując się z gładziutką pralinową masą.

Miód został zatopiony w czekoladzie w formie drobnych kostek. Szkoda, że Favarger, dbając o jakość stosowanych składników, nie podał jakiego miodu użyto. Kosteczki te nie są twardymi bryłami. Są lekko skrystalizowane, ale przy tym miękkie. Od razu czuć, że jest to miód, a nie karmel. Nie przykleja się chamsko do zębów, stawia jedynie lekki opór na zębach podczas konsumpcji - podobnie, jak drobne kawałki migdałów. Co miód wnosi do czekolady w kwestii smaku? Przede wszystkim, nadaje on całej kompozycji charakterystycznej, miodowej słodyczy. Takiej naprawdę subtelnej, naturalnej. 

Muszę przyznać, że z każdą następną kostką ta czekolada przybierała wartości w moich oczach. Koniec końców, mogę ocenić ją na równi z Avalines z karmelizowanymi orzechami laskowymi - choć była to zupełnie inna czekolada. Tabliczka z nugatem z orzechów włoskich została za nimi daleko w tyle... Dziwi fakt, że pomimo na pozór dość podobnych składników (i takiej samej, świetnej mlecznej czekolady), tabliczki znacznie różniły się od siebie - dostarczając nam odmiennych doznań.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, orzechy laskowe, migdały 5%, miód 5%, syrop glukozowy, odtłuszczone mleko w proszku, ekstrakt słodu jęczmiennego, naturalny ekstrakt wanilii.
Masa kakaowa min. 36%.
Masa netto: 100 g.