czwartek, 10 sierpnia 2017

Seed and Bean Chilli and Lime ciemna Dominikana 72% z chili i limonką


Kolejna tabliczka od brytyjskiego Seed and Bean, którą zakupiłam w foodieshop24.pl, zawierała jeden z moich ulubionych przypraw, a mianowicie chili. Zawsze ze szczególną uwagą podchodzę do czekolad z chili, czego już nie raz mieliście okazję doświadczyć na moim blogu. W tym wypadku, tabliczkę z zawartością 72% dominikańskiego kakao wzbogacono nie tylko o chili, lecz również o limonkę. Wracając do mojej podroży do Meksyku bezsprzecznie mogę stwierdzić, że to idealnie meksykańskie połączenie. Kakao, chili, limonka... Brakuje tylko tego, by kakao było meksykańskie.


Przyznam, że Seed and Bean Chilli and Lime pozytywnie mnie zaskoczyła, szczególnie przez wzgląd na moc chili. Położone na umiarkowanie słodkiej, mocno ziemistej dominikańskiej czekoladzie, która okazała się być bardziej zwarta niźli aksamitna - uderzało z wyjątkową siłą. Co ważne, nie wykrzywiało przy tym buzi na wszystkie strony, nie wzbudzało obrzydzenia i nie było przesadzone. Fakt faktem, to odczucie może być bardzo subiektywne, w zależności od tolerancji na pikantność. Dla mnie było super i przyznam, że to jedna z czekolad z najbardziej udaną rolę chili, jaką miałam dotąd przyjemność jeść. Plasuje się wysoko na podium wraz z . Urok chili podkręcany był nie tylko przez wspomnianą ziemistość czekolady, ale i przez limonkowy powiew świeżości. Limonka wynurza się z tła, naturalna niczym w świeżo wyciśniętym soku, ujarzmia nieco chili jak w dobrej meksykańskiej potrawie. Chili rozlewa się w buzi swym bukietem, grzejąc intensywnie i powodując wyrzut endorfin - zaś limonka odrobinę ten skwar studzi, zalotnie przekomarzając się. Mogłabym kiedyś powrócić do tej tabliczki, to naprawdę udane połączenie.


Tak jak wspomniałam w poprzednim wpisie, 14 lipca miał być dla nas wyjątkowym dniem na kazachskim szlaku. Po zwinięciu obozu ruszyć mieliśmy lodowcem Uraltcev, a następnie podejść na przełęcz Akgul położoną na wysokości 4500 m n.p.m. Stamtąd mieliśmy wykonać trawers przez kolejne dwie przełęcze leżące również powyżej 4000 m n.p.m. i przejść na lodowiec Korzhenevsky. Tam planowaliśmy założyć bazę przez atakiem na najwyższy szczyt Ałatau Zailijskiego - Talgar (według różnych pomiarów ma on nieco poniżej lub nieco powyżej 5000 m n.p.m.). Nasze plany zostały niestety pokrzyżowane.


Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, i najważniejsze - od nocy 14 lipca nieustannie padał śnieg. To, co na naszej morenie na bieżąco topniało, wyżej na lodowcu Uraltcev stworzyło nową solidną czapę, zakrywającą wszelkie szczeliny. Nasze podejście lodowcem trwało więc dłużej niż normalnie, gdyż każdy kolejny krok prowadzącego Jurija okupiony był dokładnym sprawdzeniem stabilności podłoża - a i tak nie obyło się bez przygód typu "siadam na skraju szczeliny" lub "jedna noga w szczelinie, a drugie kolano pod brodą". Uparcie szliśmy dalej, ale śniegu tylko przybywało. W ten ważny dzień trafiła nam się najgorsza pogoda z całego wyjazdu.

Gdy zbliżaliśmy się do podejścia na przełęcz, Jurij zadzwonił z telefonu satelitarnego do Ałmaty po prognozę pogody. Nadal miało padać. Przeciekające buty Weroniki dodatkowo utwierdziły nas w przekonaniu, że należy zmienić plany. Będąc sama z Mężem i chłopakami pewnie upierałabym się na dalszej walce, ale czy to dobrze? Zawróciliśmy po własnych śladach, których i tak już praktycznie nie było widać. Jurij zaproponował nam nowy scenariusz na kolejne dni. Z najwyższego szczytu musieliśmy zrezygnować. Na nowo rozbiliśmy obóz w tym samym miejscu co poprzednio. Na rozgrzanie zaserwowałam ekipie dziś opisywaną czekoladę, która mimo wszystko dla Weroniki i mojego Męża była nieco za mocna (więcej dla mnie!).



Dopiero pod wieczór przestało na dobre padać, przynajmniej na naszej morenie. Poprawa pogody od razu rozbudziła wątpliwości - a może trzeba było iść? Próbowałam je zagłuszyć czytając książkę (na tak malowniczym stanowisku do czytania, jak na zdjęciu powyżej), lecz nie obyło się bez burzliwej dyskusji z Mężem, ba, nawet kłótni. Wyrzuciłam z siebie złe emocje mając nadzieję, że następny dzień przyniesie już tylko słońce, porozumienie i dobry humor...





Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z wanilii, chili w proszku <1%, limonka <1%.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 580 kcal.
BTW: 9/44/32

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz