niedziela, 30 grudnia 2018

Kallari ciemna 75% Ekwador

 
Z uśmiechem na ustach sięgnęłam pewnego grudniowego wieczoru do resztek moich czekoladowych zapasów przywiezionych z Ekwadoru. Jeszcze rok temu nie wiedzieliśmy, że już końcem stycznia 2018 wybierzemy się do tego przepięknego kraju. Jeszcze zostało mi parę tabliczek przywiezionych stamtąd, ale nawet gdy znikną, pozostaną cudowne wspomnienia, których nikt nam nie zabierze... Zmierzch szybko zapada za oknem, a my popijając kawę w przytulnej pościeli otworzyliśmy kolejną propozycję od Kallari - tym razem nie z edycji Sacha, ale z serii "podstawowej" - wyraźnie sygnowanej marką Kallari.

Dziś opisywana czekolada została wykonana z 75% Cacao National, uprawianego w pobliżu miasta Tena w prowincji Napo (rejon położony na wschód od Quito - o wiele rzadziej obszar pochodzenia kakao spotykany w ekwadorskich czekoladach). Kallari to nie tylko marka czekolad - za tą nazwą stoi o wiele więcej. To również nazwa kooperatywy zrzeszającej 850 rodzin Indian z plemienia Kichwa, żyjących w ekwadorskiej Amazonii. Kooperatywa zajmuje się uprawą kakao i kawy. My w Quito zatrzymaliśmy się w kawiarni Kallari, gdzie zakupiliśmy kilka tabliczek i wypiliśmy ich oryginalną kawę.

 

Według producenta, nasza czekolada charakteryzuje się głębokimi nutami marakui i mahoniu. Dług finisz miał być zbalansowany między słodyczą a nutami ziemistymi. Polecena jest sparowanie czekolady z espresso, piwem Stout, winami Syrah, Barolo i Malbec.

Czekolada pachniała wilgocią bujnej dżungli, żyznej gleby, szlachetnego drewna, tropikalnych owoców. Jej świeży aromat budził również skojarzenia z deserem lodowym opartym na sorbetach. W ustach rozpuszczała się niespiesznie, bez przeogromnej inwazyjności - raczej trzymała nas na dystans, powoli prezentując kolejne nuty. Uwodziła ziołowymi akcentami surowego kakao, posmakiem wilgotnej kory drzew, twardej lecz żyznej gleby z samego środka deszczowego lasu. Była wypośrodkowana gdzieś między ziemią i drewnem, a błogością owoców - przede wszystkim marakui i mango.

 

W swych nutach, na pozór bardzo bujnych i pełnych żywiołowości - była paradoksalnie bardzo ciepła i przyjazna. Kallari zafundowała nam bardzo bezpieczny i przyjemny spacer po dżungli, bez żadnych zagrożeń czających się za każdym drzewem. To była radosna harmonia natury. Kallari nie zdecydowało się na zabranie nas w którąś z bardziej niebezpiecznych stron, na zapędzenie nas w groźny zaułek. Mogliśmy spokojnie i cicho napawać się wonią wnętrza tropiku, jakby ktoś umieścił nas w nim w szczelnej kapsule chroniącej przed złem.

Mam jeszcze nieco bogatszą w to samo kakao ciemną Kallari... Być może tam pojawi się nieco więcej niebezpieczeństwa, gdyż... szczerze powiedziawszy, z chęcią bym jego zaznała.



Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 70 g.

piątek, 28 grudnia 2018

Zotter Chilli Bird's Eye ciemna 70% nadziewana mleczno-czekoladowym kremem z chili, brandy z cukru trzcinowego i wanilią


Zotter czasami postanawia znacznie zmienić skład którejś ze swoich Handscooped. Nie zawsze to dostrzegę, a także nie zawsze będzie to dla mnie na tyle kuszące, by ponownie sięgnąć po tą samą nazwę. Gdy jednak dowiedziałam się o pojawieniu się Handscooped Chili Bird's Eye w wersji niewegańskiej, bez zastanowienia zdecydowałam się na zakup. Bardzo lubiłam tę tabliczkę w opcji wegańskiej (ganasz sojowo-czekoladowy) i ogromnie ciekawiło mnie, co zadzieje się w przypadku zastosowania ganaszu mleczno-czekoladowego. Egzemplarz nowej Chili Bird's Eye zakupiłam na biokredens24.pl.

Zotter Chili Bird's Eye to obecnie ciemna czekolada o 70% zawartości kakao, nadziewana ganaszem na bazie czekolady, mleka i brandy z cukru trzcinowego, z dodatkiem chili Bird's Eye i wanilii.


Czekolada cudnie pachniała pikantnym piernikiem, kakao z mlekiem i odrobiną alkoholu, a także... farszem z ryby po grecku, co ewidentnie wskazywało, że papryczka będzie obecna w sposób dosadny. Po przełamaniu tabliczki od razu rzuciło mi się w oczy, że nadzienie posiada zupełnie inną konsystencję od dawnej Chili Bird's Eye. Było o wiele bardziej miękkie, mniej zbite, mniej siermiężne. Zastąpienie soi mlekiem zdecydowanie rozmiękczyło ganasz.

Istotnie, było tak. Nadzienie było dość miękkie i soczyste, co bardzo przyjemnie komponowało się z intensywnością smaków. Mleko nie ujmowało wcale mocy chili. Chili uderzało od razu i leciało wysoooko do nieba. Nadawało kompozycji ogromnego animuszu. Alkohol również jest mocno wyczuwalny, trwa z chili w pewnej synergii - oba składniki wzajemnie się podkręcają. Dla wielu będą to zapewne zbyt mocne doznania, zaś dla mnie - idealne.

  
 Mleko chyba bardziej pasuje mi w Chili Bird's Eye niż soja. Przede wszystkim ze względu na tę soczystość, większą dynamikę i ożywienie kompozycji, nadanie jej charakteru pikantnego piernikowego ciasta zanurzonego w alkoholu. Bardzo polubiłam tę wersję...
 
Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, mleko, tłuszcz kakaowy, syrop cukru inwertowanego, brandy z cukru trzcinowego, pełne mleko w proszku, chili Bird's eye, sól, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 496 kcal.
BTW: 6,8/34/35 

środa, 26 grudnia 2018

Mesjokke D.A.R.C. Angel ciemna 72% Nikaragua


Nadszedł czas na degustację ostatniej z posiadanych przeze mnie czekolad od holenderskiego Mesjokke, jakie już dawno zakupiłam w sklepie Sekretów Czekolady. W porównaniu do kontrowersyjnych mlecznej i białej, pierwsza ciemna tabliczka Mesjokke (Mystery Dark #3) wywarła na mnie dość słabe wrażenie. Po dziś opisywanej D.A.R.C. Angel nie spodziewałam się więcej, choć została wykonana z ciekawego, dość rzadko spotykanego kakao z Nikaragui.

Zastosowane ziarna to Trinitario pochodzące z departamentu Matagalpa, zebrane w 2015 roku. Fermentowane były przez 6 dni, zaś suszone przez 5. Poziom prażenia ziaren producent określił jako średni. Solidna 80-gramowa tabliczka prezentowała się soczyście i smakowicie.


Czekolada pachniała słodziutko, delikatnym deserkiem na bazie owoców i bitej śmietany. W ustach rozlała się specyficzną słodyczą. Było w niej trochę mandarynek (ale nie takich ociekających słodkim sokiem), a trochę ziołowej herbaty posłodzonej rzepakowym miodem. Miała w sobie coś z szorstkości skrystalizowanego miodu. Zdawała się być sypka niczym lekko zwilżony piasek, i nieco piaskowych nut smakowych też się w niej znalazło.

Nie pogniewałabym się, gdyby tabliczka była mniejsza. D.A.R.C. Angel niczym specjalnym mnie nie uwiodła. Odebrałam ją jako płytką i pozbawioną bogactwa, bardzo zwyczajną. Nie miała w sobie nic rażącego, ale też nic szałowego, dzięki czemu zapamiętałabym ją na dłużej. Na domiar złego, miała w sobie coś przywodzącego na myśl specyfikę najsłabszych Amedei.

Nie będę za Tobą specjalnie tęsknić, Mesjokke...

 
Skład: ziarna kakao z Nikaragui, cukier trzcinowy z Reunion, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 80 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 594 kcal.
BTW: 10/43/40.

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Willie's Cacao Milk of the Gods Venezuelan 44 Rio Caribe mleczna


To aż nieprawdopodobne, że dotychczas na moim blogu pojawiła się tylko jedna czekolada brytyjskiej marki Willie's Cacao! Była to wyjątkowa El Blanco - swoją szczególną pozycję zawdzięczająca nie tylko przez to, iż degustowaliśmy ją w dniu naszego ślubu. Pokazała nam bowiem, że biała czekolada może być bogatsza od niejednej ciemnej... Nie mam pojęcia dlaczego po tak spektakularnym pierwszym podejściu do Willie's Cacao, potem potraktowałam markę po macoszemu. Musiało minąć kilka lat, bym dopiero zdecydowała się na zamówienie kilku tabliczek ze sklepu Sekretów Czekolady. A i tak były to tylko tabliczki mleczne, które kupiłam z myślą o Baby Shower mojej Przyjaciółki (wzięłam egzemplarze dla niej i dla siebie).

Milk of the Gods to mleczna czekolada o 44% zawartości wenezuelskiego kakao z regionu Rio Caribe, pochodzącego z plantacji Hacienda San Augustine. Do wykonania tej czekolady użyto także masła kakaowego z Barlovento (również Wenezuela; masło stamtąd zawarte było również w ukochanej El Blanco), cukru trzcinowego z Gwadelupy oraz 21% brytyjskiego mleka. Małe partie tej czekolady wytwarzane są w manufakturze w Devonie.


Czekolada pachniała kozim mlekiem i karmelem, jak wiele dobrych mlecznych czekolad. W aromacie pojawiło się również bogactwo orientalnych przypraw. Prawdziwa przyjemność rozpoczęła się dopiero w ustach. Każdy kęs rozpuszczał się długo, intensywnie, gęsto, wilgotno. To taka doskonała fuzja mleka i kakao, w której można się błogo zatopić, nad którą można długo zawiesić myśl...

Czekolada okazała się mocno kawowa i karmelowa - cudne palone nuty przełamane łagodnością i tłustością mleka. Bardzo istotne w Milk of the Gods okazały się także akcenty nugatowe - był to przede wszystkim aksamitny nugat z bardzo drobno zmielonych orzechów laskowych. Dzieła dopełniały iluzje kardamonu, cynamonu i wanilii, tak urokliwie tańczące pomiędzy kawą, karmelem, mlekiem i orzechami. I... to właściwie wszystko.


 Nie umiałam więcej wyłapać z tej czekolady, ale właśnie to tworzyło ją kompletną. Boska jednostajność, zawieszenie się nad czymś, co naprawdę doskonałe i zupełnie nie musi się zmieniać. Trwanie w delektowaniu się smakiem... Przepyszna mleczna czekolada... W przyszłości nie mogę zapominać o Willie's Cacao.

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, mleko w proszku 21%, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 44%.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 560 kcal.
BTW: 9/38/46