czwartek, 21 kwietnia 2016

Klingele Chocolade Balance ciemna 48,9% z jagodami i truskawkami, słodzona maltitolem i stewią


Dziś, nim przejdę do opisu kolejnej czekolady, zakończę relację z naszej górskiej wyprawy wielkopiątkowej, jaką rozpoczęłam w tym wpisie. Kolejnym punktem wędrówki przez Pasmo Cietnia w Beskidzie Wyspowym był szczyt Grodzisko 618 m n.p.m. - mimo niewielkiej wysokości n.p.m. wyróżniający się wybitnością. W całym Paśmie Cietnia odznaczał się jako stercząca kopuła. Nie tylko specyficzny wygląd tego szczytu stanowi o jego wyjątkowości. Zdobywając go, musieliśmy pokonywać liczne spiętrzenia terenu, które są śladami murów obronnych dawnego grodu. Znaleziono tam ślady działalności ludzkiej sprzed kilkuset lat przed naszą erą! Grodzisko funkcjonowało do drugiej połowy XIII w. - zostało wtedy spalone przez Tatarów i nigdy nie odbudowane.


Współczesna historia również zapisała swój ślad na szczycie Grodziska. Podczas II Wojny Światowej partyzanci mieli tu swój schron. Poległych chowano właśnie tam. Po wojnie zostali ekshumowani, lecz na szczycie do dziś znajduje się ich symboliczny grób.

  
Schodząc z powrotem na Przełęcz pod Grodziskiem zboczyliśmy na chwilę na szlak czarny, który miał wieść przez szczyt Klasztorówka. Można odnaleźć na nim ślady średniowiecznego klasztoru benedyktynów. Jego umiejscowienie nie było jednak dokładnie oznakowane i możemy tylko przypuszczać, iż rzeczywiście udało się nam odnaleźć jego trop.


 Dalej skierowaliśmy swe kroki z stronę miejscowości Pogorzany. Kolejnym ważnym celem naszej wędrówki był Diabli Kamień - potężny głaz z towarzyszącą mu pustelnią (jeszcze w latach 90. rzeczywiście mieszkał tam pustelnik - zakonnik z klasztoru w Szczyrzycu). Na Diablim Kamieniu i w jego okolicach spędziliśmy nieco czasu - to bardzo urokliwe miejsce.




 Następnie udaliśmy się z powrotem do Szczyrzyca, mijając wspomniane wyżej Opactwo Cystersów. Cystersi na swoim terenie prowadzą zachowawczą hodowlę bydła polskiego czerwonego, a także browar. Niestety, restauracja i muzeum przyległe do klasztoru były w Wielki Piątek zamknięte.

 Ze Szczyrzyca udaliśmy się samochodem do naszego pensjonatu w Mszanie Dolnej. Po przebraniu się, wybraliśmy się na kolację do Starej Winiarni, położonej na terenie dawnego folwarku. Niezwykle klimatyczne miejsce! Na pewno wrócilibyśmy tam w kolejne dni, gdyby restauracja była otwarta w święta. Na zakończenie piątku lampka wina i lektura książki w ciepłym łóżeczku... Bardzo udany dzionek!




Przejdźmy teraz do opisu kolejnej czekolady od Klingere Chocolade, jaką miałam okazję próbować dzięki Oldze z livingonmyown.pl. Po zjedzeniu dwóch kostek ciemnej tabliczki z linii Green Dream na Księżej Górze, od razu sięgnęliśmy po pozostawiony nam fragment czekolady z drugiej linii produktów Klingele - Balance. W zasadzie Balance dzieli się na jeszcze trzy kategorie: słodzone maltitolem, słodzone maltitolem i stewią, ryżowe alternatywy czekolad mlecznych. Nasz egzemplarz należy do serii numer dwa.

Jak już zauważyła Olga, logo linii Balance jest pomysłowe i atrakcyjne. Rzeczywiście wskazuje na mocne powiązanie owych czekolad z naturą - przynajmniej taki był zamysł producenta. Dla mnie bardziej naturalne są czekolady słodzone cukrem, ale wykonane metodą bean-to-bar. Nie będę jednak polemizować, bo pomysł na logo i tak jest rewelacyjny.

Zastosowanie naturalnych słodzików oraz dodatku owoców leśnych od razu przypomniało mi o niegdyś próbowanej czekoladzie Torras (z erytrytolem i stewią). Naturalnie, że postanowiłam porównać obie tabliczki. Pod względem wyglądu Klingele prezentowała się atrakcyjniej - wydawała się gładsza, a drobinki owoców kusiły swoim zróżnicowanym kolorem. Jednak jeśli chodzi o zapach, Klingele odrzuciła mnie - pachniała bardzo sztucznie, jak truskawkowy szampon dla dzieci. Torras wygrał nie tylko zapachem, ale również składem - choć w obu tabliczkach zastosowano kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, to w Torras mimo wszystko pojawił się tłuszcz kakaowy.



Smak odrzucił mnie jeszcze bardziej niż zapach. Przede wszystkim, czekolada wydała się nam bardzo papierowa i mydlana zarazem. Nie byłabym w stanie zjeść więcej niż dwie kostki, przysięgam! Choć posmak słodzików nie był wyraźny, to czekolada sama w sobie była po prostu dziwaczna w swej konsystencji. Ni to proszkowa, ni to wiórowa - na pewno nie tak gładka, jak sugerował to wygląd.

Liczne drobinki owoców truskawek i jagód przypominały cukrowe kryształki i, tak jak w zapachu, sprawiały wrażenie sztucznawych. Zdecydowanie mocniej przypadły mi do gustu fragmenty suszonych (bądź liofilizowanych) owoców w Torras, które smakowały po prostu autentycznie.



Obie belgijskie czekolady jedzone na Księżej Górze wybitnie mi nie przypasowały. Balance była jeszcze gorsza od Green Dream, bo prócz płaskiego smaku była też sztuczna, mydlana i papierowa. Jaki jest sens tworzenia na siłę niby-prozdrowotnej czekolady? Bawi mnie fakt, iż na drugim miejscu w składzie stoi tu inulina, przez co zawartość błonnika w 100 g czekolady wynosi aż 32,9 g. Nie lepiej po prostu zjeść do obiadu surówkę, a na deser pozwolić sobie na kawałek rozkosznej Prawdziwej Czekolady?

PS Totalnie rozbieżne recenzje możecie przeczytać u Olgi i Zuzanny.


Skład: miazga kakaowa, inulina, tłuszcz kakaowy, maltitol, odtłuszczone kakao w proszku, jagody 3%, truskawki 3%, lecytyna sojowa, glikozydy stewiolowe, naturalny aromat waniliowy.
Masa kakaowa min. 48,9%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 452,8 kcal
BTW: 5,7/34,7/18,4

wtorek, 19 kwietnia 2016

Domori Cioccolato Bianco biała


Jeszcze nie zdążyliście się rozsmakować w relacji z wyjazdu w Beskid Wyspowy, a ja już funduję Wam małą przerwę... Dzisiaj przed Wami czekolada, którą wpałaszowaliśmy do porannej kawy w Wielki Piątek, krótko po przyjeździe do pensjonatu w Mszanie Dolnej. Plecaki były już przygotowane do wyjścia na szlak, trekkingowe ciuchy czekały na założenie - a my postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę, zaparzyć kawę i rozkoszować się białą czekoladą wypuszczoną spod skrzydeł niezwykłej włoskiej marki - Domori.

W Magicznej Szufladzie jeszcze sporo Domori czeka na swoją kolej, a i tak marka ta była na moim blogu wychwalana już nie raz. Trudno wyrazić w pełni zachwyt nad kunsztem czekoladnika Gianluca Franzoni (nie mam pojęcia, jak odmienić jego imię i nazwisko). Nigdy jeszcze nie pisałam o białej czekoladzie od Domori, choć posiadałam dwa jej egzemplarze - jedną czystą, a drugą z dodatkiem zielonej herbaty. Oczywiście w pierwszej kolejności sięgnęłam po wersję czystą, którą nabyłam w wymiarze 50 g dzięki Sekretom Czekolady.



Będąc po degustacji nieskazitelnych pod względem składu białych Willie's Cocoa i Original Beans, można by się przyczepić do składu białej Domori (Czepiać się Domori? Jak to w ogóle brzmi!). Na pierwszym miejscu znajduje się cukier trzcinowy, dopiero za nim tłuszcz kakaowy oraz mleko w proszku. Do wyrobu Cioccolato Bianco użyto lecytyny sojowej, czekoladę przyprawiono madagaskarską wanilią. Na opakowaniu zabrakło deklaracji o zawartości tłuszczu kakaowego. Można by na kilka punktów spojrzeć krytycznym okiem, ale wszelka krytyka umyka w momencie spróbowania czekolady...


Barwa Cioccolato Bianco jest czysta i pełna w sposób typowy dla tłuszczu kakaowego - lekko wpadająca w żółć. Unosi się nad nią bardzo delikatny, nietypowy zapach. Wraz z Mężem musieliśmy zastanowić się chwilę, co takiego czujemy - bowiem było to dla nas doznania zupełnie niespodziewane. Biała Domori pachnie niezwykle... świeżo. Poczuliśmy woń dopiero co przeciętej limonki, a także pokrojonej w paski dorodnej cytryny o niezwykle aromatycznej skórce. Tuż za nimi wyczuwalny jest jogurt, w pełni naturalny i czysty (zupełnie inny poziom w kwestii doznań niż w białej jogurtowej Ritter Sport). Dopiero po tym wszystkim, gdzieś w tle, majaczy subtelna wanilia. Cała ta feeria zapachów wróżyła bardzo dobrze.


Dzielenie tabliczki na kostki dało mi do zrozumienia, jakże delikatna jest ta czekolada. Nie była krucha, lecz subtelnie aksamitna - tak, jakby z miłosnym ciepłem i przyzwoleniem otwierała się cała przed nami podczas jej łamania. Kładąc pierwszy kęs na języku przekonałam się, że biała włoska panienka jest jednak nieco zadziorna w byciu uwodzicielką - nie rozpuszcza się w pełni bagienkowato, trzeba dać jej chwilę czasu. Gdy już podda się pieszczotom języka, zamienia się w bardzo gęsty i miękki karmel. Chwilo, trwaj!

Usta zalewa nietypowa, przepyszna karmelowość - coś równie wykwintnego, lecz o kilka tonów łagodniejszego niż w Valrhona Blond Dulcey. Ponadto, owa karmelowość idzie w parze z wieloma dodatkowymi nutami smakowymi. Pojawiają się akcenty, które wyłapaliśmy w sferze zapachu. Mamy tutaj cytrynowość, zakrawającą o naturalny olejek - bardzo wyszukany, bez jakichkolwiek sztucznych i nieczystych zagrań. Tak, jakby ktoś skropił sokiem z cytryny rozgrzaną, wysmarowaną karmelowym masłem skórę. W zasadzie, to zastanawiam się, czy to aby na pewno jest cytryna, a nie czasem limonka, albo jakiś jeszcze inny cytrus. Chyba jednak limonka. Albo coś cytrusowo odrealnionego, erotycznie nacechowanego, wyidealizowanego. Coś, co orzeźwia w niesamowicie elegancki sposób.



Gdy dodamy do tego jeszcze jogurt... Prawdziwy jogurt, tłusty i naturalny, bez żadnych ulepszaczy, kremowy - docieramy do momentu, gdzie nasza Cioccolato Bianco jawi się nam jako ideał wyszukanego odświeżenia, jak perfumy eleganckiej kobiety w zwiewnej sukience w ciepły letni dzień. Albo jak jej naturalny zapach? Z jednej strony ta niezwykła świeżość, a z drugiej - przerozkoszna słodycz gęstego i delikatnego karmelu. To naprawdę niesamowite połączenie, którego nie spodziewałam się po tej białej czekoladzie.

Wanilia rzeczywiście pojawia się gdzieś na końcu, jedynie lekko podkreślając całą grę smaków. Waniliowy akcent sprawia, że do głowy przychodzą jeszcze skojarzenia z odrobinę skarmelizowanym, gładkim twarożkiem. To było zupełnie odmienne doznanie od wcześniej jedzonych białych czekolad, po raz kolejny utwierdzające mnie w przekonaniu, że biała czekolada również potrafi być oryginalnym majstersztykiem. Nie jestem w stanie jej porównać ani do Willie's Cocoa, ani do Original Beans - to zupełnie inne tabliczki, zupełnie inne charaktery i postacie.



Słońce wpadające przez okno podczas naszej degustacji jeszcze bardziej podkręcało orzeźwiające i ciepłe zarazem skojarzenia. Taka właśnie jest Domori Cioccolato Bianco - niesie cytrysowo-jogurtowe orzeźwienie umieszczone na słodko-gładkim karmelowym filmie. Wanilia jest jak pyłek kurzu unoszący się w rozgrzanym powietrzu, nie dający się złapać, umykający, lecz nastrajający. 

Ta czekolada nas po prostu rozanieliła. To był idealne preludium do wyruszenia na szlak (choć równie dobrze po takim przygotowaniu można by było robić inne rzeczy...). Na wielkanocny wyjazd zabrałam ze sobą również białą czekoladę od Zottera, więc dzisiejsza recenzja nie będzie jedynym blogowym spotkaniem z nietypową bielą w tym miesiącu... Czekajcie wytrwale!


Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa netto: 50 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 602 kcal.
BTW: 6/42/50

niedziela, 17 kwietnia 2016

Klingele Chocolade Green Dream ciemna 68,6% z orzechami laskowymi i rodzynkami


Wiem, że niektórzy czytelnicy czekali na ten moment, więc uroczyście ogłaszam, że wraz z dzisiejszym wpisem rozpoczynam relacje z naszego wielkanocnego wypadu w góry! Tym razem, naszym celem stał się fragment Beskidu Wyspowego, położonego pomiędzy Beskidem Makowskim, Kotliną Sądecką i Gorcami. Kolejne pasmo, o którego istnieniu nie wie wiele osób, a mija się je (i kilka innych pasm) chociażby w drodze z Krakowa do popularnego Zakopanego. Pasmo bardzo charakterystyczne, bo występują w nim odosobnione szczyty (lub grupy szczytów), położone pomiędzy dolinami i przełęczami. Wędrówka od szczytu do szczytu nie wiążę się więc tam z sunięciem cały czas grzbietem gór, lecz schodzeniem góra-dół i robieniem przewyższeń. W tegoroczną Wielkanoc pierwszy raz odwiedziliśmy te góry, a że jeszcze sporo zostało nam do zobaczenia, będziemy wracać tam nieraz.

http://www.beskidwyspowy.com/
http://www.odkryjbeskidwyspowy.pl/


Po całonocnej jeździe samochodem około godziny 7:30 w Wielki Piątek trafiliśmy do naszego pensjonatu Skalna Grota w Mszanie Dolnej. Mając tego dnia do zrobienia niezbyt wymagający dla nas szlak, idealny na rozgrzewkę - bez pośpiechu zjedliśmy śniadanie, przebraliśmy się, przepakowaliśmy i... zaparzyliśmy kawę. O czekoladzie, którą raczyliśmy się tuż przed wyjściem w góry będziecie mogli poczytać pojutrze.

Pierwszego dnia nie wyruszaliśmy bezpośrednio z Mszany Dolnej. Podjechaliśmy autem do wsi Szczyrzyc. Plan naszej trasy możecie zobaczyć tutaj. Nie jest on w pełni dokładny - w rzeczywistości trasa była nieco dłuższa, ponieważ na powyższym portalu nie mogliśmy zaznaczyć podejścia i zejścia na górę Grodzisko (niebieski szlak w stronę Poznachowic Górnych). Generalnie rzecz ujmując, naszym celem tego dnia było rozpracowanie Pasma Cietnia.



 Wyruszając z parkingu pogodę mieliśmy cudowną - było ciepło i słonecznie. Taka aura pozostała z nami do końca dnia. Wspominając zeszłoroczne wielkanocne przebijanie się przez zaspy śnieżne w Beskidzie Małym, poczułam wielką ulgę (jeszcze na domiar złego, podczas tamtego wyjazdu gorączkowałam...). Zielony szlak na Ciecień prowadzi najpierw wzdłuż wyeksponowanych winnic, by następnie wejść w las, którym to już bez punktów widokowych podążamy aż na lekko posypany śniegiem szczyt Cietnia 829 m n.p.m.


 Sam szczyt Cietnia jest zalesiony, jednak będąc na nim koniecznie trzeba pamiętać o odbiciu w bok i zejściu lasem odrobinę w dół, w stronę wsi Wiśniowa. Chwila drogi wystarczy, by znaleźć się na polanie na Cietniu, bardzo widokowej, upodobanej przez paralotniarzy. Tak się złożyło, że też ich tam spotkaliśmy.

 
 Po powrocie na szczyt Cietnia obraliśmy dalej szlak niebieski. Wędrując nim dotarliśmy na kolejny szczyt w Paśmie Cietnia - Księżą Górę 649 m n.p.m. Wchodząc tam byliśmy przekonani, że znajduje się na nim wieża widokowa. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na polanie na wierzchołku Księżej Góry znaleźliśmy jedynie ołtarz i ławki. Okazało się, że drewniana wieża widokowa owszem, była na Księżej Górze jeszcze dwa lata temu, lecz została rozebrana przez wzgląd na ryzyko zawalenia się.

W tle widać Ciecień.


Na Księżej Górze mój Mąż wyraził chęć na kawę i coś słodkiego. Przysiedliśmy więc w okolicach ołtarza polowego, wyjęliśmy termos i... fragmenty dwóch tabliczek Klingere Chocolade, jakie otrzymałam od Olgi z livingonmyown.pl.


 Jako pierwsza pod ostrzał poszła ciemna czekolada z orzechami laskowymi i rodzynkami, należąca do linii Green Dream, tak samo jak wcześniej opisywana wersja z limonką. Przypomnę, iż Green Dream to seria czekolad od niemieckiej Klingere Chocolade w pełni ekologiczna i fair trade. Szczerze powiedziawszy, wali mnie to w momencie, gdy widzę, że w czekoladzie nie użyto tłuszczu kakaowego, za to sypnięto odtłuszczonego kakao w proszku. Za to już na wejściu produkty tej marki mają u mnie wielkiego minusa. Z recenzją Olgi możecie zapoznać się tutaj.


Wiewióra widniejąca na opakowaniu jest urocza i na tym moje komplementy się kończą. Osiągnięcie 68,6% pułapu zawartości kakao zostało zrealizowane przez oszustwo, i tyle. Mimo to, naprawdę cieszyłam się, że będę mogła na szlaku zjeść czekoladę z orzechami. Spójrzcie tylko, jak te orzechy wyglądają... W nietypowy sposób rozdrobnione, pozbawione skórki - są do niczego nie podobne i również nijak smakują. Niby lekką chrupią, ale tak naprawdę giną. Ilość rodzynek już w ogóle woła o pomstę do nieba. Zarówno mój Ukochany, jak i ja, mieliśmy do dyspozycji po dwie kostki. Każdemu przypadła jedna maleńka rodzynka. To zdecydowanie za mało. Czekolada pod względem dodatków została wykonana byle jak.

Zresztą w ogóle została wykonana byle jak... Nie wiem Olga, może moje usta nie są wystarczająco gorące, ale to pieroństwo za nic nie chciało się bagienkowo rozpuszczać - a taką cechę zanotowałaś podczas swojej degustacji. Zresztą, wcale się nie dziwię braku rozpuszczania, skoro w czekoladzie nie ma tłuszczu kakaowego - a to on rozpuszcza się w temperaturze ciała.

Czekolada sama w sobie jest na tyle płaska w smaku, że nie mam pojęcia, co jeszcze więcej mam o niej pisać. Może to, że zahaczała o wiórowatość i nieco przypominała mi plastikowe wynalazki z armeńskiej Grand Candy. Mój Mąż stwierdził, że Green Dream jednak była smaczniejsza od Grand Candy, ale cóż - nadal jest to dla mnie kategoria tej samej bylejakości. W tym wypadku nawet gorszej - bo konsument może się złapać na eko i fair trade certyfikaty myśląc, że ma do czynienia z produktem z wyższej półki. Smak i wykonanie niestety o tym nie świadczą.



Po tej czekoladzie zjedliśmy jeszcze po dwie kostki z kolejnej tabliczki Klingere Chocolade (recenzja ukaże się 21 kwietnia) i ruszyliśmy dalej. Zeszliśmy z Księżej Góry i udaliśmy się na niższą Cublą Górę 508 m n.p.m., tym razem nieoznakowaną. Nieopodal spotkaliśmy urodziwą kapliczkę z 1869 roku. Wychodząc z lasu, znaleźliśmy się na Przełęczy pod Grodziskiem, na której ulokowanych zostało kilka domostw. Jakże zacisznie jest móc tam mieszkać... Rozpoczęliśmy podejście na Grodzisko 618 m n.p.m., ale o tym poczytacie już wkrótce...


Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, orzechy laskowe 2,5%, rodzynki 2,5%, odtłuszczone kakao w proszku, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 68,6%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 539,2 kcal.
BTW: 8,6/39,9/31,4

piątek, 15 kwietnia 2016

Original Beans Grand Cru Blend No.I 80% ciemna


Podczas mojej drugiej wizyty u Olgi z livingonmyown.pl zostałam uraczona jeszcze większą dawką słodkości, niż podczas naszego pierwszego spotkania. Będąc już po degustacji białej Original Beans największą radość sprawiła mi część kolejnej tabliczki spod skrzydeł tej szwajcarskiej marki, jaką postanowiła podzielić się ze mną Olga. Bardzo jej za to dziękuję i już na wstępie stwierdzam, że był to najbardziej wykwintny prezent jaki od niej dostałam (wykastrowany czekoladowy penis był wyszukany, ale nie wykwintny ;)). Jej recenzję możecie przeczytać tu.

Original Beans Grand Cru Blend No.I 80% to ciemna tabliczka powstała z blendu ziaren kakao pochodzących z Ameryki Południowej i Afryki. O ile czekolady single-origin zawsze są dla mnie wielką zagadką (nawet gdy ziarno pochodzi z tego samego rejonu, a jest interpretowane przez innego czekoladnika), to blendy wydają się być jeszcze bardziej tajemnicze. Zamysł producenta jest bowiem nieznany i ciekawi mnie, jak wygląda podejmowanie decyzji co do wykonania takich czekolad np. w kwestii doboru ziaren i proporcji.



Skład dziś opisywanej tabliczki jest, jak na Original Beans przystało, banalnie prosty. Ziarna kakao i cukier trzcinowy - czegóż więcej do szczęścia potrzeba? Już sam wygląd czekolady pieści zmysł wzroku. Jej ciemny brąz ma w sobie mnóstwo czerwonawych i fioletowych przebłysków, zaś kostki ozdobione zostały pięknym słonecznym wzorem.

Zapach czekolady jest niesamowity jak na 80% zawartości kakao. Wydaje się bowiem bardzo delikatny i słodki. Wąchając ją, oczami wyobraźni widziałam deser stworzony z wiśni i truskawek - świeżych i soczystych, ale z wierzchu posypanych również suszonymi żurawinami i śliwkami. Delikatna nuta suszonych owoców położona na wyraźnej owocowej świeżości sprawiła, że nie czuć tu wysokiej paloności, lecz jedynie lekko przydymioną słodką karmelowość. Subtelnie odznacza się również kawa.



Przy łamaniu i gryzieniu tabliczka okazuje się być twarda i chrupka jednocześnie. Przez kilka pierwszych chwil rozpuszczania się w ustach jawi się jako w drobno proszkowy sposób naładowana kakao. Rozpuszcza się dobrze, spokojnie, po jakimś czasie lekko zalepiając. Rozlewając w ustach wielką łagodność i harmonię niesie ze sobą bardzo klasyczne czekoladowe smaki.

W pierwszej kolejności odczuwamy słodycz - jakby przypudrowaną, nieco mleczną - dalej mieszająca się z subtelną kwaśnością dojrzałych czerwonych owoców. Za plejadą wiśni i truskawek przychodzi odrobina autentycznej cytryny, mieszająca się z miksem suszonych jagód i śliwek, może leciutko podwędzanych. Dalej do głosu dochodzi niezwykle smaczna kawa, bez mocnej paloności - a bardziej karmelowo-mleczna w swej naturze. Zdaje się być przyprawiona szczyptą cynamonu. Tuż za nią czekają już na nas migdały, miąższyste i dorodne, ze smakowitą skórką. Końcówka jest już wyraziście mleczna, napawająca spokojem.



Grand Cru Blend No.I 80% to niespotykana delikatność przy tak wysokim pułapie kakao. Wszystko zdaje się być uładzone, precyzyjnie wyważone. Smaki nie ciążą w żadną stronę, funkcjonują ze sobą w pełnej harmonii. Takie pyszności były dla mnie zbawieniem po dzień wcześniej degustowanej Kandierte Preiselbeeren od Zottera.

Po niedawno opisywanej Valrhona Noir Andoa 70%, blend od Original Beans to kolejna tabliczka idealnie nadająca się dla osób zaczynających przygodę z Prawdziwymi Czekoladami. Jest idealna na pierwszy raz, wprowadza w świat czekolady w bardzo łagodny i potwornie smaczny sposób. Klasyczne czekoladowe smaki przeplatają się bez nieoczekiwanych zwrotów, płyną spokojnie swoim nurtem i pieszczą zmysły. Nawet zachowanie się w ustach tej czekolady, jej proces rozpuszczania się - jest pełen harmonii, relaksujący.



To czysta czekoladowa radość. Tabliczka jest na tyle uniwersalna, iż chciałabym móc sięgać po nią często, po kostce, jako czekoladowy ratunek. Gdybym miała przyrównać ją do jakiegoś człowieka, nazwałabym ją Przyjaciółką służącą rozsądną poradą w każdej sytuacji. Urodziwą, zadbaną i ułożoną kobietą, lubianą i cenioną przez wszystkich, łagodzącą wszelkie konflikty. Osobą, z którą chce się być, pragnąć zaznać wewnętrznego spokoju. Chcąc mieć przeświadczenie, że w naszym życiu wszystko jest na swoim miejscu.

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 80%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 569 kcal.
BTW: 9/45/40