wtorek, 30 września 2014

Karmello ciemna z miksem orzechów i rodzynkami


Opisywaną dziś czekoladę kupiłam w katowickim firmowym sklepie Karmello, tuż przed naszym wyjazdem w Alpy. Nie mogłam przejść obojętnie obok tak obficie pokrytej orzechami tabliczki. Sami przyznajcie, że wygląda imponująco! Od razu pomyślałam o tym, jak wspaniale sprawdzi się na górskim szlaku. Zdecydowałam się na wersję deserową o 53,8% zawartości kakao (do wyboru była jeszcze opcja biała). Unikatem jest fakt, iż nie zastosowano w tej czekoladzie najpopularniejszych orzechów arachidowych - a całe bogactwo innych. Dorodnych, pięknych i wartościowych.

 Tak się złożyło, że Karmello w Alpach nie została zdegustowana i przyjechała z nami z powrotem do Polski. Spoczęła w Magicznej Szufladzie i czekała na swoja kolej. Wiedziałam, że sięgnę po nią dopiero przy kolejnym wyjeździe w góry. Miał to być długi weekend przy okazji Dnia Niepodległości, a więc miała jeszcze sporo czasu. Scenariusz jednak lubi się zmieniać i akurat w tym przypadku z owej zmiany planów byłam niezwykle zadowolona :).

Zatęskniliśmy za górami. Szybka decyzja - wczesna pobudka w sobotni poranek i wyjazd tam, gdzie najbliżej. Masyw Ślęży. Wyciszyć się, wylać trochę potu, zrobić jak najwięcej kilometrów. Kijki i buty trekkingowe spakowane do bagażnika. Idealny moment, aby Karmello mogła wykazać się wcześniej, niż było to zaplanowane :).

Wyruszając z Sobótki myślałam, że przerwę kawową zrobimy sobie już na Ślęży. Mój Ukochany nie mógł jednak przeżyć poranka bez kawy i pilnie potrzebował dopalacza już po kilku kilometrach (ja pierwszą kawę wypiłam jeszcze przed świtem, inaczej ciężko by mi się prowadziło auto ;)). Termos z mocną kawą, orzechowa Karmello... Czy można sobie wyobrazić lepszy zestaw na wędrówkę? ;)

Oj tak, mnogość orzechów rzeczywiście robi wrażenie. Rodzynek i żurawiny jest malutko, ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Ich ilość była wystarczająca na tyle, by czekolada zdążyła przesiąknąć ich owocowym aromatem. Tabliczka była bowiem dość podatna na chłonięcie nut, jakie niosły ze sobą dodatki. Deserowa czekolada sama w sobie, tak jak w przypadku wersji z bananem i malinami, nie niosła ze sobą spektakularnych wrażeń. Nie za słodka, nie za gorzka. Bardzo neutralna, w zasadzie aż za bardzo. No ale lepsze to, niż słodki ulepek lub stęchłe paskudztwo. Po prostu czekoladowa zwyczajność i prostota, z którą trzeba się pogodzić i... jeść ;).

Po orzechach spodziewałam się większej chrupkości. I chyba także większej świeżości... Sprawiały wrażenie lekko rozmiękłych, a smaki poszczególnych gatunków orzechów nie były indywidualnie wyraziste. Zdziwiło mnie to, że w liście składników na opakowaniu nie pojawiły się orzechy włoskie, a przecież i one pokrywały czekoladę w towarzystwie rozmaitości pozostałych orzechowych kolegów.

Znów w Karmello zabrakło mi charakteru, choć nie można odmówić tej czekoladzie smakowitości. Orzechy zawsze robią robotę, nawet te o niegórnolotnej jakości. Po prostu wszelkie orzechy są pyszne. Kakao też jest pyszne. Mimo niedociągnięć, wybrałabym drugi raz tą tabliczkę jako wałówkę na górski szlak - sprawdziła się świetnie w tej roli.

Skład: Czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), mieszanka owoców i orzechów (żurawina suszona, rodzynki, orzechy laskowe, orzechy pistacjowe, orzechy włoskie, orzechy nerkowca, migdały).
Masa kakaowa min. 53,8%.
Masa netto: 130 g.

sobota, 27 września 2014

Milka Pretzel Loves Choco mleczna z solonymi kawałkami precli

Źródło: http://bagpol.inkontrahent.pl/inkontrahent.php?t=22671&g=538&q=&r=0&rg=0
 
Nie wiem, czym w głównej mierze był podyktowany mój zakup Milka Pretzel Loves Choco. Na pewno sporo w tym grzesznego czekozakupoholizmu, a poza tym wiele czystej ciekawości. Solone precle to niecodzienny dodatek do czekolady, aczkolwiek samą sól połączoną z kakao bardzo lubię. Inna kwestia, że przecież tak bardzo nie przepadam za Milką... Gdzieś tam w tyle głowy miałam nikłą nadzieję, że może ta tabliczka choć odrobinę przekona mnie na nowo do tej wychwalanej przez masy marki. Że może czas dać jej kolejną szansę. Jakaż ja byłam naiwna... ;)

 Tabliczka od spodu wygląda całkiem zachęcająco. Wprawdzie odcień brązu jest jak dla mnie odrobinę zbyt blady, ale pokaźne kawałki precli ukazujące się nam jako wybrzuszenia - wywierają miłe wrażenie. Gdy przełamiemy tabliczkę uwidaczniając przekrój precli - robi się jeszcze apetycznej. Niestety produkt "wali Milką", czyli czymś, co w żaden sposób nie kojarzy mi się z dobrą mleczną czekoladą. Niezidentyfikowana cukrowo-mleczna mikstura, bez cienia kakao.

Jak się domyślacie, niemożliwością było dla mnie zjedzenie swojej połówki tabliczki na jeden raz. Pierwsze podejście wspominam najgorzej. Najpierw wgryzłam się w samą czekoladę i... aż mnie skrzywiło. Autentycznie, poczułam się tak, jakbym jadła cukier wymieszany z mlekiem w proszku. To nie było ani trochę miłe uczucie. Gdy dotarłam do precla zrobiło się odrobinę przyjemniej. Chrupiący, wypieczony precelek - jak to precelek - był całkiem smaczny. Szczypta soli przyniosła ulgę w tej inwazji ordynarnej słodyczy. Ale nadal owa sól pasowała mi trochę jak wół do karety (czy w tym przypadku raczej jak kareta do wołu ;)) - próbowała nadać odrobiny wykwintności czemuś, co po prostu jest nieudane. Musiałam nauczyć się jeść tą tabliczkę, kostka po kostce - bo nieustannie coś mi tu nie pasowało. Z jednej strony smaczne precle, a z drugiej... No fuj fuj fuj :(.

Muszę przyznać, że im dalej w las - tym lepiej. Przy kolejnych podejściach moje kubki smakowe już przyzwyczaiły się do faktu, że Milka jest Milką i inna nie będzie. Solone precle są NAPRAWDĘ rewelacyjnym dodatkiem do czekolady, skoro uczyniły Milkę zjadliwą dla mnie. Są po prostu jednym wielkim kołem ratunkowym. Gdy zbyt wiele nie dumałam nad czekoladową kiepścizną, produkt jakoś dawał radę. W porównaniu do uprzednio próbowanych przeze mnie wyrobów tej marki, Pretzel Loves Choco jest całkiem w porządku. 

Mój Ukochany podzielił moje zdanie - gdy zjemy tą Milkę bez głębszych refleksji nad profanacją kakao - możemy się otrzeć o iluzję degustacyjnej przyjemności ;). I pomarzyć, że świetnie by było skosztować takich fajnych solonych precelków w lepszej jakościowo czekoladzie. Zarówno mlecznej, jak i gorzkiej. A może nawet i w białej. Tymczasem mamy typowe dla Milki słodyczowe chamstwo (bo na pewno nie jest to ta głośno reklamowana alpejska delikatność...), okraszone zwykłą słoną przekąską, która w tym wydaniu stają się składnikiem na wagę złota.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, mąka pszenna, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, pasta z orzechów laskowych, olej palmowy, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu, sól, mąka pszenna słodowa, skrobia pszenna, wodorotlenek sodu, drożdże, węglany sodu, aromat.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 515 kcal.
BTW: 6,8/27/59,5

środa, 24 września 2014

Zotter Marillen-Butterbrot mleczna nadziewana kremem morelowym i kremem z wódki z białego chleba


Gdy drżącymi rękoma przeglądałam po kolei czekolady Zottera w sklepie w Innsbrucku, Marillen-Butterbrot od razu wpadła mi w oko. Nazwa była na tyle ciekawa, że nie zagłębiając się w skład produktu zdecydowałam się go kupić. Morele i maślany chleb? Morele jako składnik nadzienia - rozumiem jak najbardziej, a na dodatek bardzo bardzo lubię te owoce. Ale maślany chleb? Czyżby Zotter pokruszył czerstwe kromki i oblał czekoladą, zamiast poczęstować nimi konie? ;) Otóż nie! Moje zdziwienie było jeszcze większe, gdy doczytałam o co w tym wszystkim chodzi.

 W składzie znajduje się "Weissbrotschnaps" czyli w wolnym tłumaczeniu wódka z białego chleba. Wpisując powyższe wyrażenie w google natrafiłam na stronę producenta owego dziwactwa. Oprócz wódki z białego pszennego chleba możemy kupić również taką z chleba pełnoziarnistego (pewnie zdrowsza, haha ;)). Domniemam, że jest to lokalny niemiecki wyrób - pierwszy raz spotkałam się z czymś takim. Ciekawe, prawda?

Samego trunku nie miałam okazji skosztować, ale za to trzymałam w łapkach czekoladę, która miała go w składzie 5%. Bogatsi w wiedzę, w jakiej formie chleb znalazł się w tabliczce czekolady - nadal nie mieliśmy zielonego pojęcia, czego się po niej spodziewać. Po rozwinięciu sreberka mogliśmy się zaciągnąć przyjemnym kakaowo-mlecznym zapachem, okraszonym nutą migdałów i suszonych moreli. Aromat alkoholu był praktycznie niewyczuwalny.

Forma tabliczki to oczywiście nadal niepodzielona na kostki, gruba tafla. Producent na opakowaniu informuje nas o dwóch warstwach nadzienia, jednak moje oko dostrzega jedną masę w odcieniach jasnego pastelowego brązu i morelowego beżu. Zmysł smaku sugeruje zaś, że składniki rzeczywiście zostały porozkładane w różnych proporcjach w spodniej i wierzchniej części nadzienia.

Nie przypuszczałam, iż z każdym kolejnym kęsem Marillen-Butterbrot będzie nam serwować aż tak mistrzowską, bogatą roszadę smaków. Mamy tutaj tyyyyle wszystkiego, że pozwalając rozpuścić się kawałkowi czekolady w ustach, co chwila napotyka nas coś nowego. Cienka warstwa świetnej jakościowo mlecznej czekolady stanowi kropkę nad i. Mój Mężczyzna jednoznacznie stwierdził, że poskąpienie czekoladowej polewy jest dla nadziewanych tabliczek Zottera dobrodziejstwem. Nadzienie jest na tyle bogate i smakowite, iż należy je chłonąć, bez tłumienia go solidną dawką wykwintnej czekolady. Nie do końca się z tym zgodzę - w końcu czekolada zawsze powinna być najważniejsza...

Nadzienie to przede wszystkim maślano-mleczna delikatność, pośród której co rusz napotykamy na coraz to kolejne intensywne smaki. Pojawiają się morele - posmak zarówno tych suszonych, jak i świeżych. No i na dodatek czujemy w buzi ich drobne kawałki. Mamy mielone migdały, które jak widać na dobre wpisują się w konwencję nadziewanych czekolad Zottera. Jeśli ktoś nie lubi migdałów, to po prostu ma pecha...

Ponadto, zbożowe klimaty pojawiają się w tej czekoladzie często. Koronnym wśród nich jest oczywiście chleb. Dodatek Weissbrotschnapsa przejawia się posmakiem podobnym do kwasu chlebowego, rozmoczonej piętki wypieczonego chleba. Alkohol, który ze sobą niesie - znów możemy potraktować jako sprytną przyprawę podkręcającą zmysły - bowiem za żadne skarby nie czuć tutaj ordynarności wódki! Osoby nieprzepadające za połączeniem czekolady i alkoholu absolutnie nie muszą się bać tego wyrobu. Kolejnym zbożowym elementem w zotterowskiej układance jest kasza kukurydziana. Kasza kukurydziana? A i owszem! I to taka przyrządzona z masełkiem! Być może to siła autosugestii, ale ja znalazłam miejsce dla kaszy wśród feerii doznań smakowych, jakie niosła Marillen-Butterbrot.

Podkręćmy jeszcze to wszystko szczyptą wanilii, cynamonu i kroplą soku z cytryny - a otrzymamy zaskakującą, oryginalną kompozycję. Nie mam pojęcia, jak Zotter wpadł na coś takiego. Jak wymyślono to, że tak dziwaczna kompozycja będzie naprawdę spójna i smakowita. To wieloskładnikowe, dopracowane danie. Kłaniam się w pas i już nie mogę się doczekać kolejnych atrakcji, jakich dostarczy nam Zotter.

Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, wódka z białego chleba pszennego 5%, miazga kakaowa, pełne mleko, migdały, puree z moreli 3%, masło 2%, odtłuszczone mleko w proszku, suszone morele 2%, kasza kukurydziana, nierafinowany cukier trzcinowy, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, sól kuchenna, ziarna wanilii, cynamon, płatki róż, cytryna w proszku.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.

niedziela, 21 września 2014

Wenschitz Sparkling Travel ciemna nadziewana białą truflą z mango i szampanem


Odkrywania twórczości austriackich czekoladników ciąg dalszy... :) Produkty Wenschitz od razu przykuły moją uwagę na sklepowej półce innsbruckiego sklepu. Trudno nie zawiesić oka na tak... kiczowatych opakowaniach, które mimo wszystko opatrzone są w ładne i oryginalne nazwy własne wyrobów. Sparkling Travel? O tak, nasza tegoroczna podróż w Alpy była pełna "sparkliness" (jeśli uciekać się do chyba trochę zapomnianego słowa oznaczającego radość i energię życia). A poza tym, dlaczego jeszcze czekolada Wenschitz miała być sparkling - musująca/iskrząca się? Ponieważ zawiera w sobie szampan. Szampan, mango, ciemna czekolada i trufla z białej czekolady... Połączenie na tyle ciekawe i wyjątkowe, że musiałam je wypróbować.

Otwarcie kartonika wprowadziło nas w niemałe zaskoczenie. Czekolada nie jest owinięta w papierek ani sreberko. Została podzielona na 4 prostokąty i opakowana w dwie wzorzyście wytłoczone, plastikowe tacki. Tacka spodnia opatrzona została w logo firmy, zaś tackę górną - tak jak czekoladę - podzielono na 4 części. Ozdobny wzór wyżłobiony na każdej z nich jest idealnym odzwierciedleniem wzoru zdobiącego każdą z czekoladek. Nadal nie możecie sobie tego zobrazować? Dobra, zrobię wyjątek od reguły i wkleję zdjęcie tabliczki... ;)


Wygląd elegancki i oryginalny, ale co dalej? Powiem szczerze, że i tak czy siak pierwszy rzut oka na powierzchnię tabliczki nie był najprzyjemniejszy. Naprawdę nie lubię, gdy czekolada się tak świeci. Zawsze kojarzyć mi się to będzie z tanimi pralinkami, choć może nie powinno... Przykładając nos bliżej czułam tylko i wyłącznie zwykłą ciemną czekoladę. Dobrą, ale nie zapowiadającą eksplozji smaków. Poza tym, w aromacie nic a nic nie zapowiadało, że w środku tabliczki kryje się jakiekolwiek nadzienie... A przecież nazwa produktu sugeruje, że wnętrze będzie naprawdę wyraziste.

Po pierwszym kęsie okazuje się, że warstwa czekolady jest pooookaźna. Mamy przyjemną goryczkę, wyważoną słodycz ale... kurczę, jest przeciętnie. Sam fakt 70-procentowej zawartości kakao sprawia, że czekoladę dobrze się je, ale fajerwerki nie wybuchły, ani fanfary nie rozbrzmiały. Bogactwa kakao to tu nie było. Paradoksalnie, mój Mężczyzna uznał, że... coś za mało czuć tu kakao :D.

 Nadzienia jest naprawdę mało i na dodatek jest nierówne - umieszczone w czekoladowych prostokątach jakby po przekątnej. W miejscach, gdzie jest do najmniej - praktycznie NIC nie czujemy. Ot, biało-żółtawe stałe nadzienie, o niezidentyfikowanym smaku. Czy też właściwie bez smaku... Trufla z białej czekolady? Mango? SZAMPAN??? :o

Dopiero tam, gdzie warstwa nadzienia jest grubsza, możemy wyczuć parę jego niezaprzeczalnych zalet. Po pierwsze, ma bardzo przyjemną konsystencję gęstego, lecz lekkiego musu. Po drugie - no w końcu czuję mango. Delikatne, ale jednak. Nie jakieś sztucznie pudrowe i nachalne - naturalna owocowa nutka. Ale zdecydowanie była ona zbyt subtelna, aby przebić się przez smak ciemnej czekolady - która znowuż wcale nie była jakaś nadzwyczajna.

Mam bardzo mieszane uczucia co do tego produktu. Był smaczny, ale oczekiwałam czegoś innego. Przede wszystkim spodziewałam się, że czekolada sama w sobie bardziej mnie urzeknie. Było jej sporo, więc mogła swobodnie dać nam popis - a ona tylko grzecznie się nam ukłoniła. Z drugiej strony, po tak ekstrawaganckim opisie nadzienia mogłam wiele wymagać. Mango powinno zaatakować mnie swoją soczystością, a przy tym spójnie łączyć się z goryczą kakao. Trufla z białej czekolady winna załagodzić wszystko swoją aksamitną słodyczą - tymczasem tą jasną masę trudno było zidentyfikować jako powstałą z białej czekolady. Zawartość szampana pozostaje uznać mi jako perfidny chwyt marketingowy - nie mam pojęcia, gdzie, jak i w którym momencie winnam go poczuć. Prawda jest brutalna - muszę zaprzeczyć tezie, że wnętrza nie ocenia się po opakowaniu. Tutaj i na zewnątrz, i w środku - mamy sporo KICZU.

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, śmietana, syrop glukozowy, puree z mango, pełne mleko w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, Marc de Champagne, woda, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.