środa, 16 sierpnia 2017

Manufaktura Czekolady ciemna Dominikana 70% z ananasami i malinami


 Choć mleczna czekolada z malinami i morelami z serii Your Chocolate Story od Manufaktury Czekolady nie wywarła na mnie rewelacyjnego wrażenia, i tak z niecierpliwością czekałam na otwarcie ciemnej wersji z malinami. Powód był jeden - ananas! Uwielbiam ananasy, to jedne z moich najukochańszych owoców - toteż ich udział w dominikańskiej siedemdziesiątce był dla mnie wyjątkowo kuszący. Zachęcał mnie już podczas dokonywania zakupów na foodieshop24.pl.

Dominikańska ciemna czekolada była równie smaczna, jak pozostałe tego pochodzenia wypuszczone spod skrzydeł Manufaktury Czekolady. Specyficznie ziemista i tytoniowa, ale nadal pieszcząca czekoladową słodyczą z lekką dozą szorstkości. Maliny jak to maliny - nie popisały się niczym wyjątkowym, dokładnie jak w wersji z morelami. Za to ananas... Cząstki liofilizowanego ananasa okazały się strzałem w dziesiątkę! Delektowałam się ich autentycznie zachowanym smakiem i żałowałam, że tabliczka nie została ozdobiona tylko i wyłącznie ananasem... Ananas dobrze współgrał z czekoladą, a jednocześnie czekolada nie była na tyle ordynarna, by zaburzyć mi prostą radość czerpaną z jedzenia ananasa. Forma spreparowania tego owocu naprawdę się udała. Jeśli przyjdzie mi kiedyś uczestniczyć z warsztatach organizowanych przez Manufakturę Czekolady, do stworzenia swojej tabliczki na pewno użyję liofilizowanego ananasa!



 16 lipca w końcu było nam dane zdobyć jakiś szczyt! Naszym celem był Kokbulak, liczący około 4500 m n.p.m. Gdy pierwszy raz zobaczyliśmy tę górę z daleka pomyślałam sobie wraz z Mężem: "o matko, ale bałucha"... Mimo wszystko, jak się później okazało, obrana przez nas droga zawierała trochę stromizn.




 Zdobycie szczytu nie zajęło nam wiele czasu, a nieszczęśliwie do góry nie było nic widać... Stwierdziłam, że ostatnimi czasy aura na szczytach nam nie dopisuje - na naszych dwóch kolumbijskich wulkanach też nie mieliśmy widoków. Nie mniej jednak szczyt to zawsze specyficzna radość, toteż ukontentowana zostawiłam pośród kamieni buteleczkę po polskiej wódce ze swoją wizytówką w środku. Poza tym to była pierwsza tak wysoka góra Weroniki, brawo!






Poniżej parę fotek z zejścia do obozu...









A po bezpiecznym zejściu do obozu i zjedzeniu owsianki - trza było się zwijać i ruszać dalej! W długą drogę...


Skład: prażone ziarna kakao, cukier, liofilizowane ananasy 3%, liofilizowane maliny 2%.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 585,3 kcal.
BTW: 9,3/24,6/53,2

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Seed and Bean Pumpkin Seeds and Hemp Oil ciemna Dominikana 72% z ziarnami dyni i olejem konopnym


Po ostatnio opisywanej tabliczce od Manufaktury Czekolady, nadal pozostajemy przy dodatku pestek dyni - tym razem w wykonaniu Seed and Been (do kupienia w biokredens.pl). Ta ciemna czekolada zawierająca 72% dominikańskiego kakao zaintrygowała mnie szczególnie przez wzgląd nie na same pestki dyni, lecz drugi dodatek - olej konopny. W jaki sposób wyczuć go w czekoladzie? Czy w ogóle da radę go wyczuć? Czy nie jest to tylko chwyt marketingowy? Sprawdźmy!

Bardziej szorstkawa niż aksamitna czekolada, o licznych ziemistych nutach, pokryta była drobnymi pestkami dyni - wielkością podobnymi do tych z tabliczki od Manufaktury Czekolady. Ich niewątpliwą zaletą był fakt, iż nie usypywały się tak łatwo jak w przypadku propozycji rodzimej marki - a chrupały równie przyjemnie. Oleju konopnego, tak jak się spodziewałam - nie czułam w ogóle. Zresztą, tak naprawdę co miałam tu czuć? (sprawdziłam - ponoć posmak "orzechowo-goryczkowy" - jak mówi blog Facet i Kuchnia. Jak dla mnie - ów posmak może płynąć bezpośrednio z kakao i już... Jak go odróżnić?). Poza tym, muszę się przyznać, że parę kostek Seed and Bean Pumpkin Seeds and Hemp Oil jeszcze przegryzłam Snickersem na trasie, bo akurat cukier leciał w dół, a trzeba było się ostro doładować przed porządnym podejściem. Trudno więc jedzenie tej czekolady nazwać prawdziwą degustacją, nie mniej jednak jakieś wrażenia pozostały, a moje zmysły były wyczulone na niuanse (których nie znalazłam). 


15 lipca spośród moren i lodu wkroczyliśmy ponownie w strefę zieleni. Już następnego dnia, 16 lipca, sytuacja miała się odwrócić. Rankiem opuściliśmy naszą polankę i ruszyliśmy kolejnę doliną, wyżej i wyżej. Już wkrótce spotkaliśmy ponownie moreny oraz zbity lód - następnego, nie znanego nam jeszcze lodowca Korzhenevskiy. To właśnie do niego mieliśmy dojść dwa dni wcześniej, trawersując czterotysięczne przełęcze. Wkroczyliśmy na ów lodowiec od drugiej strony, przechodząc tym samym dwie doliny.




Samo wejście na lodowiec było hmm.. dość nietypowe. Najpierw przekroczyliśmy na bosaka lodowaty potok, by od razu po przejściu na drugą stronę wykonać strome podejście w rakach. Później ciśnienie nieco mi podskoczyło, bo weszliśmy na szczyt moreny, z której nie za bardzo było jak zejść... Gdy już w końcu znaleźliśmy dalszą drogę, uraczyłam wszystkich dziś opisywaną czekoladą.








Na koniec długiego dnia pozostało nam podejście Paradise Glade na czterotysięczną przełęcz Kokbulak. To niesamowite, że akurat tu na tej wysokości odnaleźć można było kwiaty - a wszędzie dookoła gdzie okiem sięgnąć na naszym poziomie znajdował się solidny śnieg.





Przełęcz Kokbulak była magiczna... Z tymi swoimi piachami zbronowanymi przez wiatr oraz niesamowitym widokiem... To właśnie tam rozbiliśmy kolejny obóz.



Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pestki dyni 8%, olej konopny 4%, ekstrakt z wanilii.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 590,6 kcal.
BTW: 9,8/46,5/29,4

sobota, 12 sierpnia 2017

Manufaktura Czekolady ciemna Ekwador 70% z pestkami dyni i czerwonymi porzeczkami


Kolejna tabliczka od Manufaktury Czekolady z serii Your Chocolate Story (zakupiona przez foodieshop24.pl), wzbudzała moje spore nadzieje. W porównaniu do pozostałych podobnych sobie 100-gramówek rodzimej marki, ta wyjątkowo przypadła mi do gustu pod względem dobrania dodatków. Tym razem producent postawił na solidną posypką z pestek dyni oraz liofilizowanych czerwonych porzeczek. Miałam tylko nadzieję, że cała posypka nie zostanie na ziemi po tym, jak otworzę efektowne, lecz problematyczne opakowanie. Tym razem bazę stanowi ciemna czekolada o 70% zawartości ekwadorskiego kakao.


Sama czekolada w moim odczuciu zdawała się być delikatniejsza od dominikańskiej. Również pojawiały się liczne ziemiste nuty, przełamane jednak mnogością lżejszych, bardziej kwiatowych, a także orzechowych. Niestety ponownie trudno było mi skupić się na samiuteńkiej czekoladzie. Teraz w domu cofnęłam się do moich dawnych recenzji ekwadorskich tabliczek z Manufaktury, lecz niespecjalnie mnie natchnęły, bowiem i w nich dodatki były na tyle inwazyjne, że musiały zaburzać esencję ekwadorskiego kakao.

Pestki dyni na całe szczęście nie usypywały się z taką intensywnością, jak inne drobne dodatki w pozostałych próbowanych wcześniej Your Chocolate Story. Były nie za duże, ale bardzo smaczne. Zresztą, ja jestem sympatyczką pestek dyni, a tu w górskich warunkach szczególnie mi przypasowały. Liofilizowane czerwone porzeczki urzekały swoją naturalną kwaskowatością, jednakże nie były w stanie wyraziście przełamać kakao i pestek dyni. Pobrzmiewały gdzieś w tle dopełniając kompozycji, choć wydawałoby się, że ich intensywność może dać popalić. Dobrze, że zostały poddane liofilizacji, a nie suszeniu, lecz i tak brakowało im tego cudownego kopa, jakie mają w postaci świeżej (uwielbiam czerwone porzeczki!). Mimo wszystko, ta tabliczka była jedną z lepszych Your Chocolate Story, jaką zabrałam ze sobą do Kazachstanu.




15 lipca ponownie wkroczyliśmy na lodowiec Bogatyr, aby zejść nim do doliny. Musieliśmy nadłożyć dwóch dni, by omijając przełęcz Akgul dojść do punktu, z którego mogliśmy dokończyć planowaną trasę wyprawy. Teraz jak na złość od rana świeciło piękne słońce. Nie mogę pojąć surowych zrządzeń natury, która zesłała śnieg akurat poprzedniego dnia, w tak istotnym momencie.



Stopniowo lód ustępował miejsca wodzie i skałom...







...by w końcu oddać choć w części panowanie zieleni. Zeszliśmy już sporo w dół i okrążaliśmy pasma górskie dolinami.



Tu już świstaki świstały jak szalone i pomimo ich licznych nor nie spotkaliśmy ani jednego. Ałatau Zailijski to na tyle puste, wyludnione góry, że nasze kroki od razu płoszyły wszelką zwierzynę.





Kolejny obóz rozbiliśmy na przytulnej, lecz niestety słabo nasłonecznionej trawiastej połaci. Pobliski potok stworzył wspaniałą okazję do kąpieli. Tą noc wspominam jako jedną z najlepszej jakości snem - nie dość, że zasnęłam czyściutka, to jeszcze długa bujna trawa pod matą tak cudnie układała do snu...



Skład: prażone ziarno kakao, cukier, pestki dyni 6%, liofilizowane czerwone porzeczki 2%.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 586,7 kcal.
BTW: 9,4/37,1/52,9

czwartek, 10 sierpnia 2017

Seed and Bean Chilli and Lime ciemna Dominikana 72% z chili i limonką


Kolejna tabliczka od brytyjskiego Seed and Bean, którą zakupiłam w biokredens.pl, zawierała jeden z moich ulubionych przypraw, a mianowicie chili. Zawsze ze szczególną uwagą podchodzę do czekolad z chili, czego już nie raz mieliście okazję doświadczyć na moim blogu. W tym wypadku, tabliczkę z zawartością 72% dominikańskiego kakao wzbogacono nie tylko o chili, lecz również o limonkę. Wracając do mojej podroży do Meksyku bezsprzecznie mogę stwierdzić, że to idealnie meksykańskie połączenie. Kakao, chili, limonka... Brakuje tylko tego, by kakao było meksykańskie.


Przyznam, że Seed and Bean Chilli and Lime pozytywnie mnie zaskoczyła, szczególnie przez wzgląd na moc chili. Położone na umiarkowanie słodkiej, mocno ziemistej dominikańskiej czekoladzie, która okazała się być bardziej zwarta niźli aksamitna - uderzało z wyjątkową siłą. Co ważne, nie wykrzywiało przy tym buzi na wszystkie strony, nie wzbudzało obrzydzenia i nie było przesadzone. Fakt faktem, to odczucie może być bardzo subiektywne, w zależności od tolerancji na pikantność. Dla mnie było super i przyznam, że to jedna z czekolad z najbardziej udaną rolę chili, jaką miałam dotąd przyjemność jeść. Plasuje się wysoko na podium wraz z . Urok chili podkręcany był nie tylko przez wspomnianą ziemistość czekolady, ale i przez limonkowy powiew świeżości. Limonka wynurza się z tła, naturalna niczym w świeżo wyciśniętym soku, ujarzmia nieco chili jak w dobrej meksykańskiej potrawie. Chili rozlewa się w buzi swym bukietem, grzejąc intensywnie i powodując wyrzut endorfin - zaś limonka odrobinę ten skwar studzi, zalotnie przekomarzając się. Mogłabym kiedyś powrócić do tej tabliczki, to naprawdę udane połączenie.


Tak jak wspomniałam w poprzednim wpisie, 14 lipca miał być dla nas wyjątkowym dniem na kazachskim szlaku. Po zwinięciu obozu ruszyć mieliśmy lodowcem Uraltcev, a następnie podejść na przełęcz Akgul położoną na wysokości 4500 m n.p.m. Stamtąd mieliśmy wykonać trawers przez kolejne dwie przełęcze leżące również powyżej 4000 m n.p.m. i przejść na lodowiec Korzhenevsky. Tam planowaliśmy założyć bazę przez atakiem na najwyższy szczyt Ałatau Zailijskiego - Talgar (według różnych pomiarów ma on nieco poniżej lub nieco powyżej 5000 m n.p.m.). Nasze plany zostały niestety pokrzyżowane.


Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, i najważniejsze - od nocy 14 lipca nieustannie padał śnieg. To, co na naszej morenie na bieżąco topniało, wyżej na lodowcu Uraltcev stworzyło nową solidną czapę, zakrywającą wszelkie szczeliny. Nasze podejście lodowcem trwało więc dłużej niż normalnie, gdyż każdy kolejny krok prowadzącego Jurija okupiony był dokładnym sprawdzeniem stabilności podłoża - a i tak nie obyło się bez przygód typu "siadam na skraju szczeliny" lub "jedna noga w szczelinie, a drugie kolano pod brodą". Uparcie szliśmy dalej, ale śniegu tylko przybywało. W ten ważny dzień trafiła nam się najgorsza pogoda z całego wyjazdu.

Gdy zbliżaliśmy się do podejścia na przełęcz, Jurij zadzwonił z telefonu satelitarnego do Ałmaty po prognozę pogody. Nadal miało padać. Przeciekające buty Weroniki dodatkowo utwierdziły nas w przekonaniu, że należy zmienić plany. Będąc sama z Mężem i chłopakami pewnie upierałabym się na dalszej walce, ale czy to dobrze? Zawróciliśmy po własnych śladach, których i tak już praktycznie nie było widać. Jurij zaproponował nam nowy scenariusz na kolejne dni. Z najwyższego szczytu musieliśmy zrezygnować. Na nowo rozbiliśmy obóz w tym samym miejscu co poprzednio. Na rozgrzanie zaserwowałam ekipie dziś opisywaną czekoladę, która mimo wszystko dla Weroniki i mojego Męża była nieco za mocna (więcej dla mnie!).



Dopiero pod wieczór przestało na dobre padać, przynajmniej na naszej morenie. Poprawa pogody od razu rozbudziła wątpliwości - a może trzeba było iść? Próbowałam je zagłuszyć czytając książkę (na tak malowniczym stanowisku do czytania, jak na zdjęciu powyżej), lecz nie obyło się bez burzliwej dyskusji z Mężem, ba, nawet kłótni. Wyrzuciłam z siebie złe emocje mając nadzieję, że następny dzień przyniesie już tylko słońce, porozumienie i dobry humor...





Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z wanilii, chili w proszku <1%, limonka <1%.
Masa kakaowa min. 72%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 580 kcal.
BTW: 9/44/32