piątek, 1 sierpnia 2014

Lindt Black & White Cafe-Truffel biała nadziewana kawową truflą


Po wielkim zawodzie, jaki przyniosła nam degustacja Lindt Black&White Choco-Truffel, do kawowej wersji tej białej nadziewanej czekolady podchodziłam z dużą rezerwą. Nie byłam jednak z góry nastawiona na NIE, ponieważ mam duży sentyment do Lindta. Dotąd miałam także ogromne zaufanie do tej marki, ale ostatnio jest ono nadwyrężane. Mimo to, nadal daję im szansę. Trudno przez parę nieudanych produktów przekreślać od razu cały dorobek firmy.

Ze względu na upały, tabliczka przed degustacją chłodziła się w lodówce. Podobnie było z wersją z nadzieniem kakaowym, a więc tym łatwiej było nam te produkty porównać. Po rozdarciu sreberka pierwsze wrażenie było podobne, jak w przypadku nieszczęsnej poprzedniczki - czekolada nie uwodzi nas delikatnym maślano-waniliowym zapachem. Więcej tu ordynarnej słodyczy, mleka w proszku i waniliny. Przez to wszystko daleeeekim echem przebija się kawa.

Smak to znów słodycz całkiem przeciętnej białej czekolady. Dość tłusto, mało aksamitnie. Niestety, to znów nie jest ta cudowna biała czekolada Lindta, do której dotąd byliśmy przyzwyczajeni. 

Nadzienie nie jest wystarczająco mocno kawowe. To nie jest espresso, lecz cienka lura. Słodycz białej czekolady zbyt mocno przytłumia kawowe akcenty. Są one wyczuwalne, ale na pewno nie można tego nazwać w żadnym wypadku eksplozją smaków. 

Cafe-Truffel była smaczniejsza od Choco-Truffel, ale mimo to nadal nie sprostała naszym oczekiwaniom. Tutaj biała czekolada powinna rozpływać się w ustach i być lekka jak obłoczek, a moc kawy winna z ową delikatnością tworzyć kuszący kontrast. Tak nie było. Było do bólu zwyczajnie, prosto, na łatwiznę. Pomimo tego, że do składu znów nie można się przyczepić... Gorsze surowce? Mniej włożonego serca? Nie wiem, nie wiem gdzie leży przyczyna...

Generalnie rzecz biorąc, cała seria Black&White była chyba najgorszą kolekcją Lindta, jaką było nam dane spróbować. Paradoksalnie, bodaj najsmaczniejszą z tego nieszczęsnego tria była dla mnie Vanille-Truffel, którą zjedliśmy jako pierwszą - bo myśleliśmy, że będzie najsłabsza. Mój Ukochany uważa natomiast, że mimo wszystko Cafe-Truffel była smaczniejsza. Więc może nie jest aż tak źle ;).

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz mleczny, śmietanka w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, kawa 1,2%, lecytyna sojowa, wanilina, ziarna wanilii.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 580 kcal.
BTW: 6,8/39/50

poniedziałek, 28 lipca 2014

Millano Luximo Premium mleczna z nadzieniem sernikowym i malinowym



Kobieta zmienną jest i lubi popadać ze skrajności w skrajność. Dlatego też, bezpośrednio po degustacji Amedei Chuao, przyszedł czas na recenzję czekolady z Biedronki :D. A jednak, oba tak skrajne produkty noszą wspólną nazwę – są to czekolady. Dlatego dla każdej z nich znajdzie się miejsce na moim blogu.

Z kawową reprezentantką poprzedniej kolekcji Millano, stworzonej specjalnie dla popularnego dyskontu, wiążę całkiem miłe wspomnienia. Dlatego też, zauważając w Biedronce kolejną nową serię wyprodukowaną przez twórców słodyczy marki Baron – skusiłam się na wypróbowanie jednej z trzech tabliczek. Sięgnęłam po smak, który wydawał mi się najmniej pospolity i najciekawszy. Pozostałe warianty – tj. nadzienie waniliowe oraz orzechowe – nie przyciągały mnie niczym. Gdyby były to tabliczki deserowe, prawdopodobnie kupiłabym je. Ale nowa kolekcja Millano to trzy czekolady mleczne – wprawdzie o 32-procentowej zawartości kakao, ale o nadzieniach niezachwycających składem. Nie było sensu ryzykować, kupując całe trio. Mogłam narazić moje kubki smakowe i żołądek na zbyt drastyczne wstrząsy.

Słusznej wielkości tabliczka (niemal 200 g) została bardzo praktycznie podzielona na 6 prostokącików – zaś każdy z nich składa się jeszcze z czterech kostek. Każdy prostokąt zapakowany jest w osobne sreberko. Całość ukryta jest w estetycznym kartoniku. Millano znów pod tym względem pokazał klasę, która jednak na samym wyglądzie się skończyła ;).

Po rozpakowaniu ze sreberka pierwszej czekoladki, postanowiliśmy resztę porcji ukryć na parę minut we wnętrzu zamrażarki. Czekolada ze względu na upał szybko topiła się w palcach, ale po schłodzeniu nabrała walorów.

W zapachu przede wszystkim czuć mocno kwaskowatą malinę. Nie jest to niestety aromat owocu świeżo zerwanego z krzewu – bardziej kojarzy się z gęstym malinowym syropem. Kakao trudno się  doszukać. Szkoda.

Gdy wgryzamy się w samą czekoladę, niestety dochodzimy do wniosku, że nie jest ona najlepszej jakości. Jest bardzo słodka – a owa słodycz przyćmiewa znaczny udział surowców mlecznych, oraz bądź co bądź nie najniższy udział masy kakaowej. Po spróbowaniu wierzchniej warstwy tabliczki już  wiemy, że całość produktu nie porwie nas. Bardzo dobra czekolada ratowałaby przecież nawet słabsze nadzienie.

A nadzienie, no właśnie, również jest słabe… Dolna biała warstwa jest grubsza (stanowi 27%) i składa się przede wszystkim z częściowo utwardzonych tłuszczy roślinnych. To źle. Na szczęście, oszczędzono nam margarynowego posmaku. Więcej jest tutaj na szczęście mleka, ale za to z ogromną domieszką cukru. Znów zbyt słodko.

Górna warstwa stanowi 18% całości produktu. Posiada intensywnie malinową barwę (podkręconą karminami) i żelową konsystencję, która na szczęście nie wylewa się na zewnątrz (dzięki zastosowaniu pektyn). Smak tej części nadzienia kojarzy się z syropem malinowym, lecz nie takim najniższego sortu – w którym malin jest ledwie 0,0001% (naprawdę są takie wyroby…). Prawdziwy przecier malinowy jest tutaj wyraźnie wyczuwalny, ale ponownie nadmiar cukru przeszkadza w jego odbiorze.

Podsumowując, pomysł na czekoladę był bardzo ciekawy – wykonanie niestety kiepskie. Smak sernika to zbyt dużo powiedziane. Lindt, a nawet Orion, mówiąc o sernikowym smaku nadzienia nie bali się zastosować dodatku sproszkowanego twarożku. Millano poszedł po najprostszej linii oporu – posiłkując się tanimi tłuszczami roślinnymi, doprawionymi cukrem i syropami. Słaba czekolada, niedopracowane nadzienie i zdecydowanie za dużo cukru – wszystkie te argumenty przemawiają za tym, iż absolutnie nie żałuję, że na tej tabliczce zakończyła się moja przygoda z najnowszą czekoladową kolekcją Biedronki. 

Skład: cukier, nadzienie malinowe 18% (cukier, syrop glukozowo-fruktozowy z pszenicy, przecier malinowy 14%, sorbitole, kwas cytrynowy, karminy, pektyny), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, tłuszcze roślinne częściowo utwardzone w różnych proporcjach (palmowy, shea, rzepakowy, sojowy, słonecznikowy, kokosowy), odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii, aromat.
Masa kakaowa min. 32%.
Masa netto: 189 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 510 kcal.
BTW: 4,3/17/57

sobota, 26 lipca 2014

Amedei Chuao ciemna 70%


Snując marzenia o kolejnych czekoladowych odkryciach, nietrudno natrafić na Amedei. Ta włoska marka traktowana jest jako jedna z najcenniejszych, jeśli chodzi o produkcję czekolady. Z tą rodzinną manufakturą położoną w Toskanii łączy mnie ten sam wiek ;). Ponieważ dość długo dochodziłam do tego, by zamawiać tabliczki przez internet (a moje pierwsze zamówienie zostało zrealizowane stosunkowo niedawno) - wcześniej nie miałam możliwości obcowania z Amedei na żywo. Zmieniło się to w zeszłym tygodniu, kiedy z namaszczeniem otworzyłam zaadresowaną dla mnie przesyłkę. Dzięki życzliwości Aurory Czekoladowej z Blog Czekolady, honorowe miejsce w Magicznej Szufladzie zajęła Amedei Chuao - często gęsto nagradzana, niezwykle doceniania czekolada, wykonana z wenezuelskiego kakao. Bardzo, ale to bardzo dziękuję jej za ten upominek! :)  Nie mogliśmy czekać. Postanowiłam otworzyć Amedei wraz z moim Ukochanym przy pierwszej możliwej okazji. 

Sobotnie upalne popołudnie. On wrócił zmęczony z pracy. Po letnim obiedzie bogatym w sezonowe warzywa, oddaliśmy się czułościom, by potem zanurzyć się w błogim śnie. Po ciężkim tygodniu pracy marzyliśmy tylko o totalnym lenistwie i samych przyjemnościach. Przebudzona, wyszeptałam Ukochanemu do ucha: "Może kawy?". Przymknięte, rozespane oczka zaświeciły się wymownie, a na ustach pojawił się najpiękniejszy uśmiech. Już po chwili, po rozgrzanym słońcem i miłością domu, rozszedł się bogaty aromat włoskiej kawy. Do tego przerozkosznego zestawu dołączyć miała jeszcze włoska czekolada - niczym wisienka na torcie. To się nazywa idealna sobota!

Czekolada jest przyjemna dla zmysłów już przed jej otwarciem. Elegancki kartonik, o przemiłej w dotyku fakturze - na którym to Chuao opisana jest wyrafinowanym słownictwem. W środku przybliżona została reszta oferty Amedei. No i sama tabliczka, zamknięta w pastelowo-cytrynowym papierku, od wewnątrz pokrytym sreberkiem. I właśnie je wącham, o taaaak! Do teraz czuję na nim ten głęboki aromat, który będę długo wspominać.

Z uwagą otwieram opakowanie. 50-gramowa tabliczka jest śliczna - podzielona na dość grube kostki średniej wielkości, z wygrawerowanym logo firmy. Po nasyceniu zmysłu wzroku i dotyku, czas na węch. Zapach jest bardzo, ale to bardzo głęboki. I niezwykle dużo się w nim dzieje. Przede wszystkim czuć kuszącą słodycz - taką owocową, nieco ziemistą. Turbo kakao. Dzielimy tabliczkę na kostki. Łamie się dość łatwo, wydaje się być krucha - i oczywiście słychać ten charakterystyczny chrzęst. Kolejna rozkosz, tym razem dla zmysłu słuchu. Po takim pobudzeniu, zaspokojenia domaga się zmysł smaku. Dlatego też, nasze dłonie same wyrywają się po pierwszą porcję.

Pierwszy kęs jest dość zaskakujący, bowiem czekolada wydaje się być jakaś taka... sucha. I właśnie krucha, co można było najpierw wyczuć za pomocą dotyku. Myślę, że jest to kwestia rzetelnego sposobu wytwarzania, bez uciekania się do stosowania emulgatorów, tak popularnych w produkcji pospolitych czekolad. Muszę przyznać, że jest to doznanie bardzo przyjemne, dające nam poczucie, jakbyśmy obcowali z czystym ziarnem kakao. Dodatkowo, ta specyficzna faktura tabliczki, nasila wrażenie ziemistości - wyraźne również w smaku.

Poza tym, w smaku uderza nas subtelna słodycz - po pierwsze wynikająca z dodatku smacznego cukru trzcinowego (który w moim odczuciu zawsze wnosi ze sobą nuty podobne dla miodu), po drugie płynąca naturalnie z bogactwa kakao, po trzecie - zaakcentowana dzięki dodatkowi wanilii. Słodycz ta bardzo spójnie łączy się w kwaskowatością - wrażenie podobne, jak w przypadku owoców leśnych. Coś bardzo naturalnego i autentycznego.

A ta cała przydymiona ziemistość, miodowa słodycz i owocowa kwaskowatość - przykryta jest jeszcze dodatkowo intensywną, kawową palonością. Czymś, co pozwala nam nabrać jeszcze większego apetytu na zawartość butelek chłodzących się w lodówce. Thornbridge Hall Bracia Rich Dark Ale oraz Anderson Valley Bourbon Barrel Stout. Już zaraz je otworzymy. Niech te piwa zaakcentują to, co do teraz czuję w ustach. Tą gładkość, bogactwo, niewypowiedzianą rozkosz. Argh, dla takich wrażeń warto żyć!!! A to takie proste... 4 składniki: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia. Takie proste, a tyle kryje w sobie!!!

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.

wtorek, 22 lipca 2014

Mount Momami ciemna z kandyzowanym imbirem

Od dłuższego czasu widuję w Almie imbirową czekoladę Mount Momami w promocyjnej cenie. Kupiłam ją już dość dawno, a w ostatnią sobotę nadal widziałam okazyjną cenę przy półce z tym produktem. Weekendowy spacerek po delikatesach skłonił mnie do wyjęcia z Magicznej Szuflady właśnie tego przysmaku. Hmm... Kawa w niedzielne nieludzko upalne południe, a do tego czekolada z rozgrzewającym przecież imbirem? Brzmi ryzykownie. A okazało się być... całkiem bezpiecznie i przyjemnie ;).

Zanim przejdę do opisywania wrażeń smakowych, warto ponownie zatrzymać się na dłużej przy kształcie czekolady. Nieregularny owal znów okazał się być wytworem niezwykle niepraktycznym. Wprawdzie kartonik i sreberko to świetna ochrona dla każdej czekolady, lecz co po ich otwarciu? Aby podzielić smakołyk pomiędzy mojego Ukochanego a mnie, znów do akcji musiał wkroczyć ostry nóż. Na domiar złego, o w miarę regularnym rozłożeniu dodatków na powierzchni tabliczki (jakie widoczne jest na fotografii zdobiącej opakowanie) - można tylko pomarzyć. Nieźle się trzeba było nagimnastykować, abyśmy oboje mieli szansę skosztować imbiru w podobnej dawce.

Studiując skład produktu nie mam większych zastrzeżeń. Masa kakaowa na umiarkowanym poziomie, bez szaleństw - ale gwarancja, że dostaniemy choć trochę teobrominowego kopa. Kandyzowany imbir został dodany do czekolady również bez żadnych oszustw - po prostu imbir plus cukier. Tylko jednak rzecz w składzie mnie zastanawia. Dlaczego na nalepce z polskim tłumaczeniem jest zawarta w składzie naturalna wanilia, zaś na oryginalnym opakowaniu nie ma o niej ani słowa?

Nieregularny owal czekolady wcale nie wygląda estetycznie. Ktoś puścił placka ;). No i jeszcze na dodatek wyżej wspomniany imbir, porozrzucany po powierzchni zupełnie bez sensu... Kawałki imbiru nie były ponadto tak wyrównane w rozmiarze, jak sugeruje zdjęcia na opakowaniu. Niektóre były całkiem spore, inne bardzo drobne.

Najpierw wgryzłam się w czystą czekoladę. Bardzo przyjemny kąsek. Nieprzesłodzona, z wyważoną, aczkolwiek solidną porcją kakao. Jak na deserową czekoladę - jakość bardzo dobra. Głębia, i ta przyjemna soczystość kakao, umiejętnie przełamanego cukrem. Przechodząc dalej, zaczynają pojawiać się drobinki imbiru, delikatnie chrzęszczące między zębami. Bardziej cytrusowe, niźli rozgrzewające - ale od razu czuć, że jest to imbir. W końcu docieramy do naprawdę sporych cząstek kandyzowanego imbiru. Są bardzo smaczne. I znów - tutaj także dominuje słodycz i cytrusy. Nic nie piecze naszego podniebienia, jedynie bardzo subtelnie rozgrzewa. Na tyle dyskretnie, że upał w żaden sposób nie przeszkadzał nam w degustacji tego produktu. Obawiałam się, że jedzenie tej czekolady w lato będzie pomyłką - na szczęście okazała się być uniwersalna. Wysoka temperatura nie przeszkodziła nam w tym, aby zjeść całość ze smakiem. Do jednej kawy ;).

Mój Ukochany nie jest fanem imbiru, ale kompozycja bardzo mu smakowała. Jego zdaniem, zaważyła o tym po prostu dobra czekolada. Ja uważam, że również sam dodatek imbiru był niezwykle przemyślany. Podany w taki sposób, że nuty smakowe charakterystyczne dla niego były wyraźne, lecz wyważone. Ten wyrób nie oferuje ekstremalnych doznań, jest spójny - aksamitna deserowa czekolada czule otula słodkie kawałki imbiru.

Dotąd miałam same miłe wspomnienia związane z Mount Momami. Dziś opisywana czekolada tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że to godna polecenia marka. Wprawdzie czekolady tej firmy mają przekombinowany wygląd, ale smaki są już profesjonalnie dopracowane. Mount Momami jest bodaj jednym z najprzyjemniejszych odkryć ostatnich miesięcy.

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa), kandyzowany imbir 20% (imbir, cukier).
Masa kakaowa min. 56%.
Masa netto: 85 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 516 kcal.
BTW: 4,8/29,3/55,3