sobota, 31 maja 2014

Wawel Peanut Butter ciemna z masłem orzechowym


Wawel ostatnimi czasy mnie zaskakuje. Fuzje smakowe, które wprowadza na polski rynek są naprawdę godne podziwu i naśladowania. Urozmaicone cukierki, a do tego teraz eksperymenty z czekoladami... Widać, że firma stawia na rozwój. Nieuchronnie, ściga się z Wedlem - i w moim osobistym rankingu przejmuje nad nim zdecydowaną przewagę.

 Opisywana dziś tabliczka tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu. To pierwsza polska czekolada nadziewana masłem orzechowym. Za sam pomysł należy się firmie złoty medal. Chyba każda osoba przepadająca za masłem orzechowym skusi się na spróbowanie tego produktu. Innowacyjny, a przy tym jakże prosty pomysł - a do tego wszystkiego eleganckie opakowanie (jak widać, nawet zwyczajny plastik potrafi wyglądać ładnie). Wszystko z wierzchu wygląda super, ale co mamy w środku? Musiałam się przekonać.

Wystarczy spojrzeć na skład, by stwierdzić, że jednak Wawelowi brakuje do ideału, jakim mogłaby być ciemna czekolada nadziewana masłem orzechowym. Przeładowanie tłuszczami roślinnymi nie jest czymś, co wzbudza aprobatę. Niestety, jest to notoryczne działanie Wawela. Usprawiedliwię go faktem, że wszystkie firmy produkujące tabliczki w tym przedziale cenowym wcale nie są lepsze pod tym względem...

No ale pomysł i lista składników to nie wszystko. Najważniejsze są wrażenia smakowe. Tabliczka pachnie niestety tanią pralinką. Przez ów nieszczęsny aromat przebija się nuta solonych orzeszków, która ratuje sytuację. Czas skosztować...

Sama czekolada, choć identyczna pod względem składu jak w przypadku Apple Cake, tutaj wydaje się bardziej plastikowa. Być może wynika to z faktu, że w Apple Cake nadzienie było bardziej urozmaicone i po prostu odwracało uwagę od kiepskiej czekolady. I tak czy siak, całe szczęście, że nie była to mleczna czekolada - wątpię, żeby była ona wyższych lotów u Wawela, niż nawet baaardzo przeciętna czekolada deserowa. Reasumując, pod względem czekolady mogło tu by być o wiele lepiej. A jest po prostu słabo.

Nadzienia jest baaardzo dużo. I muszę przyznać, że jak na poziom Wawela - zadowoliło mnie. Barwa nadzienia była dość jasna, co obnaża wysoki udział tłuszczy roślinnych. 100% masło orzechowe dałoby przecież zupełnie inny kolor. Na całe szczęście, orzeszki w smaku są mocno wyczuwalne. Nie jest to czyste, intensywnie tłuste masło orzechowe - ale mamy do czynienia z przyjemnym, orzechowym smaczkiem, okraszonym solą. Mój Ukochany stwierdził, że całość mogłaby być mocniejsza, jeszcze bardziej orzechowa. A jednak w nadzieniu oprócz zmielonych orzeszków mamy okazję także pochrupać ich kawałki - toteż ja będę dla tej czekolady bardziej wyrozumiała. To naprawdę nowość na polskim rynku i choć można by całość znacznie polepszyć i dopracować - i tak wypada in plus. Największym minusem suma sumarum jest sama czekolada... Nadzienie otoczone ciemną czekoladą lepszej jakości naprawdę dało by radę. A gdyby odjęto od niego tłuszcze roślinne i zastąpiono samymi solonymi orzechami, byłoby naprawdę super. Fani masła orzechowego koniecznie muszą spróbować tej czekolady.


Skład: czekolada 50% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz palmowy i shea, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu, aromat), orzechy arachidowe solone 21% (orzechy arachidowe, olej palmowy, sól, olej słonecznikowy), tłuszcz palmowy, orzechy arachidowe 6%, maltodekstryna, glukoza, cukier, sól.
Masa kakaowa min. 43%.
Masa netto: 125 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 551 kcal
BTW: 9,1/37/43

poniedziałek, 26 maja 2014

Lindt Milchshake Banane mleczna z nadzieniem bananowym i mlecznym


Lindtowska seria Milchshake była dostępna w Polsce parę lat temu. Z niewiadomych przyczyn nie miałam okazji jej wtedy spróbować, ale obraz tej kolekcji, a w szczególności bananowej czekolady, nieustannie mnie prześladował. Lindt wymyślił kolejną ofertę tabliczek idealnych na lato - jak widać w tej kwestii producent jest niezwykle pomysłowy i płodny. Nic, tylko umieścić takowy smakołyk na chwilę w zamrażarce i dla kontrastu popijać gorącą kawą...

Dlaczego Milchshake Banane była dla mnie wyjątkowo atrakcyjna? Pomyślcie. Banan jest tak popularnym owocem, a w czekoladach bardzo rzadko stosuję się go jako dodatek. A przecież tak fajnie komponuje się z kakao we wszelkich deserach! Dotąd niewiele miałam do czynienia z bananowymi czekoladami. Nawet, jeśli banan pojawiał się jako element składu, to nie grał pierwszych skrzypiec. Ba, Baron zastosował jedynie aromat bananowy... Byłam więc bardzo ciekawa, jak smakować będzie intensywnie bananowa czekolada. Bo nie wątpiłam w to, że Lindt oszczędzi nam wyrazistych doznań.
(BTW, marzę o tym, aby kiedyś spróbować mlecznej czekolady Wild Ophelia z masłem orzechowym i bananem... Ajajaj!)

Seria Milchshake charakteryzuje się moją ulubioną formą nadziewanych czekolad Lindta. Smukła tabliczka, a do tego grube kostki. Rozerwanie sreberka odkrywa przed nami tajemnicę - będzie turbobananowo! Banan baaardzo mocno wyczuwalny jest w zapachu. Na tyle mocno, że przytłumia charakterystyczny, boski aromat lindtowskiej mlecznej czekolady, co nas nieco zaniepokoiło. Kolejną niepokojącą rzecz zauważamy, gdy rzucimy okiem na skład... Olej palmowy na drugim miejscu, jak to? A gdzie przyjemne masełko, które tak chwaliłam w nadzieniach Lindta? Cóż, w tym wypadku firma poszła po kosztach. Na całe szczęście, jak za chwilę się okazało - nieszczęsny olej oraz podejrzanie intensywny zapach nie odbiły się negatywnie na smaku.

Mleczna czekolada nie zawodzi. Wyróżnia się na tle nadzienia już przy pierwszym kęsie, więc znów swobodnie mogę się delektować tym, co najlepsze. Czekolada będzie zawsze najlepszym elementem w jakichkolwiek produktach Lindta, dodającym różnorakim kompozycjom animuszu. 

Nadzienie posiada 2 warstwy, podobnie jak w przypadku Mit Liebe Gemacht. Dolna warstwa jest typowo mleczna i dość mocno zbita. Nieco wyczuwa się różnicę, że jej tłustość nie jest tak przyjemnie maślana, jak było to w ostatnio próbowanych przeze mnie czekoladach Lindta. Myślę, że dolna warstwa jest na tyle neutralna, że nie można tego traktować jako dużej wady. Wszystko dlatego, że to nie czysto mleczna część jest w tej czekoladzie najistotniejsza.

W Milchshake górna część nadzienia nie jest owocową konfiturą (z czym spotkaliśmy się w Mit Liebe Gemacht), lecz właśnie takim mlecznym szejkiem z dodatkiem owoców. Solidnym dodatkiem. W porównaniu do warstwy dolnej, górna jest bardziej kremowa i mazista. Naprawdę może przypominać gęsty koktajl. I rzeczywiście, jest baaarrdzo bananowo. Naturalnie słodki posmak, tak dobrze nam znany - został delikatnie przełamany mlecznością. I w gruncie rzeczy, w połączeniu z lindtowską mleczną czekoladą - tworzy fuzję mało klasyczną i dość zaskakująco. 

O dziwo, muszę stwierdzić, że nie każdemu zasmakuje ta czekolada. Jest naprawdę oryginalna i wyrazisty smak banana nie musi wszystkim przypasować. Mi się podobało, bo jestem otwarta na nowości - jednak kontrast smaków jest w tym wypadku dość duży. Banan nie pozwala bez pamięci roztopić się w lindtowskiej delikatności. Bo banan dał czadu. Po prostu. Warto spróbować.

Skład: cukier, olej palmowy, pełne mleko w proszku 14%, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, cukier inwertowany, syrop glukozowy, kawałki banana 2%, mleko skondensowane 1%, odtłuszczone mleko w proszku 1%, lecytyna sojowa, laktoza, naturalne aromaty, koncentrat soku cytrynowego, wanilina, ekstrakt słodu jęczmiennego, wanilia, koncentrat z szafranu i cytryny.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 564 kcal.
BTW: 4,8/38/50

czwartek, 22 maja 2014

Lindt Stachelbeer-Vanille mleczna z nadzieniem agrestowym i waniliowym


Wyjątkowa seria czterech mlecznych czekolad Lindta wypełnionych podwójnym nadzieniem spędzała mi sen z powiek już rok temu, gdy przeglądałam niemiecki katalog tej firmy. Nietypowe smaki otoczone wyborną mleczną czekoladą ciągle siedziały w mojej głowie. Odnalezienie w tym roku owej kolekcji na Allegro nie pozostawiło cienia wątpliwości - musiałam mieć całą czwórkę. 

Trudno było się zdecydować, od którego egzemplarza rozpocząć degustacje kolekcji. Najprostszym rozwiązaniem okazała się być droga losowania. Myślę, że Marcin z whitechocolateland się ucieszy, że najpierw wypadło akurat na tabliczkę agrestowo-waniliową :).

Tabliczki "Mit Liebe Gemacht" charakteryzują się wyglądem podobnym do czekolad Lindta z alkoholowymi nadzieniami. Szczerze powiedziawszy, zawsze jakoś bardziej przypadały mi do gustu kostki na kształt "Nice To Sweet You", ale po spróbowaniu Stachelbeer-Vanille już nie miałam żadnych obiekcji co do takiej formy.

Dlaczego? Po prostu, cienkie fragmenty tabliczki składające się z samej mlecznej czekolady pozwalają w 100% poczuć jej smak, a dopiero potem przejść do konsumpcji nadzienia. A mleczna czekolada jest naprawdę boska, warto powolutku wgryzać się w tą boczną warstwę kostki. Niebiańska delikatność fuzji kakao i mleka, coś co ubóstwiam w mlecznych Lindtach. Już sam zapach zniewala, a co dopiero kęs rozpuszczający się w ustach...

Podwójne nadzienie jest bardzo ciekawe. Ciężko podczas degustacji oddzielić obie warstwy od siebie. Jednakże łatwo rozpoznać, iż część dolna, waniliowa, jest niemal identyczna w smaku jak nadzienie w Lindt Black&White Vanille-Truffel. Znów zabrakło tu prawdziwego waniliowego kopa. Ponownie mamy do czynienia przede wszystkim z mlecznymi i maślanymi nutami. 

Górna warstwa jest za to naprawdę oryginalna. Ma konsystencję gęstego dżemu, za sprawą dodatku pektyn. Nic się nie wylewa i nie zalepia palców, a przy tym nie sprawia wrażenia sztuczności. Warto zauważyć, że nadzienie agrestowe rzeczywiście nim jest - nie mamy ściemy w postaci soku jabłkowego itd. doprawionego aromatem agrestowym. Czujemy prawdziwy agrest, jak w domowej konfiturze. Oczywiście, nie jest on przesadnie kwaśny, jak to z agrestem bywa. Został dość mocno posłodzony, co jednak nie przytłumiło jego charakterystycznego smaku. 

Dobry początek. Cała seria zapowiada się wyśmienicie. Idealna czekolada na lato, zdecydowanie! Owocowa kwaskowatość, mleczna delikatność i wykwintna słodycz czekolady w jednym.

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowo-fruktozowy, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, koncentrat soku agrestowego 5%, agrest 3%, śmietanka w proszku, aromaty, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, pektyna, naturalny aromat waniliowy, ekstrakt słodu jęczmiennego, ekstrakt wanilii burbońskiej.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 484 kcal.
BTW: 5,4/27/54

niedziela, 18 maja 2014

Lindt Black & White Vanille-Truffel ciemna nadziewana truflą waniliową


Pora porządnie rozkręcić na blogu cykl notek dotyczących niemieckich czekolad Lindta zakupionych za pośrednictwem Internetu. Dzisiejsza recenzja dotyczyć będzie pierwszej tabliczki z kolejnej lindtowskiej edycji niedostępnej w Polsce. Mowa tu o Black&White. Nadziewane tabliczki Lindta wyglądające w podobny sposób działają na mnie jak lep na muchy - dotąd większość z nich była wprost rewelacyjna (że wspomnę jedynie o Nice To Sweet You). Trzy czekolady Black&White to z pozoru klasyczne połączenia, a dobrze wykonany klasyk potrafi totalnie zmiażdżyć system... Dlatego też, byłam bardzo ciekawa, jak Lindt zabawi się kontrastującymi ze sobą barwami. Najpierw sięgnęłam po wyrób, od którego w zasadzie najmniej oczekiwałam. Waniliowe nadzienie otoczone deserową czekoladą. Celem dawkowania sobie przyjemności - od najmniejszej, do największej (bowiem pozostałe smaki zapowiadają się bardziej obiecująco).

Niestety producent nie podał zawartości masy kakaowej, ale obstawiam, że wynosi ona maksymalnie 50%. Ot, deserowa czekolada - która już na pierwszy rzut oka nie wygląda na niezwykle ciemną. Spod przyjemnego zapachu dobrej deserowej czekolady przebijają się mleczne i waniliowe aromaty. Delikatność.

Pierwszy kęs. Rzeczywiście, czekolada na pewno nie ma w sobie wysokiej zawartości kakao. Mogłaby być odrobinę bardziej gorzka, ze względu na fakt, iż nadzienie jest dość słodkie. Mimo wszystko, jest to smaczna deserowa czekolada. Kryje w sobie niemal zupełnie białe, jednolite i zbite nadzienie. Jest ono przede wszystkim baaardzo mleczne, co staje się oczywistością, gdy tylko zerkniemy na skład produktu. Warto zwrócić uwagę, że na trzecim miejscu w składzie czekolady znajduje się tłuszcz mleczny - przez co nadzienie jest doprawdy bardzo maślane (w dobrym słowa tego znaczeniu - nie jest to natrętna, nieprzyjemna tłustość). Plus do tego skojarzenia ze słodkim skondensowanym mlekiem. Lindt balansował na cienkiej linii i po pierwszej kostce bałam się, czy po kolejnej przypadkiem mnie nie zemdli. Tak się na całe szczęście nie stało, produkt świetnie się wybronił. I w gruncie rzeczy chciałabym, aby truflowe praliny miały w sobie nadzienie tego typu - słodkie i gładkie, ale bez żadnych eksperymentów z margaryną i sztucznymi aromatami.

Jeśli chodzi o wanilię, to cóż... Lindt się jakoś specjalnie nie popisał. Słodkie mleko dominuje w smaku nadzienia. Owszem, wanilia jest wyczuwalna, ale nie jako odrębna przyprawa. Jest łagodna, aż zbyt łagodna. Przydałoby się tu trochę mielonej laski wanilii - a mamy tylko ekstrakt i aromat. Eh, po białej Mount Momami z migdałami już zawsze będę oczekiwać od waniliowych słodyczy prawdziwego charakteru.

Vanille-Truffel to smaczna, łagodna czekolada. Bez ochów i achów, jakie nieraz fundował nam Lindt, więc trochę mi tego brakowało... Cóż, pozostaje mi mieć nadzieję, że dalej będzie już tylko lepiej!

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, śmietanka w proszku, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, aromaty, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy, ekstrakt z wanilii.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 579 kcal.
BTW: 5,4/39/50