czwartek, 29 grudnia 2016

Cacao Hunters Arauca ciemna 70%


Już w maju upolowaliśmy okazyjne bilety na kolejną niezwykłą podróż. Odliczaliśmy miesiące, tygodnie, a w końcu dni do 24 listopada, gdy samolot miał zabrać nas z Berlina do Stambułu, a stamtąd do dalekiej Bogoty. Choć w końcu w tym roku byliśmy już za Oceanem, w Meksyku, to Kolumbia zdawała się być tak bardzo niedoceniona. Była dla nas wielką zagadką. Zresztą, gdy znajomi zgadywali, do jakiego państwa w Ameryce Południowej się wybieramy, często w ogóle zapominali o istnieniu Kolumbii. Nie mówiąc już o tym, że czasem nie zdawali sobie sprawy, że jest tam coś innego niż kokaina.

Przespaliśmy niemal cały długi lot, przez co przesunięcie w czasie o 7 godzin do tyłu (względem czasu w Polsce) nie wywarło na na nas większego wrażenia. Z lotniska w Bogocie taksówka zabrała nas do hostelu Arche Noah, gdzie czekał już jeden z naszych przewodników - Eduardo z Montanas Colombianas. Mój Ukochany wymieniał z nim maile od miesięcy, dzięki czemu wspólnie ustaliliśmy plan naszego pobytu. Po przywitaniu i krótkiej rozmowie rozstaliśmy się z Eduardo na niemal dobę. Udał się na autobus do Pereiry, gdzie mieliśmy ponownie się spotkać. My natomiast mieliśmy jeszcze czas. Po prysznicu ruszyliśmy na miasto!





 Hostel Arche Noah położony jest w centralnej dzielnicy La Candelaria, w bliskości najistotniejszych punktów turystycznych w Bogocie. Mijając Uniwersytet Los Andes i Muzeum Bolivara prędko dostaliśmy się do stacji kolejki linowej prowadzącej na górujący nad stolicą szczyt Monserrate o wysokości 3172 m n.p.m. (tak! sama Bogota leży na 2640 m n.p.m., a więc do aklimatyzacji przystąpiliśmy od razu). Planowaliśmy wejść na niego pieszo, lecz ów szlak był akurat zamknięty (tak samo jak prowadząca na górę kolejka szynowa). Nie mieliśmy wyjścia - wjechaliśmy na Monserrate kolejką linową. Z każdym metrem wyżej otwierał się przed nami niesamowicie rozległy widok na Bogotę. Gdy byliśmy już na górze, spacerując między targiem, kościołem i restauracjami nie mogliśmy się nadziwić pewnej rzeczy. Z jednej strony góry rozpościerała się ogromna aglomeracja, zaś z drugiej... niekończąca się dzika zieleń.




 Po zjeździe z Monserrate krążyliśmy uliczkami w centrum Bogoty. Zatrzymaliśmy się na pierwszy lokalny posiłek, gdzie poznaliśmy wszechobecne tutaj placki kukurydziane arepa oraz skosztowaliśmy rzemieślniczego piwa. Dorwałam małą manufakturę czekolady, gdzie od razu zrobiłam zakupy. W ścisłym centrum odbywał się akurat protest kobiet przeciwko przemocy. Słynny plac Simona Bolivara prezentował się więc wyjątkowo gwarnie. Katedra prymasa Kolumbii na tle Monserrate wyglądała imponująco, a kotłujące się wszędzie gołębie były mi zupełnie obojętne.


Gdy wracaliśmy do Arche Noah natrafiłam na kolejny sklep z czekoladą, a właściwie czekoladziarnię, gdzie prócz napojów na bazie czekolady zakupić można tabliczki dwóch marek produkujących na bazie kolumbijskiego kakao. Byłam wniebowzięta! Nie spodziewałam się, że już pierwszego dnia dokonam takich odkryć na mapie Bogoty. Jeden z zakupionych skarbów postanowiliśmy skonsumować już po paru minutach, gdy na tarasie Arche Noah piliśmy najlepszą na świecie kolumbijską kawę.


Cacao Hunters to kolumbijska manufaktura (marka firmy Cacao de Colombia), której nazwa obiła mi się o uszy jeszcze przed planowaniem wyjazdu do Kolumbii. Ma swoją siedzibę w mieście Popayan w departamencie Cauca. Skupia się na produkcji czekolady z kakao z konkretnych miejsc w Kolumbii. Niektóre z tabliczek zostały wyróżnione na światowym rynku, jak chociażby dziś opisywana Arauca 70%, która w 2015 roku zdobyła srebrno Akademii Czekolady w kategorii micro batch (czekolad wytwarzanych w małych partiach).

 Region Arauca jest w specyficzny sposób bliski mojemu sercu. Położony przy granicy z Wenezuelą, miał być pierwotnie głównym celem naszej wyprawy. To właśnie tam położony jest Park Narodowy El Cocuy, gdzie mieliśmy odbyć wielodniowy trekking i zdobyć kilka szczytów. Park jest w tym momencie zupełnie zamknięty dla turystów. Dzięki chłopakom z Montanas Colombianas pojechaliśmy w inne ciekawe miejsca, nie mniej jednak mam nadzieję, że kiedyś uda nam się zawitać do przepięknego Cocuy. Tymczasem musieliśmy zadowolić się czekoladą z tamtejszych okolic. Według Cacao Hunters "Arauca to płodny i egzotyczny region na granicy Kolumbii i Wenezueli. Ziemia ta charakteryzuje się niewyobrażalnym bogactwem krajobrazów, klimatów oraz... kakao". 

 Co ciekawe, Cacao Hunters na swojej stronie internetowej parują swe poszczególne single-origin z napojami i jedzeniem. I tak, według producenta Araucę warto spróbować z brie i herbatą jaśminową.


Maleńka 28-gramowa tabliczka nie została podzielona na kostki. Jej barwa była dość jasna, lecz bardzo żywa, nasycona. Czekolada pachniała słodko, nektarowo i mlecznie. Wydawało się, iż posiada w sobie domieszkę mleka. Już w dotyku i łagodnym aromacie zdawała się być esencją gładkości, ale dopiero umieszczenie jej kawałka w ustach sprawiło, iż zagłębiliśmy się w rozkosznej miękkości i aksamicie. Wszystko zdawało się czyste, klarowne, a jednocześnie... niezwykle dwoiste.

Arauca rozpuszczała się w ustach idealnie gładko, błotniście, esencjonalnie, miękko... Ooo tak, gładkość tej czekolady była wyborna, zwłaszcza, gdy zestawiłam ją z wyrazistymi smakami. Kwaśność nieustannie odgrywała dziwaczny wyścig ze słodyczą. Od początku zadziwiła mnie jej wysoka kwaśność, która okazała się niezwykle przystępna, rześka i... wykwintna. Przy bardzo nikłej goryczce i braku ściągania, taka wilgotna cytrusowa kwaśność była intrygująco smakowita.



W połączeniu z błogą słodyczą, mleczną i rozkosznie intensywną - czekolada stała się po prostu ekscytująca. Jak w wyważony sposób dosłodzona miodem naturalna lemoniada, w zasadzie podobna do tej, jaką piliśmy parę godzin temu gdzieś w centrum Bogoty... Gładkość i łagodna słodycz przywoływała na myśl odrealnione masło z orzechów nerkowca, zaś ta cudna kwaśność jakieś naturalne cukierki cytrusowo-miodowe.

Arauca była delikatna pomimo tak mocnych smaków. Na pozór zwyczajne i pospolite smaki podane tu zostały w najbardziej wykwintnej, dopieszczonej formie. Tak pyszna i zaskakująca czekolada była doskonałym przedsmakiem naszej rodzącej się przygody w Kolumbii, podsyciła apetyt na odkrywanie tego, co nieznane. Szkoda, że Arauca tak szybko się skończyła i dziś... pisząc te słowa, ponad tydzień po powrocie z Kolumbii żałuję, że sama wyprawa tak szybko się skończyła... Ten smak na długo zapadnie w mojej pamięci, od tego rozpoczęło się prawdziwe nasycanie zmysłów kolumbijskim bogactwem. Mmm...



A to, że w zasadzie chwilę później rozpętały się burze, przez które o dwanaście godzin opóźnił się nasz lot do Pereiry - wtedy mnie denerwowało, a teraz jest nieważne... W perspektywie tego wszystkiego, co stało się, gdy już do niej dolecieliśmy - nieplanowany nocleg w Bogocie w luksusowym hotelu zafundowany przez linie lotnicze traktuję tylko jako dodatkową "atrakcję".


Skład: masa kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 28 g.

wtorek, 27 grudnia 2016

Domori Puertomar ciemna 75%


Puertomar to już ostatnia z posiadanych przeze mnie czekolad Domori z kolekcji Criollo - serii tabliczek wykonanych z różnych ziaren wyhodowanych na wenezuelskiej plantacji Hacienda San Jose. Po raz kolejny kieruję podziękowania do Sekretów Czekolady za sprowadzenie tych niezwykłych czekolad. Puertomar to inaczej Ocumare 61, a tabliczka Domori wykonana z tej odmiany otrzymała wiele nagród m.in. Golden Chocolate Award w 2009 r. Kimiko recenzowała już swój egzemplarz, zapraszam do porównania naszych odczuć. Puertomar jako jedyna z kolekcji zawiera 75%, a nie 70% kakao.


Tabliczka o żywej i głębokiej barwie pachniała intensywniej niż Canoabo. Kryła w sobie o wiele większe bogactwo aromatu. Zaatakowała nas przyprawami, popiołem, dymem, drewnem, a także wiśniami, porzeczkami i nabrzmiałymi czereśniami. Pomimo dość mrocznych, ale żywych nut w aromacie, czekolada zaskoczyła nas niezwykle kremowym rozpuszczaniem się w ustach. Robiła to o wiele łatwiej i przyjemniej niż łagodniejsza w smaku Canoabo.


W Puertomar odnaleźliśmy wiele paloności, ale specyficznych, uładzonych - raczej idących w stronę aromatu lasu, orzechów, pestek owoców, ewentualnie karmelu, odrobiny kawy. Słodycz w tej czekoladzie była znaczna, jednak wzbogacona o wiele kwaśnych i gorzkawych niuansów. Jak kwaśne wiśnie z kompotu - jednocześnie mamy tu owocową słodycz, jak i naturalny kwasek, no i specyficzną goryczkę pestek. Mnogość skojarzeń z ciemnymi owocami była znacząca, pomyślałam nawet o uwielbianej przeze mnie aronii. W elegancki sposób doprawione były one odrobiną pieprzu i cynamonu, tworząc wyszukany deser - także z dodatkiem lekko kwaśnej śmietanki. Do tego dodajmy jeszcze migdały, a może nawet... pestki moreli.


Idealna gładkość i kremowość tej czekolady w połączeniu z wyrazistymi, różnorodnymi akcentami czyni Puertomar bardzo interesującą tabliczką. Kimiko przyrównała ją do czekoladowego ciasta, ja powiem więcej - to wykwintny czekoladowy tort skomasowany do 25 gramów. Dobrze wypieczony biszkopt podlany karmelem, mnóstwo czekolady z każdej strony, odrobina kawowego kremu, migdałowa posypka, świeża śmietana oraz ogrom ciemnych owoców. Mniam! To było barrrdzo smakowite zakończenie przygody z kolekcją Domori z Hacienda San Jose.


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 25 g.

niedziela, 25 grudnia 2016

Zotter Rose and Basil mleczna 50% nadziewana marcepanem i galaretką różaną z olejkiem bazyliowym


Dziś mam dla Was jedną z najnowszych nadziewanych czekolad Zottera (poprawka: to tak jak w przypadku Lemon Polenta wielki powrót), zakupioną poprzez foodieshop24.pl - taką, która szczególnie mocno zaintrygowała mnie zastosowanym połączeniem smaków. Róża i bazylia. Dwa te składniki same w sobie są specyficzne i intensywne, a co dopiero razem? Ba, a co wydarzy się, gdy do tak nietypowego duetu dodamy jeszcze prawdziwą czekoladę?

Rose and Basil posiada bardzo długi, złożony skład, w którym odnajdziemy mnóstwo "cudów wianków". Zawsze zastanawia mnie, w jaki sposób Zotter wymyśla swoje kompozycje. Skąd wie, ile czego dodać, by efekt był piorunujący. W czystych czekoladach chodzi "tylko" o umiejętną obróbkę ziaren, a dalej masy kakaowej, a w serii Handscooped? Tutaj trzeba działać wręcz z aptekarską dokładnością.



W aromacie kompozycji mieści się wiele różności. Czujemy świeżą, jędrną i naturalną galaretkę. Pojawia się nieco alkoholu i ziół. Dalej czaruje nas szlachetny marcepan oraz iluzja jabłecznika.

Kuwerturę stanowi mleczna czekolada o 50% zawartości kakao. Wygląda na nadzwyczaj gładką i rzeczywiście taka jest. Degustując ją solo przekonujemy się, jak cudownie jest miękka, błogo mleczna, soczysta, aksamitnie rozpuszczająca się w ustach, a przy tym głęboko kakaowa. To świetnie wykonana kuwertura, która, jak za chwilę się okazało, idealnie zgrała się z bardzo specyficznym nadzieniem.



Dolną warstwę nadzienia stanowi gładziutki, biały marcepan. Jest niesamowicie delikatny - dawno nie jadłam tak łagodnego w smaku marcepanu, przy jednoczesnym wyrazistym smaku migdałów. Niecodzienna łagodność być może wynika z faktu, iż w Rose and Basil nie znajdziemy wiele alkoholu. Użyto wprawdzie jabłkowej brandy, ale założę się, że umieszczono ją w galaretce. Marcepan jest wyborny, słodziutki, mocno migdałowy, muśnięty wanilią. Na pewno przypadnie do gustu każdemu, kto kocha migdały - nawet tym, którzy niespecjalnie lubią "klasyczne" marcepany!


Marcepan jest od górnej warstwy - galaretki - oddzielony warstwą mlecznej czekolady. Galaretka ku mojemu zdziwieniu okazała się być zielonkawa. Poprzez udział w składzie koncentratu wiśniowego i malinowego spodziewałam się raczej czegoś czerwonawego. To właśnie galaretka nadaje kompozycji kwiatowo-ziołowego aromatu. Po raz kolejny przekonałam się, iż zotterowskie galaretki są wprost mistrzowskie w swej naturalności, niezwykle smakowite...


W miękkiej, soczystej galaretce przede wszystkim uderza znaczna... pikantność, pochodząca z dodatku chili Bird's Eye. W połączeniu z naturalną owocową słodyczą, delikatnie malinowo-jabłkowo-wiśniową - owa pikantność okazuje się być prawdziwie uwodzicielska. Tuż za nią czają się główni bohaterowie. Oto dwie aromatyczne moce - róża (w formie wody oraz płatków) i bazylia (w formie olejku) wabią nas swoją specyficznością. Naprawdę, otwierając Rose and Basil spodziewałam się walki ostrych smaków, wielkich kontrastów. Tymczasem... róża i bazylia czule przytulają się do siebie, niczym zgodni kochankowie. Ich połączenie jest bardzo spokojne i... tak oczywiste, jakby róża i bazylia były dla siebie stworzone. Tworzą razem niezwykle specyficzny smak, trudny do opisania. Jedno jest pewne - to barrrdzo dobrze smakuje!


Ziołowo-kwiatowe muśnięcie pośród słodyczy błogiej czekolady i aksamitnego marcepanu połączone z pikantnością chili - Rose and Basil wciąga aż po uszy, niestety znikając bardzo szybko. To jedna z Handscooped, gdzie kontrowersyjne połączenia smakowe okazują się koniec końców wręcz oczywiste. Tabliczkę na pewno będę długo wspominać i z całego serca zachęcam wszystkich śmiałków do wypróbowania tej słodkiej pyszności.


Skład: surowy cukier trzcinowy, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, syrop cukru inwertowanego, mleko, migdały, jabłkowa brandy, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat soku cytrynowego, koncentrat wiśniowy, koncentrat malinowy, słodka serwatka w proszku, woda różana, płatki róż, pełny cukier trzcinowy, pektyna jabłkowa, sól, wanilia, lecytyna sojowa, olejek bazyliowy, cynamon, chili, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier).
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 482 kcal.
BTW: 6,3/28/48

piątek, 23 grudnia 2016

Domori Canoabo ciemna 70%


Jakże to smutny dzień, gdy z Magicznej Szuflady wyciągnęłam dwie ostatnie 25-gramowe tabliczki z "genetycznej" serii Criollo od Domori, zakupionej poprzez Sekrety Czekolady... Nie wiem, kiedy kolejny raz zasmakuję w tych niezwykłych czekoladach prestiżowej włoskiej marki. Przedostatnią czekoladą wykonaną z ziaren kakao wyhodowanych na wenezuelskiej plantacji Hacienda San Jose była Canoabo. Canoabo to kolejny podgatunek Criollo, który dzięki dbałości Domori o genetykę możemy smakować zupełnie solo. W tym wypadku, to rzeczywiście w 100% zasługa Domori, że Canoabo zostało uchronione przed wyginięciem dzięki uprawom na Hacienda San Jose. Według producenta ma to być czekolada elegancka i niezwykle gładka, kryjąca w sobie nuty maślanego kremu, daktyli i migdałów.


Canoabo była nieco bledsza i mniej żywa w kolorze niż jedzona tuż po niej Puertomar, ale trudno je ze sobą bezpośrednio zestawiać, bowiem Puetomar posiada więcej o 5% masy kakaowej (Canaobo ma standardowe 70%). Nasza Canoabo pachnie słodziutko, naprawdę cudownie! Jest to aromat wręcz pudrowy i cukierkowy, kojarzący się z różem, niewinnością, beztroską... To idealnie błogi zapach, w który można wwąchiwać się bez przerwy!


W kontraście to tak błogiego zapachu, czekolada w konsystencji okazuje się szklista, znacznie twarda. Nie przeszkadza to jednak wcale w łatwym i szybkim wydobyciu z niej słodyczy, tak samo cudnej jak zwiastował to zapach. Czekolada jest przy tym bardzo lepka, gliniasta, kleista - struktura jakże charakterystyczna dla Domori. Canoabo okazuje się być mimo to jedną z łagodniejszych Domori z kolekcji Criollo. W zasadzie, to po prostu skojarzyła mi się z bardziej wyrazistą Porcelaną.

Wyraźnie odczytaliśmy tu wszelkie nuty typowe dla Porcelany. Mamy więc francuskie śniadanko: maślane, przypieczone rogaliki, malinowa konfitura, świeżo mielona kawa. Wśród boskiej słodyczy rzeczywiście pojawiają się elementy daktylowe. Ponadto ma myśl przyszła nam również bułka z masłem czekoladowo-migdałowym podana na ciepło, a także gorący czekoladowy budyń. Gdzieś pod koniec wyczuwalne są soczyste, bardzo słodkie pomarańcze.


Praktycznie brak tu ściągania czy ostrych nut. Canoabo jest pyszna w swej prostocie, ale chwilami aż za dużo tu różu. Mój Mąż odniósł wrażenie, iż w większej ilości mogłaby być męcząca. Oboje zgodnie doszliśmy do wniosku, iż z wielką chęcią spróbowalibyśmy walorów Canoabo w tabliczce 80%. Mniejsza ilość cukru prawdopodobnie nadałaby czekoladzie większej mocy, a to urokliwe kakao ukazałoby zapewne wyraźniej swój smakowity charakter.


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 25 g.

środa, 21 grudnia 2016

Michel Cluizel Noir Infini 99% ciemna z wanilią, cynamonem i imbirem


13 listopada po powrocie z gór mieliśmy ochotę na prawdziwego kakaowego kopniaka. Ostatnio moja Magiczna Szuflada wzbogaciła się w nieco czekolad o barrrdzo wysokiej zawartości kakao (stówki, stówki, stówki!), ale jedna nieco odstawała spośród nich. W niedzielne południe postawiliśmy właśnie na tego odmieńca. Dziś przed Wami prosto z francuskiej manufaktury Michel Cluizel tajemnicza Noir Infini 99%. Skarb w moje rączki dostał się dzięki niezastąpionym Sekretom Czekolady.

Cienka 70-gramowa z charakterystycznym dla Michel Cluizel zdobieniem kostek posiada mocno nasyconą ciemną barwę mieniącą się fioletowymi przebłyskami. Nie wiadomo, z jakich ziaren kakao została wykonana Infini, ale za to jesteśmy dokładnie poinformowani, co stanowi ów 1% składu nie będący surowcem kakaowym. W jednym procencie mieszczą się cztery elementy: cukier trzcinowy, wanilia, cynamon i imbir.



W sieci znajdziemy sporo recenzji Noir Infini 99%, ale w zdecydowanej większości dotyczą one 30-gramowej wersji z dawną szatą graficzną. Są to recenzje sprzed dobrych paru lat, nie będę się więc do nich bezpośrednio odnosi - choć wydaje mi się, iż pomimo upływu czasu jest to nadal ta sama czekolada.

Infini pachnie wilgocią i tłustością, zdaje się być śliska. Jednoznacznie skojarzyła mi się z tłustym sernikiem z rodzynkami, podanym w towarzystwie mocnej kawy. Przy pierwszym kontakcie z podniebieniem przytłacza ściąganiem niczym w niezwykle esencjonalnej espresso, jednak jest pozbawiona natrętnej suchości. Ma w sobie mnóstwo tłustości, gładkości, aksamitu. Jest zupełnie inna od ostatnio próbowanych przeze mnie stówek. Mój Mąż w pierwszej chwili stwierdził, że nie będzie w stanie zjeść zbyt dużo tej czekolady, lecz... prędko zmienił zdanie.



Czekolada okazała się nie być aż tak ciężka. Wciągała coraz mocniej z każdym kęsem. Była wyważona, a pomiędzy taninowym ściąganiem i kawową goryczą, prażonym drewnem i dymem - nieustannie przewijało się uwodzicielskie muśnięcie słodyczy. Również w smaku pojawiło się wyraźne skojarzenie z sernikiem upieczonym na bardzo tłustym, niesamowicie drobno zmielonym twarogu. W serowej masie zatopione zostały jędrne rodzynki, a także... borówki amerykańskie, suszony ananas i delikatne płatki kokosa.


Cudnie gładko rozpuszczała się w ustach i to z takim efektem, jakby wraz z każdym muśnięciem języka wysysało się tę odrobinę cukru mieszczącego się w składzie. Ta iluzja słodyczy nieustannie powraca i być może to ona w dużej mierze warunkuje uzależniający charakter tej czekolady. Nieco masochistyczne ściąganie staje się niczym wobec tego usilnego poszukiwania słodyczy pośród tłustej, turbokakaowej mazi. Ah, jakże idealna byłaby ta czekolada przy 95% kakao! Mam wrażenie, że przy odrobinę większej zawartości cukru walory kakao eksplodowałyby z jeszcze większą siłą.


Aksamit i miękkość tej czekolady w połączeniu z jej bukietem kojarzyły się nam z miękkim drewnem, świeżym i nieco żywicznym. Infini jest mocna, ale bez przesady. Jest intrygująca niczym kobieta: zdecydowana i łagodna zarazem. Trudno określić, co wnosi do kompozycji mały udział przypraw, czy pewne nuty nie płyną po prostu z bogactwa kakao. Tak, jak czasem w przypadku urodziwej kobiety trudno orzec, co wynika z naturalnej urody, a co z podkreślenia makijażem. Powtórzę się - niesamowicie pragnę tej czekolady w wersji 95%. Myślę, że wtedy rozwikłałabym wiele jej tajemnic...


Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, wanilia burbońska, imbir, cynamon.
Masa kakaowa min. 99%.
Masa netto: 70 g.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Zotter Lemon Polenta ciemna 60% nadziewana ganaszem z kaszy kukurydzianej z cytryną, brandy z cukru trzcinowego, migdałami i przyprawami


Gdy 12 listopada zeszliśmy w końcu na żółty szlak przy samym Przyborowie postanowiliśmy, że w najbliższej wiacie przystanku autobusowego zorganizujemy sobie degustację czekolady, popijając ją resztą kawy z termosu. Wiata była jedynym sensownym miejscem ku temu, bowiem nieustannie zacinał śnieg. Z plecaka wyjęłam niezbyt zimową propozycję od Zottera, która za to miała wprowadzić trochę słońca w ten zamglony dzień. Dziś przed Wami kolejna nadziewana nowość od austriackiego mistrza czekolady - Lemon Polenta (zakupiona jak zawsze dzięki foodieshop24.pl).

Gwoli ścisłości, tak naprawdę nie jest to nowość, lecz wielki powrót. Lemon Polenta była już niegdyś dostępna w ofercie Zottera; jej recenzję (opakowanie z inną szatą graficzną) można znaleźć na Chocablog. Zapewne producent wprowadził pewne zmiany w składzie i proporcjach, dlatego trudno będzie porównywać te dwie recenzje.




Gładziutka ciemna czekolada o 60% zawartości kakao przykrywa gwoździa programu - kaszę kukurydzianą (polentę) w towarzystwie cytryny. ów niebanalny duet uświetniony został jeszcze przez brandy z cukru trzcinowego, migdały oraz szereg przypraw: sól, wanilię, cynamon, płatki róż oraz chili. Samej cytryny jest w naszym smakołyku naprawdę sporo: 5% soku cytrynowego, 3% koncentratu owego soku, a ponadto mamy jeszcze olejek cytrynowy i proszek cytrynowy. Brzmi jak orzeźwiająca bomba!

Czekolada pachnie orzechowo-owocowym bogactwem kakao okraszonym alkoholem oraz pomarańczowo-cytrynową świeżością. Wąchając Lemon Polenta poczułam się tak, jakby ktoś mi przed nosem obierał ze skóry pomarańcze i wyciskał sok z cytryn. Tłuściutka i soczysta ciemna czekolada o dziwo nie przesiąkła za mocno tak intensywnie zapowiadającym się nadzieniem. Nadal możemy bez przeszkód cieszyć się jej bogactwem solo i w zasadzie warto to zrobić choć przez chwilę, bowiem wyraziste nadzienie rzeczywiście przyćmiewa nieco smaczną czekoladę przy degustowaniu całości bez podziału na części.


Żółciutko-beżowe nadzienie sprawia wrażenie sypkości - są to w końcu posklejane różnymi dodatkami ziarenka polenty. Przekrój moim zdaniem wygląda przepięknie i bardzo apetycznie. W konsystencji wyraźnie wyczuwa się grudki kaszy ugotowanej na miękko, zlepionej słodkim migdałowo-mlecznym kremem. W uroczym przekroju widać także obecność licznych przypraw, które na początku degustacji uderzają bardzo mocno, zdając się wręcz dominować w całej kompozycji. Tak jednak nie było. Już po chwili przekonujemy się, iż najistotniejsza jest tutaj CYTRYNA.


Cytryna zaskakująco zgrywa się z łagodną polentą otoczoną słodkim kremem z wyrazistymi przyprawami. Bez skrupułów atakuje swą autentycznością, rześką kwaśnością - momentami aż do przesady. W połączeniu z grudkami kaszy zdaje się smakować niczym oranżada w proszku, ale taka bardziej naturalna niż ta, którą doskonale pamiętamy z dzieciństwa. Przebrzmiewający raz po raz alkoholowy posmak przywołuje na myśl cytrusowy, dość lekki drink z palemką. 

Lemon Polenta to bardzo oryginalne i dość odważne połączenie. Trudno mi było sobie wyobrazić, jak będzie smakował taki zestaw. Tymczasem Zotter po raz kolejny mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się aż takiej przyprawowości, tak wyważonego alkoholu, tak przyjemnej w konsystencji polenty otoczonej kremem, no i... tak mocnej i pysznej zarazem cytryny. Warto spróbować!


Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, sok cytrynowy 5%, mleko, syrop inwertowany, kasza kukurydziana 3%, koncentrat soku cytrynowego 3%, brandy z cukru trzcinowego, migdały, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, wanilia, cynamon, olejek cytrynowy, płatki róż, chili Bird's eye, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier).
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 488 kcal.
BTW: 6,8/34/37

sobota, 17 grudnia 2016

Amedei Toscano White biała 29%


12 listopada wstaliśmy na tyle wcześnie, by po ubraniu się i zjedzeniu śniadania zaczęło świtać. Z Korbielowa mieliśmy podjechać autem pod dworzec PKP w Jeleśni, skąd rozpocząć się miała nasza trasa, mniej więcej zaplanowana następująco (z Przyborowa mieliśmy drałować wzdłuż drogi bądź spod schroniska Lasek zejść na skróty przez las na Pewel Wielką). Jakież było nasze zdziwienie, gdy po wyjściu w pensjonatu przyszło nam odśnieżać auto... Na dodatek śnieg cały czas sypał... No cóż, w końcu to już listopad! Choć górki niskie, to i tutaj miało już prawo zawitać zima!

Śnieg wcale nie nastroił nas negatywnie. Dopiero gdy rozpoczęliśmy podejście na Janikową Grapę, pierwszy szczyt w Paśmie Pewelskim od strony Jeleśni - zrobiło się niemiło. Widoczność okazała się być niemal zerowa, wszystko spowijała mgła. A mi tak zależało na podziwianiu widoków z Pasma Pewelskiego... W porastających te skromne szczyciki lasach jest tyle przedświtów, z których to miałam oglądać wiele innych już wcześniej zdobytych przez nas pasm. Niestety nic z tego nie wyszło. Po prostu maszerowaliśmy wśród śniegu i mgły.

Gdy dochodziliśmy już do szczytu Gachowizny zachciało nam się słodkiego. Przystanęliśmy na niedużej polance, powiesiliśmy plecaki na gałęziach drzew i wyciągnęliśmy termos z kawą oraz czekoladę. Amedei Toscano White świetnie pasowała do śnieżnej i mglistej aury.


Zakup tej białej czekolady od włoskiego Amedei zaproponował mi Piotr z Sekretów Czekolady podczas wiosennej degustacji w Łodzi. Byłam sceptycznie do niej nastawiona po recenzji Kimiko, jednakże po wypróbowaniu wersji z pistacjami wydawało mi się, że również wariant bez dodatków przypadnie mi do gustu.

 Wiem, że światło ma duży wpływ na odcień czekolady na zdjęciu, ale barwa Toscano White na fotografiach Kimiko i moich zdaje się naprawdę znacznie różnić. Moja tabliczka wydaje się być mniej żółtawa, bardziej przyjazna w wyglądzie. Nie wydawała mi się również bardzo woskowa, raczej przypominała mi zestaloną, bardzo gęstą śmietanę. Zapach także sugerował gęstą i tłustą śmietanę. Miał też w sobie pewien element niczym w kozim serku. Aromat nie wydawał mi się bardzo ciężki, ani też przesadnie słodki. Miał w sobie coś intrygującego, niepasującego mi do białej czekolady.


W konsystencji nasza Amedei okazała się być... lepka, jak niektóre ciemne czekolady. Dobrze rozpuszczała się w ustach, ale, no właśnie... To nie był aksamit typowej bieli. Lepkie masło z dobrym mlekiem w proszku? Trudno powiedzieć. Poza tym, miała w sobie jakiś perfumowy sznyt, często spotykany w ciemnych czekoladach.

W smaku zdawała mi się być bardzo mocno śmietanowa, co nieco dziwnie wypadało w kontraście z wanilią. Pojawiała się tu nawet iluzja słoności. Czułam, jakby czekolada została zrobiona na miksie ryżowego mleka i tłustego jogurtu - wszystko to przez pojawianie się nietypowych słodkawych nut, maślano-śmietanowej tłustości i delikatnego kwasku. Poziom słodyczy jak na białą czekoladę był dość niski.

Zgodzę się z Kimiko, że to biel specyficzna, trudna do porównania z jakąkolwiek inną. Jednak na pewno bym jej nie wyrzuciła... Mnie Toscano White zaintrygowała i z chęcią powróciłabym do niej jeszcze raz - mam wrażenie, że zaskoczyłaby mnie czymś nowym przy drugim podejściu.



Po degustacji prędko dotarliśmy na Przełęcz Hucisko i do leżącej w niej wioski Hucisko. Na jej terenie znajduje się o dziwo ładnie wyremontowana stacja trasy turystycznej kolei biegnącej przez Karpaty.


Z Huciska doszliśmy do Koszarawy, gdzie jedząc drugie śniadanie pod zadaszeniem przystanku autobusowego podjęliśmy decyzję o zmianie trasy. Zabrakło by nam czasu na podejście na Lachów Groń i Czerniawę Suchą. Ba, może by nie zabrakło - ale w takiej mgle i tak nie mielibyśmy specjalnej przyjemności ze zrobienia tego szlaku. Poza tym, skrócenie drogi na Pewel Wielką spod Lasku na pewno musiałoby się odbyć w ciemnościach, co w mgle byłoby tym trudniejsze. Zdecydowaliśmy, że pomaszerujemy wzdłuż szosy w Koszarawie aż do miejsca, gdzie przecina ona żółty szlak Lachów-Lasek i pójdziemy bezpośrednio na Lasek.

 
Jeden z nielicznych widoków na tej trasie...

A takie miłe znaki prowadziły nas w stronę Schroniska Lasek...

Klimatyczne schronisko pod Laskiem (Łoskiem).

Na szczycie Łoska.

 Na zamglonej i zaśnieżonej polanie szczytowej Łoska było tak zacisznie, że momentalnie zeszło ze mnie wszelkie ciśnienie związane z tym, że odpuściliśmy sobie wejście na dwa szczyty. Zrelaksowałam się na maksa, co bardzo mi sie przydało, bowiem kawałek dalej zgubiliśmy szlak i schodziliśmy na czuja w dół aż do samego Przyborowa. Stamtąd, przy rozejściu szlaku, na który w zeszłym roku w listopadzie wchodziliśmy udając się do Korbielowa po zdobyciu m.in. Małej Mędralowej czy Kalików Groń - szliśmy już wzdłuż szosy aż do Jeleśni, do auta. Później czekała nas kolejna pyszna kolacja w korbielowskiej Karczmie Pod Borami...

Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, wanilia.
Masa kakaowa min. 29%.
Masa netto: 50 g.