wtorek, 29 listopada 2016

Chocolat Factory Grenade ciemna 60%


Dziś przed Wami kolejna single-origin od barcelońskiej Chocolat Factory. Tym razem przeniesiemy się do niewielkiej Grenady, z której to wcześniej miałam okazję próbować tylko jednej czekolady - wyjątkowej propozycji francuskiej manufaktury Morin. Jak już wspomniałam przy recenzji degustowanej tuż przed Grenadą Sao Tome, opakowana w czerwień tabliczka była od swej poprzedniczki bardziej błyszcząca i ciemniejsza (choć pewnie zdjęcia nie oddają tego za bardzo).

Grenada wydaje się także intensywniej pachnieć - bardziej perfumowo i przyprawowo. Wyczuwa się tu mniej typowego kakao, jakim uraczyła nas tabliczka z Sao Tome. Poczułam się trochę tak, jakbym zanurzyła nos w jutowy worek z przyprawami. Pojawiła się także w tle pewna plastikowa nuta.


Czekolada również okazała się być znacznie słodka, lecz w tym wypadku mieliśmy do czynienia z pudrową, wręcz landrynkową słodyczą. Grenada posiada odmienną strukturę niż Sao Tome - lekko chropowatą i proszkową, rozpuszcza się trochę gorzej - mniej błotniście, a bardziej kleiście. W słodyczy odnajdziemy wiele ziołowych nut, które przypominają w swej specyfice wyjątkowe meksykańskie tabliczki Maria Tepoztlan.


Nieustannie przedzieramy się przez słodycz truskawkowych i pomarańczowych landrynek z pudrową posypką, by w końcu dość do dziwnego chłodzącego efektu. W finiszu pojawia się posmak jak po cukierku typu Mentos lub po wypiciu słodzonej herbaty ziołowej z dużym udziałem mięty.

Podsumowując, Grenada okazała się mniej oczywista niż klasyczna i przewidywalna Sao Tome, jednak obie czekolady nie ujęły mnie jakoś szczególnie. Przypuszczam, że prędko o nich zapomnę. Nie zachęciły mnie w żaden sposób do dalszego eksplorowania bądź co bądź dość bogatego asortymentu hiszpańskiej Chocolat Factory.


Skład: masa kakaowa z Grenady, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 25 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 500 kcal.
BTW: 7/38/53

niedziela, 27 listopada 2016

Zotter Hot Stuff ciemna 70% z chili i dyskiem truskawkowym


Hot Stuff to jedna z bardziej zaskakujących Mitzi Blue, jaką można odnaleźć w ofercie Zottera (a u nas zakupić w foodieshop24.pl). Kompozycja barrrdzo przyciągnęła mnie wyjątkowym zestawieniem smaków. Co takiego może przynieść nam duży dysk z ciemnej czekolady o 70% zawartości kakao kryjący w sobie moc chili, okalający mały dysk z truskawkowej czekolady? To brzmi niczym afrodyzjak!


Całość pachnie słodko i wilgotno, kryjąc w sobie nuty ziemi, kawy i tropiku. Oczywiście truskawka unosi się nad wszystkim, jednak bazę woni tej czekolady dyktuje ciemny dysk. Najpierw zdecydowaliśmy się na spróbowanie właśnie jego. Ciemna czekolada okazała się być słodziutka i gliniasta, dalej nieco kwaśna, aż w końcu... uderza chili. Niesamowita świeżość kawowo-ziemistej czekolady, jej słodka soczystość - genialnie zgrywa się z pikantnością wtopionego w brązową masę chili. Pikantność jest wysoka, nie do przeoczenia - jednak zatrzymuje się w pewnym momencie, na idealnym poziomie - przez co w żaden sposób nie zaburza bogactwa kakao. Ba, pozwala cieszyć się nim jeszcze mocniej! Już sam duży dysk wygrał dla mnie. Kocham właśnie takie połączenia czekolady z chili. Nic dodać, nic ująć.


W Hot Stuff sama czekolada z chili to jednak nie jest wszystko. Mały dysk, z zewnątrz nieco blady, w przekroju okazuje się być cudownie żywy w barwie - to istne truskawkowe serce tej kompozycji. Pachnie jak świeży truskawkowy dżem i jak truskawkowa Mamba. Smakuje... rozczulająco słodko, autentycznie truskawkowo z pudrowym zacięciem, z lekką kwaskowatością jogurtu. W boskiej truskawkowej masie odnajdziemy nawet pesteczki tych letnich owoców! Truskawkowy dysk smakuje świetnie, a w zderzeniu z dużym dyskiem wypada wręcz... szokująco.

To bardzo dziwne zderzenie pozornie niepasujących ze sobą elementów daje nam wyraźnie do zrozumienia, że jednak wszystko na maksa jest tu ze sobą zgrane. Zastosowane tutaj zestawienie jest nieprzyzwoicie smakowite i wciągające. Przegryzanie ciemnej pikantnej czekolady słodziutkim truskawkowym dyskiem dostarcza zmysłom niezapomnianych, wyjątkowych wrażeń. Gdzieś tam pojawia się skojarzenie z Ribisel Chili Rock, gdzie również soczysta owocowość idealnie komponowała się z chili - lecz Hot Stuff to generalnie zupełnie nowa odsłona tego typu zestawień.


Hot Stuff jest niczym zderzenie dwóch światów. Oto na randkę zaproszona zostaje przez wytatuowanego harleyowca filigranowa blondyneczka z dobrego domu. Mężczyzna zabiera ją na przejażdżkę, zaś dziewczyna totalnie nie wie, czego może się spodziewać. Spotykają się dwie przeciwstawne siły, co sprawia, iż namiętność i rezerwa występują tutaj na równi. Oboje są sobą zafascynowani, czują do siebie ogromną chemię - jednakże on nie chce jej skrzywdzić i ponad wszelką miarę stara się ją otulić, zaś ona jest przerażona jego powierzchowną dzikością.  Nakręcają się i hamują zarazem, zatrzymując się jedynie na niewinnym, przelotnym flircie. To cudowne zauroczenie, jednak mogące się realizować tylko tu i teraz, bez możliwości stworzenia trwałego związku. Pozostaną jednak piękne, wspaniale smakujące wspomnienia...

Hot Stuff wpisuję do czołówki ulubionych Mitzi Blue - to bardzo charakterna i charakterystyczna kompozycja, która swą romantycznością wciąga na maksa...


Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone truskawki 2%, odtłuszczone mleko w proszku, sól, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy, chili bird's eye 0,1%, pieprz, wanilia.
Masa kakaowa min. 70% w czekoladzie ciemnej.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 583 kcal.
BTW: 8,8/44/37

piątek, 25 listopada 2016

Chocolat Factory Sao Tome ciemna 70%


Wiosną tego roku mieliście okazję zapoznać się na moim blogu z hiszpańską marką Chocolat Factory. Opisywałam wówczas ich mleczną tabliczkę wykonaną z jawajskiego kakao. W lutym podczas powrotu z Meksyku kupiłam na lotnisku w Madrycie w firmowym sklepie barcelońskiej Chocolat Factory jeszcze dwa 25-gramowe maleństwa - tym razem ciemne. Porównanie tych dwóch czekolad - z kakao z Sao Tome i Grenady - wiązało się z wykończeniem zapasu słodkości przywiezionych z tamtej wyprawy.

Już przy recenzji Javy mogliście się przekonać, że tabliczki Chocolat Factory wyglądają niczym czekolady dla lalek. Podział na maleńkie kostki jest tak urzekający, iż wyglądają one jak zabawki, a nie prawdziwe jedzenie. Nasza Sao Tome była jaśniejsza od Grenady pomimo większej o 10% zawartości kakao. Od swojej grenadzkiej koleżanki okazała się być także bardziej matowa.


Czekolada pachnie słodko, kojarząc się z syropem z cukru trzcinowego, lukrem i kwiatowym nektarem. Jest to bardzo apetyczna woń. W smaku również dominuje przyjemna słodycz, a ów efekt nasila się poprzez gęste i miękkie rozpuszczanie się czekolady. Przeważają tutaj nuty kawowe. Idealnym porównaniem jest po prostu mocha - kawa z mlekiem i czekoladą, ewentualnie słodka zupa mleczna z dodatkiem kakao. To prosta, czekoladowa przyjemność, nieco nawiązująca do mlecznej czekolady o wyższej zawartości kakao.


Później pojawiły się również lekkie owocowe nuty (głównie dojrzałe brzoskwinie), a także odrobina pieprzności. Przez moment przebłysnęły leśne aluzje, widocznie wypływające z kawowości - ot, nieco ściółki i wzruszonej gleby. Poczułam się, jakbym jadła owoce z puszki polane płynną czekoladą. To skojarzenie z czekoladową polewą dalej poszło w stronę kremowego tortu okrytego taką czekoladową masą, niestety nie do końca górnolotnej jakości.


Pomimo paru nowych końcowych nut czekolada jest dość przewidywalna i w zasadzie nieco nudna. Pojawiło się kilka sztandarowych podobieństw do innych tabliczek z Sao Tome, jakie miałam już okazję jeść, jednak zdecydowanie propozycja od Chocolat Factory była spośród nich najmniej wyszukana. Brak tu wyjątkowej wykwintności, nie mnie jednak tak klasyczne smaki podane w prosty sposób siłą rzeczy sprawiły mi przyjemność.

Jak spisała się czekolada z Granady z barcelońskiej manufaktury - o tym przekonacie się po małym zotterowskim przerywniku.

Skład: masa kakaowa z Sao Tome, cukier, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 25 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 490 kcal.
BTW: 9/39/49 

środa, 23 listopada 2016

Bonnat ciemna 100%


Bonnat 100% była jedną z czekolad najdłużej czekających na swoją kolej w Magicznej Szufladzie.  Zapewne stało się tak dlatego, iż po degustacji stówki od Les Chocolats de Pauline mój Ukochany nie wykazywał zbyt dużej chęci na wkraczanie w mroczny świat kolejnej 100% czekolady. Stówę od Bonnata kupiłam osobiście od Piotra z Sekretów Czekolady w lutym tego roku i już mi było głupio, że niemal cała zawartość Magicznej Szuflady (prócz na spokojnie dawkowanych sobie Domori) jest o wiele świeższa. W końcu, spędzając jeden z weekendów na wyjeździe służbowym, poleciłam Mężowi otwarcie czekolady, zrobienie zdjęć i samodzielną degustację - tyle, ile będzie w stanie zjeść. Ja do swojej połówki miałam podejść później, stopniowo dawkując sobie kolejne kostki. Jakież było moje zaskoczenie, gdy mój Mężczyzna zrelacjonował mi, iż wciągnął połowę stugramowej tabliczki!

W sieci można odnaleźć dość skrajne opinie na temat tej czekolady (1, 2, 3, 4), wytworzonej z blendu ziaren używanych w manufakturze Bonnat (producent nie wyszczególnia ich konkretnego rodzaju i pochodzenia - jeśli ktoś ma jakieś informacje proszę mnie uświadomić). Nasza tabliczka okazała się być czarna niczym węgiel i smoła, sprawiająca po przełamaniu (z głośnym i mocnym trzaskiem) wrażenie suchości, mająca wewnątrz nieco czerwonawych przebłysków. Mój Mąż przyrównał jej przekrój do suszonej wołowiny - bardzo lubi te mięsne porównania. Czekoladę pokrywał cieniutki biały nalot.


Po powrocie z wyjazdu służbowego najpierw sama w kilku podejściach rozpracowałam swoją połowę tabliczki, a dopiero później zapoznałam się z notatkami Męża. W międzyczasie poczęstowałam również z dwie osoby z pracy małymi kawałkami tej czekolady - wszyscy byli zaskoczeni, bowiem po spróbowaniu tak ekstremalnej czekolady spodziewali się wrażenia, jak przy jedzeniu odtłuszczonego kakao w proszku - a tak oczywiście nie było.

Według mnie, czekolada pachniała bardzo apetycznie. W aromacie mieszała się owocowa słodycz i mleczna tłustość. Pomyślałam o soczystych mandarynkach, ananasie w syropie oraz galaretce truskawkowej. Mój Mąż uznał jej woń za lekką i delikatną niczym obłoczek, z nutami kwiatów i miodu. Przyrównał aromat do powiewu rześkiego powietrza.


Konsystencja to po prostu czekoladowy muł, w charakterystyczny sposób drobno proszkowy, nieco pylisty, ale przy tym gęsty, kleisty i przewrotnie wilgotny. Okazuje się być znacznie tłusta (z oleistym zacięciem), co jest typowe dla Bonnat, a przy stówce czyni ją bardziej przystępną. Mój Ukochany przyrównał sposób jej dzielenia na części do rozbijania szkła.

Pod osłoną umiarkowanej jak na 100% goryczy, takiej herbaciano-lukrecjowej, kryje się ziołowa, wyraźna kwaśność. Wraz z Mężem uznaliśmy jednak ów kwas za o wiele mniej naprzykrzający się niż przy wielu setkach. Pomimo specyficznej, niezbyt jednolitej w pierwszym wrażeniu struktury, podczas rozpuszczania się w ustach czekolada okazuje się być bardzo gładka. Dzięki temu, z łatwością wypływają z niej owocowe nuty - niczym w naturalnym syropie z dość kwaśnych owoców. Ja ze szczególną uwagą skupiłam się na malinach, które wraz z herbacianą i przyprawową otoczką sprawiały wrażenie zanurzonych w alkoholu. Tak oto Bonnat zafundował nam iluzję degustacji smacznej malinówki.


Nieustannie dominuje kwaśność z przebłyskami paloności. Myślimy o syropie chlebowym i o ciamkaniu przypalonej skórki od chleba na naturalnym zakwasie. Gdzieś w tle pojawia się brzoskwinia, nie do końca dojrzała. Intensywny, pełny smak czekolady pozostaje w ustach na długo.

Mój genialny Mąż w swoich notatkach porównał Bonnat 100% do przelotnie poznanej kobiety, która gdzieś w ukryciu uprawia pierwszy raz z danym mężczyzną seks oralny, w ogóle się nie rozbierając. Choć jest piekielnie gorąca, nie ukazuje wszystkiego - i nie wiadomo, czy kiedykolwiek pokaże. Czekolada po prostu nie idzie na całość jak inne setki (chociażby przywoływana wcześniej Les Chocolats de Pauline), przez co... zapada w pamięć, a jej degustacja ma w sobie coś z tajemniczej intymności.


Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa: 100%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 607 kcal.
BTW: 14,7/51,5/29,5

poniedziałek, 21 listopada 2016

Amedei Porcelana ciemna 70%


Długo zbierałam się do tego, by  zakupić tę czekoladę z Sekretów Czekolady, nie mówiąc już o tym, że mając ją w Magicznej Szufladzie też odwlekałam jej spróbowanie. Amedei Porcelana 70% otoczona jest wielką legendą, przez wielu uważana jest za najlepszą czekoladę świata. Fakt, ziarno Porcelany jest rzadkie i szlachetne (3 tony rocznego zbioru na świecie), a włoskie Amedei rokrocznie wykonuje jedynie 20 000 tabliczek, z których każda jest ręcznie numerowana. Porcelana od Amedei to czekolada kultowa i ciągle mi się wydawało, że jestem zbyt mało obyta z Prawdziwymi Czekoladami aby po nią sięgnąć. Jednakże po kilku doświadczeniach z ziarnem Porcelana zafundowanym przez tabliczki innych marek w końcu zdecydowałam się spróbować legendy.



Tabliczka jest dość ciemna, świeci się - jej wygląd znacznie się różni od próbowanych wcześniej Porcelan. Jej zapach okazał się bardzo delikatny i przytłumiony, niczym mgiełka. Zanotowaliśmy lekką paloność. Po zanurzeniu kawałka w ustach czekolada rozpuszcza się gładko i łatwo, choć cechuje się dość znaczną syropowością - jest karmelowo, czy wręcz maślanie-krówkowo. Dalej pojawiają się kwaskowato-nabiałowe nuty jogurtu i kefiru. Dominuje jednak słodycz, a wszystkie nuty smakowe zdają się być uładzone.


W rozpracowywaniu konsystencji doznałam podobnego wrażenia jak w Valhronie - jakbym zlizywała miękką, gładką wierzchnią warstwę z szorstkiej i twardej bazy. Dalej wyróżniającą nutą smakową stają się herbatniki - tak, jakbym jadła nieśmiertelne Petit Beurre. Pewna mączność połączona ze słodyczą i maślanością może kojarzyć się także z croissantem. Pojawia się słodkie rozpuszczalne kakao do picia dokładnie wymieszane z niezbyt mocną kawą oraz dżem z bliżej nieokreślonych owoców posłodzony... słodzikiem. Finisz jest spokojny, bez przesadnego oblepiania i absolutnie bez ściągania.


Beztroska, statyczność, klasyczność, stabilność, idealne poukładanie. Wręcz do obrzydzenia delikatnie i zupełnie nie w naszym stylu. Ja, mając na uwadze światową renomę tabliczki próbowałam jeszcze odnajdywać jej coś dla siebie (np. fakt, że wracałabym do niej mając ochotę na bezrefleksyjną słodycz, przy której mózg zupełnie nie musi się wysilać... heh, chyba też nie o to chodzi w tej czekoladzie), ale mój Mąż zanegował Amedei Porcelana bez skrupułów. Skwitował to tak: "niektórzy lubią grzeczne dziewczynki, ja wolę niegrzeczne"... Zdecydowanie, o wiele bardziej preferujemy czekolady dynamiczne, mocne, wyraziste. Tu spokój, subtelność i wyważenie zakrawały wręcz o nudę. Może zostanę zlinczowana, ale nie mam zamiaru kłamać.


Kiedy dziś myślę o Amedei Porcelana mam w głowie salonik pełen angielskich lordów, flegmatycznych aż do bólu, popijających tradycyjną herbatkę o 5 p.m. w zgodzie z wszelkimi konwenansami i etykietą. Jeśli zaś mam w pełni odzwierciedlić smaki czekolady wraz z jej charakterem, muszę cofnąć się o sto lat do eleganckiego moteliku, w którym żaden pyłek kurzu nie ma prawa osiąść na wymuskanych klasycznych meblach. Rano grzeczna pensjonarka puka do drzwi maleńkiego pokoju eleganckiego dżentelmena. Jasne światło poranka wpada do idealnie uporządkowanego wnętrza przez krystaliczne szkło czystych szyb. Panienka podaje śniadanie: kawę z mlekiem i kakao, croissanta nadziewanego dżemem, herbatniki. Ustawia wszystko na stoliku i grzecznie wychodzi kłaniając się i życząc smacznego. Nie ma tu miejsca na żadne dwuznaczności, żaden flirt. Wszystko jest tak słodko sielankowe, że aż... mdli.

Choć Amedei to klasyka, zdecydowanie chętniej powróciłabym do wszelkich innych próbowanych przeze mnie wcześniej Porcelan.


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.

sobota, 19 listopada 2016

Zotter Blueberry Field porzeczkowa z jagodowym dyskiem i rokitnikiem


Zróbmy sobie chwilę oddechu przed kulminacją przygody z ziarnami Porcelana. Dzisiaj mam dla Was coś zupełnie odmiennego od wykwintnych single-origin. Coraz to bardziej przekonuję się do kompozycji Mitzi Blue od Zottera, dlatego zawsze przy kolejnych zamówieniach z foodieshop24.pl dobieram również kilka kolorowych dysków. Przed Wami Blueberry Field, czyli istna inwazja witaminy C i antoksydantów zaklęta w wyjątkową czekoladę - porzeczkowy duży dysk posypany został suszonymi owocami rokitnika, zaś w środku umieszczono mały dysk jagodowy.

Doświadczenia z porzeczkami w czekoladach Zottera miałam zawsze bardzo pozytywne (Blackcurrants In & Out, Ribisel Chili Rock, Overdose), a rokitnikowo-jabłkowa Labooko z wanilią również miło mnie zaskoczyła. Gorzej było z jagodową Labooko, która okazała się mdła i nijaka. Byłam ciekawa, czy mały dysk da popis w Blueberry Field - w końcu Zotter w między czasie popracował nieco nad swoimi owocowymi czekoladami.




Przepięknie zabarwiona Mitzi Blue (z ciemniejszym jagodowym centrum od porzeczkowego dużego dysku) niezbyt obficie została posypana rokitnikiem, ale wydaje mi się, iż to w zupełności wystarczyło. Czekolada pachnie sokiem porzeczkowym wymieszanym z mlekiem, poza tym mój Mąż doszukał się tu dziwnych nut pieprzu oraz... suszonych grzybów (może przez rokitnik?).


Najpierw spróbowaliśmy dysku porzeczkowego. Okazał się bardzo kwaśny, orzeźwiający, w sposób autentycznie porzeczkowy. Smak przypominał gęsty, bardzo skoncentrowany porzeczkowy dżem z galaretką, okraszony cytrynowym kwaskiem. To ewidentna, bardzo mocna czarna porzeczka - tylko dla zdeklarowanych fanów tego owocu. Wzbogacający dysk rokitnik jest od niej jeszcze kwaśniejszy. Całość jest tak kwaskowata, że aż uzależniająca, niesamowicie wciągająca. Mój Mąż uznał, że brak przełamania smaków wręcz go męczył. Ja byłam zachwycona tak wyraziście owocowym smakiem.


Co zaś z dyskiem jagodowym? Przyznam, że jest to prawdziwy majstersztyk w tej kompozycji. Ani w calu nie przypominała mi mdłej Labooko Blueberry. Mały dysk był bardziej jagodowy od samych jagód - niczym idealny jagodowy koktajl czy słodki, skrystalizowany dżem. Przypomniały mi się dojrzałe w słońcu i nabrzmiałe jagody jedzone w Górach Izerskich oraz rewelacyjne jagodowe lassi pite w świeradowskim Cynamonowym Słoniu. Słodycz jagód w połączeniu z kwaśnością porzeczek i rokitnika dawała świetny efekt. Choć brak tu typowej czekoladowości, to było naprawdę smacznie... Poza tym, Blueberry Field swym wyjątkowym zderzeniem smaków mocno pobudziła mój apetyt - kawałek takiej czekolady może stanowić rewelacyjną przystawkę rozbudzającą zmysły.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone porzeczki 10%, odtłuszczone mleko w proszku, rokitnik 2%, suszone jagody 1%, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy, wanilia, sól.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 528 kcal.
BTW: 3,2/34/51

czwartek, 17 listopada 2016

Szanto Tibor Grand Cru Venezuela Porcelana ciemna 70%


Bezpośrednio po degustacji Domori Porcelana sięgnęłam po tabliczkę innej marki wykonaną z tych szlachetnych ziaren. Dzisiaj przed Wami Porcelana w interpretacji węgierskiej manufaktury Szanto Tibor. To pierwsza czekolada tej marki, jaka pojawia się na moim blogu. Jest to dotychczas moje jedyne doświadczenie z ową firmą. A w zasadzie... dziś opisywanej czekolady doświadczyłam już dwa razy.

W kwietniu podczas krótkiego pobytu w Łodzi byłam uczestniczką kameralnej czekoladowej degustacji. Właśnie podczas niej Piotr z Sekretów Czekolady poczęstował mnie i swych znajomych tą tabliczką. W opakowaniu znajdowały się dwie tafle po 30 g, na degustacji zjedliśmy jedną z nich. Druga została i... otrzymałam ją w prezencie. Wszystko dlatego, iż Porcelana od Szanto Tibor uwiodła mnie najmocniej spośród wszystkich czekolad próbowanych tamtego wieczoru. Wprost musiałam jeszcze raz do niej zasiąść, tym razem z Mężem.



Tak jak pozostałe dotąd próbowane Porcelany, również ta od Szanto Tibor charakteryzowała się lekkim białawym nalotem oraz mało soczystą barwą. Wyróżniała się jednakże bardzo szorstką, gruboziarnistą i niejednolitą strukturą w przekroju - wszystko przez tradycyjną metodę miażdżenia ziaren za pomocą kamieni. Łamała się twardo, jednak nie tak szkliście, jak Domori. Wydawała się być sypka i w specyficzny sposób krucha, jakby kryła w środku nadzienie. Pachniała kwaskowato i tak jakby... została solidnie posolona.


Podczas degustacji czekolada zdaje się mieć w sobie mnóstwo przestrzeni i powietrza. Jest dość znacznie słodka, ale w zupełnie inny sposób niż Domori czy Valrhona, chyba bardziej płytki. Na pierwszy rzut odznacza się suszona śliwka, a może nawet wędzona. W dziwny sposób zachowuje się w ustach, niczym ulepiona z wielu drobin masa. Tak, jakby w kulę zbito moc przypraw... No właśnie... PRZYPRAW.

 Choć gdzieś przewija się tu typowo porcelanowy bukiet z kawą, chlebem i dżemem na czele, o wyjątkowości tej czekolady stanowi iluzja korzennych przypraw. Stopniowo rozwijają się nuty ziołowe, przechodzące dalej w cynamonową słodycz, a następnie w całe bogactwo orientu. Niemal namacalnie wyczuwałam tutaj cynamon, kolendrę, kardamon, imbir, gałkę muszkatołową. Wszystko na raz i z osobna. To było czyste szaleństwo.


Tak, ta czekolada zdaje się być po prostu zwariowana. To Porcelana w zupełnie odmiennej, zaskakującej odsłonie - co zapewne w przeważającej mierze zawdzięcza metodzie przygotowania ziaren kakao. Dzięki temu zabiegowi Szanto Tibor wywrócił moje pojmowanie Porcelany do góry nogami. Choć Porcelany od Domori czy Valrhony były o wiele bardziej szlachetne, dzikość tej wersji totalnie mnie zaczarowała. Wróciłabym z chęcią do tej czekolady jeszcze nieraz i... jestem potwornie ciekawa pozostałych czekolad Szanto Tibor wykonanych na podobną modłę.


Skład: masa kakaowa z Wenezueli, cukier trzcinowy z południowej Afryki, tłuszcz kakaowy z południowej Afryki.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 60 g.

wtorek, 15 listopada 2016

Domori Porcelana ciemna 70%


Z racji, iż w mojej Magicznej Szufladzie uzbierało się nieco czekolad wykonanych ze szlachetnego, rzadkiego i bardzo pożądanego wenezuelskiego ziarna Criollo Porcelana, postanowiłam zafundować mojemu Mężowi serię degustacji porównawczych. Wprawdzie już wcześniej mieliśmy okazję wspólnie wypróbować Porcelanę od Valrhony oraz od naszej rodzimej Manufaktury Czekolady, lecz teraz na rozpracowanie czekały trzy tabliczki pod rząd. Na razie co nie zdradzę, o jakie dwie pozostałe czekolady chodzi - póki co, dziś przed Wami Porcelana w interpretacji włoskiego Domori.

Porcelana od Domori należy do "genetycznej" kolekcji czekolad z kakao Criollo uprawianego na wenezuelskiej plantacji Hacienda San Jose. Cała powyższa kolekcja została przeze mnie zakupiona poprzez Sekrety Czekolady. Producent na odwrocie opakowania informuje nas o nutach chleba, masła i dżemu oraz o "wyniosłej gładkości" charakteryzujących tę czekoladę. Ba, cechy typowe dla Porcelany, można by rzec. Jeśli chcecie zapoznać się z innymi niż moja opiniami na temat tej tabliczki, macie duże pole do popisu - w sieci jest mnóstwo recenzji - że ja odwołam się tylko do Kimiko i One Golden Ticket.


Nieco "przykurzone" 25-gramowe maleństwo wygląda niczym posypane drobnych brokatem tudzież gwiezdnym pyłem. Ciekawe, że pozostałe Porcelany próbowane wcześniej przeze mnie również prezentowały się tak niepozornie i mało spektakularnie, wydając się być wręcz suchymi. Porcelana pachniała słodko, karmelowo i kawowo, niczym najlepsze kakao przyrządzone na tłustym mleku. Tak, wąchając czekoladę czułam się, jakbym zanurzała się powoli w wielkiej kadzi kakao.

W dotyku tabliczka jest zaskakująco twarda i bardzo szklista, łamie się z głośnym trzaskiem pozostawiając ostre krawędzie - to takie czekoladowe szkło. Kęs o dziwo dość ciężko rozpuszcza się w ustach, ale gdy już to zrobi wydobywa z siebie bardzo miłe smaki, rozpościerające się gładkim, delikatnym filmem. Zalepia usta w nieco gliniasty sposób, lecz nie jest tak ciężka i oleista jak wiele innych ciemnych Domori. Ma w sobie wprawdzie nieco ciemnych mocy, lecz jest tą "lżejszą z ciężkich" Domori. Ot, w końcu to wykwintna Porcelana. W zasadzie lepszym porównaniem niż glina będzie lepki, lecz sypki wilgotny piasek plażowy, bardzo drobny.



Najpierw dociera do nas kwasek, przechodzący w głęboką paloność. Od razu pomyślałam o przypalonej skórce od tosta. Sam tost podany jest z brzoskwiniowym dżemem z dodatkiem soku z cytryny. Pojawia się również dojrzała suszona śliwka, duża i wilgotna, zanurzona w malinowym syropie. Nie odnajdujemy tu ani krzty ściągania, choć finisz jest odrobinę suchy, lecz jednocześnie przewrotnie mleczny, czy wręcz tłusto-jogurtowy (przez miłą kwaskowatość i maślaność). W tym wszystkim miejsce znajdują również karmel i kawa, stanowiąc o klasycznej wręcz głębi tej czekolady.


Wszystko bardzo spójnie układa się w świetną śniadaniową kompozycję, tak typową dla Porcelany. Domori utrzymało bardzo delikatny charakter tego ziarna, jednocześnie nadając mu odrobinę zawadiackiego pazura. Przyznam szczerze, że pod względem konsystencji ze względu na brak przesadnej ciężkości i syropowości charakterystycznej dla Domori, na pierwszy rzut nie zidentyfikowałabym tej czekolady w powyższą firmą. Niewątpliwie jednak jest ona wykonana na najwyższym poziomie, a właśnie taki poziom reprezentuje Domori. Taka interpretacja Porcelany bardzo mi się podoba - delikatność i moc odnajdują równowagę. Co zaś przedstawią nam pozostałe "porcelanowe" tabliczki?


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 25 g.

niedziela, 13 listopada 2016

Zotter Asparagus Season ciemna 70% nadziewana migdałowo-maślanym ganaszem z białej czekolady ze szparagami, białym winem, jabłkowym octem balsamicznym i wanilią


Sezon na szparagi już daaawno za nami... Czy ktoś w ogóle jeszcze pamięta, że parę miesięcy temu noce były tak krótkie, dni tak słoneczne, a szparagi wraz z truskawkami jeść można było non stop? Uwielbiam ten czas, gdy codziennie na obiad zajadam się jędrnymi, świeżymi szparagami - najprościej w świecie przyrządzonymi na parze, bez żadnych eksperymentów. Bez wątpienia, należą one do moich ulubionych warzyw.

Rok temu w sezonowej ofercie Zottera pojawiła się nadziewana czekolada o nazwie Asparagus Season. Wtedy dziwnym trafem przeoczyłam jej zamówienie. W tym roku nie mogłam sobie odpuścić. Czekałam wytrwale na moment, aż chłopcy z foodieshop24.pl zamówią te niezwykłe tabliczki. I choć miałam swój egzemplarz w Magicznej Szufladzie jeszcze dawno przed nadejściem jesieni, postanowiłam otworzyć ją dopiero w tej ponurej porze - gdy tęsknota za szparagowym sezonem będzie już naprawdę silna.



Asparagus Season można nazwać nieco szaloną, eksperymentalną kompozycją. Jak bowiem inaczej traktować tabliczkę, gdzie pod kuwerturą z ciemnej czekolady o 70% zawartości kakao kryje się ganasz na bazie białej czekolady, masła i migdałów, uświetniony 7% dodatkiem szparagów, podlany białym austriackim winem Gruner Veltliner oraz jabłkowym octem balsamicznym, doprawiony wanilią, cynamonem i płatkami róż. To brzmi naprawdę wyjątkowo i zapewne nie każdy odważyłby się na wypróbowanie takiej kompozycji. W naszej blogosferze czekoladę recenzowała już Kimiko, która była na szparagową tabliczkę równie mocno napalona co ja.

Wraz z Mężem z wielką ciekawością rozpakowaliśmy skarb. Nad ciemną niczym do bólu dojrzałe wiśnie kuwerturą kryjącą tajemnicze wnętrze unosił się intrygujący octowy zapach z maślanymi przebłyskami. Od razu skojarzył mi się z aromatem szparagów ze słoika, zaprawionych w occie. Pojawiła się również subtelna nuta alkoholowa, od razu wskazująca na udział białego wina. Wszystkie nuty zapachowe wraz z głębią kakao układały się w mojej głowie w jedno dziwne skojarzenie... Przekonałam się co do niego także po wgryzieniu się w czekoladę.



Pewnie zas zaskoczę, albo nawet pomyślicie, że jestem chora na umyśle - ale mój Mąż przyznał mi pełną rację. Pierwsze wrażenia związane z eksplorowaniem bogactwa tej kompozycji kojarzą się z... końskim kałem. Specyficzny poniuch wilgotnej stajni i lekko przesuszonego końskiego gnoju, mieszający się z sianem i słomą. Spokojnie, czytajcie dalej, nie plułam nią jak w przypadku Kandierte Preiselbeeren. Wręcz przeciwnie... pomimo tak kontrowersyjnych skojarzeń momentalnie wciągnęłam się w degustację. W sumie, aromatyczne szparagi w połączeniu z białym winem jak najbardziej mogą uderzać w stajenne klimaty... Przypuszczam, że nie byłoby to dla wszystkich oczywiste, ale być może ktoś, kto spędził w stajni tyle czasu co ja, mimo wszystko przyzna mi rację. Co ważne, taka fiksacja układa się w głowie podczas jedzenia kuwertury i nadzienia razem - znaczy się, że kakao też dokłada tu do pieca.


Przy próbowaniu samej czekolady przekonujemy się jednak, że i ona mocno przesiąknęła bogactwem nadzienia, niosąc jednak ze sobą nieco orzechowych oraz kwiatowych nut. Łatwo się rozpuszcza w ustach, a że białe wnętrze robi to jeszcze łatwiej... Asparagus Season bardzo szybko znika. 

Samo nadzienie okazuje się być bardzo mleczne, gładkie i aksamitne. Pomimo bazowania na białej czekoladzie jego słodycz jest bardzo wyważona. W smaku wnętrze jest niczym delikatna główka szparaga podsmażona na maśle, podlana białym winem. Pojawia się również nuta migdałów, niczym przy posypaniu potrawy leciutkimi migdałowymi płatkami. Spośród przypraw najwyraźniej odznacza się wanilia, która cudnie podkreśla maślaność i mleczność kompozycji. Dalej pojawia się również sugestia jabłkowego musu, co rzucam na karb udziału jabłkowego octu balsamicznego. Ta specyficzna winność i octowość nieustannie przewija się, podkreślając walory szparagów i cudnie kontrastując z słodziutką maślanością.


Asparagus Season niesamowicie mnie wciągnęła. Szczególnie uwodzicielska okazała się aksamitna, rozpływająca się konsystencja. Samo odwołanie do moich ukochanych szparagów było na tyle wyraźne, a przy tym wyważone, iż kompozycja zupełnie skradła moje serce. Czekolada ta jest niczym wykwintny krem ze szparagów, przyprawiony w odważny sposób. Jakże miłe wspomnienie lata...


Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, szparagi 7%, syrop kukurydziany, masło, słodka serwatka w proszku, białe wino, ocet balsamiczny jabłkowy, odtłuszczone mleko w proszku, migdały, nierafinowany cukier trzcinowy, sól, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 512 kcal.
BTW: 6,7/38/34

piątek, 11 listopada 2016

Akessons's Bali Sukrama Farms mleczna 45% z kwiatem soli morskiej i cukrem z kwiatów palmy kokosowej


Poprzednia recenzja opisywała moje pierwsze doświadczenia z kakao kongijskim, tym razem czas na inny pierwszy raz. W sieci roi się od pochlebstw odnośnie marki Akesson's (chociażby u Kimiko), a że bez trudności można nabyć ich tabliczki w Sekretach Czekolady - nie omieszkałam spróbować. Zapraszam Was do odwiedzenia strony internetowej Akesson's, gdzie możecie zapoznać się z historią oraz ofertą tej niezwykle utytułowanej manufaktury.


Moja pierwsza Akesson's to swoista perełka - mleczna czekolada o 45% zawartości kakao pochodzącego z Bali, wyhodowanego przez rodzinę Sukrama na plantacji położonej we wschodniej części wyspy, w regionie Melaya. Jako słodzidło prócz cukru trzcinowego użyto również cukru z kwiatów palmy kokosowej. Czekoladę doprawiono ponadto solą morską.


Przepięknej barwy tabliczka prezentuje się niezwykle elegancko, lecz muszę zarzucić jej niezbyt praktyczny podziału na kostki. Pachnie słooooodko, cudnie mlecznie i lekko palono, jak mleko kokosowe i kozie w jednym. Wydaje się być bardzo mokra. Mój Mąż od razu skojarzył sobie ów aromat z mleczną Bonnat Java 65%, choć ja nie do końca się zgadzam z jego opinią. W sumie, gdyby dołożyć do niej nieco nut z Michel Cluizel Mangaro 50%, to może złożyłoby się to na część bogatego aromatu naszej Akesson's.


Zakochałam się w tej czekoladzie od pierwszego kęsa. Od razu rozlała się w ustach boską słodyczą, rozpuszczając się gęsto, lepko, błotniście i aksamitnie. W każdej sekundzie obcowania z tabliczką mamy pełną świadomość, iż mamy do czynienia z produktem najwyższej klasy i jakości. Jest idealnie śmietankowo, idealnie karmelowo, a spod tych dwóch przewodnich nut samych w sobie stanowiących o smakowitości czekolady - wydobywa się uwodzicielski posmak kokosa. Karmelowa, mocna paloność kakao wraz z rozkoszną śmietankowością i nutką kokosa już same w sobie tworzą genialną kompozycję, ale to nie wszystko... Tutaj ich walory - razem i z osobna - zostały podkreślone drobinami soli morskiej, intensywnej i wyrazistej.


To jedna z lepszych mlecznych czekolad jaką kiedykolwiek jadłam i myślę, że więcej słów już nie potrzeba...


Skład: ziarna kakao, cukier z kwiatów palmy kokosowej, cukier trzcinowy, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, sól morska.
Masa kakaowa min. 45%.
Masa netto: 60 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 591 kcal.
BTW: 9,72/42/43,5